W BLASKU MIŁOSIERDZIA
24/1024 – 25 maja 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 25 maja 2025, rok „C”
VI NIEDZIELA WIELKANOCNA (rok C)

Czytania
Pierwsze czytanie: Dz 15,1-2.22-29
Psalm: Ps 67
Drugie czytanie: Ap 21,10-14.22-23
Ewangelia: J 14,23-29
Ewangelia
Duch Święty nauczy was wszystkiego
J 14, 23-29
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca.
To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.
Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie.
A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie».
Komentarz do czytań
7 Niedziela Wielkanocna? To nie pomyłka? Dwa czytania z tej niedzieli można przeczytać w niedzielę 6.... Można, nie trzeba, ale zauważmy też te czytania. Bo są piękne.
Jaki jest Bóg? Sprawiedliwy - trzeba koniecznie zauważyć. To jedna z podstawowych prawd o Bogu. To źle? Nie. Pomaga mi machnąć ręką na krzywdy, których zaznaję. Bo wiem, że zło zostanie sprawiedliwie osądzone. Że nie będzie tak, że przebaczając byłem naiwniakiem, z którego wszyscy zło czyniący będą się mogli przez całą wieczność śmiać... O tym, ale i o przebóstwieniu, dzisiaj.
Dzisiejsze czytania koncentrują się wokół prawdy, że… Świadkowie Jehowy nie mają racji. To znaczy nie mają racji ci, którzy chcieliby dostosować Kościół do wymogów stawianych przez Stary Testament. Umocnieni Duchem Świętym i pouczeni Jego mądrością uczniowie Jezusa mają tworzyć nowe.
Gdyby Kościół opierał się tylko na człowieku... Wiadomo, nie przetrwałby. Na drogę do czasu, gdy nastanie nowe niebo i nowa ziemia Chrystus obiecał nam Ducha Świętego - Ducha Prawdy i Parakleta (Pocieszyciela, Wspomożyciela, Adwokata). Bo Kościół, prowadzenie ludzi do zbawienia, to nie tylko i nie przede wszystkim nasza sprawa. To przede wszystkim sprawa samego Boga. I On działa w Kościele jak chce. Nawet jeśli my, ludzie, stawiamy mu przeszkody. Zarówno wielkimi grzechami jak i "tylko" rozdmuchanym ego.
Na świecie wojny, na świecie zawirowania polityczne, na świecie zawirowania gospodarcze. Nie możemy być pewni jutra. A Bóg jest tym, który przynosi człowiekowi pokój. Bo gwarantuje, że wszystkie przygody, jakie przychodzi nam na tym świecie przeżywać, kiedyś dobrze się skończą. To tak jak mieć podczas wspinaczki dobrą asekurację: nic strasznego się nie stanie, najwyżej trochę się poobijam i podrapię...
W dzisiejszym numerze
- Spotkanie z Biblią
- Pokój, którego świat dać nie może. Chrystus oferuje życie wieczne
- Pamięć przyszłości
- VI niedziela wielkanocna
- Drugi krok ku niebu. Trzeba ruszyć
- Zwolnieni
- W niedzielę papież obejmie katedrę Biskupa Rzymu, co to oznacza?
- Znane piekło czy nieznane niebo? Dlaczego wracamy do schematów, które nas ranią
- Święci i błogosławieni w tygodniu
Spotkanie z Biblią
Spotkanie z Biblią zaprasza, żeby wędrować jej mocą przez życie ale także, żeby to Słowo nas czytało, żebyśmy w jego świetle mogli rozpoznawać to, co się dzieje w naszym sercu, w życiu dokoła nas.
Kiedy czytam ten fragment Ewangelii św. Jana, z 14 rozdziału, gdy Jezus mówi: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego”, siłą rzeczy przypomina mi się fragment Apokalipsy, z listu do Kościoła w Laodycei: „Oto stoję u drzwi i kołaczę. Jeśli kto posłyszymy ten głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, on ze Mną”. A tutaj słyszę w Ewangelii Jana: „Ojciec mój umiłuje”. To jakby echo także, zapowiedzi sprzed tygodnia, o nowym przykazaniu, by miłować jak Jezus - mocą krzyża i aż po krzyż, żeby nie bać się Miłości Ukrzyżowanej.
Jednak żeby jej się nie bać potrzeba Parakleta, potrzeba Ducha Świętego. Co ciekawe, w tłumaczeniach na różne języki, to słowo nie jest tłumaczone. Jest zostawione w oryginale, bo w tym słowie jest cała symfonia, jak ktoś celnie zauważa, wszystkich biblijnych skojarzeń, określeń Ducha Świętego. Głęboki pocieszyciel w czasie opuszczenia, to pośrednik, który stoi pomiędzy ludźmi, pomagający pogłębić zrozumienie i ktoś kto stoi obok, oręduje, który nie zostawia samego, który broni i przychodzi z pomocą. Coraz mocniej liturgia Kościoła zaprasza nas, abyśmy wołali o Ducha Świętego. Wołali o pocieszyciela, adwokat, o obrońcę, by zstąpił, bo odnowił nasz relacje, by odnowił oblicze naszej twarzy i naszej ziemi.
Jezus, który daje obietnicę Ducha Świętego, w Wieczerniku składa jeszcze jedną obietnicę. Obietnicę, po którą sięgamy w czasie każdej Eucharystii, przed przyjmowaniem Komunii św., kiedy przypomina nam się, że Jezus powiedział swoim Apostołom „Pokój wam zostawiam, pokój mój wam daje, nie tak jak daje świat”.
Przyjąć pokój Jezusa by móc wyjść z przebaczeniem i pojednaniem w kierunku drugiego człowieka, ale także w kierunku swojego serca, by nie żyło nienawiścią, nie było zatwardziałe, stawało się miłosierne.
Tak więc czekając na Wniebowstąpienie Pańskie, czekając na Zielone Święto, z odwagą wołajmy: „Przybądź Duchu Święty, spuść z niebiosów wzięty, światła Twego strumień”.
ks. Wenancjusz Zmuda – „Mateusz.pl”
Pokój, którego świat dać nie może.
Chrystus oferuje życie wieczne
„Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka”.
Jeszcze kilka lat temu, przed pandemią, łatwo było słysząc te słowa wzruszyć ramionami. Niepokoje, owszem, były. Dziś, parę lat później, świat zdaje się stąpać na krawędzi wybuchu. Demokracja przepoczwarzająca się w autokrację, coraz bardziej bezwstydne narzucanie słabszym woli silniejszych, wojny.... W takim kontekście słowa Jezusa brzmią inaczej; wyraziściej. Są przecież zapowiedzą, że co by się nie działo na tej ziemi, czeka nas niebo. Pokój który nam Jezus zostawia, i który nam daje, staje się bezpiecznym azylem w świecie pełnym zagrożeń. Miejscem schronienia, z którego na targające światem konflikty można patrzyć z bezpiecznego dystansu. Nie musimy się bać, nie musimy lękać. Może ten świat się zawali, może znów na dekady pogrąży chaosie; może nie będziemy czuli się w Polsce u siebie, może wszystko na tym świecie pójdzie nie tak, jakbyśmy chcieli i oczekiwali. Ale przecież naszą ojczyzna, dzięki Chrystusowi, jest niebo. I tam mamy przygotowane przez Boga wieczne, bezpieczne mieszkanie...
„wiara.pl”

Pamięć przyszłości
Jedną z rad, jakie możemy usłyszeć, gdy nam w życiu smutno i trudno, jest zachęta do aktywnego pamiętania dobrych chwil. Teraźniejszość bywa czasami ciężka do zniesienia, to prawda, więc odkurzenie dobrych wspomnień może wnieść nieco światła w zmagania czy braki, które zdają się dominować nasze „dzisiaj”. Ale czy najbardziej nawet entuzjastyczne, rodzące wdzięczność wyprawy w minione doświadczenia mają moc zrodzić też nadzieję na dobrą przyszłość? Czy to, że kiedyś było mi lepiej, może dać coś więcej niż statystyczne prawdopodobieństwo, że znów tak będzie?
„Odchodzę i przyjdę znów do was”. A Paraklet „was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem”. „Pokój zostawiam wam”. To mówi Logos, czyli Słowo i Sens. Mówi o swojej nieobecności. Jasne, przede wszystkim o końcu ziemskiej obecności i odejściu do Ojca, „wstąpieniu do nieba”, ale może trochę też o doświadczeniu nieoczywistości sensu tego, przez co przechodzi każdy z nas? Mimo „chrześcijańskiego światopoglądu”, mimo wiary praktykowanej mniej lub bardziej intensywnie, pytanie o sens drogi – zwłaszcza wtedy, gdy jest pod górę – pozostaje. Mnożą się też pytania o definicje dóbr, wybór i uzasadnienie środków, kształt wspólnoty… Jak w dzisiejszym pierwszym czytaniu.
A Jezus obiecuje nam dom. Wspólne mieszkanie, które z Ojcem uczynią u tego, kto zachowa Jego naukę. To miejsce, nowe miasto-świątynia już poza czasem, jest skąpane w świetle jedynej lampy – Jego obecności. Jan to zobaczył, a Paraklet jest posyłany do każdego ucznia, żeby delikatnie przypominać, wydobywać z jego pamięci i ożywiać obietnicę, której się powierzył.
Jest też w tym przypominaniu i uczeniu wszystkiego ruch w drugim kierunku: w kierunku przyszłości. Pokój się rodzi, gdy dzięki Parakletowi doświadczamy już teraz tego wspólnego mieszkania, już teraz przechadzamy się ulicami miasta z dwunastu bramami. Pamięć przyszłości pomaga rozeznać dobór środków („nie nakładać żadnego ciężaru oprócz tego, co konieczne”) i właściwie ukierunkowuje naszą teraźniejszość.
Łukasz Miśko OP

VI niedziela wielkanocna
Niedziela, 25 maja 2025 roku, VI tydzień wielkanocny, Rok C, I
Dzisiejsza liturgia słowa zwraca naszą uwagę na Kościół, założony przez Chrystusa Pana. Niby jest to dla nas coś oczywistego i codziennego – że należymy do Kościoła – ale co to w zasadzie oznacza? Nasz Pan jest jego Głową, a my jesteśmy członkami tego Ciała i w ten sposób wspólnie tworzymy Kościół. Jest to wspólnota ludzi wierzących, którzy wchodzą do niej przez bramę Chrztu Świętego.
W każdą niedzielę, podczas Mszy Świętej, wyznajemy naszą wiarę. Od wieków katolicy odmawiają to samo Credo. Znajdują się w nim również słowa dotyczące Kościoła: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”.
Dziś słyszymy o tym apostolskim wymiarze Kościoła. Co to znaczy, że jest on apostolski? Po pierwsze – że został założony na fundamencie Apostołów. Nasz Pan, Jezus Chrystus, założył swój Kościół, nadając mu formę widzialnej społeczności, i ustanowił papiestwo jako podstawę jego jedności. Tym, co przekazujemy sobie w sztafecie pokoleń Kościoła, jest Boże Objawienie, czyli nasza święta, katolicka wiara. Jak mówi św. Paweł Apostoł w Liście do Efezjan: „Zbudowani [jesteśmy] na fundamencie apostołów i proroków, gdzie kamieniem węgielnym jest sam Jezus Chrystus” (Ef 2,19-20). Mamy więc solidne podstawy dla naszej wiary.
Grono Dwunastu Apostołów było najbliższym otoczeniem Pana Jezusa. Każdego dnia wsłuchiwali się w Jego słowa, widzieli Jego czyny i zachowanie. Byli więc naocznymi świadkami, którzy w formie pisemnej i ustnej przekazali nam swoje doświadczenie życia z Chrystusem. Potwierdza to św. Jan Apostoł w swoim liście: „Co było od początku, co słyszeliśmy, co widzieliśmy na własne oczy, co oglądaliśmy i czego dotykały nasze ręce – o Słowie życia – to wam ogłaszamy” (1 J 1,1).
Miłość do Pana Jezusa jest istotą naszej wiary. A co to znaczy miłować Go – wyjaśnia On sam w dzisiejszej Ewangelii: „Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich” (J 14,23-24). Tak więc miłować Jezusa Chrystusa można poprzez zachowywanie w swoim życiu Jego nauki.
Wolą naszego Pana było, aby to Apostołowie i ich następcy reprezentowali Go w przyszłych wiekach. Wedle Jego słów skierowanych do uczniów: „Kto was słucha, Mnie słucha, a kto wami gardzi, Mną gardzi” (Łk 10,16).
Co więcej, Chrystus zaznaczył, że Apostołowie nie zrozumieją wszystkiego od razu: „To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14,24-25). Na tej podstawie następcy św. Piotra – kolejni papieże – ustanawiali dogmaty wiary. Kościół, przy pomocy Ducha Świętego, dopiero z czasem odkrywał kolejne prawdy wiary. On nieustannie nas poucza i prowadzi do coraz lepszego rozumienia, czym jest nasza wiara i jak właściwie nią żyć. To Duch Święty sprawia, że słowa i czyny Apostołów oraz ich następców (biskupów, kapłanów) mają moc przemieniać serca i budować wspólnotę wierzących. To dziedzictwo Apostołów trwa nieustannie w Piśmie Świętym, Tradycji i Magisterium Kościoła.
Każdy z nas tworzy wspólnotę Kościoła. To nie jest tak, że wierni świeccy są gorszą kategorią Kościoła. Wszyscy tak samo jesteśmy uczniami naszego Pana. Mamy jednak w Kościele różne funkcje i zadania, stosownie do własnego stanu. Każdego z nas Bóg wzywa do świętości – nie poprzez jakieś nadzwyczajne działania, lecz przez wierne i sumienne, codzienne wypełnianie obowiązków swojego stanu: ksiądz jako ksiądz, małżonek jako małżonek, matka jako matka.
Dzisiejsza liturgia słowa kieruje nasz wzrok dalej niż na doczesność. Spoglądamy ku wieczności – ku ostatecznemu celowi naszego życia. Pan Jezus zapowiada, że odchodzi do swojego Ojca, który jest w niebie, i dodaje: „Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was” (J 14,27-28).
Jeszcze nie wszystko, co zapowiedział, się wypełniło. Jesteśmy ludźmi, którzy czekają. Czekamy na Jego ponowne przyjście na ten świat i ostateczną odnowę całego stworzenia – ostateczne pokonanie szatana, grzechu i śmierci. To daje nam nadzieję. To sprawia, że trudy, z jakimi mierzymy się w życiu, nie stanowią dla nas ostatecznej przegranej. Bo jesteśmy po stronie Chrystusa, który zwyciężył świat. Kto żyje z Chrystusem i z Nim umiera, ten również z Nim zwycięży i osiągnie wieczne szczęście przy Bogu. Amen.
Redemptorysta Prowincji Warszawskiej – Tuchów
o. Patryk Reczek CSsR

Duch prowadzi Kościół
1. Zamiast dawnej oktawy Zesłania Ducha Świętego mamy po reformie soborowej odpowiednie przygotowanie przed nią. Ma ono nam przypomnieć na nowo działanie tej w Trójcy Trzeciej Osoby-Daru (św. Jan Paweł II). W dzisiejszych czytaniach główną myśl przypominanej prawdy o Duchu Świętym wyraża wyżej podane hasło tej niedzieli. Skoro powszechne prawo rozwoju działa nie tylko w przyrodzie i w każdym poszczególnym człowieku, dzieje się tak również w tej boskiej i ludzkiej zarazem instytucji, jaką jest Kościół. W nim rozwój nie jest wynikiem tylko osobistego wysiłku, jakkolwiek jest on niezbędny, lecz nadto po Bożemu odgórnie jest on sterowany przez Ducha Świętego Parakleta. A to Jego działanie polega najpierw na usuwaniu wszelkich ograniczeń w naszym myśleniu czy odczuwaniu, a potem na pogłębianiu w nas objawionej prawdy Bożej aż do całej jej pełni, którą ukaże dopiero niebo.
2. Dzieje Apostolskie dziś roztaczają przed nami obraz groźnego konfliktu, na szczęście zażegnanego w pierwotnym Kościele za sprawą Ducha Świętego działającego w Apostołach. Przyczyną sporu było ciasne stanowisko tzw. judaizujących, przybyłych do Antiochii z Judei. Usiłowali oni narzucić poganom wstępującym do Kościoła cały ciężar Prawa Mojżeszowego, włącznie do obowiązku poddania się obrzezaniu, co tamtych szczególnie raziło. Kategoryczny sprzeciw ze strony Pawła i Barnaby zmusił tamtejszą wspólnotę do udania się po rozstrzygnięcie w tym sporze do Apostołów. Po debatach tzw. sobór jerozolimski z roku 50 wystosował do Antiochii odpowiedni dekret. Zwalniał on nowo nawróconych pogan od ciężarów Prawa Mojżeszowego, zalecając im tylko zachowanie takich obyczajów, które zapewnią pokojowe współżycie z wiernymi pochodzenia żydowskiego. Słowa: Postanowiliśmy Duch Święty i my (później język soborów!) ilustrują świadomość Apostołów, kim są dla Kościoła.
Wizja z końcowych rozdziałów Apokalipsy św. Jana ukazuje najgłębszą tajemnicę Kościoła jako instytucji Bożej. Wizja ta uczy nas, jak oczyma wiary mamy oceniać Kościół jako dzieło łaski. Jest to mianowicie Miasto Święte, ale nie to geograficzne w Palestynie, lecz zstępujące z nieba od Boga, chronione szczególnie przez aniołów. Tym niemniej ma Kościół swoją niezbędną ziemską przeszłość historyczną, o czym świadczą wypisane na bramach i na warstwach fundamentów imiona dwunastu pokoleń synów Izraela jako Ludu Bożego Starego Testamentu oraz dwanaście imion Apostołów Baranka, tzn. Jezusa Chrystusa. Ostateczny kształt tego Miasta już nie zawiera świątyni, gdyż ten znak Bożej obecności przydatny tu na ziemi, nie będzie już potrzebny w niebie, gdzie wszyscy będą się cieszyć Bożą obecnością widzialną. Świątynią i światłem dla wszystkich zbawionych będzie wówczas Bóg i Baranek. W swoich zadatkach taki Kościół już jest obecny w naszym doczesnym Kościele Chrystusowym.
Perykopa Janowa z wielkoczwartkowej mowy pożegnalnej Jezusa zawiera obietnicę jakże potrzebną w chwili owej bolesnej rozłąki. Na zrozumiały u uczniów wówczas lęk, co będzie z nimi, gdy Mistrz odejdzie, środkiem zapobiegawczym jest zapowiedź Parakleta Ducha Świętego, którego Ojciec przyśle im w imieniu Jezusa. Spośród siedmiu czynności Ducha Parakleta zapowiedzianych w mowie pożegnalnej dziś czytamy o tej, która się odnosi do przedłużenia misji nauczycielskiej Jezusa Chrystusa. Było ono niezbędne wobec stanu umysłowego uczniów, stwierdzonego przez Jezusa w słowach: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie (J 16,12). Druga część obietnicy: przypomni wam wszystko, co wam powiedziałem – na podstawie „przypominać sobie” w J 2,22; 12,16 – znaczy tyle, że Duch Paraklet zapewni Kościołowi pogłębiony na tle całości Objawienia sens słów i czynów Jezusa nie od razu zrozumiałych.
3. Myśl przewodnią czytań wyraża powyższe hasło tej niedzieli. Prawda ta jest tylko jednym aspektem posłannictwa Ducha Świętego Parakleta. Prowadzi On stopniowo Kościół wyzwalając go ze zrozumiałych u ludzi ograniczeń do takiej pełni, jaką tylko Bóg może udostępnić człowiekowi w swoim Objawieniu. Ograniczeń ludzkich może być wiele. Jednych prawd objawionych umysł ludzki na razie „znieść nie może” – stąd potrzeba stopniowego pogłębiania danych Objawienia i kojarzenia ich między sobą. Wynikiem tego jest w dziejach Kościoła rozwój dogmatów. Dzieje Apostolskie, trafnie zwane w dobie Ojców Kościoła „Ewangelią Ducha Świętego” (Ekumeniusz) na niejednym miejscu ujawniają trudne początki. Dziś w pierwszym czytaniu dowiadujemy się o pomyślnym rozwiązaniu konfliktu, zrodzonego z ciasnego konserwatyzmu, mianowicie z emocjonalnego przywiązania do tego, co anachroniczne. Kościół jednak przez dzieje (Izrael, Apostołowie) dzięki Duchowi Parakletowi osiąga swą pełnię.
4. Homilia może rozwinąć powyższą myśl przewodnią (pkt 3), ilustrując ją przykładami biblijnymi i dziejowymi, z podkreśleniem roli Ducha Świętego. Inny wzór homilii: rozwinąć elementy trynitarne samej Ewangelii, ukazując, jak wszystkie Osoby Trójcy współdziałają ze sobą i z ludźmi w dziele zbawienia. Ludzie przez bliskość z Nimi zmierzają ku pełni poznania i miłowania. Jeszcze inny wzór homilii – na podstawie drugiego czytania pogłębić wiarę w tajemnicę Kościoła, w to święte Miasto Jeruzalem Nowe, w jego pierwiastek boski, który w Bożych planach dominuje nad ludzkim, równie niezbędnym. To Miasto zstępuje z nieba od Boga i jest oświetlone Jego chwałą. Ludzki zaś element reprezentują w tej wizji dwie dwunastki: pokoleń synów Izraela (którego dzieje pełne były tak chwały, jak niewierności wobec Boga), oraz apostołów Baranka (jakże wpierw niedoskonałych, a w końcu męczenników). W Kościele budujemy już teraz Nowe Jeruzalem pod kierunkiem Ducha Świętego.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”

Drugi krok ku niebu. Trzeba ruszyć
Chrześcijanin to człowiek z gruntu inny. Ale musi to jeszcze być widać.
Powiedział niegdyś prorok Eliasz mieszkańcom swojego kraju: „Dopókiż będziecie chwiać się na obie strony? Jeżeli Jahwe jest Bogiem, to Jemu służcie, a jeżeli Baal, to służcie jemu!” (1 Krl 18,20). Podobnie Boży prorocy mogliby pewnie powiedzieć także nam: jacy z was chrześcijanie, jeśli pamiętacie o Bogu tylko wtedy, gdy jest to wam wygodne, a gdy nie, oddajecie cześć różnym swoim bóstwom? Bo chrześcijanie, im bardziej opanowywali świat, tym bardziej do tego świata stawali się podobni. Przestawali być dla świata solą, przestawali być światłem. Tak często jest i dziś. Nie taką jednak drogą kroczy autentyczny chrześcijanin. Bardzo mocno przypomina o tym w swojej Ewangelii Jan.
W jednym z poprzednich odcinków cyklu wspomniałem, że o tych, którzy przyjęli Jezusa Chrystusa Jan napisał, że „z Boga się narodzili”. Już nie są, jak inni ludzie, tylko Bożym stworzeniem; stali się Jego dziećmi. To nie tylko różnica w jakichś mało istotnych godnościach, ale w samej naturze; chrześcijanin z natury jest inny niż świat. Musi więc też faktycznie być inny niż ten świat. A pierwszą oznaką tej inności – jak napisałem w poprzednim odcinku cyklu – jest powtórzenie za Janem Chrzcicielem „ja nie jestem Mesjaszem”. Ani ja sam, ani jacyś wielcy tego świata, ani systemy gospodarcze, ani polityczne, ani nauka, ani bóstwa czczone w różnorakich religiach i pseudoreligiach tego świata. Nie. Nie są Mesjaszami! Prawdziwym Mesjaszem jest Jezus: to jest – jak powiedział Jan Chrzciciel – „Baranek Boży, który gładzi grzech świata”.
Po wyznaniu tej prawdy chrześcijanin powinien jednak zrobić kolejny krok. Jaki? Jan w swojej Ewangelii zabiera nas znów nad Jordan, do Jana Chrzciciela. Ale tym razem nie o wyznanie ostatniego z proroków chodzi. Raczej o to, co zrobiło dwóch jego uczniów, a którzy słysząc drugi raz owo wyznanie „Głosu wołającego na pustyni”, że oto jest Baranek Boży, porzucają swojego dotychczasowego Mistrza i decydują się pójść za Jezusem. To przyszły apostoł Andrzej i Jan – też przyszły apostoł, a do tego sam autor czwartej Ewangelii.
Trochę dziwnie to musiało wyglądać. Jezus idzie, a oni dosłownie za Nim. Jak ktoś kto śledzi? Może chce napaść? Jak ktoś, kto ma jakąś ważną sprawę, a jeszcze boi się podejść? Nieważne. W każdym razie Jezus orientuje się, że idą za nim, odwraca się i pyta czego szukają. Nie, nie „czemu łazicie za mną”. „Czego szukacie”. Chyba wiedział czego, ale pewnie czekał, że sami to zadeklarują. A oni „Rabbi, gdzie mieszkasz”. Więc On do nich: „chodźcie a zobaczycie”.
Dziwne pytanie, dziwna odpowiedź. Choć może po prostu trochę nieszczęśliwe tłumaczenie. „Gdzie pozostajesz”, „gdzie trwasz”. Nie brzmi po polsku, ale już uświadamia wieloznaczność tego pytania... Andrzej i Jan nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć. Że zaciekawiło ich, co mówił Chrzciciel? Że chcieli Jezusa sami sprawdzić? Głupio tak. Więc „Rabbi, gdzie mieszkasz”. Jezus nie zaczął ich podejrzewać, że idą za nim by ograbić Jego mieszkanie. Rozumiał, że chcieli się trochę „porozglądać”, zobaczyć co i jak, zapoznać z Rabbim, dowiedzieć się od Niego czegoś więcej. I zaprosił ich do siebie.
Biblistów pewnie jednak zastanawia gdzie, dlaczego i jak długo mieszkał Jezus. Przecież nie jesteśmy w Nazarecie, ale gdzieś w okolicy „Betanii po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu”. Jezus dopiero za dzień, dwa, wybierz się do Galilei (1,43). Ale to mało istotne. Ważniejsze że Andrzej i Jan poszli z Nim i u Niego zostali. Nie tylko na ten wieczór czy noc – wszak gdy się to działo było koło 16 - ale już na zawsze.
A potem jest jeszcze Szymon Piotr, którego przyprowadza do Jezusa jego brat Andrzej, jest spotkany po drodze Filip i jest Natanael, który z początku nie bardzo chce tracić na Jezusa czas. Okoliczności, w jakich pierwsi uczniowi spotykają Jezusa są różne, ale łączy je jedno: wszyscy poszli z Jezusem i za Jezusem.
I to ten drugi krok, jaki trzeba postawić uczniowi Jezusa. Po „nie jestem Mesjaszem” trzeba faktycznie pójść za Jezusem. Porzucając to wszystko, co nie pozwala za Nim pójść. Jak Andrzej, jak Jan, Jak Piotr, jak Filip, jak Natanael.
Co nie pozwala dziś? Towarzyskie układy rodzące lęk przed oskarżeniem o nadgorliwość? Skoncentrowanie na sobie i na własnych przyjemnościach? Zbyt władczy charakter nie znoszący podporządkowania się? Bliscy, którzy nie zrozumieją? Pragnienie bogactwa, poklasku, władzy, któremu nie po drodze ze skromnością, jaką preferuje Jezus? Wiele tego może być. Jedno jest pewne: bez pójścia za Jezusem, bez zostawienia tego wszystkiego, co w tym przeszkadza, nie można stać się Jego uczniem.
Andrzej Macura-„wiara.pl”
Zwolnieni
Nie my decydujemy, nie jesteśmy kowalem własnego losu.
Życie bywa inspirujące. Ekscytujące nawet. Te wszystkie nowe, głębokie doświadczenia, kluczowe zmiany dokonane pod wpływem długotrwałych okoliczności albo choćby chwili. Dreszczyk emocji, buzująca adrenalina. Poczucie spełnienia niejakie, kiedy patrzymy na efekty, osiągi, zasięg…
Tak, życie potrafi być inspirujące. Albo jest takie jak teraz. Nijakie? Monotonne? Zwykłe? Nie siedzimy oczywiście, gapiąc się tępo w ścianę, żyć trzeba, więc posuwamy się do przodu we własnym tempie. Rutyna poranna, zawodowa, modlitewna… Dzień jak co dzień. Fascynujące wydarzenia nawet nie, że się nie wydarzają, ale jakoś nie robią na nas wielkiego wrażenia. Ot, zmieniamy plany, odnotowujemy parametry i tyle.
Czy mamy sami dla siebie szukać ekscytacji, jakiegoś nowego hobby, większego zaangażowania w czyjeś życie? A może spróbować po prostu odetchnąć, cieszyć się, że nie zawsze kawior i latanie (spadanie)? Albo, o zgrozo, skierować się do duchowego SPA z podejrzeniem wypalenia?
Na dobrą sprawę nie trzeba chyba robić nic. Nawet nie dlatego, że samo przejdzie. I że ta rutyna, ta nijakość uodparniają nas na zbyt rozbuchane ambicje. Może dlatego (z tej przyczyny), że i tak jest co jest, i dlatego (w tym celu), że będzie co będzie.
Nie umiem tego dobrze nazwać, ale podoba mi się ten rodzaj otwarcia, który był udziałem wielu świętych, który czasem dostrzega się w ludziach. Jakiś brak strachu przed sobą czy przyszłością, przed samym życiem. Jesteśmy, kim jesteśmy, w tym, co jest. Bo czyż oddawać Bogu stery własnego życia, a potem domagać się znaków, potwierdzeń, prowadzenia innego niż to, które jest – nie ma w sobie czegoś z pychy?
Boże czuwanie nad nami, Opatrzność – słowa jakby z innej epoki, dzieciństwa czy ery sprzed komórek, internetu czy pandemii. Czujemy to czy nie czujemy tego, pal licho. Ta obecność – Obecność – jest.
Nie my decydujemy, nie jesteśmy kowalem własnego losu, sprawczość to nie jest nasze drugie imię. Czyż to nie wyzwalające? Tysiąc zastrzeżeń w tym miejscu, oczywiście: bez zaniku odpowiedzialności, bez wiary w determinizm. Ale to prawda, to czysta prawda: nasz los jest w ręku Boga. Tylko tyle.
Katarzyna Solecka – „wiara.pl”
W niedzielę papież obejmie katedrę Biskupa Rzymu, co to oznacza?
Spośród czterech papieskich bazylik w Rzymie to św. Jan na Lateranie jest katedrą Biskupa Rzymu. W niedzielę Leon XIV oficjalnie obejmie tę starożytną, wybudowaną przez cesarza Konstantyna świątynię.
Katedra, czyli tron biskupi, to miejsce, z którego biskup przewodniczy zgromadzeniu jako przedstawiciel samego Chrystusa, a jednocześnie jest najwyższym symbolem potestas docendi, urzędu nauczycielskiego, który Chrystus powierzył Piotrowi, a wraz z nim apostołom. Już pod koniec III wieku Cyprian z Kartaginy używa wyrażenia Cathedra Petri (De unitate, 4) na określenie siedziby biskupa rzymskiego.
Historia powstania bazyliki
Bazylika, założona w 312 roku przez cesarza Konstantyna i poświęcona Najświętszemu Zbawicielowi, stała się katedrą, kościołem macierzystym Rzymu, ponieważ była siedzibą papieża, ale przede wszystkim dlatego, że z nią związana była funkcja nauczycielska następcy Piotra. Dlatego po wyborze papież staje się biskupem Rzymu i obejmuje Bazylikę Laterańską, swoją „katedrę”, zwaną również omnium urbis et orbis Ecclesiarum mater et caput (Matka i głowa kościołów całego miasta i świata).
O zadaniu następcy Piotra, jakim jest świadczenie o powodach swej nadziei (por. 1 P 3,15) i umacnianie braci w wierze (por. Łk 22, 32), przypomina również zachowana do dziś tradycja, zgodnie z którą papież podpisuje dokumenty o charakterze pasterskim w Bazylice św. Jana na Lateranie.
Obecna katedra biskupia była elementem wystroju absydy z czasów Mikołaja IV (1288–1299), i została przekształcona pod koniec XIX wieku podczas problematycznej przebudowy prezbiterium. W dolnej części zachował się jednak oryginalny relief przedstawiający cztery symboliczne zwierzęta: węża, lwa, smoka i bazyliszka. Dwa prawdziwe i dwa mityczne zwierzęta nawiązują do Psalmu 91 z Wulgaty, który mówi: Po wężu i bazyliszku będziesz chodził, lwa i smoka będziesz deptał. Kiedy więc nowy papież zasiada na swojej katedrze, depcze je. Przybywa bowiem w imieniu Chrystusa, który zwyciężył zło, nienawiść i śmierć.
Johana Bronková/VaticanNews/dm – „deon.pl”
Znane piekło czy nieznane niebo? Dlaczego wracamy do schematów, które nas ranią
Choć intuicja i zdrowy rozsądek podpowiadają, że warto uciekać od tego, co nas krzywdzi, wiele osób nieświadomie powiela wzorce wyniesione z dzieciństwa – nawet jeśli prowadzą one do cierpienia. Zwłaszcza ci, którzy dorastali w rodzinach z problemem alkoholowym, często odnajdują „bezpieczne” miejsce w emocjonalnie znajomych, choć toksycznych relacjach.
"Gdy słucha się opowieści osób uwięzionych w schematach, można dojść do wniosku, że to oczywiste, że dla swojego dobra powinni chcieć się z nich wyzwolić i robić wszystko, by tak się stało – niestety to nie takie proste, jak się wydaje. Typowym przykładem jest sytuacja osoby, która wzrastała w domu, w którym ojciec lub matka nadużywali alkoholu. Zdrowy rozsądek podpowiada, że ludzie wychowujący się w takim środowisku będą chcieli unikać zetknięcia się z tym nałogiem w dorosłym życiu. Tymczasem wiele dorosłych dzieci alkoholików (DDA) wchodzi w związki z osobami uzależnionymi i bezwiednie powiela schemat. Trudniej jest im się otworzyć na zdrową relację, bo człowiek uwięziony w tego rodzaju pułapce jej nie zna. Jest mu ona emocjonalnie obca, dlatego wyda je się zagrożeniem.
Schemat daje poczucie logiki procesu poznawczego – kreuje świat, który jest przewidywalny. Człowiek, który powiela schemat, myśli sobie: "Wiem, że tak się stanie i jestem na to gotowy. Mam to przećwiczone. Znam ten świat, te sytuacje". Chciałby wydostać się z tej pułapki, ale nie potrafi. Wchodzi nawet nie dwa, ale wiele razy do tej samej rzeki. Obiecuje, że więcej czegoś nie zrobi, ale nie potrafi dotrzymać danego sobie słowa.
Przywołany przykład osoby pochodzącej z rodziny alkoholowej jest pod względem poznawczym bardzo ciekawy. Dorosły, który wyrastał w domu alkoholowym, może deklarować: "Nigdy w życiu nie zwiążę się z alkoholikiem / alkoholiczką", w praktyce jednak bywa inaczej. Dziewczynę, która miała ojca alkoholika, ciągnie często do mężczyzn nadużywających alkoholu. Paradoksalnie czuje się w związkach z nimi bezpiecznie, bo nie są jej obce towarzyszące im sytuacje i emocje.
Często nie doceniamy siły emocji – a właśnie z niej schemat czerpie swoją moc. Te scenariusze nabyte w dzieciństwie są bardzo trwałe. Nawet jeśli czujemy się nimi udręczeni, to i tak odnajdujemy w nich specyficzne poczucie bezpieczeństwa. Wszystko jest w porządku, ponieważ jest przewidywalnie. Możemy sobie wtedy powtarzać nasze życiowe refreny: - No właśnie. Wiedziałem, że tak będzie…. I ten refren ma moc nie tylko tłumaczenia naszych porażek, ale też ich usprawiedliwiania."
Co więcej – schemat często wygrywa, bo za jego powtarzalnością kryje się dziecięce przetrwanie. W dzieciństwie te reakcje nie były pułapkami – były sposobem ratunku. Dziecko w rodzinie dysfunkcyjnej uczyło się zamrażać emocje, wycofywać, zadowalać, tłumić złość. Ten sposób działania dawał przetrwanie. Ale to, co w dzieciństwie było ratunkiem, w dorosłości staje się więzieniem.
"Osoba złapana w pułapkę schematu może, w momencie kryzysu, myśleć: - Jestem sama. Nikt mnie nie kocha. Wiedziałam, że w tej relacji znowu mi się nie uda. Najczęściej nie wie jednak, że działa według określonego wzorca. Żeby rozpoznać i zrozumieć swoje schematy, trzeba uważnie przyjrzeć się temu, jak funkcjonowaliśmy w dzieciństwie i w jakiej wzrastaliśmy atmosferze".
I co najważniejsze – to nie jest kwestia jednorazowego uświadomienia sobie. Nawet jeśli rozpoznamy dany schemat, nawet jeśli zrozumiemy jego genezę, to i tak, w sytuacji stresu, powróci on jako nasz naturalny odruch. Będziemy unikać, kompensować lub poddawać się, czyli działać dokładnie tak, jak nauczyliśmy się jako dzieci. I tylko długotrwała, cierpliwa praca – psychoterapeutyczna i duchowa – daje szansę na to, że te tory przestaną być naszym jedynym kierunkiem. Że nauczymy się nowej reakcji. Że przestaniemy wybierać znane piekło, tylko dlatego, że obawiamy się nieznanego nieba.
***
Fragmenty pochodzą z książki ks. Krzysztofa Matuszewskiego Wyjść poza schemat. Jak uwolnić się z emocjonalnych i duchowych pułapek.
Gdy polityka staje się tematem tabu, ludzie z frustracji zaczynają wariować
Nie pytamy ludzi, na znajomości z którymi nam zależy, na kogo głosowali – o ile nie mamy mocnych podejrzeń, że wybrali podobnie do nas. Dlaczego nie pytamy? Bo nie chcemy, żeby polityka nas podzieliła. Nie chcemy się kimś rozczarować albo kogoś do siebie zniechęcić. Nie chcemy się konfrontować z innymi poglądami, bo odziedziczyliśmy przekonanie, że jedność to jednakowość, a o politykę można się tylko pokłócić. To zamyka nas w bańkach, w których od frustracji do przemocy jest tylko krok.
Obserwuję to w wielu prostych sytuacjach społecznych: ot, w warzywniaku ktoś zaczyna bardzo zdecydowanie wyrażać swoje opinie na temat danej partii lub polityka. Ludzie w kolejce milczą. Część milczy zachęcająco, a część milczy unikająco: gdy się uważnie popatrzy na kolejkę, można szybko wytypować tych, którzy są całkiem innego zdania, ale nie odezwą się, bo nie mają ochoty na kłótnię.
Ciężar politycznego tabu czuję też zwłaszcza w rozmowach z okolicznościowymi znajomymi: ludźmi, z którymi życie ustawia mnie w jakichś relacjach, ale sama ich nie wybrałam, podobnie jak oni. Ponieważ od naszego nastawienia do siebie zależy gładkość wydarzania się spraw w tej rzeczywistości, w której jesteśmy razem, na temat polityki zgodnie milczymy. Bo nie wiadomo, jak by się skończył polityczny coming out: co będzie, jak powiem, że głosuję na kandydata X i zaraz się okaże, że ta druga osoba głosuje na jego zagorzałego przeciwnika? Od razu zrobi się niezręcznie. Od razu poczujemy się po dwóch stronach barykady. Powieje chłodem, pojawi się dystans.
Nie wydarzy się też rzecz dawniej oczywista: nie zaczniemy dyskutować. Nie zaczniemy wymieniać się poglądami, argumentami, nie zaczniemy rozmowy po to, żeby się zrozumieć z przynajmniej częściową akceptacją tego, że możemy się wcale ze sobą nie zgodzić. Tu już nawet nie chodzi o rację i to, kto ją ma, a kto nie. Jest tak, jakbyśmy społecznie doszliśmy do przekonania, że różnica poglądów tworzy między nami niewidzialny mur, na który nie mamy żadnego wpływu. Że jest albo-albo, lewa albo prawa, czarne albo białe. I nie można lubić ani akceptować tych, co nie są po naszej stronie.
Ogromny udział w takim sformatowaniu społeczeństwa miał (i wciąż ma) według mnie komunizm. Ustrój, który nauczył sporą część Polaków, że do spokojnego życia we względnym dostatku trzeba umieć się układać z tymi, którzy mają głos decydujący, i chętnie akceptować moralne kompromisy. I że pełniąc ważne społecznie funkcje, można mieć dwa rodzaje poglądów: te właściwe i zgodne z oficjalną narracją do publicznego prezentowania i te prawdziwe, o których mówi się tylko w zaufanym gronie. Co więcej, można mieć też dwa zestawy wartości: jeden na pokaz, pełen wzniosłych frazesów i teoretycznych ideałów, i drugi, który jest niezbędny do dbania o swoje dobro bez oglądania się na cudze i bez zastanawiania się nad własną uczciwością. A jeśli ktoś uważa inaczej, nie jest partnerem do dyskusji, ale wrogiem do usunięcia w dowolny sposób.
Po niemal dwudziestu latach obserwacji życia społecznego widzę, jaki efekt przyniosło tamto sformatowanie społeczeństwa. Spora część z nas odziedziczyła takie myślenie, że standardem życia politycznego są piękne kłamstwa na fasadzie i nieuniknione bagienko chciwości i żądzy władzy pod fasadą. Że prawdy nie ma sensu szukać, bo jest wiele rodzajów prawd, a każda z nich jest zależna od kontekstu i aktualnej potrzeby. Inna część naszego społeczeństwa nabyła z kolei takie doświadczenie, że z systemem nie da się wygrać, że pojedyncza osoba niczego nie może zmienić, że trzymanie się swoich wartości jest kosztowne, a cena to zdrowie, pieniądze, relacje, a nawet życie. Te dwie rzeczy są jak kij i marchewka: z jednej strony zachęta do życiowo-społecznego egoizmu i przyzwolenie na półmoralność jako standard społeczny, z drugiej – zniechęcanie do sprawiedliwych i altruistycznych działań skierowanych nie tylko na własne dobro i jasne sugestie, że ścieżka wierności określonym wartościom przynosi straty i ból.
To myślenie ani trochę nie skończyło się w momencie, w którym Joanna Szczepkowska ogłosiła, że skończył się w Polsce komunizm. Przez część Polaków zostało bezrefleksyjnie odziedziczone – jak w historii o wnuczce, która nauczyła się, że obcina się końce szynki przed jej pieczeniem, ale nie wie, że tę „rodzinną tradycję” wprowadziła jej babcia, mająca wyłącznie za małą foremkę. Przez część Polaków – małą, ale wpływową – jest skrzętnie pielęgnowane, bo odpowiednio użyte przynosi władzę i pieniądze, a wszyscy mający inną wizję Polski i inne wartości nie są braćmi, z którymi można rozmawiać, ale wrogami, których trzeba wytępić.
To właśnie od tej małej wpływowej części jako społeczeństwo nauczyliśmy się, że w państwie wszystko ma dobrze wyglądać z wierzchu, a do środka lepiej nie zaglądać. Że ważne są słowa, a czyny już nie bardzo. Że obiecać można wszystko, a nie dowieźć nic, zupełnie inaczej niż w biznesie. I – co najsmutniejsze – że ten, kto myśli inaczej, jest wrogiem. Że idealna sytuacja to taka, w której społeczeństwo jest maksymalnie jednorodne pod względem poglądów, a normalne i ludzkie różnice w poglądach nie są czymś dobrym i mającym potencjał, ale czymś niepożądanym i niosącym zagrożenie. Że jedność to jednakowość, a nie szukanie wspólnego w różnorodności.
A później, dzięki lekcjom odebranym od mediów będących potężną machiną do zarabiania pieniędzy, nauczyliśmy się, że najważniejsze są emocje. Ważniejsze niż fakty i wartości, ważniejsze niż prawda. Że emocje są narzędziem do atakowania tych, których uważamy za wrogów, bo myślą inaczej, ważne są dla nich inne wartości. I że przeciwko rozkręconym w mediach emocjom nie ma skutecznej ochrony.
Nie wiem, czy ktokolwiek jest sobie w stanie jeszcze wyobrazić, że Gizela Jagielska i Kaja Godek siadają do otwartej rozmowy, w której próbują sobie spokojnie wyjaśnić swoje myślenie, przedstawiając argumenty i starając się zrozumieć drugą stronę bez odwoływania się do emocji. Nie wiem, czy ktokolwiek jest w stanie sobie wyobrazić, że Rafał Trzaskowski i Karol Nawrocki wspólnie robią burzę mózgów na temat imigrantów, szukając rozwiązania najlepszego dla Polaków. Spodziewamy się raczej, że jedna strona zwalczy drugą i że wygra ta, którą uważamy za naszą, jakby to był mecz.
Najgorsze jest jednak to, że takie podejście udziela się wszystkim. Długotrwałe przyuczanie do tego myślenia, że kto nie uważa tak, jak ja, jest wrogiem, skutkuje tym, że prawie już nie ma przestrzeni na rozmowę. Bo w opcjach jest tylko kłótnia, ciężkie argumenty połączone z epitetami, wjechanie na emocje i koniec znajomości. Efektem jest to, że o swoich poglądach politycznych rozmawiamy tylko w swoich bezpiecznych kręgach, w bańkach, które tylko odbijają się od innych baniek, by przypadkiem nie zepsuć sobie relacji z ludźmi, których lubimy, a którzy mogą przestać nas lubić, gdy powiemy, co myślimy naprawdę. A to podejście tylko nas od siebie oddala, tworząc kolejne tematy tabu, których lepiej nie poruszać, i spłycając relacje, bo trudno mieć głębokie relacje z tymi, z którymi nie można szczerze rozmawiać o wszystkim.
Skutkiem nierozmawiania ze sobą o tym, w czym się mocno różnimy, i szukania różnic zamiast części wspólnych jest mentalne okopywanie się w swoim myśleniu i coraz większa frustracja. A społeczna frustracja, która po cichu narasta, zazwyczaj kończy się przemocą. Nie trzeba się długo przyglądać społeczeństwu, by dostrzec, że skala przemocy rośnie ostatnio w sposób alarmujący, i chodzi tu zarówno o przemoc słowną, psychiczną i emocjonalną, wybuchającą w mediach społecznościowych, przemoc medialną, jak i przemoc fizyczną. Obecna kampania wyborcza uczy nas, że przemoc jest narzędziem do załatwiania swoich spraw. Jestem przekonana, że te wszystkie straszne akty przemocy, które wydarzyły się w ciągu ostatnich trzech tygodni, wynikają między innymi właśnie z tych dwóch prawidłowości. Po pierwsze, uczymy się przez obserwację i nasiąkamy tym, czego słuchamy i co oglądamy. Po drugie, jeśli nie ma przestrzeni do spokojnej dyskusji o poglądach i wartościach, człowiek rozmawia już tylko sam ze sobą i utwierdza się w przekonaniu, że czego by nie zrobił, racja musi być po jego stronie. Jeśli w tym błądzi, nie ma nikogo, kto by go wyprowadził z błędu, bo ten, kto nie myśli tak samo jak ja, jest wrogiem, z którym się nie rozmawia i którego opinia się nie liczy. Trzeba go pokonać, a nie szukać porozumienia.
Niby oczywiste, ale jednak straszne.
Autor: Marta Łysek – „deon.pl”
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
25 maja - św. Beda Czcigodny, prezbiter i doktor Kościoła
|
|
•
|
25 maja - św. Grzegorz VII, papież
|
|
•
|
25 maja - św. Maria Magdalena de Pazzi, dziewica
|
|
•
|
25 maja - św. Magdalena Zofia Barat, dziewica
|
|
•
|
26 maja - św. Filip Nereusz, prezbiter
|
|
•
|
27 maja - św. Augustyn z Canterbury, biskup
|
|
•
|
27 maja - św. Fryderyk, biskup
|
|
•
|
28 maja - św. German z Paryża, biskup
|
|
•
|
28 maja - św. Maria Anna od Pana Jezusa z Paredes, dziewica
|
|
•
|
28 maja - bł. Lanfranck, biskup
|
|
•
|
29 maja - św. Urszula Ledóchowska, zakonnica
|
|
•
|
29 maja - bł. Józef Kowalski, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
29 maja - bł. Eliasza od św. Klemensa, dziewica
|
|
•
|
29 maja - św. Paweł VI, papież
|
|
•
|
30 maja - św. Zdzisława Czeska
|
|
•
|
30 maja - św. Jan Sarkander, prezbiter i męczennik
|
|
•
|
30 maja - św. Joanna d'Arc, dziewica
|
|
•
|
30 maja - św. Ferdynand III, król
|
|
•
|
30 maja - bł. Marta Wiecka, dziewica
|
|
•
|
30 maja - bazylika metropolitalna w Szczecinie
|
|
•
|
30 maja - bazylika metropolitalna w Białymstoku
|
|
•
|
31 maja - Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny
|
|
•
|
31 maja - św. Kamila Baptysta Varano, dziewica i zakonnica
|
|
|
|
•
|
1 czerwca - św. Justyn, męczennik
|
|
•
|
1 czerwca - św. Inigo z Oña, opat
|
