W BLASKU MIŁOSIERDZIA
40/1040 – 7 września 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Niedziela, 7 września 2025 r.
XXIII niedziela zwykła rok „C”
Wszystko
Dla najcenniejszego warto oddać to, co mniej cenne
"Tak więc nikt z was, jeśli nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem" – słyszę w dzisiejszej Ewangelii. I nie chodzi o sprawy materialne – mówi Jezus. O ojca, matkę, żonę, dzieci, braci, siostry. I siebie samego też.
Dla chrześcijanina nikt i nic nie może być ważniejsze niż Chrystus. Nie chodzi o to, by bliskich nie kochać, by stali się nam obcymi. Raczej, by nigdy więzi z nimi nie stawiać ponad więź z Chrystusem. Ba, by nawet siebie samego, swoich potrzeb, planów czy marzeń, nigdy stawiać ponad więź z Chrystusem.
Trzeba Go kochać CAŁYM sercem. Jeśli nie tak kochamy, kochamy za mało.
Modlitwa
Chcę Cię, Chryste, kochać całym serem, całą duszą, całym umysłem; ze wszystkich sił. Przemieniaj mnie. Przemieniaj moje serce, oświecaj mój umysł. Bym stawiał Cię ponad wszystko i wszystkich. I siebie samego też.
Niemiłość
Słowa: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem” – w słuchaczach budzą uzasadniony niepokój, a kaznodziejów inspirują do ekwilibrystycznych wyczynów retorycznych. Niepotrzebnie. Wystarczy posługiwać się trafną definicją miłości, a wszystko stanie się proste.
Jaka to definicja? Proponuję taką: miłość jest poszerzaniem swojego serca ze względu na rozwój duchowy własny i innych. Owszem, inspirowana lekturą książki Droga rzadziej przemierzana M. Scotta Pecka, nie jest klasycznym określeniem miłości. Jednocześnie można ją bez trudu odnaleźć chociażby w tomistycznej definicji caritas, która jest pragnieniem dobra i dążeniem do niego dla samego dobra lub dla dobra innej osoby.
Co z tego wynika? Że jestem uczniem Chrystusa wtedy, gdy chcę, by nauczył mnie miłości, by „rozszerzył” mi serce. Kurczowe trzymanie się więzi w dotychczasowej postaci zatrzymuje proces poszerzania serca. Oznacza bowiem, że uczeń wcale nie chce, by Mistrz nauczył go kochać, gdyż jest przekonany, że już potrafi kochać. Gdy uwierzę, że Jezus jest prawdziwą miłością, a ja dopiero uczę się kochać, wówczas poddam się Jego nauce. I nie muszę się obawiać, że to przekreśli wszystko, co jest rzeczywistym dobrem w relacjach z ukochanymi osobami. Przeciwnie. Podda korekcie to, co zniekształca, upośledza lub ogranicza miłość. Tracąc dotychczasową formę miłości, zyskam nową, pełniejszą i bardziej realną. W szczególności nie poddam się dyktatowi rzeczywistych lub wyimaginowanych oczekiwań rodziców, dzieci, rodzeństwa czy współmałżonka, które przecież nie zawsze są miłością.
A co z krzyżem? Pod tym znakiem kryją się cierpienie, strata lub porażka. Sytuacje, które zazwyczaj ograniczają horyzont myślenia i działania do przeżywania tego, co obolałe. W perspektywie właściwej definicji miłości stają się narzędziami poszerzania serca. Idąc za Nauczycielem, nawet trud mogę przyjąć w taki sposób, żeby był źródłem duchowego wzrostu.
Tomasz Grabowski OP – „wdrodze.pl”
Nowa mądrość w Chrystusie
1. Od kilku niedziel Kościół stara się przypomnieć nam prawdę, że żyjemy w Nowym Przymierzu odsłaniając kolejno różne jej aspekty. Dzisiejsze pouczenie można zawrzeć w powyższym tytule niedzieli, w którym trzeba zaakcentować słowo nowe. Człowiek jest dziś wprost przywalony ilością nowych informacji o postępie wiedzy, zwłaszcza praktycznej, która głównie znajduje wyraz w pożądanych zdobyczach techniki. Przy tym środki masowego przekazu ułatwiają to jednostronne zafascynowanie nimi. Dalekie jest ono niestety od prawdziwej mądrości życiowej, którą głosi nam stale Chrystus w Duchu Świętym przez nauczanie Kościoła. Dziś pozwala nam Kościół niejako nowymi oczyma popatrzeć na nasze rozmaite międzyososobowe relacje i skorygować w nich błędy, łatwo przeoczane, gdy ulegamy utartym społecznie wzorcom myślenia. Uświadomienie sobie na nowo prawdziwych relacji usprawnia nas do podejmowania właściwych odpowiedzialnych decyzji. Będą one różne od spontanicznych odruchów, źródła wielu błędów.
2. Przez Mędrca Pańskiego przemawia dziś doświadczenie wierzącego Izraelity. Jako taki, w przeciwieństwie do Greka, nie zagłębiał się w dociekania filozoficzne o istocie wszechrzeczy, lecz usiłował poznać wolę Pana, by ją wypełniać. Stwierdziwszy, że zawodne i ograniczone jest nasze poznanie na poziomie tylko naturalnego rozumu przygniatanego przez ciało, oczekuje ufnie pomocy ze strony innej mądrości. Tę mądrość nową, poszerzającą horyzonty dać może człowiekowi przez objawienie Jedyny Mądry (Rz 16,27) – Bóg. Dla autora Księgi Mądrości to konieczne nowe objawienie zamyka się w Prawie starotestamentowym dzięki temu, że ujawnia ono to, co Bogu miłe. Odtąd osobowa relacja człowieka z Bogiem staje się możliwa. W nauczaniu Kościoła znającego już oba Testamenty fragment ten spełnia ponadto rolę nie przewidzianą jeszcze przez autora. Jest mianowicie szczeblem wstępnym do ukazania radykalnych wymagań Jezusa Chrystusa, Bożej Mądrości wcielonej (por. 1 Kor 1,24), postawionych dziś w Ewangelii.
Najkrótsze pismo Nowego Testamentu, List św. Pawła Apostoła do Filemona, trafnie określany jako „bilet wizytowy”, nie darmo trafił do kanonu Pisma Świętego. Tylko z pozoru jest to list prywatny, w którym Apostoł-więzień prosi adresata o życzliwe przyjęcie odsyłanego właśnie z listem zbiegłego niewolnika Onezyma, ochrzczonego w więzieniu. Dwie okoliczności bowiem świadczą o niezwykłej doniosłości tych zaledwie 8 wersetów czytania. Po pierwsze stwierdza w nich Apostoł nową relację międzyosobową, jaka powstała przez sakrament chrztu między niewolnikiem a jego prawnym właścicielem: stali się oni w Chrystusie braćmi, co obowiązuje Filemona do radykalnej zmiany stosunku do Onezyma. Po drugie Apostoł pozostawia wolnej decyzji Filemona następstwa praktyczne tego faktu. Mogąc Filemonowi dać nakaz, św. Paweł tego nie czyni, gdyż do tego stopnia szanuje jego godność osobistą jako chrześcijanina odpowiedzialnego za swoje działanie. Otrzymujemy więc dzisiaj nową zasadę do przemyślenia i nowy wzór dla naszego postępowania.
Dwie różne w formie, ale tematycznie harmonizujące ze sobą, części składają się na dzisiejszą perykopę. W pierwszej Jezus stawia radykalne wymagania uczniom, w drugiej – w formie dwu małych bliźniaczych przypowieści poucza, że trzeba dojrzałej decyzji, by na drodze skrajnych wyrzeczeń zostać Jego uczniem. Wymóg „nienawiści“ względem najbliższych osób i siebie samego może nas szokować, a nawet zniechęcać. W tym słowie Łukasz oddał wiernie semickie podłoże wypowiedzi, według którego czasownik ten odpowiada słowu „nie wybrać” z domyślnym: „w przypadku konfliktu” (por. Ml 1,3; Rz 9,13). Tę myśl złagodzoną oddaje jaśniej tekst: Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien (Mt 10,37). Chrystus więc jest najwyższą i bezwzględną wartością osobową. Dla Niego trzeba nawet oddać życie w razie konieczności, krzyż (ściślej: jego belkę poprzeczną – patibulum) nosił wówczas tylko skazany na śmierć. Wspólnym mianownikiem obu przypowieści jest to, iż trzeba dojrzałego namysłu, by na drodze wyrzeczenia się dla Chrystusa wszystkiego, co się posiada, w pełni opowiedzieć się za Nim.
3. Kolekta mszalna dzisiejszej niedzieli wspomina obdarzenie nas przybranym dziecięctwem Bożym, które teraz zasadza się na prawdziwej wolności. Dobry z niej użytek zostanie kiedyś nagrodzony wiecznym i nieutracalnym dziedzictwem. Myśl przewodnia czytań biegnąca od naszego stanu obecnego do przyszłego, do stanu bezwzględnej, wiekuistej nowości, otrzymuje konkretne wskazanie, jak tę wolność realizować. Przyszłą absolutną Bożą nowość życia osiąga się teraz powoli krocząc po drodze wybierania w działaniu ocen Bożych, a nie własnych. Z obecnego stanu powikłania w nas prawdy Bożej i subiektywnych błędów w ocenach mamy stopniowo wychodzić na zasadzie wolnych decyzji dlatego mądrych, że uzależnionych świadomie od prawdziwych przez Boga objawionych ocen. Choć mogą nam się one wydawać albo nie przekonujące, albo zbyt trudne, mamy konsekwentnie iść za jedynym naszym Nauczycielem – Chrystusem. Związek osobowy z Nim rozwija pełną osobowość tak, iż nasze relacje z innymi dadzą szczęśliwe wyniki społeczne.
4. Homilia może przybrać dwojaką postać. Albo poprzedzona krótkim omówieniem trudnych paradoksów, zawartych w czytaniach pierwszym i drugim, może wysnuć szczegółowe wnioski z niemniej trudnych wymagań radykalizmu dzisiejszej Ewangelii (pkt 2). Cała będzie więc pod znakiem stopniowego przełamywania trudności w zadaniu stawania się w pełni chrześcijaninem. Albo homilia może zaakcentować pojęcie nowości życia, różnej od tej, którą zazwyczaj reklamują środki masowego przekazu. I tak może być wykładem nowości, jaka jest do zrealizowania przez nas w trzech naszych międzyosobowych relacjach: Bóg – człowiek, Chrystus – uczeń, ja – bracia w Chrystusie. Pierwsza z nich zasadza się na tym, by przeżywać ufnie swoje dziecięctwo Boże, druga – to trud pełnego świadczenia Jezusowi Chrystusowi na drodze takich wyrzeczeń, jakie nam dzisiaj dyktuje życie chrześcijańskie, trzecia – to przejęcie się do głębi faktem naszego powszechnego braterstwa w Chrystusie, co pozwoli na powolne, ale skuteczne, przekształcanie niesprawiedliwych struktur społecznych.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
Wciąż szukamy drogi do zbawienia
Jako chrześcijanie wciąż szukamy właściwej drogi do zbawienia. Niektórzy w swojej prostocie, a może i naiwności sądzą, że życie wiarą to skrupulatne przestrzeganie wszystkich zakazów i nakazów zapisanych w Dekalogu, a dla pewności również tych zapisanych w przykazaniach proponowanych nam przez Kościół. Jako świadomi chrześcijanie wiemy, że to jest trochę faryzejskie podejście, co nie zmienia oczywiście faktu, że przykazania Boże są pewnym fundamentem, są pewną bazą, na której można i trzeba budować swoją drogę do Boga, swoją drogę do zbawienia. Ale przykazania Boże nie są i nie mogą być dla nas celem samym w sobie – mają one być pewnym drogowskazem w tym naszym codziennym podążaniu za Chrystusem. A o tym, jak to podążanie za Chrystusem ma wyglądać, On sam mówi nam w dzisiejszej Ewangelii, wskazując na trzy warunki, które spełnić należy, by móc nazywać się uczniem Chrystusa.
Pierwszy warunek zawiera się w tym chyba najbardziej kontrowersyjnym zdaniu z dzisiejszej Ewangelii: Jeśli kto (…) nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem (Łk 14,26). Innymi słowy, Jezus żąda od każdego, kto chce za Nim podążać, większego oddania niż przywiązanie do własnej rodziny. Nie chodzi oczywiście o to, by zerwać kontakty z rodziną czy wyrzec się swoich najbliższych. Nie chodzi też o to, by od miłości przejść do nienawiści względem członków swojej rodziny, bo byłoby to sprzeczne tak naprawdę z całym nauczaniem Chrystusa. Słowo nienawiść jest tu użyte celowo w sposób przesadny, by uzmysłowić słuchaczom tę różnicę w podejściu, by pokazać, że uczniowie powinni kochać Jezusa bardziej niż swoich najbliższych, a nawet bardziej niż samych siebie. Chodzi o to, by Boga umieścić w swoim życiu na pierwszym miejscu. A jak mówił św. Augustyn, jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wtedy wszyscy i wszystko w naszym życiu jest na właściwym miejscu.
Drugi warunek podążania za Chrystusem to konieczność dźwigania swojego krzyża. Ta zachęta do podjęcia własnego krzyża pojawia się w ewangeliach wielokrotnie, co oznacza, że ta kwestia jest bardzo ważna i wymaga od nas pewnej zmiany myślenia. Zobaczmy, że Chrystus nie mówi, że gdy zdecydujemy się za Nim pójść, kiedy podejmiemy już tę decyzję, że chcemy być naprawdę Jego uczniami, to On zdejmie z naszych pleców wszystkie krzyże, które dźwigamy i będziemy uwolnieni od wszelkich życiowych niedogodności. Chrystus nie jest tanim pocieszycielem – On nie mówi: „Pójdź za Mną, a wszystko będzie dobrze: uzdrowię cię z choroby, uwolnię cię z nałogu, naprawię twoje małżeństwo, znajdę ci lepszą pracę…” Ale Chrystus mówi: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem (Łk 14,27). Każdy z nas, dźwigając swój krzyż, uczestniczy w drodze krzyżowej Jezusa i staje się uczniem, który poznaje Go nie tylko przez słowo, ale i przez doświadczenie.
W końcu trzeci warunek podążania za Chrystusem to gotowość wyrzeczenia się wszystkiego, co się posiada. I znów może rodzić się w nas pewien bunt, bo przecież nie po to przez lata zdobywamy wykształcenie, nie po to szukamy dobrej pracy, nie po to ciężko pracujemy, by oto nagle zrezygnować ze wszystkiego, co posiadamy. Oczywiście, że nie. Warto jednak postawić sobie pytanie o to, czy to wszystko, co posiadam, co osiągnąłem dzięki pracy własnych rąk, co zdobyłem i mam dzięki swoim zdolnościom; czy to wszystko, z czego jako człowiek mam prawo być dumny – czy to wszystko pomaga mi w podążaniu za Chrystusem. Czy pomaga mi rozwijać moją wiarę, czy pomaga mi w tym, by swoim życiem głosić Ewangelię? Bo jeśli tak, to warunek jest spełniony. Ale może raczej jest tak, że mój stan posiadania – jakkolwiek szeroko będziemy rozumieć to sformułowanie – ogranicza mnie do własnego świata i własnych spraw, zamyka mnie na drugiego człowieka, a tym samym, niestety, zamyka mnie także na Boga? By wejść na proponowaną przez Chrystusa drogę doskonałości, nie trzeba wcale sprzedawać majątku, a uzyskane w ten sposób środki rozdać ubogim. Czasem wystarczy tylko pewna refleksja, a następnie radykalna zmiana swojego podejścia do spraw materialnych.
Te trzy warunki, o których mówi dziś Jezus, mogą stanowić dla nas pewien punkt odniesienia w ocenie jakości naszej wiary, w ocenie jakości naszego podążania za Chrystusem. Warto czasem podjąć taką refleksję, a dzisiejsza liturgia słowa usilnie nas do tego zachęca i stwarza nam ku temu doskonałą okazję. Prośmy dziś zatem, aby słowa Chrystusa były dla nas zawsze czytelnym drogowskazem na drogach naszego życia. Amen.
o. Arkadiusz Buszka CSsR – „redemptor.pl”
Sekretarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Warszawa
Dziś pierwsza w historii beatyfikacja
na terenie Estonii
Kościół katolicki w Estonii przeżywa historyczny dzień. W Tallinnie odbędzie się dziś pierwsza beatyfikacja w jego dziejach. Błogosławionym zostanie ogłoszony arcybiskup Eduard Profittlich S.J., niemiecki jezuita, który jako administrator apostolski Estonii oddał życie za wierność Chrystusowi i swoim wiernym, ginąc w sowieckim więzieniu podczas II wojny światowej. To bezprecedensowe wydarzenie dla niewielkiej katolickiej wspólnoty tego kraju.
Pasterz, który pozostał z owcami
Eduard Profittlich, pochodzący z niemieckiej Nadrenii jezuita, był administratorem apostolskim Estonii w latach 30. XX wieku, a w 1936 roku został mianowany pierwszym od czasów reformacji arcybiskupem katolickim w tym kraju. Kiedy w 1940 roku Estonia została zajęta przez Związek Radziecki, stanął przed dramatycznym wyborem. Miał możliwość bezpiecznego opuszczenia kraju, jednak postanowił pozostać przy swoich wiernych. Jak sam napisał w liście: "Pasterz pozostaje ze swoimi owcami". Ta decyzja zdeterminowała jego dalsze losy.
W 1941 roku, po nazistowskiej inwazji na ZSRR, władze sowieckie rozpoczęły masowe aresztowania. Abp Profittlich został zatrzymany przez NKWD i wywieziony do więzienia w Kirowie, na terytorium Rosji Sowieckiej. Zmarł z wycieńczenia i chorób w lutym 1942 roku. Jego proces beatyfikacyjny toczył się jako męczennika za wiarę, zamordowanego z nienawiści do Kościoła (in odium fidei).
Znaczenie dla Kościoła i narodu
Dla katolików w Estonii, którzy stanowią zaledwie około 0,5% społeczeństwa, beatyfikacja ich pasterza ma wyjątkowe znaczenie. "Fakt, że nasz pasterz zostaje ogłoszony błogosławionym jest źródłem prawdziwej dumy i duchowej siły. Pokazuje, że także mały Kościół katolicki w Estonii ma swoją historię świadectwa, świętości, męczeństwa, ma swojego bohatera" – podkreśla w rozmowie z mediami watykańskimi ks. Wodzisław Szczepanik, proboszcz z Parnawy.
Jednak wymiar tego wydarzenia wykracza poza granice wspólnoty katolickiej. Postać arcybiskupa Profittlicha przypomina o trudnych, wspólnych doświadczeniach Estonii w XX wieku: okupacji, prześladowaniach i walce o wolność. Jego życie i śmierć stały się symbolem wierności sumieniu i wartościom, które były niszczone przez totalitaryzmy. "Beatyfikacja arcybiskupa Profittlicha to więc nie tylko święto katolików. To także ważny moment dla całej Estonii – znak, że nawet najmniejsza wspólnota może wydać świadków, których życie i odwaga mają znaczenie dla całego kraju" – dodaje ks. Wodzisław.
Głos lokalnego duszpasterza
Ks. Szczepanik, polski misjonarz posługujący w Estonii od 2015 roku, jest jednym z tych, którzy na co dzień budują współczesny Kościół na tej ziemi. "Pochodzę z małej miejscowości w Polsce, która nazywa się Liw i znajduje się 70 km na wschód od Warszawy. W 2002 roku zostałem wyświęcony na kapłana dla diecezji drohiczyńskiej. W 2015 roku przyjechałem do pracy misyjnej w Estonii" – opowiadał Dziennikowi kijowskiemu.
Przełożona w związku ze śmiercią papieża Franciszka beatyfikacja Eduarda Profittlicha odbędzie się 6 września o godz. 11:00 na Placu Wolności (Vabaduse väljak) w Tallinnie. Uroczystej celebracji będzie przewodniczył reprezentujący papieża kardynał Christoph Schönborn OP z Wiednia.

7 duchowych pigułek na prokrastynację
6 września to Dzień Walki z Prokrastynacją. Uderzmy w nią słowami z Pisma Świętego!
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Czym jest prokrastynacja?
Prokrastynacja to nałogowe, dobrowolne odkładanie obowiązków na później i to mimo świadomości konsekwencji z tym związanych. Bywa utożsamiana z lenistwem, ale inaczej niż w jego przypadku, osoba zmagająca się z prokrastynacją, odczuwa obawę, że nie zrealizuje odkładanego zadania i czuje się nieefektywna. Mimo to wciąż przedkłada czynności łatwe i przyjemne, nad koniecznymi.
Pigułki na prokrastynację
Choć Pismo Święte nie mówi bezpośrednio o prokrastynacji, możemy znaleźć tam fragmenty, które mogą być wsparciem w walce z tą wadą.
Dariusz Dudek – „aleteia.pl”

Czego nie powinieneś robić w czasie mszy,
a być może nawet o tym nie wiesz
Te „drobiazgi” naprawdę mają znaczenie.
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Wesprzyj nasPrzekaż darowiznę za pomocą zaledwie 3 kliknięć
1. Punktualność
Nie spóźniaj się na mszę świętą. Pamiętaj, że Bóg czeka, aby cię napełnić swoją miłością, ofiarować ci swoje przebaczenie i przytulić cię do swego serca; chce ci powiedzieć to, co dla twojego dobra powinieneś usłyszeć. Bóg przygotował dla ciebie szczególne miejsce przy swoim stole. Nie każ Mu na siebie czekać.
2. Stosowny ubiór
Kościół to nie plaża, kościół to nie siłownia, kościół to nie klub ;) Przecież wiesz, o co chodzi :)
3. Okaż szacunek
Jeśli przechodzisz przed ołtarzem, który symbolizuje Chrystusa, skłon się. Jeśli przechodzisz przed tabernakulum, gdzie znajduje się Chrystus, przyklęknij na kolano.
4. Nie żuj gumy
Nie jedz ani nie pij. Dopuszczalne jest jedynie picie wody w przypadku zaistnienia takiej konieczności lub z powodów zdrowotnych.
5. Nie zakładaj nogi na nogę
Taka postawa jest uważana za mało godną. Twoje ciało powinno wyrażać skupienie i modlitwę.
6. Przeczytaj wcześniej czytania
Jeśli przed mszą świętą zapoznasz się z czytaniami liturgicznymi na dany dzień, może być ci potem łatwiej skupić się na nich podczas Eucharystii, a kiedy na chwilę się rozproszysz, nie stracisz wątku ;)
7. Zaangażuj się w liturgię
Jeśli czujesz się na siłach, nie bój się bezpośredniego zaangażowania w liturgię. Przed mszą idź do zakrystii i zaoferuj pomoc przy czytaniu albo zaśpiewaniu psalmu (z lekcjonarza nie czytaj czerwonych literek ani nie mów „pierwsze czytanie” czy „psalm responsoryjny”). Można też zgłosić się do czytania modlitwy wiernych.
8. Nie rób znaku krzyża przed Ewangelią
Gdy kapłan lub diakon mówi „Słowa Ewangelii według…”, należy skreślić trzy małe krzyżyki: na czole, na ustach i na piersi.
9. Wierzę
Gdy wyznanie wiary ma formę pytań, nie odpowiadaj w liczbie mnogiej. Celebrujący mszę może zapytać: „Czy wierzycie w Boga Ojca Wszechmogącego?”. W tym przypadku nie odpowiadaj „tak, wierzymy”, gdyż wiara jest aktem osobowym. Odpowiedz „wierzę”.
10. Nie klękaj od razu po „Święty, święty”
Należy poczekać, aż kapłan wyciągnie nad ołtarzem ręce, by poprosić Ducha Świętego, żeby przemienił chleb i wino w Ciało i Krew Chrystusa. To w tym momencie należy uklęknąć (gdy w użyciu są dzwonki, ich dźwięk wyznacza moment klękania wiernych). Chyba że lokalna tradycja nakazuje inaczej. Wtedy uszanujmy tradycję i klęknijmy na dzwonki ze wszystkimi innymi.
11. Nie siedź podczas konsekracji
Jeśli nie jesteś w stanie uklęknąć podczas przeistoczenia, pozostań w pozycji stojącej. Jednak nigdy nie siedź, chyba że twój stan zdrowia nie pozwala na inną postawę.
12. Nie wypowiadaj nic na głos podczas konsekracji
Tekst konsekracji należy do księdza. Natomiast niektórzy po jego słowach wypowiadają na głos formułkę „Pan mój i Bóg mój”, co może rozpraszać innych. Wypowiedz więc te słowa w ciszy.
13. Nie mów: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”
Te słowa także wypowiada jedynie celebrans/celebransi mszy świętej.
14. Jeśli masz grzech ciężki, nie przystępuj do Komunii
W takiej sytuacji warto przyjść do kościoła wcześniej i wyspowiadać się jeszcze przed rozpoczęciem Eucharystii. Pamiętaj też o zachowaniu postu eucharystycznego (nie jedz i nie pij godzinę przed Komunią; nie dotyczy to wody).
Gdyby nie aplikacja na telefonie, Łukasz dałby sobie spokój z Eucharystią
Czytaj także :
Gdyby nie aplikacja na telefonie, Łukasz dałby sobie spokój z Eucharystią
15. Komunia od księdza czy szafarza – taka sama
Jezus jest obecny w konsekrowanej Hostii niezależnie od tego, czy trzyma ją kapłan, czy nadzwyczajny szafarz Komunii Świętej, który jest osobą przygotowaną i autoryzowaną przez Kościół do tego, by rozdawać Ciało Chrystusa. Komunię przyjmuje się w postawie klęczącej lub stojącej, do ust albo na rękę. Warto dostosować się do lokalnego zwyczaju, a w dobie koronawirusa – do zaleceń sanitarnych!
16. Po przyjęciu Komunii nie rozmawiaj z innymi
Wróć na swoje miejsce i porozmawiaj z Bogiem. Jeśli nie przyjąłeś Komunii Świętej, przyjmij Ją w duchu i porozmawiaj z Panem. Między pieśnią na komunię, a pieśnią na uwielbienie warto zadbać o chwilę ciszy – na osobistą modlitwę.
17. Wyłącz komórkę
Podczas mszy świętej nie zaglądaj do telefonu, nie wysyłaj SMS-ów, nie odbieraj połączeń i nie rozmawiaj przez telefon, gdyż to rozprasza i ciebie, i przeszkadza innym osobom. Poświęć całą swą uwagę Bogu.
18. Pilnuj swoich dzieci
Naucz je korzystania z domu Ojca i odpowiedniego zachowania podczas mszy świętej. Spróbuj znaleźć takie rozwiązanie, żeby obecność maluchów na Eucharystii nie była dla innych wiernych mocno uciążliwa.
19. Nie wychodź z kościoła przed końcem mszy
Nie trać końcowego błogosławieństwa, podczas którego kapłan w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego wysyła cię w świat, abyś był Bożym świadkiem. Wyjdź z kościoła z pragnieniem wznoszenia w świecie Jego królestwa miłości.
20. Porozmawiaj z księdzem
Nie bój się rozmowy z księdzem po mszy, jeśli w celebrowanej liturgii lub homilii coś ci przeszkadzało, jeśli uważasz, że coś powinno zostać powiedziane albo zrobione inaczej lub czegoś nie rozumiesz. Ty też jesteś odpowiedzialny za liturgię! :)
„Aleteia.pl”
- Artykuł pierwotnie opublikowany przez Desde la fe, dostosowany do warunków polskich.
O seksie księdza mówi się szeptem
Ksiądz, jak każdy mężczyzna, jest istotą seksualną. Jak można przeżywać tę sferę swego życia w celibacie?
Przekazując darowiznę, pomagasz Aletei kontynuować jej misję. Dzięki Tobie możemy wspólnie budować przyszłość tego wyjątkowego projektu.
Wesprzyj nasPrzekaż darowiznę za pomocą zaledwie 3 kliknięć
Nie będę dziś udawał anioła. Ksiądz ma ciało, ma wyobraźnię, ma libido. Ma też mikrofon i sutannę, co sprawia, że wszelkie potknięcia lecą na pasku telewizji informacyjnych. W ostatnich dniach znów mieliśmy medialną burzę wokół znanego duchownego. Jedni krzyczą „święty!”, drudzy – „hipokryta!”. Zgromadzenie wydało oświadczenia, media swoje teksty, prokuratura dostała zawiadomienie, a internet robił to, co umie najlepiej: sąd kapturowy na lajwach i w komentarzach.
Nie będę tu rozstrzygał konkretnych spraw – od tego są procedury. Ale chcę opowiedzieć, jak to wygląda od środka: w plebanii, w pustym pokoju po kolędzie, kiedy wracam wieczorem i nie mam komu powiedzieć „jak ci minął dzień?”. Chcę napisać o napięciu i wstydzie, które zbyt często przykrywamy teologicznym celofanem.
Czy zniesienie celibatu ograniczyłoby przestępstwa seksualne w Kościele?
Czytaj także :
Czy zniesienie celibatu ograniczyłoby przestępstwa seksualne w Kościele?
Celibat nie kasuje libido (szok? dla nikogo)
Gdy miałem 24 lata, mówiłem Panu Bogu: „Jestem Twój”. Brzmiało pięknie. Tyle że 24-latek gówno wie o własnym ciele i o tym, co je czeka w kulturze, w której billboardy krzyczą: „pożądaj!”. Nie, celibat nie wyłącza popędu na przycisk „OFF”. To nie jest tryb samolotowy. To jest bardziej jak jazda z napędem na cztery koła po śliskiej drodze: da się, ale trzeba umieć prowadzić.
Kościół w Polsce – mówię to z bólem – często uczy nas jeździć „na ręcznym”. Zaciągnij, zaciskaj zęby, nie patrz, nie myśl, nie czuj. Módl się więcej. A potem wszyscy są zdziwieni, że auto staje w poprzek. I wtedy zaczyna się taniec: oświadczenia, komunikaty, komentarze, „a nie mówiłem”, „a mówiłem”.
Co mnie naprawdę niszczy?
Nie seks. Samotność z dodatkiem wstydu
Prawda jest mniej sensacyjna niż nagłówki: najbardziej rozsadza nie sam popęd, tylko mieszanka samotności, zmęczenia i wstydu. Po trzech pogrzebach, spotkaniach indywidualnych w stowarzyszeniu duchowym, spowiedziach i zebraniach wracasz na plebanię, gdzie telewizor jest jedyny, który Cię słucha. Włączasz coś, by zagłuszyć ciszę. A cisza i tak siada na klatce piersiowej.
Wtedy mózg – sprytny chemik – podsuwa szybką ulgę. Dla jednego to będzie Netflix do trzeciej w nocy, dla drugiego – lodówka, dla trzeciego – kliknięcia, których potem się wstydzi, bo wejdzie na strony, o których raczej nie wspomną na ambonie. Tłumienie myśli „nie myśl o seksie” działa jak znany eksperyment z białym niedźwiedziem: myślisz o nim jeszcze częściej. Serio. (Psychologia to dawno opisała). I nie, to nie jest rozgrzeszenie. To jest diagnoza.
„Ksiądz też człowiek” – brzmi jak mem, ale to protokół z życia
Żyjemy dziś w świecie, gdzie wszystkie autorytety są na cenzurowanym. I dobrze – przejrzystość jest lepsza niż układy. Ale jeśli jednocześnie będziemy oczekiwać od księdza bycia istotą bezcielesną, to hodujemy podwójne życie. Najgorszą wersję: idealny na ambonie, pęknięty po zgaszeniu świateł.
Kiedy w mediach pojawia się historia księdza i kobiety – a ostatnio było o tym głośno – publiczność natychmiast rozstawia ławy sądowe. Ja w takich momentach myślę o dwojgu ludzi, którzy wplątali się w emocje, role, zależności. I o instytucjach, które muszą zareagować mądrze: nazwać naruszenie bez zamiatania, ale też bez linczu. Bo lincz buduje klikalność, nie świętość.
„A może po prostu zrezygnuj?” – pytają niektórzy
Jasne, bywa i tak. Ktoś podejmuje dojrzałą decyzję: „to nie moja droga”. Szacunek. Ale są też tacy, którzy chcą zostać – kochają liturgię, ludzi, słowo, ciszę kościoła o świcie. I pytają: jak żyć w celibacie, nie oszukując ani siebie, ani Boga, ani Was?
Ten ksiądz był w 4 obozach koncentracyjnych. Traktował je jak swoją parafię
Czytaj także :
Ten ksiądz był w 4 obozach koncentracyjnych. Traktował je jak swoją parafię
Oto mój nieświęty, za to szczery dekalog z ostatnich lat:
Ciało trzeba szanować. Ono jest do kochania, do dotykania, do wyrażania.
Dotyk istnieje także poza seksem. Masaż? Sauna? Dbanie o sen? Ktoś się oburzy: hedonizm! A ja odpowiem: profilaktyka. Człowiek „nakarmiony” bodźcami bezpiecznymi rzadziej rzuca się na zakazane.
Przyjaźń albo śmierć (wewnętrzna). Najlepsze, co mi się przytrafiło w kapłaństwie, to kilku ludzi, przy których mogę powiedzieć: „Wiesz co, dziś mnie buja”. I nie słyszę: „Skandal!”, tylko: „No to chodź na spacer”. To jest Kościół, o który proszę.
oczywiście nie chodzi mi tu jedynie o przyjaźnie z innymi kapłanami, ale również z kobietami
Módl się pragnieniem, nie tylko za pragnienie. Na adoracji mówię Bogu wprost: „Mam dziś w sercu ogień. Naucz mnie kochać nim mądrze”. To nie jest pornografia duchowa. To uczciwość. Dobrze mówić Bogu, że pragnę. Pragnę bliskości intymności i to nie z Nim (nie na tej płaszczyźnie). Skoro dał mi pragnienia przy stworzeniu, to niech teraz o nich słucha.
Twórz. Piszę, gotuję, urządzam. Kiedyś myślałem, że to „dodatki”. Dziś wiem, że to kanały, którymi płynie energia, zamiast walić w ścianę.
Terapia to nie wstyd. Po kilku sezonach kaznodziejstwa człowiek zaczyna wierzyć we własny PR. Dobrze, że ktoś z zewnątrz potrafi nazwać moje ucieczki i moje „święte wymówki”. Chodzę na terapię od 4 lat. To czasem jedyna przestrzeń, w której nie muszę kogokolwiek udawać czy słuchać.
Dzień wolny to przykazanie, nie fanaberia. Najszybsza droga do głupich decyzji? Permanentne „bycie do dyspozycji”. Jezus też chodził spać. Nie jestem dostępny zawsze i wszędzie, choć w wielu naukach pobożniejszych ode mnie słyszałem o tej konieczności dostępu do mnie. Dyspozycyjność nie może być zgoda na przekroczenia. Czasem, a nawet częściej warto być dyspozycyjnym dla siebie i swojego relaksu. Przykro mi... Nie raz nie dobieram telefonów, nie odpisuje na smsy. Jestem wtedy dla siebie.
Zero gry w „kryształowego”. Kiedy Kościół promuje wizerunek księdza bez skazy i potu – to zwykle jest czyjś Photoshop. A im bardziej wygładzony, tym większe ryzyko pęknięcia. Już się nauczyłem ściągać gorset, który nazywa się ks. Mateusz Zawadzki, ładny on jest, ale mocno krępuje tego prawdziwego Mateusza. Mateusza z wadami, humorami, muchami w nosie.
Mądre granice w relacjach. Są relacje, w których ważne są grancie, szczególnie gdy to związane z towarzyszeniem duchowym. Zdrowe grancie to oddzielnie się od drogiej osoby, ale danie sobie wolności w relacji. Nie wszystko muszę, nic nie powinienem. Jeśli druga osoba to zaakceptuje to dobrze, jeśli nie... No cóż. Można tłumaczyć, ale co to da?
Przejrzystość instytucji. Potrzebujemy jasnych procedur i odważnych oświadczeń, które nie zamiatają, ale też nie grillują człowieka w ogniu klikalności. W ostatnich tygodniach widzieliśmy i jedne, i drugie – i wiem, że można to robić lepiej.
„Ksiądz, fantazje i cała reszta”
Tak, ksiądz ma fantazje. Ja je mam, a jakże. I nie, nie będę ich tu teatralnie demonizował. Mam fantazje o innym życiu, o rodzinie, o miłości bez granic i te seksualne też. Kluczowe pytanie brzmi: co ja z nimi robię? Mogę udawać, że nie istnieją (wrócimy do białego niedźwiedzia), mogę nakręcać (głupota), albo mogę przetwarzać: opisać w dzienniku, zanieść do rozmowy z kierownikiem duchowym czy terapeutą, przełożyć na twórczość, na ruch, na modlitwę pragnienia. Fantazja to informacja: „czego mi brakuje?”. Czułości? Uznania? Ekscytacji? To da się zaspokoić inaczej, zanim włączy się tryb „zrób coś, byle szybko”.
Dwie rzeczy, które warto sobie powiedzieć:
Po pierwsze: nie jestem powołany do heroizmu samotnie. Heroizm bez wspólnoty przeradza się w pozę. Po drugie: nie mówię o czystości, jeśli nie umiem opowiadać o miłości. Bo wtedy brzmię jak człowiek, który opisał dietę, ale nigdy nie jadł nic dobrego.
„Ale księże, a gorszenie wiernych?”
Gorszy nie upadek (ten można nazwać i przepracować), tylko fasada. Gdy fronton jest z marmuru, a od zaplecza cuchnie, wierni czują się zdradzeni – i mają rację. Dlatego wolę tekst, który teraz czytasz, z całym ryzykiem, niż kolejny sezon serialu „Świętość na Instagramie”.
O co proszę Was, którzy to czytacie?
O dwie rzeczy. Empatię i wymagania. Empatię – bo ksiądz nie jest z tytanu. Wymagania – bo zaufanie to waluta, której nie wolno marnować. Gdy słyszycie medialny raban, czytajcie różne źródła i pamiętajcie, że za komunikatami stoją ludzie, którzy też się uczą reagować mądrzej. A gdy zobaczycie księdza biegającego po parku, nie komentujcie, że „gwiazda fit”. Może właśnie ratuje swoje kapłaństwo na najprostszym możliwym interwale.
I jeszcze jedno: jeśli ktoś z nas – duchownych – skrzywdził cię emocjonalnie w tej sferze, nie zamiataj. Zgłoś, powiedz, domagaj się reakcji. Ja też tego chcę. Bo Kościół dojrzewa nie dzięki PR-owi, ale dzięki prawdzie i miłosierdziu w parze.
Artykuł powstał na podstawie tekstu ks. Mateusza Zawadzkiego na jego profilu facebookowym.
Monika Wisniewska – ‘aleteia.pl”
Ciągle odkładasz modlitwę na później?
Oto pięć sposobów na duchową prokrastynację
Prokrastynacja często jest mylona z lenistwem. To odkładanie rzeczy pro cras – czyli „na jutro”. Jej przyczyny są różne. Może to być zmęczenia podejmowaniem decyzji, lęk przed porażką albo sukcesem, perfekcjonizm, trudności emocjonalne albo brak umiejętności organizowania czasu. W życiu wiary prokrastynacja wygląda podobnie, choć jej przyczyny są trochę inne. Oto pięć z nich - i sposoby na to, jak sobie z nimi poradzić.
Jak wygląda prokrastynacja w życiu duchowym?
Z prokrastynacją w sferze duchowej jest podobnie jak z odkładaniem spraw w innych sferach życia. Tu także nie chodzi o lenistwo, które nas zatrzymuje w budowaniu relacji z Bogiem. Przyczyny odkładania na potem i zwlekania mogą jednak posłużyć za papierek lakmusowy dla naszych przekonań związanych z wiarą. W jakich sytuacjach najczęściej zwlekamy i jakie są tego przyczyny?
Czekasz na natchnienie, zamiast po prostu zacząć
To pierwszy powód prokrastynacji: odkładamy na lepszy moment. Ta cicha pokusa może nam się często przydarzać: żeby odłożyć modlitwę, lekturę Pisma Świętego czy udział we mszy czy nabożeństwie „na najlepszy moment”. Czekamy wtedy na wenę, na natchnienie, na moment spokoju. Kłopot w tym, że natchnienie do modlitwy i momenty idealnego spokoju w zwykłym życiu nadchodzą tak rzadko, że modlitwę można odkładać w nieskończoność.
Co z tym zrobić? Nie dawać się wodzić za nos i nie czekać na idealny moment na modlitwę. Zaakceptować, że raz będzie lepsza, raz gorsza, tak jak w każdej relacji zdarzają się lepsze i gorsze momenty. Czasem jesteś duszą towarzystwa, a czasem niewyspanym kłębkiem nerwów, ale nie odkładasz rozmowy z przyjaciółką na idealny moment, bo obie wiecie, że idealna chwila może nigdy nie nastąpić. W modlitwie jest jak w relacjach z najbliższymi ludźmi: bierzesz co jest, kiedy jest, i cieszysz się, że udało się spędzić ze sobą chociaż chwilę czasu.
Czujesz powagę sprawy, więc chcesz zrobić to najlepiej i nie robisz nigdy
Druga pokusa też jest cicha i prosta. Chcemy na modlitwie i w wierze zrobić lepiej i więcej. Bo przecież to tak istotna rzecz – nie można poświęcić jej za mało uwagi, więc trzeba zaczekać, aż będzie więcej czasu i energii. Wszystkim zdarza się wpaść w myślenie, że modlitwa jest przecież dla Boga, więc musi być poważna; czytanie Pisma to święta czynność, więc nie można czytać na szybko i po łebkach; na mszę w tygodniu fajnie iść, ale tak w pośpiechu i z ciągłym echem odtwarzającej się w głowie listy zadań to bez sensu.
Ta pokusa powagi i doskonałości w rzeczach duchowych sprawia, że uważamy za śmieszne albo niepobożne akty strzeliste w stylu „Panie Boże, widzisz, że nie ogarniam, weź jakoś pomóż i to szybko, bo zwariuję” albo czytanie jednego wersetu Pisma Świętego z rana, bo na więcej nie ma czasu. Podobnie patrzymy na „tylko” znak krzyża występujący w roli porannej modlitwy i uważamy za bezsensowną mszę, na której przez większość czasu walczymy z myślami o tym, co trzeba przygotować na wieczór i co kupić do obiadu.
Jak sobie z tym radzić? Zdjąć z rzeczy budujących relację z Bogiem ciężar pełnej powagi. Bóg jest blisko, ma poczucie humoru i lepiej wie, jaki mamy dzień, niż my sami to wiemy. Wie, na ile nas stać i nie oczekuje od nas doskonałości, ale bliskości, serdecznej relacji, takiej, jaką ma się z przyjaciółmi. To relacja, w której można być sobą, mówić po swojemu, a czasem po prostu siedzieć i nie mówić nic, a nie dyplomacja, w której trzeba zachować pozory i uważać na słowa.
Zobacz także
Chcesz czytać Biblię, ale nie wiesz, jak? Zacznij od tego psalmu
Dopada cię religijna nuda, więc robisz najpierw coś ciekawszego
To temat, o którym rzadko się mówi, ale dla wielu osób „religijne czynności” łączą się z uczuciem nudy, którą trzeba znieść. Najczulsze i najbardziej szczere w tej kwestii są dzieci i nie ma chyba rodzica, który by od dziecka nie usłyszał: a czy musimy iść na mszę (nabożeństwo, modlitwę, spotkanie), tam jest tak nudno…
I niestety tak właśnie jest, zwłaszcza tam, gdzie nie mamy żadnego wpływu na to, jak będzie wyglądać religijna czynność, w której mamy wziąć udział. Monotonne litanie, usypiające kazania, stare pieśni, powtarzanie tych samych słów… Dla jednych to rutyna pozwalająca wejść w kontakt z Bogiem, dla innych – droga przez mękę.
Co z tym robić? Tam, gdzie wybór należy do nas – eksperymentować i szukać tego, co ożywia nasze serce, pociąga nas, zaciekawia, cieszy i jednocześnie pytać siebie, dlaczego uważamy coś, co nas nudzi, a jest niekonieczne, za swój religijny obowiązek. Bo ten powód prokrastynacji bierze się z połączenia dwóch spraw: naszego wyobrażenia o tym, jak powinno wyglądać życie duchowe i co się na nie składa, często odziedziczonego po ludziach o innej wrażliwości i innych potrzebach religijnych, oraz przekonania, że tak jest i nic nie możemy z tym zrobić. A że nas to nie cieszy, odkładamy i odkładamy na później, na jutro, które jakoś nie następuje. A w zamian nie mamy nic.
Forma modlitwy, forma spotkania z Bogiem może być bardzo różna. Jeśli nudzi nas msza w parafialnym kościele, może uda się znaleźć bardziej angażującą duchowo Eucharystię? Jeśli zasypiamy na różańcu, może dobrą opcją będzie śpiewanie psalmów ujętych w dynamiczną formę pieśni uwielbienia? Jeśli nudzi nas czytanie Pisma Świętego, może warto znaleźć w sieci kogoś, kto je głęboko czuje i mądrze wyjaśnia, by zafascynować się głębią Słowa?
Zobacz także
Co robić, gdy nudzisz się podczas Mszy Świętej?
Odkładasz kwestie duchowe, bo są przykrym obowiązkiem, a nie żywą relacją
To chyba najbardziej powszechny powód, biorący się z tego, że wiara jest dla wielu osób bardziej tradycją i obowiązkiem, niż spotkaniem i relacją. I to jest w pełni zrozumiałe: nikt nie lubi robić rzeczy tylko z konieczności, bez radości i poczucia sensu. Często modlitwa, sakramenty i inne pobożne czynności są wtedy tylko próbą spełnienia jakichś oczekiwań (bywa, że wyobrażonych). Aż w końcu stają się kolejnym ciężarem i zaczynają budzić niechęć, więc nic dziwnego, że osoby tak patrzące na wiarę starają się ich unikać - i odkładają na potem.
Co z tym robić? Najprościej (choć może także i najtrudniej…) jest zapytać Boga, jak możemy wejść z Nim w żywą relację. Tak, by życie wiary nie było pasmem obowiązków do odhaczenia, ale relacją przyjaźni, w której działa się razem i spotyka ze sobą z przyjemnością. Dla wielu osób może to brzmieć dziwnie, ale wystarczy popatrzeć na różnych świętych (jak ojciec Pio, Mała Tereska albo po prostu Apostołowie, którzy z Jezusem wędrowali, jedli i pili). Nie zmuszali się do modlitwy. Kochali sakramenty - przede wszystkim Eucharystię i sakrament pokuty jako mocne miejsca spotkania z Bogiem. Chcieli tam być, bo tam był Ktoś, z Kim po prostu mieli ochotę przebywać: często dla samej przyjemności bycia blisko, czyli mówiąc nieco górnolotnie: z miłości.
Widzialne rzeczy wydają się ważniejsze i wygrywa zmęczenie
Przemęczenie to jeden z poważnych powodów prokrastynacji: duchowej i każdej innej. Nie mamy energii, żeby dobrze zaplanować działania, nie mamy siły, by zrobić coś jeszcze, podjąć kolejną decyzję, zaangażować się w coś jeszcze na kilka chwil.
Co więcej, sferę duchową lubimy zostawiać na koniec. Może dlatego, że jej nie widać i w związku z tym wydaje się mniej ważna niż obowiązki, których efekty są od razu i mocno widoczne. A może z innych powodów: grunt, że często to, co buduje naszą relację z Bogiem, jest na ostatnim miejscu dziennej listy zadań. Pomodlę się rano, ale nie tak całkiem rano, bo najpierw obudzę dzieci do szkoły i potem może się uda. Poczytam Pismo Święte, ale to dopiero wieczorem, jak już zrobię wszystko inne. Odmówię w spokoju dziesiątkę różańca, ale to jak już będą wszystkie obowiązki ogarnięte… Pójdę sobie na adorację do kościoła, ale najpierw te zakupy, może po nich będzie czas. I tak przesuwamy wszystkie okazje do spotkania z Bogiem na koniec dnia, tygodnia, miesiąca, życia.
Co z tym robić? Twardo ustawić listę priorytetów i wypisać sobie wszystkie korzyści, jakie daje spotkanie z Bogiem. Jasne, to może brzmieć kontrowersyjnie: przecież wiara nie jest po to, żeby przynosiła korzyści, chodzi o poświęcenie i altruizm… No więc nie do końca. W Piśmie Świętym Bóg mówi jasno: przyjdź do Mnie, jak jesteś zmęczony, a Ja cię pokrzepię, albo: poprowadzę cię nad spokojne wody, gdzie odpoczniesz, albo: po spotkaniu ze Mną będziesz mieć radość, pokój serca, łagodność, cierpliwość, opanowanie. I to się dzieje; można śmiało powiedzieć, że Bóg, hojny Ojciec tak planuje spotkanie, by dawać, wspierać, pozytywnie zmieniać nasze życie. Ale gdy się Go zostawia na szarym końcu życia, naprawdę trudno to odczuć.
Zobacz także
Jak uciec z zamkniętego kręgu ciągłego przemęczenia? Naucz się odpoczywać na siedem sposobów
Dlaczego odkładasz swoją duchowość na potem?
Jeśli masz wyrzuty sumienia, że ciągle odkładasz sprawy wiary i duchowy rozwój na potem, może warto poświęcić trochę czasu na zastanowienie się, dlaczego tak jest. Odkrycia, które zrobisz, mogą wymagać pokory, gdy zobaczysz swoje słabości, nieprawdziwe przekonania czy hierarchię wartości inną niż ta deklarowana. Ale zauważone, przyjęte i przemyślane mogą otworzyć całkiem nowy rozdział relacji z Bogiem i bycia w Jego Kościele. Teraz, a nie jutro.
Marta Łysek – „deon.pl”
Nowa samotność. Jak odnaleźć siebie w erze mediów społecznościowych
Samotność nigdy nie miała tylu masek co dziś. Niegdyś oznaczała ciszę w domu, pustą ławkę w parku, wieczory spędzane bez rozmówcy. Dziś może przychodzić w środku największego zgiełku: kiedy powiadomienia na telefonie migają jak sztuczne gwiazdy, a mimo to w sercu panuje ciemność. Możemy być otoczeni setkami znajomych na Facebooku, dziesiątkami obserwujących na Instagramie, tysiącami wirtualnych "znajomych", a jednak czuć się bardziej samotni niż kiedykolwiek.
Światło telefonu rozcina ciemność pokoju. Kolejne powiadomienie, kolejne zdjęcie, kolejny uśmiech obcych ludzi. Wszyscy gdzieś są, coś przeżywają, śmieją się głośno, podróżują daleko, kochają namiętnie. A ty leżysz w ciszy, słyszysz tylko własny oddech i czujesz, jak samotność przykleja się do skóry jak chłód.
To paradoks naszych czasów: nigdy nie byliśmy tak połączeni, a jednocześnie nigdy tak oddzieleni. Wystarczy kilka sekund, by napisać wiadomość, przesłać emotikon, dodać serduszko pod zdjęciem. Możemy mieć tysiące "znajomych" online i ani jednej osoby, do której zadzwonimy w środku nocy. Samotność dziś nie polega na pustym domu. Polega na tym, że w sercu brakuje kogoś, kto naprawdę widzi i słyszy.
Psychologowie mówią o epidemii samotności. Liczby potwierdzają, że pokolenie dorastające z telefonem w dłoni deklaruje więcej poczucia osamotnienia niż osoby starsze, które żyją w realnej ciszy. To samotność nowego rodzaju – cicha, ukryta, zakamuflowana lajkami i filtrami. Niby mamy wszystko, a jednak w środku rozbrzmiewa echo, które mówi: "jestem sam".
Iluzja bliskości
Media społecznościowe są jak kolorowe lustro, w którym widzimy tylko fragment cudzej rzeczywistości. Śniadania w modnych kawiarniach, podróże w egzotyczne miejsca, uśmiechy przyjaciół, którzy, jak się zdaje, nigdy się nie kłócą. To starannie dobrane kadry, filtr, który ma ukryć zmartwienia i trudności.
Psycholożka Sherry Turkle pisała, że współczesny człowiek "żyje w iluzji towarzystwa, a w rzeczywistości doświadcza samotności". Scrollując, wierzymy, że jesteśmy blisko innych. Ale to bliskość przez szybę. Widzimy, ale nie dotykamy. Wiemy, co ktoś jadł, ale nie wiemy, co czuje.
Im dłużej oglądamy te migawki, tym częściej pojawia się pytanie: skoro wszyscy wokół są szczęśliwi, dlaczego ja czuję pustkę? Tak rodzi się samotność w tłumie – tłumie cyfrowym, który jest głośny, a zarazem bezduszny.
Samotność czy izolacja?
W codziennym języku często używamy tych pojęć zamiennie, ale psychologia bardzo wyraźnie je rozróżnia. Izolacja to obiektywny brak kontaktów – sytuacja, w której faktycznie nie ma wokół nas ludzi. To pusty dom, brak rozmów, brak interakcji społecznych. Samotność to coś innego – to stan emocjonalny, subiektywne poczucie odłączenia, które można przeżywać nawet w tłumie. Można siedzieć w zatłoczonym metrze, uczestniczyć w rodzinnej imprezie, a nawet mieć tysiąc znajomych online i wciąż czuć, że nikt nie jest naprawdę blisko.
Samotność nie zawsze więc ma twarz pustego pokoju. Czasem przychodzi w środku największego hałasu, gdy wokół pełno rozmów, a człowiek i tak ma wrażenie, że jest przezroczysty. To doświadczenie, które bywa trudniejsze od samej izolacji, bo poczucie odłączenia pojawia się mimo obecności innych.
Niektórzy badacze idą jeszcze dalej i mówią o samotności egzystencjalnej. To głębokie, odwieczne przekonanie, że nikt – choćby najbliższy – nie jest w stanie w pełni zajrzeć w nasze wnętrze. Człowiek może być kochany, rozumiany, otoczony przyjaciółmi, a mimo to czuć, że istnieje jakaś część jego świata wewnętrznego, która pozostaje niepodzielna, tylko jego. Filozofowie podkreślają, że to doświadczenie towarzyszy ludziom od wieków – to część kondycji ludzkiej.
W epoce mediów społecznościowych ta samotność nabiera jednak nowego wymiaru. Kiedy nasze ukryte poczucie niezrozumienia zestawiamy z kolorową mozaiką cudzych "idealnych" obrazków, kontrast staje się boleśniejszy. To tak, jakbyśmy porównywali własną ciszę z cudzym śmiechem – i choć często ten śmiech jest tylko wycinkiem rzeczywistości, my czujemy się jeszcze bardziej wyobcowani.
Długotrwała samotność
WHO ostrzega, że samotność staje się jednym z najpoważniejszych zagrożeń zdrowia publicznego, porównywalnym z paleniem papierosów. Badania wskazują, że długotrwała samotność zwiększa ryzyko chorób serca, depresji, a nawet przedwczesnej śmierci.
Wewnętrzny krytyk i cyfrowe lustro
Samotność rzadko przychodzi sama. Często w jej cieniu pojawia się głos wewnętrznego krytyka. "Skoro nikt się nie odzywa, to pewnie jestem nieważny". "Skoro nie mam tylu znajomych, coś ze mną jest nie tak".
Media społecznościowe wzmacniają ten mechanizm. Każdy brak odpowiedzi na wiadomość, każde zdjęcie bez "serduszek", każda impreza, na którą nie zostaliśmy zaproszeni, staje się dowodem na to, że jesteśmy gorsi.
Psychologowie nazywają to społecznym porównaniem w dół. Im częściej patrzymy na innych, tym częściej czujemy, że nie dorastamy do ich życia. To jak stawanie codziennie przed lustrem, które pokazuje tylko nasze braki, a nigdy nie odbija naszych mocnych stron.
Samotność jako sygnał
Choć samotność boli, psychologia podpowiada, że pełni ona funkcję podobną do bólu fizycznego – jest sygnałem alarmowym. Tak jak ból chroni nas przed dalszym uszkodzeniem ciała, tak samotność informuje, że czegoś brakuje w naszym życiu. To wołanie o więzi, bliskość, prawdziwy kontakt. Nie jest więc tylko przeszkodą, ale mechanizmem obronnym, który ma nas skłonić do poszukiwania innych ludzi.
Problem polega na tym, że współczesny człowiek nauczył się ten sygnał zagłuszać. Kiedy pojawia się niepokój czy pustka, zamiast przyjrzeć się im bliżej, odruchowo sięgamy po telefon. Scrollowanie działa jak tabletka przeciwbólowa, przynosi krótkotrwałą ulgę, ale nie leczy przyczyny. Przez chwilę mamy wrażenie, że jesteśmy częścią świata, że uczestniczymy w życiu innych. Jednak po odłożeniu urządzenia samotność wraca, często jeszcze silniejsza.
Psychologowie porównują to do głodu. Jeśli jesteśmy głodni, organizm domaga się jedzenia. Jeśli zamiast posiłku wypijemy litry słodkich napojów, na chwilę poczujemy sytość, ale ciało wciąż będzie osłabione. Samotność działa podobnie. Zamiast autentycznego spotkania z drugim człowiekiem karmimy się cyfrowymi namiastkami: lajkiem, komentarzem, kilkusekundowym filmikiem. I choć na moment daje to wrażenie bliskości, na dłuższą metę pogłębia poczucie pustki.
To właśnie dlatego badacze coraz częściej mówią o "społecznej diecie śmieciowej". Tak jak nadmiar fast foodów niszczy nasze zdrowie, tak nadmiar powierzchownych, internetowych interakcji osłabia zdolność budowania głębokich więzi. A samotność, zamiast ustępować, rozrasta się jak rana przykryta plastrem – niewidoczna, ale coraz bardziej bolesna.
Konstruktywna samotność
Nie każda samotność jest destrukcyjna. Psychologia mówi o samotności konstruktywnej – chwilach, kiedy świadomie wybieramy bycie samemu. To czas, w którym można posłuchać własnych myśli, zrozumieć siebie, stworzyć coś nowego.
Wielu artystów i pisarzy powtarzało, że ich największe dzieła rodziły się w ciszy, w godzinach spędzonych sam na sam ze sobą. To samotność, która nie odcina, ale buduje. Różnica polega na tym, że nie uciekamy od siebie – uczymy się ze sobą rozmawiać.
Jak budować zdrową relację z samym sobą?
1. Ogranicz hałas cyfrowy
Badania pokazują, że tydzień bez Instagrama czy Facebooka obniża poziom samotności i poprawia samopoczucie. To nie znaczy, że trzeba od razu usuwać wszystkie aplikacje, ale wystarczy nauczyć się korzystać z nich świadomie.
2. Zatrzymaj się w ciszy
Samotność staje się lżejsza, gdy uczymy się ją oswajać. Wystarczy krótki spacer bez telefonu, chwila pisania w dzienniku, moment wsłuchania się we własny oddech.
3. Ćwicz życzliwość
Traktowanie siebie z życzliwością działa lepiej niż nieustanna krytyka. Zamiast mówić: "jestem beznadziejny", spróbuj: "mam trudny dzień, ale to nie czyni mnie gorszym człowiekiem".
4. Szukaj jakości, nie ilości
Prawdziwa rozmowa z jednym przyjacielem daje więcej niż setki lajków. Liczba znajomych na liście nie mówi nic o tym, jak bliskie są twoje relacje.
5. Twórz
Pisanie, muzyka, rysunek, sport, to sposoby, by samotność zamieniać w siłę. To nie ucieczka od siebie, ale spotkanie z sobą na nowym poziomie.
Samotność w erze mediów społecznościowych jest jak echo. Im głośniej krzyczymy w przestrzeń internetu, tym czasem mocniej wraca cisza w środku. Ale echo nie jest dowodem, że jesteśmy sami. Jest zaproszeniem, by wsłuchać się w siebie.
Julia Hap – „deon.pl”
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
8 września - bł. Władysław Błądziński, prezbiter i męczennik |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
11 września - św. Jan Gabriel Perboyre, prezbiter i męczennik |
|
• |
11 września - bł. Franciszek Jan Bonifacio, prezbiter i męczennik |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
13 września - bł. Franciszek Drzewiecki, prezbiter i męczennik |
|
• |
|
|
• |
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl