W BLASKU MIŁOSIERDZIA
35/1035 – 3 sierpnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Niedziela, 3 sierpnia 2025
XVIII niedziela zwykła rok „C”
Uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości
Na drodze do Jerozolimy poznajmy Jezusa egzorcystę. Jezusa, który mówi wyraźnie: "Kto nie jest ze mną jest przeciwko mnie". Jezusa, który głosi nam błogosławieństwo dla tych, którzy słuchają Słowa Bożego i go przestrzegają. Jezus, który jest znakiem Jonasza, który jest kimś większym niż Jonasz, kimś większym niż Salomon, który wzywa i zaprasza żebyśmy stawali się światłem.
Jezus przyjmuje gościnę w domu Faryzeusza, wchodzi w polemikę z nimi i mówi: "strzeżcie się kwasu Faryzeuszów, strzeżcie się obłudy Faryzeuszy, strzeżcie się ich chciwości. "Ciekawa jest ta Ewangelia, tej kolejnej niedzieli.
O to ktoś z tłumu mówi do Jezusa, nie rozmawiając ze swoim bratem, traktując Jezusa jako pośrednika: Powiedz mojemu bratu, żeby podzielił się ze mną spadkiem, a Jezus mówi: uważajcie i strzeżcie się wszelkiej chciwości.
Natomiast my żyjemy w świecie, gdzie na billboardach mogłoby się znaleźć słowo z przypowieści Jezusa, o tym człowieku, któremu dobrze obrodziło pole, więc martwi się co zrobić z tymi genialnymi plonami. My moglibyśmy na bilbordach umieścić słowa, które ten rolnik wypowiedział sam do siebie: jedz, pij i używaj życia. Wielu żyje według tego planu – odpoczywaj, jedz, pij i używaj, i przeżywaj bezsensownie swoje życie.
Czy nasze życie zależy od tego co posiadamy? Jest taka pułapka, że wydaje nam się, że to jest nasze zabezpieczenie, a przecież w naszym zabezpieczeniem jest Pan. Zabezpieczeniem jest moc Jego słowa. Czy chcę być bogaty przed Bogiem i u Boga, czy chcę znaleźć się pośród tych, którzy nazwani są głupcami? Mądrość czy głupota? Wybieraj.
Ks. Wenancjusz Zmuda – „Mateusz.pl”
Po co to wszystko?
Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Kol 3
Czasem wydaje się, że życie to niekończący się wyścig. Pracujemy, gromadzimy, planujemy, jakby wszystko zależało tylko od nas. I nagle przychodzi moment, kiedy wszystko nagle się zatrzymuje. Ktoś odchodzi. Coś się wali. I zostaje pytanie: po co to wszystko?
W głębi serca czujemy, że jest coś więcej. Że nie jesteśmy stworzeni tylko do rachunków, obowiązków i codziennych spraw. Bo prawdziwe życie nie toczy się w terminarzu, ani w skrzynce mailowej, ale w relacjach z Bogiem i z drugim człowiekiem. I nie chodzi o to, by uciekać od codzienności, ale by nie zagubić duszy pośród spraw tego świata. By wrażliwości sumienia nie zagłuszyć hałasem obowiązków. I może właśnie dziś warto powiedzieć sobie szczerze, że chcemy żyć głębiej. Nie dla pozorów, nie dla pustych oczekiwań. Bo każdy dzień, który dostajemy, jest darem, nie naszą własnością.
„wiara.pl”

Choroba serca, a nie portfela
Wśród wielu bon motów, jakie zawdzięczamy papieżowi Franciszkowi, jest i ten, który chciwość nazywa chorobą serca, a nie portfela. Wada ta może dotykać różnych dziedzin naszego życia i przez to przyjmować rozmaite formy – od pokładania nadmiernej ufności w majątku, przez łapczywe szukanie poklasku, aż po nienasyconą żądzę wrażeń. Choć objawy bywają różne, etiologia schorzenia jest zawsze taka sama. Pojawia się ono w ogłupiałym sercu, które nie rozumie samego siebie. Dlatego też upośledzone odczytanie tego, kim jestem, może się stać pożywką dla chciwości. Sprawa jednak jest nieco bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać. Chciwość występuje w wielu odmianach. Dwie skrajne – nazwijmy je „wulgarna” i „subtelna” – wyraźnie się od siebie różnią.
Chciwiec zazwyczaj ogranicza poznanie siebie do tego, co materialne lub z materią nierozerwalnie związane. Wodzi wciąż spragnionym wzrokiem, nadstawia ucha na pochlebstwa lub ciekawostki, a pierś wypina, by przyjąć kolejne odznaczenia. W konsekwencji staje się jedynie kukłą z wypchanymi kieszeniami marynarki, na której połyskują ordery. Duszę traktuje niczym drugi żołądek i stara się zaspokoić jej pragnienia czymś całkowicie innym niż pokarm duchowy. Duchowe pragnienia są jednak rzeczywiście nienasycone, choć w żadnym wypadku nie są żarłoczne. Są pełne ognia, ale pozbawione rysów żądzy, wysuszają na wiór, lecz nie pozbawiają nadziei i pokoju. Duchowe pragnienia odzwierciedlają swój boski Przedmiot. Dlatego są w człowieku czymś najbliższym nieskończoności. Podobne kocha podobne. Chciwość w odmianie wulgarnej nie wyrzeka się duchowego głodu. Jedynie nie wie, czym go zaspokoić. Natomiast w odmianie subtelnej robi coś o wiele gorszego – wyrzeka się nieskończonych pragnień. Pragnienie ducha próbuje zagłuszyć, zamiast je zaspokoić.
Głupotą opisanego w Ewangelii bogacza jest pozorne spełnienie, którym ucisza wiecznie nienasyconą duszę.
Tomasz Grabowski OP – „wdrodze.pl”
Cios w samo serce naszej współczesnej mentalności
Dzisiejsza Ewangelia to jak cios w samo serce naszej współczesnej mentalności. Oto przychodzi do Jezusa człowiek i mówi: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby podzielił się ze mną spadkiem” (Łk 12,13). Czyli już wtedy ludzie potrafili się pokłócić o majątek… Nic nowego. Znamy to aż za dobrze – iluż to braci, sióstr, kuzynów i przyjaciół poróżniło się o kawałek pola, o dom po rodzicach, o parę złotych ze spadku?
A Jezus – zamiast wejść w rolę sędziego rodzinnego – odpowiada: „Uważajcie, strzeżcie się wszelkiej chciwości, bo nawet gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie zależy od jego mienia” (Łk 12,15). I dodaje przypowieść o bogaczu, który miał tyle zboża, że już nie wiedział, gdzie je pomieścić. „Zburzę spichlerze, zbuduję większe. Potem powiem duszy mojej: Masz wielkie zasoby dóbr na długie lata; odpoczywaj, jedz, pij i używaj życia” (Łk 12,18-19). Tylko że Pan Bóg mu na to odpowiada: „Głupcze! Jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy. Komu przypadnie to, co nagromadziłeś?” (Łk 12,20).
Drodzy! Powiedzmy to sobie szczerze: to nie jest przypowieść o kimś z dawnych czasów. To przypowieść o nas. Spójrzmy na nasze życie. Ileż mamy zapału do spraw ziemskich! Ludzie potrafią pracować od świtu do nocy, brać nadgodziny, dodatkowe zlecenia – byle tylko mieć więcej. Dom musi być większy niż sąsiada, samochód lepszy niż szwagra, wakacje bardziej egzotyczne niż te znajomych z Facebooka.
I wiecie, co w tym najtragiczniejsze? Że naprawdę wierzymy, iż to wszystko da nam szczęście. Gromadzimy, gromadzimy, gromadzimy… A potem nagle przychodzi śmierć. I wtedy okazuje się, że trumna nie ma kieszeni.
To aż banalne, a jednak prawdziwe. Trumna nie ma kieszeni, nie ma sejfu, nie ma miejsca na kartę kredytową ani kluczyki do nowego SUV-a. Wszystko zostaje na ziemi. Kiedyś ktoś żartował: „Najbogatszy człowiek na cmentarzu… nadal jest martwy”. I ma tyle samo jak ten, który za życia miał niewiele. Gdybyśmy choć ułamek tego wysiłku, który wkładamy w sprawy materialne, włożyli w troskę o duszę... Gdybyśmy z taką samą energią, z jaką biegniemy za pieniędzmi, biegli za Bogiem – to każdy z nas byłby świętym!
Ale nie. Na modlitwę nie mamy czasu. Spowiedź odkładamy „na później”. Na niedzielną Mszę Świętą zawsze znajdzie się jakaś wymówka: bo pada, bo za gorąco, bo dziecko ma katar... A na serial jest czas. Na Facebooka jest czas. Na kolejny weekend nad jeziorem – też czas się znajdzie.
Tylko warto postawić sobie pytanie: A jeśli Bóg powie ci to, co usłyszał bogacz w Ewangelii? „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy” (Łk 12,20) – co wtedy Mu odpowiesz?
Dzisiejszy świat troszczy się o wszystko: o zdrową dietę, suplementy, siłownię, stan konta, ubezpieczenia na życie, dom, samochód… Troszczymy się o wszystko – tylko nie o niebo. A przecież nasze życie na ziemi to jak krótki sen (por. Hi 14,1-2; Ps 90,5-6). Jeden moment – i budzisz się po drugiej stronie. I co wtedy?
Ktoś powie: „Mam piękny ogród” – ale po śmierci go nie skosisz.
Ktoś inny: „Miałem super samochód” – ale w niebie nie ma autostrad.
Jeszcze inny: „Miałem złoto, dolary, euro!” – ale w niebie nie ma kantorów.
Zwróćmy uwagę na jedno: to sam Bóg w Ewangelii mówi: „Głupcze!” – a przecież Bóg zwykle nie obraża ludzi. Jezus bardzo rzadko używał takich słów, ale tu – wobec ślepego materializmu – czyni wyjątek. Dlaczego? Bo to właśnie ci, którzy żyją tylko dla tego świata, zapominając o wieczności, są w oczach Boga prawdziwie ubodzy duchem (por. Mt 6,19–21; Mt 16,26).
Ilu ludzi wokół nas planuje dokładnie, co zrobić z pieniędzmi, a nie potrafi zaplanować spowiedzi? Ilu bardziej boi się straty majątku niż straty duszy? (por. Mt 10,28).
Dzisiejsza Ewangelia to lustro dla naszego świata. Żyjemy w czasach, gdy bardziej interesuje nas wartość konta niż wartość duszy. Potrafimy godzinami śledzić notowania giełdowe, ale nie znajdujemy dziesięciu minut na modlitwę. Inwestujemy w domy, samochody, wakacje, a nie inwestujemy w miłość, przebaczenie, relację z Bogiem.
Nie chodzi o to, że bogactwo samo w sobie jest złe. Pismo Święte nie potępia bogactwa. Abraham był bogaty (por. Rdz 13,2). Józef z Arymatei, który złożył ciało Jezusa w grobie, był człowiekiem zamożnym (por. Mt 27,57). Ale oni wiedzieli, że bogactwo to narzędzie, a nie cel. W pracy i zdobywaniu środków do życia trzeba zachować złoty środek (por. Prz 30,8-9) i wiedzieć, co w hierarchii wartości powinno być na pierwszym miejscu (por. Mt 6,33).
Bogactwo nie jest grzechem. Grzechem jest chciwość, egoizm, pycha i brak wdzięczności. Bogacz z przypowieści nie zgrzeszył tym, że jego pole wydało plon, ale tym, że wszystko zatrzymał dla siebie. Nie myślał o innych, nie dziękował Bogu, tylko powtarzał: „Moje plony, moje spichlerze, moje dobra” (Łk 12,18). Wszystko kręciło się wokół niego.
Na nagrobku pewnego człowieka napisano kiedyś: „Co miałem – straciłem. Co dałem Bogu – zabrałem ze sobą”.
I to jest cała mądrość życia.
Niech każdy z nas zapyta dziś samego siebie: Co robię z czasem, który daje mi Bóg? Czy inwestuję w to, co nie przemija? (por. 1 Tm 6,17-19). Gdyby dziś zażądano mojej duszy – czy mam co zabrać do nieba?
Powiedzmy sobie wprost: wszyscy umrzemy (por. Hbr 9,27). Nikt z nas nie uniknie tego momentu. A kiedy nadejdzie, nie będzie miało znaczenia, czy jadłeś chleb z masłem, czy z kawiorem. Liczyć się będzie tylko to, czy jesteś bogaty w miłość, w przebaczenie, w wiarę (por. Ga 5,6; Mt 25,31–46). Bo to są skarby, które możesz zabrać ze sobą.
Możesz kupić lekarstwa, ale nie zdrowie.
Możesz kupić dom, ale nie rodzinę.
Możesz żyć z kimś pod jednym dachem, ale nie mieć z nim miłości.
Możesz mieć książki, ale nie mądrość.
Luksusowy pokój, ale nie spokojny sen.
Luksusowy grób, ale nie życie wieczne.
Dlatego bądźmy bogaci przed Bogiem (Łk 12,21).
Inwestujmy w niebo – ono nie zbankrutuje. Amen.
o. Łukasz Baran CSsR – „redemptor.pl”
O wyważoną ocenę
1. W czasie, gdy wielu ludzi korzysta z urlopów czy wakacji dla nabrania dalszych sił fizycznych do pracy, Kościół przypomina im to, co istotne. Odrywa więc ich myśl od jednostronnego pochłonięcia przez rozrywki, które nie mogą być celem same w sobie, lecz sposobią do wydajniejszej pracy. Ale jej wartość Kościół również każe im realnie oceniać. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo zbytniego pochłonięcia także przez pracę. Praca wypełnia ludziom znaczną część czasu danego im przez Boga po to, by go mądrze wyzyskali. Tymczasem jakże często czynią to niemądrze, dlatego że błędnie go wartościują. Doczesność, a w niej praca, jest dwuwartościowa. Marnością okaże się w końcu dla tych wszystkich, którzy poza nią niczego więcej nie widzieli, jak stwierdzają dziś na różny sposób: Mędrzec Pański (I czytanie) i Jezus w przypowieści ewangelijnej. Dopiero ostatnia w niej sentencja otwiera zasadę mądrej oceny: chcesz być bogaty przed Bogiem, kieruj mądrze swoim życiem ku celowi poza doczesnością. Jest to Chrystus zasiadający po prawicy Bożej (II czytanie).
2. Księga Koheleta, obok Księgi Hioba, jest w Piśmie Świętym jakby orędziem natchnionego pesymizmu. To „kwiat flory biblijnej o płatkach z popiołu” (J. Steinmann). Będąc wynikiem bogatego doświadczenia ludzkiego księga ta ukazuje wiele ciemnych stron życia, wręcz ich marność, na przykładzie rozmaitych ziemskich rzeczywistości, zazwyczaj pożądanych przez ludzi zachłannie. Dzisiaj czytany urywek po wstępnej sentencji, która jak motto streszcza główną tezę całej księgi, najpierw opisuje pewien poszczególny przypadek owej marności. Jest nim gorzki zawód, jaki spotyka niekiedy ludzi uczciwie pracowitych, gdy owoc swego trudu życiowego muszą oddać w ręce na to nie zasługujące. Wtedy ich życie może im się wydać bezcelowym, zmarnowanym. Ich frustracja polega na tym, że nie widzieli innego celu pracy niż zysk. Potem autor uogólnia swoją ocenę sytuacji człowieka, gdy sumuje bezcelowość wielu trudów wypełniających całe ludzkie życie, zwłaszcza że stale towarzyszą im cierpienie i brak pokoju, jak we dnie, tak i w nocy.
Diametralnie przeciwny, a życiowo ważny, jest nastrój dzisiejszych Pawłowych napomnień. Chrześcijanie Kościoła w Kolosach winni wysnuć wnioski z faktu, że przez niedawno przyjęty chrzest wszczepieni zostali w misterium paschalne, w śmierć i w zmartwychwstanie Chrystusa. Ten fakt już ich przeniósł poza sferę doczesności. Konsekwentnie niech adresaci teraz realizują typowo biblijne hasło: szukajcie, ale ze wskazaniem nowego kierunku: tego, co w górze. Dla uniknięcia nieporozumień hasło: Dążcie do tego, co w górze, otrzymuje nadto przeciwstawienie: nie do tego, co na ziemi. Kierunek tych dążeń, w górze, nie pozostaje bynajmniej w sferze abstrakcji: mają one zmierzać ku Komuś, nie ku czemuś, mianowicie ku Chrystusowi. On jest prawdziwie Panem jako zasiadający po prawicy Boga, swego Ojca. Jak dalece liczy się Apostoł z konkretnym życiem adresatów, dowodzi druga część urywku, gdzie nakazuje on walkę z zagrożeniami moralnymi niedawnych jeszcze pogan. Mimo to pod koniec wraca on do prawdy o chrzcie jako o przyobleczeniu nowego człowieka.
Ewangelia dzisiejsza, jako prawdziwie Dobra Nowina, leczy ludzkie zagubienie się w ocenie wartości doczesnych. Wymownym jego przykładem jest niefortunne ze strony jakiegoś anonimowego głosu z tłumu wystąpienie z żądaniem, by Jezus rozstrzygnął spór między braćmi o spadek po ojcu. Jezus po zadeklarowaniu swojej niekompetencji w tej sprawie podaje w formie przypowieści swoją ocenę zachłanności ludzkiej na dobra materialne. Jest to jedyna przypowieść Jezusowa, która bez osłony przenośni wprowadza Boga jako mówiącego wprost do głupiego bogacza. Pan życia ludzkiego, które bynajmniej nie kończy się ze śmiercią, za głupotę uważa całkowite poleganie przez człowieka na dobrach doczesnych, które przemijają. Noc spędzona na snuciu projektów na daleką przyszłość okaże się ostatnią w życiu owego bogacza na podstawie wyroku Bożego, wyrażonego tu na sposób biblijny. Na Boże pytanie bogacz nie ma już odpowiedzi. Według dodanej przez Jezusa sentencji – na rozliczeniu pośmiertnym ważne jest przed Bogiem zupełnie innego rodzaju bogactwo.
3. Od wieków człowiek kłóci się z Bogiem Stwórcą o swoją doczesność, a w niej przede wszystkim o dobra materialne, których mu ciągle brakuje. Przyziemność ludzkich dążeń stoi w opozycji do niezmiennej Bożej oceny tego wszystkiego, co jest nieuchronnie skazane na przemijanie. Myśl Księgi Koheleta ze swoim pesymizmem zatrzymała się w połowie drogi. Objawienie nowotestamentowe dopełniło właściwego realizmu w ocenie wartości życiowych. Mianowicie ukazało ono, kto jest prawdziwie przed Bogiem bogaty, i w jaki sposób należy pomnażać otrzymane talenty. Motorem jest miłość, która już tutaj czynna, w odróżnieniu od wiary i nadziei, nigdy nie ustaje i dlatego z nich jest największa (1 Kor 13,8). Toteż Autor Naśladowania Chrystusa do początkowego motta Koheleta Marność nad marnościami, wszystko marność dodał trafnie: „oprócz służenia Bogu i miłowania Go”. Dobra przyszłe (Hbr 9,11), wiekuiście niezmienne, nosimy już w sobie od chwili naszego chrztu, kiedyśmy to z Chrystusem powstali z martwych i przyoblekli nowego człowieka (II czytanie). Pomnażać je dziś – to prawdziwy realizm.
4. Homilia zgodnie ze wstępem (pkt 1) i główną myślą (pkt 3) może podać, jak ma wyglądać wyważona ocena doczesności, byśmy przez właściwe jej przeżycie (a nie ma innej drogi) osiągnęli szczęśliwą wieczność. Chodzi o mądre „szukanie” tego, co trwałe, o prostą drogę do Chrystusa, już dziś zwycięskiego Nauczyciela i Zbawcy. W tym celu najpierw należy zdecydowanie odrzucić wszystkie błędne postawy wobec doczesności ukazane w czytaniach na przykładach. Są to: zbędny trud „pracoholików”, obłędne zagubienie się w przyziemnym a bałwochwalczym hołdowaniu żądzom, które trzeba stale zwlekać wraz z dawnym człowiekiem, oraz głupota planów krótkowzrocznych, nie liczących się z tym, że przemija postać tego świata (1 Kor 7,31). Pozytywne zaś dążenie – to nieustanna odnowa ku głębszemu poznaniu Boga według obrazu Tego, który stworzył pierwszego Adama a wskrzesił Ostatniego. Odbywa się to w „Bożym środowisku” (P. Theillard de Chardin) Kościoła. Tam bez dyskryminacji wszystkim we wszystkich jest Chrystus.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
Duchowość, czyli o czym my właściwie mówimy?
Czy popularność słowa „duchowość” wynika z mody, czy z głębokiej potrzeby człowieka i czy wszyscy rozumiemy to samo, gdy mówimy o duchowości?
Redaktor pewnego portalu internetowego zapytał mnie, czy mógłbym pisać dla nich teksty o duchowości. Czyli o czym? – zapytałem. No wie ksiądz: o cudach, uzdrowieniach, skutecznych modlitwach, stygmatach, objawieniach, egzorcyzmach. Czyli o tego typu religijnych rzeczach, które nakręcają pobożnych ludzi. To się dobrze sprzedaje.
Czy wszystkie te sensacyjne tematy, które wydają się być nie z tej ziemi, można zaliczyć do duchowości? Jeśli tak, to również rozmowa o upiorach na harcerskim obozie, w ciemnym lesie, gdy dogasa ostatni kawałek drewna, to duchowa rozmowa.
Ewangelicznie rozumiana duchowość wiąże się z osobistą relacją z Bogiem, z dominacją ducha nad ciałem, z wewnętrzną harmonią w życiu człowieka i wytrwałą pracą nad sobą, by upodobnić się do Chrystusa. Nie ogranicza się do modlitwy i mistycznych przeżyć, ani do tego, czego nie widać. To również styl życia. Zgadzając się z powyższym, muszę jednak przyznać, że nie jest mi łatwo zdefiniować ogólnie, czym jest duchowość. Bo przecież nie tylko chrześcijanie oddają się duchowym praktykom i nie tylko wyznawcy Chrystusa pragną podporządkować swoje działania niematerialnym wartościom i szukają głębszego sensu własnego życia.
Ten robi najwięcej, kto robi [dobrze] jedną rzecz. (Więcej: Pisma, św. Ignacy Loyola)
Ponadto w samym Kościele katolickim mamy różnorodne charyzmaty i wiele szkół duchowości, które wyrastają z tradycji zakonnych, doświadczeń świętych i nurtów teologicznych. Mówimy na przykład o duchowości benedyktyńskiej, franciszkańskiej, dominikańskiej, ignacjańskiej, karmelitańskiej. Mimo tych różnych nurtów, duchowość każdego człowieka świadomie przeżywającego relację z Bogiem, jest moim zdaniem jedyna i niepowtarzalna.
Duchowość ignacjańska
Ostatniego dnia lipca jezuici obchodzili uroczystość św. Ignacego Loyoli i tego dnia zainicjowali nowy kanał na YouTube zatytułowany „duchowość ignacjańska” [https://www.youtube.com/@duchowosc.ignacjanska], choć wydaje mi się, że św. Ignacy wolałby użyć tu określenia „duchowość ćwiczeń”. Tą duchowością żyję w zakonie jezuitów od ponad czterdziestu lat i wydawałoby się, że powinienem być w tej dziedzinie ekspertem. Ale gdy ojciec generał zapytał – Co zmieniły w twoim życiu ćwiczenia duchowe? – nie wiedziałem co odpowiedzieć.
Nie stałem się mniej grzeszny. Nie pokonałem raz na zawsze swoich słabości, chociaż się starałem. Coś jednak się zmieniło. Ćwiczenia Ignacego Loyoli nauczyły mnie szukania Boga we wszystkich rzeczach, w każdym człowieku i w tym, co wydarza się na co dzień. Nauczyłem się pewnej uważności, pewnej wrażliwości na obecność Boga w moim sercu, na Jego bliskość i czułość. Nie stałem się lepszym człowiekiem, lecz doświadczyłem, że Bóg jest o wiele lepszy niż wydawało mi się wcześniej. Zrozumiałem, że miłość nie polega na tym, że przestrzegam przykazania miłości, lecz na tym, że to ja jestem przez Boga kochany, do tego stopnia kochany, że Bóg oddaje życie za mnie, za takiego jakim jestem, a nie za takiego, jakim staram się być.
W pierwszej konferencji na kanale „duchowość ignacjańska” o. Przemysław Gwadera SJ mówi o dziecięcym doświadczeniu Boga, które z wiekiem tracimy, o doświadczeniu Boga, który mieszka w naszym sercu. Tracimy to pierwsze doświadczenie, bo trudno jest nam uwierzyć, że Bóg może chcieć mieszkać w tak niedoskonałym mieszkaniu, że chce mieszkać w człowieku, który uczynił tyle zła i tyle szans w życiu zmarnował.
Jeśli chcesz być szczęśliwy, rozwijaj się duchowo
Stawiamy sobie różne duchowe i mniej duchowe cele. Wiele robimy, by je realizować i wciąż jesteśmy z siebie niezadowoleni. Modlimy się, obchodzimy katolickie święta, chodzimy w pielgrzymkach, oczekujemy od Boga, że uczyni nas lepszymi, czyli kimś innym niż jesteśmy. Pragniemy uzyskać odpowiedź na niejedno trudne pytanie, jakie stawia przed nami życie, a nieraz zdesperowani wołamy o pomoc z wysoka. Czy to jest duchowość, czy tylko tradycyjna religijność?
Może dlatego jest tak trudno zdefiniować słowo „duchowość”, bo kryje się w nim więcej pytań niż odpowiedzi. Są to pytania, które każdy musi sobie zadać i sam na nie przed Bogiem odpowiedzieć. Gdybym miał ująć troskę o życie duchowe w jednym zdaniu, powiedziałbym, że jest to ciągłe powiększanie własnego serca, by pomieścić w nim Bożą miłość i otworzyć je na ważne pytania. Ważne to znaczy takie, na które odpowiada się życiem.
Gdzie szukać takich pytań? Niekoniecznie w Kościele na liturgii, czy w Piśmie Świętym. Również słuchając śpiewu ptaków i płaczu dziecka, ustępując miejsca w autobusie, czy delektując się zapachem świeżo zaparzonej kawy. Duchowość to poezja, która uskrzydla, ale również solidny kamień, który twardo przylega do ziemi. Duchowy człowiek łączy niebo z ziemią i nie jest rozdarty między tu i tam, bo scala go doświadczenie Bożej miłości. Jeśli chcemy być w życiu szczęśliwi, musimy postawić na ducha. Dokarmiać go i uwrażliwiać własne serce.
Kościół
„Chodzi o postawę ciekawości i otwartości, o zauważenie własnego wnętrza, tego co się w nim kryje” – przypomina w swojej konferencji ojciec Gwadera. Wówczas duchowość jest odkrywaniem własnej wrażliwości w relacji z Bogiem, otwieraniem się na Jego miłość i na pytania, jakie przed nami stawia, a także zmaganiem się z pytaniami, jakie sami sobie stawiamy patrząc na niesprawiedliwość i ludzkie cierpienie. To także pytania, jakich trudno nie zadać w obliczu heroicznej miłości grzesznych ludzi. Oby kiedyś było mnie stać na taką miłość. A poza tym, mogę być dalej tym, kim jestem, bo takim mnie umiłował Bóg.
Wojciech Żmudziński SJ – „deon.pl”
Dyrektor Europejskiego Centrum Komunikacji i Kultury w Warszawie Falenicy. Redaktor portalu jezuici.pl Studia teologiczne i biblijne odbył na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, a studia z zarządzania oświatą na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Pracował we Włoszech jako wychowawca w ośrodku dla narkomanów oraz prowadził w Gdyni Poradnię Profilaktyki Uzależnień. Przez 21 lat kierował placówką doskonalenia nauczycieli Centrum Arrupe, w latach 2002-2007 był dyrektorem Gimnazjum i Liceum Jezuitów w Gdyni, a w latach 2019-2024 socjuszem Prowincjała. Autor książek z dziedziny edukacji i duchowości.
Wiesz co to Porcjunkula? Niezwykłe miejsce i odpust, który uzyskasz w swoim parafialnym kościele
Warto sobie uzmysłowić, jak niezwykła była to obietnica w tamtych czasach, gdy łaskę odpustu zupełnego Kościół wiązał jedynie z wielkimi dziełami, jak pielgrzymka do Ziemi Świętej czy… udział w krucjacie.
Porcjunkula: odbudowana przez św. Franciszka
Kilka kroków od stacji kolejowej w Asyżu wznosi się ogromna, wybudowana w XVI wieku renesansowa bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Anielskiej. Bazylika o tyle nietypowa, że w samym jej środku stoi… mały kościółek.
Wedle tradycji wznieśli go pielgrzymi powracający z Ziemi Świętej. Ponoć przywieźli oni ze sobą jako pamiątkę grudkę ziemi z grobu Maryi w Dolinie Jozafata. Stąd też pierwotne wezwanie kaplicy brzmiało: Najświętszej Maryi Panny z Doliny Jozafata.
Z biegiem czasu miejsce to (wówczas znacznie oddalone od wznoszącego się na wzgórzu miasta) popadło w zapomnienie i ruinę. Zwrócił na nie uwagę dopiero św. Franciszek, który w pierwszych latach po swoim nawróceniu, na przełomie 1207 i 1208 roku, odbudował zniszczoną kaplicę i przy niej zamieszkał.
Miejsce odkrycia powołania
To tutaj we wspomnienie św. Macieja Apostoła (wtedy obchodzone 24 lutego) w 1208 lub 1209 roku Franciszek usłyszał słowa Ewangelii: „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski” (Mt 10,6-10).
Był to dla niego kluczowy moment odkrycia swojego powołania. Zapragnął wtedy dosłownie ubrać się w krzyż. Zmienił swoje pustelnicze odzienie na prostą tunikę z tego samego materiału, co chłopie sukmany, wyciętą na kształt krzyża, i przepasawszy ją sznurem, wyruszył do rodzinnego Asyżu, aby na jego placach i ulicach głosić ludziom Ewangelię.
Porcjunkula: pierwsza siedziba Braci Mniejszych
Jeszcze w tym samym roku dołączyli do niego pierwsi towarzysze, którzy również zamieszkali z Franciszkiem przy kaplicy, którą sam święty nazywał „porcjunkulą” – z łaciny „kawałek, kawałeczek miejsca”.
Formalnie była ona własnością benedyktynów z nieodległego opactwa Subasio. Ci jednak w 1211 roku wydzierżawili ją Franciszkowi, który szukał dla siebie i swoich współbraci właśnie „kawałka miejsca”, za dość oryginalną opłatę w postaci kosza ryb dostarczanego mnichom raz w roku. W ten sposób Porcjunkula stała się pierwszą siedzibą Braci Mniejszych.
Kiedy w noc poprzedzającą Niedzielę Palmową 1212 roku, Klara Ofreduccio uciekła z domu, by przyłączyć się do Biedaczyny i jego braci, tu właśnie obciął jej długie, panieńskie włosy i przyoblekł ją w habit jako pierwszą „Panią Ubogą”.
Następnie odprowadził ją na kilka dni do pobliskiego klasztoru benedyktynek, a potem do urządzonego dla niej klasztorku przy kościele św. Damiana (Tam, gdzie sam usłyszał z krzyża wezwanie: „Franciszku, odbuduj mój Kościół”). Niebawem dołączyła do niej jej rodzona siostra Agnieszka i następne towarzyszki, dając początek tak zwanemu „drugiemu zakonowi”, czyli żeńskiej gałęzi wspólnoty minoryckiej („minoryci”, czyli „mniejsi”). W ogrodzie przy tym klasztorze, pod opieką Klary, Franciszek spędzi ostatni, naznaczony chorobą i cierpieniem, okres swojego życia. Tam też podyktuje Klarze słynną „Pieśń słoneczną”.
Miejsce śmierci Franciszka
Franciszek pragnął jednak umrzeć w Porcjunkuli, która stała się dla niego domem. Dlatego w ostatnich dobach życia poprosił braci, by zabrali go z San Damiano i przenieśli do Matki Bożej Anielskiej. Tam, leżąc nago na ziemi, otoczony braćmi, z których większość po raz pierwszy zobaczyła wówczas jego stygmaty, umarł w nocy z 3 na 4 października 1226 roku.
Odpust Porcjunkuli
Dziesięć lat przed śmiercią Franciszkowi ukazał się Chrystus, obiecując odpust zupełny – odpuszczenie wszystkich grzechów i darowanie kary czyśćcowej za nie – wszystkim, którzy po spowiedzi i przyjęciu komunii pobożnie nawiedzą kaplicę w Porcjunkuli.
Warto sobie uzmysłowić, jak niezwykła była to obietnica w tamtych czasach! Wtedy łaskę odpustu zupełnego Kościół wiązał jedynie z wielkimi dziełami, jak pielgrzymka do Ziemi Świętej czy udział w krucjacie. Na prośbę Biedaczyny papież Honoriusz III zatwierdził przywilej odpustu specjalną bullą, dając w ten sposób zwykłym, ubogim ludziom możliwość uzyskania tej szczególnej łaski.
Początkowo „odpust Porcjunkuli” można było uzyskać jedynie między zachodami słońca 1 i 2 sierpnia w kościółku pod Asyżem. W 1480 roku Sykstus VI rozciągnął tę łaskę na wszystkie kościoły pozostające pod opieką rodziny franciszkańskiej, ale odpust w nich mogli uzyskiwać jedynie bracia i siostry należący do zakonu.
W 1622 roku Grzegorz XV pozwolił, by korzystali z niego także świeccy. Kolejni papieże regularnie potwierdzali ten przywilej, aż wreszcie św. Paweł VI w 1967 roku konstytucją apostolską Indulgentiarum Doctrina rozszerzył przywilej „odpustu Porcjunkuli” na wszystkie kościoły parafialne na świecie.
Jak uzyskać odpust Porcjunkuli?
Aby uzyskać dziś odpust zupełny, należy 2 sierpnia:
być w stanie łaski uświęcającej (lub w razie potrzeby pójść do spowiedzi);
przyjąć Komunię Świętą w intencji uzyskania odpustu;
nawiedzić kościół parafialny i choć chwilę pobożnie się w nim pomodlić, odmawiając „Ojcze nasz” i wyznanie wiary;
pomodlić się w intencjach papieża (nie tyle za niego, co w tych intencjach, w których on się modli);
być wolnym od przywiązania do jakiegokolwiek grzechu.
Michał Lubowicki – „aleteia.pl”
Z nami jest Pan! Pan z Wami!
Zebrani na Eucharystii nie są motłochem. Są ludem Bożym...
Po znaku krzyża jest powitanie. Ono wyjaśnia wszystko.
Witam Jego Eminencję, księdza kardynała NN, witam ich ekscelencje księży biskupów NN z Y, NN z X i NN z Z. Witam dostojnych księży prałatów i członków kapituły katedralnej. Witam zgromadzone duchowieństwo z księżmi dziekanami i proboszczami. Witam zgromadzone siostry zakonne. Tak podczas większych uroczystości przejęty gospodarz miejsca często zaczyna swoją przemowę na rozpoczęcie Eucharystii. Potem w tej wyliczance wymieniani są zacni goście ze świata świeckiego. Prezydenci, posłowie, rektorzy, przedstawiciele świata takiego czy takiego. Zawsze można kogoś pominąć. Wtedy powstaje mały zgrzyt. Zazwyczaj dla zacnego gospodarza problem dużo większy niż to, że w ferworze powitań ledwo dało się słyszeć, na samym końcu, że powitał także zgromadzonych wiernych. Czyli skromny lud Boży.
A liturgia jest inna. Po znaku krzyża przewidziano w niej formułę powitania. Wszystkich. Kapłan więc kieruje życzenia: „Miłość Boga Ojca, łaska naszego Pana Jezusa Chrystusa i dar jedności w Duchu Świętym niech będą z wami wszystkimi”. Albo inaczej: „Łaska i pokój od Tego, który jest i który był, i który przychodzi, niech będą z wami”. Piękne biblijne sformułowania. Chyba jednak najbardziej uderzające jest sformułowanie najczęściej używane i w każdej Mszy kilka razy występujące. „Pan z wami”. „I z duchem Twoim”. To nie życzenie „Niech Pan będzie z wami”. To raczej stwierdzenie. „Z wami jest Pan”. Bo „gdzie dwaj albo trzej zgromadzeni są w imię moje, tam ja jestem pośród nich”.
Tymi słowami kapłan przypomina zebranym, że nie są przypadkową grupą ludzi, stojącym przez ołtarzem motłochem, niegodnym podnieść wzroku na ołtarz. Przypomina, że są nie byle kim. Są Kościołem, ludem Bożym, ludem powołanym, aby „ogłaszać dzieła potęgi tego, który ich wyrwał z ciemności do przedziwnego swojego światła”; że są tymi, „którzy zostali wezwani na ucztę Baranka” – tu w doczesności, ale i kiedyś w wieczności.
Także odpowiedź ludu Bożego, który kapłan wita słowami „Pan z wami”, jest bardzo głęboka: „I z Tobą”, „I z duchem Twoim”. Kapłan sprawujący Eucharystię działa z mandatu samego Jezusa, w Jego zastępstwie. Podczas przeistoczenia nie powie „to jest Ciało Chrystusa” ale „to jest Ciało Moje”. Cała rzeczywistość tego Eucharystycznego spotkania jest przeniknięta obecnością Boga. Jest On w zgromadzonym ludzie Bożym, jest w osobie kapłana, za chwilę będzie w swoim słowie, a potem jeszcze w swoim Ciele i Krwi pod postaciami Chleba i Wina….
Kiedy kapłan mówi „Pan z wami” nie rozglądam się, by Go zobaczyć. Ale wiem, że jest. Jak Brat pośród braci…
Andrzej Macura- „wiara.pl”
Czy proboszczowie powinni mieć superwizję i badania okresowe? Dziesięć zdań diagnozy i cztery propozycje leczenia
Bycie proboszczem jest spełnieniem marzenia o kapłańskiej niezależności. Nie każdemu księdzu to służy.
To nie jest tekst przeciwko proboszczom. To jest tekst dla nich. Napisany dlatego, że może być lepiej. I dlatego, że często nie jest. To tylko wycinek tematu i obserwacje ze świeckiego punktu widzenia, który jest najczęściej ignorowany, a tylko z rzadka brany pod uwagę, a w tekście słychać głosy osób, które nigdy nie dostały szansy, żeby móc powiedzieć wprost o tym, czego doświadczają w swoim parafialnym kościele.
Dziesięć zdań diagnozy
Bycie proboszczem jest spełnieniem marzenia o kapłańskiej niezależności. Nie każdemu księdzu to służy. Nie każdy posiada odpowiedni poziom dojrzałości, pokory i samodyscypliny, by dobrze sobie poradzić. Braki kadrowe i diecezjalne zwyczaje (jak kolejka oczekujących ułożona rocznikami itp.) nie zawsze pozwalają wybierać najlepszych, a probostwo bywa też nagrodą za zasługi na innym polu bez refleksji, czy na tę „nagrodę” zasłużyli także parafianie.
Nie jest łatwo wystartować w posłudze proboszcza, gdy dotąd przez lata marzyło się o samodecydowaniu, ale życie zawodowe i prywatne było nieustannie podporządkowane decyzjom (i często widzimisię) szefa. To sytuacja podobna do tej, gdy syn w słusznym wieku nagle wyprowadza się z domu i dostaje majątek z jego mieszkańcami do gospodarowania. Jeśli nie nauczył się wcześniej zarządzania i współpracy z innymi oraz nie doszedł do dobrego poziomu ludzkiej dojrzałości, nie ma dobrych doradców, a do tego nie ma nikogo, kto by mu szczerze powiedział, co mu idzie dobrze, a co źle - i jemu, i parafii będzie trudno.
Nie każdy, kto ma dojrzałość, pokorę i zadatki na proboszcza i dostanie tę władzę, nie ulegnie jej na szkodę wiernych i swoją. Sytuacja, w której jest się trochę jak udzielny książę i odpowiada się wyłącznie przed biskupem, którego bywa, że bardziej interesują liczby i kwoty niż relacje z ludźmi i wyzwania w posłudze, skłania bardziej do takich działań, które pozwalają dobrze wypaść przed szefem, niż do tych, których wymaga realne dobro parafian. Zbyt często zdarza się, że proboszcz uważany przez kurię za świetnego administratora, budowniczego i solidne źródło dochodu jest nie do zniesienia dla wiernych - i odwrotnie: bywa, że dobry i mądry proboszcz współdziałający z wiernymi nie podoba się „górze” z przyczyn bardzo ludzko prozaicznych.
Jeśli nowy proboszcz ma wokół siebie wspierających ludzi, jest otwarty na cudze zdanie, w tym na rady starszych „kolegów w posłudze”, do których ma zaufanie, ma spore szanse na sukces w rozumieniu dobrego zaopiekowania w wierze swoich parafian i siebie też. Jeśli do wszystkiego musi dochodzić sam metodą prób i błędów i nie zauważa potrzeb ludzi nawet wtedy, gdy ludzie mówią o nich wprost, a swoje zdanie uważa za najtrafniejsze i ostateczne – parafia na tym ucierpi.
Jeśli proboszcz jest jedynym księdzem na parafii i ma trudny charakter, parafianie, mówiąc wprost, mają przerąbane. Jeśli jest surowym cholerykiem, który uważa, że wszystko wie najlepiej, mają przerąbane podwójnie. Do wyboru pozostaje im albo się dostosować i nieustannie podporządkowywać niezależnie od tego, czy się im dana propozycja podoba, czy nie, albo nie włączać się w inicjatywy i bytować na peryferiach wspólnoty. Sam proboszcz w takim układzie traci szanse na wszystkie przyjaźniejsze niż skarga do kurii informacje zwrotne na temat jakości sprawowania urzędu.
Wypełnianie przez lata tej samej posługi, w tym samym miejscu, z tymi samymi ludźmi nie jest łatwe. Wymaga dbania o świeżość swojej wiary i rozsądny odpoczynek, osobistej pracy nad sobą i właściwej motywacji. W niektórych przypadkach byłoby lepiej, gdyby proboszczem uczynić kogoś młodego i pełnego gorliwości, choć bez wielkiego doświadczenia, niż żeby zgorzkniały starzec dożywał swoich dni odhaczając byle jak obowiązki stanu i zniechęcając kolejnych wiernych swoim urzędniczym i wygasłym duchowo podejściem do Kościoła.
"Władza ma tendencję do korumpowania, a władza absolutna korumpuje absolutnie". Władza proboszcza jest półabsolutna i takie też ma moce psucia ludzi, którzy ją otrzymują. Korozja zaczyna się dyskretnie i często długo pozostaje w cieniu, bo zakłada się, że kto sprawuje urząd, ten z założenia prezentuje sobą wyższy poziom moralny i duchowy i pilnuje się, by żyć porządnie i uczciwie. O tym, że to złe założenie, pisał dosadnie w tym samym akapicie autor powyższego cytatu, XIX-wieczny brytyjski katolik lord Acton: „Nie ma gorszej herezji niż to, że urząd uświęca sprawującego go”. Wydaje się, że pierwszym krokiem jest zwalnianie się z duchowych obowiązków stanu, potem są drobne nieuczciwości finansowe jak mieszanie pieniędzy swoich i parafialnych ze stratą dla parafii, a później wszystko zależy od człowieka i kierunku jego nieuporządkowanych pożądliwości. Wzmacnia ten schemat przekonanie, że nikt poniżej biskupa nie może proboszcza i jego decyzji sprawdzić i ocenić.
Trzeba być bardzo pokornym człowiekiem, żeby stawić duchowy opór pokusom, które się rodzą z posiadania władzy. Pokusom, które dyskretnie przypominają o tym, że w łatwy sposób można sobie zapewnić komfort życia i spokój. I że można udawać, że w tych dla-siebie decyzjach chodzi o rzeczy bardziej pobożne i święte. I że nikt nie musi się o tym dowiedzieć, poza paroma kolegami, którzy zrozumieją.
Jest bardzo wielu dobrych, pobożnych, „zwykłych” proboszczów, którzy oddali serce parafii i to parafia jest ich życiem. Spora część z nich ma przy tym zdrowo krytyczne spojrzenie na Kościół i dlatego w diecezjalnych układankach zazwyczaj są na przegranej pozycji, bo tak zwane „otoczenia kurii” wolą współpracować z pochlebcami niż z realistami. Rozgrywki te i układanki odbywają się często poza biskupami miejsca, choć czasem niestety z ich pełną świadomością, a w ich efekcie niektórzy proboszczowie doświadczają poczucia osamotnienia, bycia niechętnie widzianymi i „znoszonymi” przez strukturę tylko dlatego, że „jeszcze się przydają”. Obawa przed tym, że zostaną uznani za nieprzydatnych skłania do ukrywania trudności, bo trzeba sobie z nimi poradzić samodzielnie, by udowodnić, że się „nie straciło powołania”. A gdy się nie udaje pokonać trudności i przychodzi życiowy kryzys, razem z nim pojawiają się mniej lub bardziej rozpaczliwe sposoby na odnalezienie sensu życia i zagłuszenie bólu istnienia; część z nich kończy się dramatem księdza i jego wspólnoty.
Bardzo złą sytuacją jest sytuacja parafian, którzy wolą "przeczekać i znieść" trudnego, złego, niepokornego i grzeszącego proboszcza niż wejść z nim w konflikt, by uporządkować psujące parafię sprawy i obawiać się z jego strony nieprzyjemności, szykan i utrudnionego dostępu do posług i sakramentów. W najgorszej sytuacji są parafianie z małych wsi, w których kościół jest jeden na okolicę i proboszcz też, a zmiana parafii wymagałaby przeprowadzki. Sytuacja nazywana czasem lekko przez ludzi spoza parafii "próbą wiary" jest bardzo gorzkim doświadczeniem, nie pomagającym parafianom w rozwoju duchowym i zniechęcającym część z nich do kościoła i do Kościoła. Poczucie bezkarności, które prezentują niektórzy księża pełniący urząd proboszcza, i związane z tym pogardliwe i krzywdzące traktowanie parafian, jest o wiele częściej przyczyną rezygnacji z codziennych praktyk wiary niż wielkie skandale opisywane w mediach. Równocześnie występuje też zjawisko "wracania do kościoła" parafian po zmianie proboszcza na dobrego i otwartego na ludzi duszpasterza.
Cztery propozycje leczenia:
Superwizja, ale nie w sensie kontroli i rozliczania, tylko podobna jak w zawodzie terapeuty. Jej celem byłoby wtedy wsparcie człowieka pełniącego urząd proboszcza, rozmowa o spostrzeżeniach dotyczących posługi, rozładowanie emocji, minimalizowanie ryzyka prowadzenia parafii metodą prób i błędów i refleksja nad tym, co w opiece nad parafianami idzie dobrze, a co może wymagać zmiany. A wszystko to w dobrych, wspierających warunkach, bez stania na baczność przed „wyższą władzą” i sztucznego performowania wyników, które zadowolą biskupa.
Wspólnoty dla proboszczów. Może fraternie, może cykliczne spotkania w stałych grupach, może jeszcze coś innego. Cokolwiek, co nie wrzuca człowieka w przymus formacji w odgórnie nakazanej grupie ludzi, których niekoniecznie się lubi, ale nie ma się wyboru. I co daje przestrzeń do swobodnego dzielenia się: sukcesami bez obawy o zazdrość kolegów oraz wyzwaniami i trudnościami bez zawstydzenia i bez obawy o to, że ktoś doniesie szefowi, a szef uzna, że „ten proboszcz sobie nie radzi”. Myślę o tym, że mnie jako matce bardzo służą przestrzenie, w których mogę opowiedzieć o swoich błędach i niedoskonałości i być z tym przyjęta i wsparta, a nie oceniona i zdyscyplinowana: i jestem przekonana, że takie przestrzenie bardzo służyłyby także proboszczom.
Skuteczne wsparcie w kryzysie bez podważania powołania. Kryzysy są różne: duchowe, zdrowotne, osobiste, psychiczne i święcenia przed nimi nie chronią. Bardzo wiele kłopotów w parafiach wynika w mojej ocenie z tego, że gdy proboszcza coś przerosło, został z tym sam i radził sobie jak mógł, a że sposoby, które znalazł, bardzo odbiegały od przyjętego „wizerunku kapłana”, to oddalał się od ludzi, żeby nikt nie zauważył, że nie jest idealny. Kończy się to albo moralnie podwójnym życiem (należy pamiętać, że to nie oznacza wyłącznie łamania celibatu!), albo straszliwą samotnością, albo traktowaniem urzędu proboszcza jako roboty pozwalającej zarabiać na życie, które toczy się całkiem gdzie indziej (na przykład w odległym duszpasterstwie albo ekipie dzielącej jedno hobby, w której ma się przyjaciół).
Zwyczajne, regularne badania kontrolne. To pewnie dla wielu księży może zabrzmieć oburzająco (co też jest symptomatyczne). Ale skoro można wymagać badań lekarskich w innych zawodach, co jest wyrazem troski o pracującego, pracodawcę i człowieka, który korzysta z efektów pracy pracownika, dlaczego nie wymagać podobnych od proboszczów, których zadaniem jest w utrzymywanie w dobrostanie bazowych jednostek Kościoła, czyli parafii? Nie po to, by „wyrzucić” proboszcza z pracy, ale po to, by na czas zdiagnozować kłopoty. Wyobrażam sobie, ilu dramatów unikałby Kościół rozumiany jako wspólnota wiernych, gdyby na czas dostrzegano, że ksiądz wpada w alkoholizm, ma depresję, stan przedzawałowy, demencję, popadł w długi, jest uzależniony od pornografii, ma kłopoty z prawem i gdyby proboszczom z tych kłopotów odpowiednia część wspólnoty Kościoła pomagała wyjść na czas, zanim sprawy zajdą za daleko.
Marta Łysek – „deon.pl”
Czy Bóg uczyni cud, jeśli Go poprosisz?
Często myślimy, że cuda nie dzieją się teraz tak, jak za czasów Jezusa. To nieprawda! One dokonują się cały czas, nawet jeśli nie zawsze są widoczne.
W historii miało miejsce wiele wielkich cudów. Cud to bezpośrednia interwencja Boga, dokonana z miłości, która przekracza wszelkie ludzkie zrozumienie. Jest to wyjątkowa manifestacja Jego wszechmocy, a także część szerszego Bożego planu. Pan nie dąży do zaspokojenia kaprysów swoich dzieci, ale do ich zbawienia; dlatego każdy cud jest częścią Jego planu zbawienia.
Co jednak gdy oczekiwany przez nas cud się nie dokonuje? Oto sześć powodów, dla których cud, na który czekasz, mógł się jeszcze nie wydarzyć:
Czy naprawdę prosiłeś o cud?
Niektórzy ludzie nigdy nie doświadczają cudu... po prostu dlatego, że nigdy o niego nie prosili. Oczywiście istnieją łaski, które otrzymujemy bez proszenia o nie, takie jak dobre zdrowie lub słońce wschodzące każdego ranka. Sam Jezus naucza o tym w Ewangelii: „Ojciec wasz, który jest w niebie (...) sprawia, że słońce wschodzi nad złymi i nad dobrymi” (Mt 5, 45).
Ale jeśli chcesz cudu, musisz o niego błagać. Wielu ludzi spędza czas na narzekaniu, ale zapominają, że Bóg może uczynić wszystko. Jeśli cierpisz, zwróć się do Tego, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Ofiaruj Mu swoje łzy w modlitwie, a On wysłucha. Jezus przypomina nam: „Jeśli więc wy, którzy źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da dobre dary tym, którzy Go proszą” (Mt 7, 11).
Czy wierzysz?
Bez wiary trudno jest przyjąć cud. Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jezus im odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam wam: jeśli będziecie mieć wiarę, a nie zwątpicie, to nie tylko z figowym drzewem to uczynicie, ale nawet jeśli powiecie tej górze: ‘Podnieś się i rzuć się w morze!’, stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie».” (Mt 21, 21-22)
Jeśli ktoś prosi o cud i go nie otrzymuje, może to być spowodowane brakiem wiary. List do Hebrajczyków podaje wspaniałą definicję wiary: „Wiara zaś jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy.” (Hbr 11, 1). Prosić o cud z wiarą to wierzyć z całą pewnością, że tylko Bóg może go dokonać i że nie zależy to od ludzi, ponieważ gdyby zależało to wyłącznie od ludzkich zdolności, nic by się nie wydarzyło.
Lourdes: To nie woda uzdrawia! Tu działa Bóg, wstawiennictwo Maryi, głęboka wiara i modlitwa pielgrzyma
Czy jesteś wytrwały?
W dobie fast foodów, Internetu i zaawansowanych technologii wszystko musi działać szybko, a współczesny człowiek stracił umiejętność czekania. Jednak boska logika się nie zmieniła. Wielu zostało uzdrowionych lub nawróciło się po latach patrzenia, jak ich bliscy klęczą i błagają o cud. Aby zrozumieć Bożą logikę, dobrze jest przypomnieć sobie tę przypowieść Jezusa, pełną nadziei na potrzebę nieustannej modlitwy bez zniechęcania się:
„Powiedział im też przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: «W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: ‘Obroń mnie przed moim przeciwnikiem!’ Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: ‘Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie’».
I Pan dodał: «Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie?” (Łk 18, 1-7).
Kiedy czegoś chcesz, czyż nie walczysz, aby to zdobyć? Tak właśnie jest w świecie duchowym. Wytrwale się modląc, otrzymasz to, o co prosisz, jeśli jest to zgodne z Bożym planem.
Czy wiesz, jak prosić?
Modlisz się z wiarą i wytrwałością o cud, a on się nie wydarza? Może nie modlisz się we właściwy sposób. Oczywiście cud nie przychodzi z formuły czy rytuału, ale liczy się sposób, w jaki prosisz: błaganie musi pochodzić z pokornego serca, świadomego, że wszystko zależy od Boga. Istotne jest zatem, aby w pełni rozpoznać, poprzez umysł, serce i słowa, że tylko Pan może udzielić tego, o co się prosi.
Jesteśmy nieufni wobec tego, co nie wymaga wysiłku. A przecież wiara to łaska
Próby czasami poprzedzają cuda
Cierpienia, uciski, choroby i wszelkie przeciwności, które się pojawiają, nie są chciane przez Boga, ale czasami może On na nie pozwolić, aby każda osoba mogła wzrastać duchowo. Kiedy Hiob stracił swój majątek, rodzinę i zdrowie, nigdy nie zaparł się swojej wiary.
Cuda często zdarzają się po wewnętrznym wyzwoleniu: udzielone przebaczenie, odnaleziony pokój, uleczona rana. Często po tych etapach otwieramy się w pełni na łaskę. Dla każdej osoby te sytuacje są okazją do duchowego wzrostu.
Czy naprawdę taka jest wola Boża?
Jest to prawdopodobnie najtrudniejsza prawda do zaakceptowania. Czasami to, o co prosimy, nie jest tym, czego chce Bóg. Ten, który jest Miłością, wie, co jest naprawdę dobre dla każdego. Pan przypomina nam:„"Bo myśli moje nie są myślami waszymi” (Iz 55, 8).
Nawet jeśli Pan nie udzieli ci łaski, o którą prosisz, zaufaj Mu, ponieważ tylko On wie, co jest dla ciebie najlepsze. Ważne jest, aby nie być jak kapryśne dzieci, ale dojrzewać i w wierze i poczuciu samotności... A przede wszystkim nie zapominaj, że Bóg już dokonał największego z cudów: poprzez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzył bramy zbawienia.
Canção Nova – „Aleteia.pl”
Artykuł ukazał się we francuskiej edycji Aletei.
Załamania zdarzają się wszystkim, sutanna przed nimi nie chroni. Ksiądz może być zmęczony, sfrustrowany, cichy
Załamania zdarzają się wszystkim, sutanna przed nimi nie chroni. Ksiądz może być zmęczony, sfrustrowany, cichy. Ksiądz nie jest specjalnie chroniony przez smutkiem, załamaniem, problemami psychicznymi
Jakie mamy oczekiwania względem księży? Czy one są realne? A przede wszystkim: czy są ewangeliczne? Ja sam staram się być ludzkim księdzem: przeżywam całą paletę emocji - od euforycznej radości do prymitywnej złości. Nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania; ba, sam chodzę z pytaniami, na które szukam odpowiedzi i pytam - pytam Boga, pytam ludzi, pytam świat wokół mnie. Kocham ludzi, choć nie po drodze mi z każdym człowiekiem - pisze ks. Mariusz Marszałek SAC.
Załamania zdarzają się wszystkim. Sutanna przed nimi nie chroni
Na swoim facebookowym profilu ks. Marszałek SAC publikuje serię wpisów o zdrowiu psychicznym księży pod tytułem "Człowiek w sutannie". Jak sam pisze: bez lukru, bez udawania. Za zgodą autora publikujemy teksty na naszym portalu.
Skąd wziął się pomysł na cykl? Pallotyn zdecydował się go stworzyć ze względu na "zaskakujące zainteresowanie" jego wcześniejszym komentarzem do wyników badań nad zdrowiem psychicznym księży przeprowadzonych we Francji, opublikowanym właśnie na Facebooku. "Emocjonalne huśtawki, załamania i choroby psychiczne zdarzają się wszystkim. Sutanna przed nimi nie chroni" - zauważa zakonnik. Oto, co pisze w swoim pierwszym wpisie.
Jaki ma być idealny ksiądz? Musiałby chyba być robotem
Ksiądz to nie robot. Też człowiek. Często w kazaniach powtarzam, że zespół „Arka Noego” uczynił w polskim Kościele wiele złego. Dlaczego? Bo udało mu się przekonać rzesze wiernych, że „każda święta chodzi uśmiechnięta”. Oczywiście powyższe zdanie jest tylko ironicznym wstępem do dzisiejszego tematu. A dziś będzie o świętości - czym ona jest i jak ją sobie wyobrażamy, szczególnie w kapłańskim wydaniu.
Co rusz słyszę, że trzeba modlić się za świętych kapłanów. I w stu procentach zgadzam się z tym, i cieszy mnie każda nowa inicjatywa mająca na celu otoczenia opieką modlitewną mnie i moich współbraci w kapłaństwie. Kiedy jednak pytam poszczególnych wiernych, kim jest ten święty kapłan, o którego mamy się modlić, to zaczynam współczuć samemu Panu Bogu. Przecież takich oczekiwań nawet On nie jest w stanie spełnić. Bo w oczach wielu wiernych święty ksiądz to taki, który nie tylko jest zawsze uśmiechnięty, ale do tego zawsze chętny do pomocy, nigdy się skarży, zawsze służy dobrą radą, nigdy nie zwalnia się z żadnych obowiązków, jest miły, uprzejmy, potrafi nawiązać kontakt i ze starszym, i z młodszym, jest rozmodlony, a przede wszystkim ma niesamowity dar domyślania się, czego pragnie drugi człowiek, i do tego potrafi pragnienia każdego człowieka zaspokoić.
Jeśli chcesz mieć księdza o ludzkiej twarzy, pozwól mu być człowiekiem
Jak dla mnie powyższy opis przypomina definicję perpetuum mobile, niezniszczalnej maszyny niepotrzebującej dostawy energii, albo opis freudowskiej piersi matki, która na każde zawołanie niemowlęcia karmi je mlekiem i miodem. Więc na samym początku warto zadać sobie pytanie, jakie mamy oczekiwania względem księży? Czy one są realne? A przede wszystkim, czy są ewangeliczne? Jeśli chcesz mieć księdza o ludzkiej twarzy, pozwól mu być człowiekiem. Jeśli chcemy mieć świętych kapłanów – nie oczekujmy od nich, że będą bezbłędni. Pomóżmy im być sobą. Dajmy im prawo do tego, by czasem nie błyszczeli – tylko po prostu by byli. Bo wtedy mogą stać się naprawdę boży.
Kocham ludzi, choć nie po drodze mi z każdym
Ja staram się być ludzkim księdzem, dlatego:
- przeżywam całą paletę emocji - od euforycznej radości do prymitywnej złości;
- dopuszczam, a przynajmniej staram się dopuszczać do głosu wszystkie swoje potrzeby;
- grzeszę jak każdy innych człowiek, choć podobnie jak św. Paweł wolałbym, żeby było inaczej (por. „Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę”. (Rz 7, 18-19);
- nie znam odpowiedzi na wszystkie pytania; ba, sam chodzę z pytaniami, na które szukam odpowiedzi i pytam - pytam Boga, pytam ludzi, pytam świat wokół mnie…
- nie nadaję się do wszystkich form duszpasterstwa, dlatego staram się nie podejmować zadań, do których nie mam predyspozycji;
- kocham ludzi, choć nie po drodze mi z każdym człowiekiem;
- godzę się na kruchość swojej psychiki i jej ograniczenia, dlatego nie uważam, że gdyby przyszło mi skorzystać z pomocy psychiatry, psychologa, psychoterapeuty czy innych form pomocy byłoby to ujmą bądź plamą w życiorysie, a wręcz przeciwnie jestem zdania, że to narzędzia mogące pomóc w drodze do świętości, jeśli są właściwie używane;
- …i nie chodzę zawsze uśmiechnięty
Święci to nie byli perfekcyjni urzędnicy Boga
Wydaj mi się, że niebo jest pełne tych, którzy patrzyli podobnie jak ja na swoje człowieczeństwo. Bo świętość to nie bycie ponadludzkim. To bycie prawdziwie ludzkim w świetle łaski. To codzienny trud kogoś, kto zna swoją kruchość, ale nie przestaje ufać Temu, który jest większy od jego słabości. Święci to nie byli perfekcyjni urzędnicy Boga. To byli zranieni pielgrzymi, którzy nie bali się mówić o swoich porażkach.
Święty Paweł nie ukrywał swojego „ościenia”. Napisał do wspólnoty w Koryncie:„Został mi dany oścień dla ciała (...) Trzy razy prosiłem Pana, aby odszedł ode mnie, lecz Pan mi odpowiedział: ‘Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali’” (2 Kor 12,7–9).
Święty Piotr zaparł się swojego Mistrza, o czym potem opowiadał innym.
Święty Jan od Krzyża przeżył noc duchowej pustki.
Święta Faustyna miała dni, w których nie czuła nic, oprócz ciemności.
Św. o. Pio słynął ze swej porywczości.
A jednak Kościół uznał ich za świętych. Nie dlatego, że byli silni. Ale dlatego, że ufali mimo słabości.
Warto, by księża zadali sobie te pytania
Jeśli jesteś duchownym zadaj sobie kilka pytań:
– Czy mam kontakt ze swoimi emocjami?
– Czy znam swoje ograniczenia?
– Czy potrafię przyznać się do słabości – nie tylko przed Bogiem, ale też przed sobą i przed wspólnotą?
– Czy wiem, jakie są moje potrzeby i jak potrafię zadbać o ich zaspokojenie?
– Czy potrafię powiedzieć: „nie jestem w stanie”, „nie dam rady”, „potrzebuję odpocząć”?
Jeśli jesteś świeckim, zapytaj siebie: Jakie mam oczekiwania wobec księdza? Czy w tych oczekiwaniach jest miejsce na jego człowieczeństwo? Czy pozwalam mu być zmęczonym, sfrustrowanym, czasem po prostu cichym? Pamiętajmy, że kapłan to nie robot. To człowiek. Ubrany w koloratkę, ale noszący serce jak każdy inny.
Mariusz Marszałek – „deon.pl”
Tekst pierwotnie opublikowany na facebookowym profilu ks. Mariusza Marszałka SAC, za zgodą autora przedrukowany w DEON.pl.
Święty Ignacy, rycerz od ciężkich przypadków
Dziś w Kościele wspominamy św. Ignacego Loyolę. Założyciela zakonu jezuitów, wybitnego mistyka, twórcę duchowości ignacjańskiej, która kształtuje ludzi na całym świecie. Nie sposób dziś o nim milczeć, tym bardziej, że św. Ignacy miał ogromny wpływ na moje życie, nie tylko duchowe.
Duchowość ignacjańska to bilet w jedną stronę
Jakiś czas temu, gdy rozmawiałam ze znajomym o naszych doświadczeniach wiary, powiedział coś niezwykle cennego. Rekolekcje ignacjańskie (8 dni rozważania Słowa w milczeniu) zmieniają człowieka tak głęboko, że jego relacja z Bogiem nie będzie już taka jak wcześniej. Staje się bardziej uporządkowana (św. Ignacy zostawił po sobie masę praktycznych i życiowych wskazówek, które poznaje się na rekolekcjach), jest czymś tak oczywistym i naturalnym jak rozmowa przez płot z sąsiadem. Jezus staje się kimś realnym, żywym, kimś kto jest blisko. I choć rekolekcje można przeżywać na różny sposób i nie każdy się w ich formie odnajduje, w wielu sercach zostawiają to samo – tęsknotę za głęboką relacją z Bogiem. Nawet jeśli ktoś nigdy nie wróci na ignacjańskie, w jego serce zostało zasiane ziarno.
Kto wraca, z czasem zmienia się nie do poznania. Nie jest niewolnikiem, ale synem. Nie żyje prawem, ale miłością. Potrafi nazwać to co się w nim dzieje, nawet jeśli jest to trudne. Widzi, czuje, nazywa, wypowiada głośno. Nie dzieje się to ot tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale rekolekcje ignacjańskie to bilet. Często w jedną stronę, bo gdy wejdzie się na ich drogę, nie chce się z niej zawracać.
Wszyscy, tylko nie jezuici
Święty Ignacy to nie tylko duchowość, rekolekcje, relacja z Bogiem. Ignacy jest też założycielem zakonu jezuitów. Pierwszy raz spotkałam tych zakonników prawie 20 lat temu. W międzyczasie poznałam wielu ojców i braci. O jednym myślę z głęboką wdzięcznością i radością, na widok innych przychodzi mi myśl: „niech tylko do mnie nie podchodzi”. Dziś widzę jak moje spojrzenie na tych zakonników dojrzewało i ewoluowało przez lata.
Piszę o duchowości ignacjańskiej od wielu lat, jestem kojarzona w social mediach z jezuitami. Zdarza się, że osoby, które mnie obserwują, pytają o nieodpowiedzialne zachowania tych zakonników. Rozumiem ich pytania w stylu: jak można żyć duchowością ignacjańską, a potem tak mocno skręcić? Jak można mówić o zasadzie Ignacego, by bronić wypowiedzi drugiego i tak bezczelnie hejtować? Jak można? Nie wiem. Nie ma jednak we mnie zgody na to, by wszystkich jezuitów nazywać heretykami, wrzucać do jednego worka i kopać w nich bez refleksji. Nie ma, bo dzięki nim jestem dziś w Kościele i jestem w nim świadomie. Z drugiej strony uczy mnie to pokory. Stoisz? Bacz, byś nie upadł! Duchowość ignacjańska daje mi szansę by mądrze żyć, ale czy z tej szansy dobrze korzystam?
Zapytałam wczoraj moich synów z czym kojarzą im się jezuici. Pojawiło się wiele odpowiedzi, w których często padało słowo „wujek”. Zatrzymało mnie to. Zobaczyłam, że jezuici potrafią tworzyć normalne, zdrowie i bliskie relacje ze świeckimi. Jeden z synów opowiadał też, jak bawił się z ekipą w chowanego, w domu rekolekcyjnym w Gdyni (my, rodzice, mieliśmy w tym czasie spotkanie wspólnoty małżeństw). Nieopacznie wbiegł przez uchylone drzwi, za klauzurę. Przestraszył się, gdy się zorientował, że wszedł na zakazany teren, bo animatorzy, którzy czuwają nad dziećmi prosili, by tam nie wchodzić. Jeszcze bardziej przestraszył się na widok zakonnika, który szedł w jego stronę. Musiał poprosić o pomoc, przyznać się, że nie wie którędy wyjść. „Mamo, ten ojciec był taki miły! Powiedział, że wypuści mnie innymi drzwiami, żeby mnie chłopaki od razu nie znaleźli i pokazał mi fajne kryjówki przy windzie” – opowiadał z uśmiechem, a ja pomyślałam, że właśnie z tym głównie kojarzą mi się jezuici. Ci, którzy zauważają człowieka i się przy nim zatrzymują. Słuchają go z uwagą i starają się wesprzeć tak, jak dany człowiek tego potrzebuje. A później, jakby nigdy nic, znikają. Zostawiają człowieka w wolności.
Święty Ignacy jest mistykiem, którego można codziennie odkrywać na nowo – nie tylko w czasie rekolekcji, bo to tylko wstęp do tego, co dzieje się każdego dnia. Uczyć się od niego życia świadomego, głębokiego, zanurzonego w Kościele katolickim. Choć nie zwracam się do niego często, jest dla mnie nauczycielem, który zostawił trwały ślad w moim życiu. Przyjęłam bilet w jedną stronę i nie żałuję. Nauczył mnie jak żyć, na większą chwałę Bożą. Warto go poznać, ale ostrzegam – to grozi życiową rewolucją!
Magdalena Urbańska - ”deon.pl”
W drodze z mgłą, a czasem przez mgłę
Czasem piękna, czasem niebezpieczna. A tak w ogóle, to genialne urozmaicenie obrazu świata.
Z cyklu "Rozmyślania w drodze"
Bywa urokliwa, gdy wyścieła doliny, a ponad nią słońce i błękit nieba. Albo gdy snując się tu i tam dodaje odcieni jesiennym barwom. Zdaje się ożywać, gdy wspina się po stromych górskich zboczach i przewala się przez grzbiety. Potrafi też jasny dzień uczynić posępnym tak, jakby wszystkie kolory ktoś posypał popiołem. Ot, mgła. Wędrowiec może poczuć się w niej czasem jak łódka płynąca po bezkresnym oceanie. Urocza polana, jeśli ją w niej zanurzyć, staje się uroczyskiem z horroru, a łagodny stok – stromą przepaścią bez dna. Gdy zaś zgęstnieje, nic nie jest takie, jak być powinno. Szczekający z oddali pies nagle chwyta za nogawkę, a coś, co wyglądało na majaczącą w oddali górską grań, okazuje się leżącym nieopodal na rumowisku głazem. Najgorzej zaś, gdy wokół śnieg i w tej okalającej zewsząd bieli nie tylko nie bardzo wiadomo, czy idzie się prosto czy skręca, ale i gdzie góra, a gdzie dół, bo błędnik wariuje.
Mgła. Genialny pomysł Boga, który malowanym przez siebie obrazom dodaje tajemniczości usuwając z nich przeźroczystość. Dzięki mgle przebogata zmienność świata zyskuje dodatkowy mnożnik możliwych wariantów przedstawień ciągle przecież tego samego. To jakby w szafie strojnisi ktoś popięciokrotnił ilość sukienek. Świat, tak różny przez zmienną pogodę, pory dnia i pory roku na dokładkę, zyskuje przez mgłę możliwość założenia jeszcze bardziej urozmaiconych wdzianek. Trzeba być nie lada artystą, by wpaść na coś takiego.
Mgła spada też czasem na ludzkie życie. Wszystko wydaje się wtedy ponure, a gdy zgęstnieje – nawet niebezpieczne. Trwać w miejscu – koszmar, a ruszyć się – strach. Bo gdy nie widać już końca własnego buta nie wiadomo, czy kolejny krok nie będzie krokiem w bezdenną przepaść. Ale to tylko mgła. Świat wokół się nie zmienił, jest ciągle takim, jaki był. Tylko moje oczy przestały widzieć, więc umysł oszalał. Ale gdy te oczy zamknąć i wyobrazić sobie wszystko bez tej mgły… Gdy zdać się na wyczucie, a oczu używać tylko jako zmysłu pomocniczego, można ostrożnie iść dalej. Zresztą mgła ma to do siebie, że często choć na chwilę rzednie i pozwala ustalić, co, gdzie i jak. W końcu za s, wcześniej czy później, całkiem się rozwiewa…
BT – „wiara.pl”
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
7 sierpnia - błogosławieni Agatanioł i Kasjan, prezbiterzy i męczennicy |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
8 sierpnia - św. Maria od Krzyża Helena MacKillop, zakonnica |
|
• |
|
|
• |
8 sierpnia - bł. Włodzimierz Laskowski, prezbiter i męczennik |
|
• |
|
|
• |
9 sierpnia - św. Teresa Benedykta od Krzyża (Edyta Stein), dziewica i męczennica, patronka Europy |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl