W BLASKU MIŁOSIERDZIA
16/1016 – 13 kwietnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 13 kwietnia 2025, rok „C”
Niedziela Palmowa, czyli Męki Pańskiej
Wielkiego Postu - rok „C”
Niedziela Palmowa otwiera Wielki Tydzień - czas bezpośrednio poprzedzający wielkanocne uroczystości paschalne.
W latach 1986-2020 w Niedzielę Palmową celebrowane były diecezjalne obchody Światowego Dnia Młodzieży. Od roku 2021 decyzją papieża Franciszka obchody te zostały przesunięte na uroczystość Chrystusa Króla wszechświata.
W dzisiejszą niedzielę, w szczególny sposób przeznaczoną na uczczenie Męki Chrystusa, gorąco zapraszamy na poświęcone jej nabożeństwo - Gorzkie Żale.
Za udział w Gorzkich Żalach na terenie Polski w okresie Wielkiego Postu można uzyskać raz w tygodniu odpust zupełny.

Hosanna. Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie.
CZYTANIA:
Pierwsze czytanie: Iz 50,4-7
Psalm: Ps 22
Drugie czytanie: Flp 2,6-11
Ewangelia: Łk 22,14-23,56
KOMENTARZ DO EWANGELII
Być wiernym Bogu; być Mu wiernym nawet, jeśli sporo to kosztuje. To główne wyzwanie czytań tej niedzieli. Ale nie jedyne.
Dlaczego dla naszego zbawienia Jezus tak cierpiał? Po co Ojcu były Jego cierpienia? Nie dało się inaczej? To między innymi pytania, na które odpowiada liturgia słowa tej niedzieli. Dla wielu pewnie w sposób zaskakujący.
Nie o cierpienia chodziło. O zaufanie, które wyrazi się w posłuszeństwie. Skrajnie trudnym. Zresztą... Cała historia zbawienia, to próba odbudowania w człowieku zaufania do Boga.
"On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem"...
Kogo słuchać? Boga czy ludzi? Odpowiedź niby oczywista. Tyle że gdy przychodzi do konkretnych decyzji - znacznie mniej. Żeby ukryć swoją odmowę (powiedzenia Bogu "tak") zaczyna się uprawianie egzegezy, która czarne zamieni na białe, a za "tak" weźmie faktyczne "nie"... Czy gdy przychodzi taka chwila jesteśmy gotowi dla wierności Bogu "podać grzbiet bijącym i policzki rwącym brodę" i "nie zasłonić twarzy przed zniewagami i opluciem"?
W dzisiejszym numerze:
- Krzyż to posłuszeństwo
- Wiernie do końca
- Wiek świateł
- Niedziela Palmowa, czyli Męki Pańskiej
- Wielki Post last minute. Może jeszcze zdążysz?
- Marzy mi się Kościół, w którym parafian się szanuje i pyta o zdanie
- W Wielkim Poście na trasy wyruszą Ekstremalne Drogi Krzyżowe
- O mądre korzystanie z nowych technologii
- Zsekularyzowana Europa wyzwaniem dla Kościoła. Ks. Halík: To znak czasu, a nie zagrożenie
- Trzy małe rzeczy, które sprawią, że twoje życie zwolni i odzyskasz oddech
- To imię walecznej amazonki. Nosi je ponad 100 tysięcy Polek
- Bp Przyborek: Gdy chcemy od Boga cudu, to czekamy na wielkie halo. I nie widzimy tych cudów podstawowych
- YouTube i msza święta. Aleteia zapytała katechumenów, co pomogło im się nawrócić
- W jaki sposób Niedziela Palmowa łączy się z Księga Wyjścia?
- „Moloch”, „za pięć dwunasta”, „roztrąbić”. Te określenia wywodzą się z Biblii!
- Święci i błogosławieni w tygodniu
Krzyż to posłuszeństwo.
Wierność Bogu nawet za cenę własnego życia. To dało nam zbawienie i to wzór, jaki stawia nam Chrystus.
"Hosanna", które niebawem zamieni się w "ukrzyżuj Go". Łaska ludzka na pstrym koniu jeździ... Ale czytania mszy tej niedzieli są o czym innym. To przede wszystkim wskazanie na mękę Mesjasza.
Tak, cierpienie jest skutkiem grzechu. Owego nieposłuszeństwa pierwszych rodziców. To wtedy człowiek, który dotąd mieszkał spokojnie w Edenie został wystawiony na niedogodności życia w "normalnym" świecie. To wtedy przyszedł też trud pracy, niesprawiedliwości i śmierć. Ale pierwotny zamysł Boga wobec człowieka był inny. Bo Bóg nie ma zamiłowania do sprawienia cierpienia. Wręcz przeciwnie...
Jeśli nasze zbawienie dokonało się przez cierpienie Bożego Syna to nie dlatego, jakoby Ojciec miał upodobanie w udręczeniu. Chodziło o odwrócenie postawy pierwszych rodziców: o posłuszeństwo. Posłuszeństwo Bogu nawet wtedy, gdy będzie bardzo wiele kosztowało. Posłuszeństwo, które nie cofnie się przed pełnieniem woli Bożej nawet wtedy, gdy ludzie zechcą za to zabić...
A my? Nas posłuszeństwo Bogu kosztuje znacznie mniej...
Andrzej Macura – „wiara.pl”
Wiernie do końca
Mam daną mi przez Boga misję do spełnienia – mówi prorok Izajasz w imieniu Sługi Bożego w trzeciej jego pieśni, którą słyszymy w pierwszym czytaniu. To On pobudza moje ucho, moje serce, bym wiernie ją wypełnił. I z tego powodu jestem prześladowany. Ale nie wycofują się, nawet kiedy mnie biją, nawet kiedy mnie lżą. Zachowuję zimną krew, powściągam emocje. Wiem, że Bóg kiedyś pokaże, że miałem rację...
I święty Paweł w Liście do Filipian. Pisząc o Jezusie przedstawia Go tak samo. To ten, który mógł na równi z Ojcem odbierać chwałę, ale który uniżył się tak bardzo, że stał się człowiekiem. I nawet dał się zabić. Ale prawda i prawo były po Jego stronie. Bóg to pokazał, gdy Go wywyższył stawiając ponad całym światem. I sprawiając, że cały świat oddaje Mu hołd...
A jak to w szczegółach wyglądało słyszymy w długiej Ewangelii tej niedzieli. W opowieści o męce Pańskiej...
Jeśli pełnię wolę Bożą nie ma znaczenia czy mi klaszczą, czy mnie biją. Czy słyszę pochwały, czy raczej jestem przedmiotem (!) pogardy. Pełnić wolę Bożą to najlepsze, co można robić. Znam tę Jego wolę, bo przecież znam naukę Jezusa i Jego przykazania. A Bóg tej ofiarnej wierności nie zapomni...
„wiara.pl”

Wiek świateł
W tym roku w Niedzielę Palmową czytamy Pasję według Świętego Łukasza. Bibliści zwykli dzielić ewangelie na Janową i pozostałe trzy zwane synoptycznymi ze względu na ich podobieństwo. Mimo to subtelnie (aptekarsko!) inny jest opis Jezusowej męki w ujęciu apostolskiego lekarza. Nie przemilczając brutalności i hańby krzyża, inaczej rozkłada akcenty, inaczej dobiera składniki tego samego leku – Ewangelii. Tylko u Łukasza do cierpiącego w Ogrójcu Jezusa przychodzi z pokrzepieniem anioł z nieba. Szymona z Cyreny nie trzeba zmuszać do niesienia krzyża – wystarczy go zatrzymać czasownikiem dużo łagodniejszym niż ten, którego używają Marek i Mateusz. Jest Dobry Łotr, który jeszcze na krzyżu doświadcza swej własnej beatyfikacji. Wreszcie wyłącznie u Łukasza Jezus wypowiada nie tylko słowa o opuszczeniu przez Boga (jak u Marka i Mateusza), lecz także nie mniej wstrząsające powierzenie oprawców Ojcowskiemu przebaczeniu. I w końcu to poetyckie zdanie, które nie tracąc nic ze swego subtelnego piękna, po mroku opadłym na całą ziemię, po nocy zdrady i śmierci – wydaje się po prostu nie na miejscu: „Był to dzień Przygotowania i szabat się rozjaśniał”.
Może trzeba było lekarskiego oka, może trzeba było Strażniczki Poranka (wszak Łukasz to kronikarz Maryi, podobnie jak Mateusz – Józefa), by tam, gdzie inni widzieli tylko rozpacz, dostrzec pierwszy brzask.
„Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi On do nas, i jak deszcz późny, co nasyca ziemię, a Prawo Jego zabłysło jak światło” – pisał już prorok Ozeasz (6,3–5).
To nieprawda, że wiek świateł rozbłysł dopiero w XVIII stuleciu. Wiek świateł rozbłysł już w ten smutny poranek dnia Przygotowania, gdy szabat się rozjaśniał. Nowy szabat, którego Słońce nie zna już zachodu. Nie zapomnij o tym i dziś, na progu drugiej ćwierci XXI stulecia, gdy dawno niewidziane chmury znów zdają się nadciągać.
Szymon Bialik OP – „wdrodze.pl”

Niedziela Palmowa, czyli Męki Pańskiej
Nie usłyszeliśmy dzisiaj nic w Słowie Bożym o palmach, od których bierze nazwę dzisiejsza niedziela. Wspomina o nich tylko św. Jan w swojej Ewangelii. Synoptycy mówią albo o gałązkach drzew, albo o gałązkach ściętych na polu (można się domyślać, że to palmy – najczęściej występujące w tym klimacie). Wszyscy natomiast wspominają o słanych na ziemi szatach i płaszczach. Gest kładzenia płaszczy na drodze był wyrazem hołdu dla nowo koronowanego króla (por. 2 Krl 9, 13). Gałązki, zwłaszcza palmowe, były charakterystyczne dla żydowskiego Święta Namiotów, podczas którego podkreślano powszechne królowanie Boga. Może więc powinniśmy spojrzeć dzisiaj na trzymane w naszych rękach symboliczne palemki jako na rodzaj wyznania: Uznaję Jezusa za mojego Króla! Uznaję Jego panowanie w moim życiu! Chcę, aby On moim życiem kierował.
Często w Niedzielę Palmową, kiedy słuchamy najpierw opisu wiwatujących na cześć Jezusa tłumów, a zaraz potem okrzyków: „Ukrzyżuj Go!” (por. Łk 22, 21-23), zwracamy uwagę na niestałość, zmienność, podatność na manipulację anonimowego tłumu, zakładając, że to przecież ci sami ludzie. Niekoniecznie tak musiało być. Jezus od początku był znakiem sprzeciwu. Byli tacy, którzy Go kochali, cieszyli się Jego przybyciem do Jerozolimy, i ci, którzy Go nienawidzili i zrobiliby wszystko, aby Go zgładzić. To trochę jak we współczesnym świecie, gdy na ulice miast wychodzą najpierw obrońcy życia, a krótko potem zwolennicy zabijania nienarodzonych dzieci. Ten podział między dobrem a złem, świętością a nieprawością, miłością a nienawiścią jest stale obecny. Prawdy jednak nie ustala się większością głosów ani tym, kto głośniej krzyczy. Demokracja, która często odwołuje się do woli większości, wcale nie jest idealnym systemem społecznym. Pozbawiona zasad moralnych łatwo zmienia się w totalitaryzm, który narzuca rozwiązania często nie do przyjęcia przez dużą część społeczeństwa. To właśnie demokratyczna większość wyniosła do władzy Hitlera i zdecydowała, że Żydzi nie są ludźmi. Dzisiaj demokratyczna większość odmawia prawa do życia nienarodzonym i dotkniętym chorobą dzieciom w łonach matek. Znów rozlega się okrzyk: „Ukrzyżuj!”. I, podobnie jak Piłat, umywamy ręce, mówiąc, że większość tak zadecydowała (por. Mt 27, 24-25).
Słowo Boże przemawia dzisiaj do naszych serc ze szczególną mocą. Wkraczając w ten najświętszy tydzień, w którym towarzyszyć będziemy Jezusowi w ostatnich chwilach Jego ziemskiej wędrówki, już na początku słuchamy przejmującego opisu Męki Pańskiej pozostawionego nam przez św. Łukasza. Ten opis jest nam zwiastowany po to, aby jeszcze raz poruszyć nasze serca i uświadomić, ile kosztowało nasze Odkupienie, jak wiele wycierpiał Jezus z miłości do nas, i wreszcie – jak okrutne i niewdzięczne potrafi być serce człowieka, który dokonał zamachu na swojego Boga, na swego największego Dobroczyńcę.
Z wyprzedzeniem ogniskujemy naszą uwagę na wydarzeniach Męki Jezusa, aby jeszcze raz, w tych dramatycznych zdarzeniach, odnaleźć źródła nadziei:
Jezus podjął się Męki krzyżowej, bo nie przestało Mu zależeć na człowieku; nikogo nie „spisał na straty” – dla każdego z nas istnieje nadzieja ocalenia.
Już podczas Ostatniej Wieczerzy Jezus mówi do uczniów pełne nadziei słowa: „Przekazuję wam królestwo (...) abyście w królestwie moim jedli i pili przy moim stole oraz zasiadali na tronach, sądząc dwanaście szczepów Izraela” (Łk 22, 30). Zapowiada więc niebo dla tych, którzy za Nim pójdą.
Słowa skierowane do Dobrego Łotra: „Dziś będziesz ze mną w raju” (por. Łk 23, 42-43), to słowa nadziei dla każdego, nawet najcięższego grzesznika, który okaże skruchę.
Wprawdzie odczytany fragment Ewangelii nie mówi nam, co stało się w poranek Wielkanocny, ale my wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że nie grób był ostatnim słowem, nie śmierć była celem, lecz Zmartwychwstanie (por. Łk 24, 1-10). Męka Jezusa rodzi w nas nadzieję Zmartwychwstania, bo jeśli Jezus zwyciężył i zmartwychwstając otworzył nam niebo, to i my zmartwychwstaniemy.
Pielgrzymi nadziei to ludzie, którzy uwierzyli w nieskończoną miłość Boga; to ludzie, którzy zaufali Jego powszechnej woli zbawczej i wiedzą, że nie tutaj, na ziemi, jest ich prawdziwy dom, lecz ten trwający na wieki – w niebie.
Pozwólmy się przeprowadzić Jezusowi przez wydarzenia paschalne tych świętych dni. Niech On na nowo rozpali naszą żywą nadzieję, abyśmy byli świadkami nadziei dla wszystkich, którzy ją utracili.
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów obecnie przełożony domu zakonnego w Łomnicy-Zdrój oraz Przewodniczący Centrum
Apostolstwa i Duchowości Redemptorystów (CADR) – Łomnica-Zdrój
o. Piotr Andrukiewicz CSsR – „redemptor.pl”

Wielki Post last minute. Może jeszcze zdążysz?
Wielki Post wchodzi już w „decydującą fazę”. Być może twoje postanowienia wielkopostne już dawno „spaliły na panewce”, a ty sam czujesz, że mogłeś zrobić dużo więcej w tym okresie. Jeśli tak jest, to wiedz, że nie wszystko stracone!
Zostało jeszcze kilka dni, w tym najważniejszy okres – Triduum Paschalne. Nie oglądaj się „za siebie” i na to co nie wyszło przez ostatnie tygodnie, lecz skup się na tych najbliższych dniach i na tym co możesz zrobić, aby tegoroczny Wielki Post przyniósł duchowe owoce.
Modlitwa: sam na sam z Bogiem
Mów i krzycz od Jezusa. Dziękuj Mu i proś Go. Opowiadaj mu o swoich marzeniach i pragnieniach oraz słuchaj, jakie marzenia i pragnienia związane z twoim życiem ma On. Jednym słowem: wchodź z Jezusem w żywą relację.
Na koniec każdego dnia staraj się znaleźć kilka minut na to, żeby pobyć sam na sam z Bogiem i „przejść” krok po kroku raz jeszcze miniony dzień, doszukując się Bożej obecności. Może to będzie powiew wiatru, który poczułeś na ciele, może to być słowo, które usłyszałeś od innej osoby. Bóg ma cały wachlarz „języków” werbalnych i niewerbalnych, za pomocą których do nas mówi.
Jałmużna: złamać przywiązanie
Pieniądz i dobra materialne same w sobie nie są niczym złym, jednak jeśli przywiązujesz się do nich, to prędzej czy później staną się one problemem i zaczną negatywnie wpływać na duchowe życie. Dlatego jałmużna jest świetnym sposobem na odcięcie głowy przywiązaniu do dóbr materialnych i na udrożnieniu połączenia Bóg-ja. Nie należy jednak tego sprowadzać do dobroczynności i działań charytatywnych.
Ile należy wrzucić? Jak „odcinamy” i tracimy coś, co jest dla nas ważne (zarówno te dobre, jak i złe rzeczy), to zawsze czuje się przy tym ból. Dlatego dając jałmużnę, ważne, żeby była to kwota, która sprawi nam ból i da poczucie straty. Poczucie, które szybko zostanie zastąpione przez miłość Boga.
Jeszcze jedna ważna kwestia związana z jałmużną, to czynienie jej tak „żeby lewa ręka nie widziała, co robi ręka prawa”. Czyniąc to, nie mów o tym nikomu. Niech to zostanie pomiędzy tobą a Bogiem.
Post: ważna jest intencja
Każdy lubi dobrze zjeść, jednak nie każdy ma takie ulubione dania. Dlatego też nie ma przepisu na to, jak powinien wyglądać post. U jednych będzie to odmówienie sobie kawy, bez której nie są w stanie wytrzymać kilku godzin. Dla innych post o chlebie i wodzie. Zanim zaczniesz pościć, to zadaj sobie pytanie – rezygnacja z czego sprawi, że post przyjdzie mi z trudem. Bo post ma być trudny, post ma być fizyczną i psychiczną walką z pokusą.
Ostatnia ważna rzecz związana z postem to intencja, w której pościmy. Warto ją sobie wcześniej ustalić i mieć ją przed oczami w chwili wzmożonej pokusy – wówczas będzie ona stanowiła dla nas sporą motywację. Poszcząc, jednak nie bądź posępny, nie smuć się i nie pokazuj wszystkim wokół jakiego to heroicznego wyczynu właśnie dokonujesz.
Dlatego też na poszczenie warto wybrać taki dzień, w którym wiemy, że nie będziemy mieć np. biznesowego lunchu lub rodzinnego obiadu, podczas którego będziemy zmuszeni do odmawiania konkretnych potraw i informowania o powodach tego.
A jeśli się nie uda?
Jeśli jednak nie uda ci się wytrwać w twoich postanowieniach do końca Wielkiego Postu, to niech nie trwoży się serce twoje. Twoje duchowe życie i twoja relacja z Bogiem nie kończą się wraz z Triduum Paschalnym. I po zakończeniu tego okresu również będziesz miał możliwość wzrastania w tych obszarach. Co więcej, każdy wysiłek, który włożysz w pogłębianie swojej relacji z Bogiem, nie pójdzie na marne i owoce jego będziesz spożywał już niebawem.
Pamiętaj na koniec o jednej, być może najważniejszej kwestii – wszelki wysiłek, który wkładasz zarówno w trakcie Wielkiego Postu, jak i w pozostałe okresy liturgiczne, niech nie pochodzi jedynie z ciebie. Opieraj się na Bogu, proś go o potrzebne łaski i siły do wchodzenia w relację z Nim, a wówczas twoje duchowe życie będzie usłane różami. A to, że każda róża posiada kolce, to już temat na zupełnie innych artykuł…
Maciej Jabłoński – „aleteia.pl”

Marzy mi się Kościół, w którym parafian się szanuje i pyta o zdanie
Często słyszę, że do Kościoła zniechęcają ludzi skandale i dramaty. To prawda, ale gdy rozmawiam z ludźmi Kościoła, słyszę też, że o wiele bardziej zniechęcają te drobiazgi, które ktoś przywykł przez lata znosić, bo przecież "tak było zawsze", aż nagle kończy mu się cierpliwość i nie widząc szans na zmianę czy choćby rozmowę o zmianie, po prostu się poddaje. Wbrew pozorom takich osób jest naprawdę sporo.
Dlatego marzy mi się Kościół, w którym słuchamy się w obie strony. W którym można po prostu przyjść i porozmawiać, jak jest sprawa do obgadania. W którym normą jest, że gdy ksiądz ma sprawę do świeckich, dzwoni albo przychodzi, a nie wzywa przez pośredników na plebanię jak dyrektor na wizytę, a gdy świeccy mają sprawę do księdza, dysponują jego numerem i mogą zwyczajnie napisać smsa albo zajrzeć do mieszkania, a nie łapać po mszy w zakrystii albo dwa razy w tygodniu w kancelarii w słabej dla świeckich porze.
Marzy mi się Kościół, w którym przestrzenie parafii nie są traktowane jak prywatna własność proboszcza, do której wstęp mają tylko ludzie najbardziej zaufani, a klucze mogą mieć wyłącznie duchowni pracujący w parafii. Taki Kościół, w którym świeccy w przestrzeni przyparafialnej mogą czuć się jak u siebie, a nie jak w gościach u wujka, który nie lubi gości, więc trzeba chodzić na paluszkach i broń Boże niczego nie ruszać.
Marzy mi się Kościół, w którym parafian pyta się o zdanie, niezależnie od tego, czy chodzi o nowe obrazy do drogi krzyżowej, o temat rekolekcji, o termin bierzmowania czy inne godziny mszy w tygodniu, na które dałoby się dotrzeć bez wielkiego wysiłku odbijającego się na reszcie życia. I w którym ksiądz rezygnuje ze swojej wygody posiadania wolnego wieczora i oglądania netfliksów, bo parafianom potrzebna jest msza o 20.00, a nie o 17.00.
Marzy mi się Kościół, w którym pobożne kobiety nie robią z księży półbogów, którym trzeba nadskakiwać, by zasłużyć na ich przychylne spojrzenie. I taki Kościół, w którym księża z wygody i lenistwa nie otaczają się wianuszkiem parafialnych wolontariuszek w różnym wieku, tych co to zabierają dla siebie dziewięćdziesiąt dziewięć procent parafialnej posługi, nie dopuszczając do niej nikogo spoza swojego ścisłego kręgu, bo czują się wtedy ważne i wybrane.
Marzy mi się Kościół, w którym świeccy w sile wieku, mający teologiczne wykształcenie, bogate doświadczenie wiary, głęboką duchowość albo życiową mądrość mają bardziej liczący się głos niż nieopierzony neoprezbiter, na dzień dobry bez pytania o zgodę mówiący im na „ty” – oczywiście bez wzajemności.
Marzy mi się Kościół, w którym dla nastolatków jest coś więcej niż wymyślane przez starych ludzi nudne programy duszpasterskie i nijakie religijne eventy dwa razy w roku. I taka przestrzeń, która nie wygląda jak smoothie z obciachu i żenady posypane krindżem. Która zaprasza, nie ocenia i nie zmusza do robienia tego, co dorośli za biurkami kurii uznali dla nich za religijnie rozwojowe, ale w której ktoś potrafi ich naprawdę słuchać i tak towarzyszyć, żeby uczyli się relacji z Bogiem.
Marzy mi się Kościół, który do uczenia religii nie posyła dziwnych sióstr zakonnych, znudzonych i nadętych księży ani egzaltowanych i pretensjonalnych świeckich, tylko ludzi pełnych ognia i wytrwałości, szacunku do drugiego człowieka i uważności na to, co się dzieje w jego sercu.
Marzy mi się Kościół, w którym nie usprawiedliwia się wygodnictwa księży i niedopasowania życia parafii do realnego życia koniecznością „poświęcania się dla Boga”. I brak tego nieustannego refrenu: msza w tygodniu o niewygodnej godzinie – poświęć to dla Boga, za długie i przegadane kazanie – poświęć to dla Boga, msza trwająca półtorej godziny, bo są trzy kazania – poświęć to dla Boga, jak możesz żałować dla Niego czasu! Niewygodne ławki – wytrzymaj to dla Boga, godziny kancelarii niedopasowane do realiów życia ludzi nie będących na emeryturze – jak ci zależy, znajdziesz czas, bierzmowanie o osiemnastej trzydzieści w środku roboczego tygodnia, msza z biskupem dwugodzinna – no przecież ten raz możesz zostawić inne sprawy i poświęcić czas dla Boga. Marzy mi się, żeby nikomu już nie wmawiać, że Bóg od kogokolwiek wymaga cierpliwego znoszenia tego uczucia, że jesteś nieważnym trybikiem przeszkadzającym ważnym arcykapłanom i twoje potrzeby się nie liczą, więc nieś swój krzyż i nie przeszkadzaj. I marzy mi się, żeby ludzie chcący się z Bogiem spotykać w realiach swojego codziennego życia mieli to zwyczajnie i po prostu w Kościele ułatwione i nie musieli wciąż i wciąż pokonywać kolejnych poziomów zniechęcenia.
Marzy mi się Kościół, w którym duchowni i świeccy nie są oddzieleni od siebie jakimś "świętym murem", nie stoją po dwóch stronach, nie są do siebie niechętnie nastawieni, ale są razem, potrafią się przyjaźnić, wspólnie działać, cieszyć się swoją obecnością i talentami, słuchać się nawzajem, smucić razem, współczuć sobie trudności i wspierać się w kryzysach.
Marzy mi się cały taki Kościół, bo wszystkie te marzenia spełniają się już w jego małych częściach. Widzę to w różnych parafiach, w których ludzi nie było, a teraz nagle są i mają czas, by robić mnóstwo rzeczy właśnie we wspólnocie Kościoła, a nie setce innych miejsc. Widzę to tam, gdzie księżom zależy na żywej wspólnocie, a nie na świętym spokoju. Widzę to tam, gdzie młodym się towarzyszy, a nie ich moralizuje i nudzi. Widzę to tam, gdzie na religię dzieciaki się wpisują zamiast wypisywać, bo nauczyciel umie słuchać i z nimi być, nie zaniedbując przekazywania wiedzy. Widzę to tam, gdzie zamiast kolejnego świętego obrazu na ścianę kościoła proboszcz kupuje piec do pizzy albo tam, gdzie do księdza przychodzi się na kawę porozmawiać, a kontakt nie wyczerpuje się w zdawkowym "szczęść Boże", gdy się przypadkiem po mszy mijamy na dziedzińcu kościoła.
Marzy mi się, żeby dobre inspiracje i nowe rozwiązania przestały straszyć tych, którzy boją się zmian i tkwią w tym, co "zawsze" było, nie widząc, że już się nie sprawdza. Tam, gdzie to się udaje, Kościół ożywa. Tam, gdzie się nie udaje, leci nasz stary dobry refrenik: sekularyzacja, odchodzenie, nie ma młodych, to wszystko wina złego świata.
Marta Łysek – „deon.pl”

W Wielkim Poście na trasy wyruszą Ekstremalne Drogi Krzyżowe
W Wielkim Poście na trasy w całej Polsce wyruszą uczestnicy kolejnej edycji Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Podczas ponad 40-kilometrowej wędrówki wierni będą w milczeniu rozważać mękę i śmierć Chrystusa słuchając za pośrednictwem aplikacji mobilnej specjalnych rozważań.
Rzecznik akcji ks. Łukasz Romańczuk powiedział PAP, że podobnie jak podczas tradycyjnego nabożeństwa drogi krzyżowej odprawianego w kościele, uczestnicy EDK przez 14 stacji rozważają mękę i śmierć Jezusa Chrystusa.
"Zasadnicza różnica polega na tym, że tutaj musimy wyjść z kościoła i przebyć minimum 40-kilometrową trasę nocą i w całkowitym milczeniu. Niewątpliwie jest to duży wysiłek, wyjście ze strefy komfortu, które ma prowadzić do spotkania z Panem Bogiem" - wyjaśnił.
Ekstremalne Drogi Krzyżowe odbywać się będą w różnych terminach przez cały Wielki Post. Ks. Romańczuk przekazał, że trasy, wiodące najczęściej przez lasy, pobocza, pola, góry albo bagna, wyznaczane są przez lokalnych liderów. Zastrzegł, że ostateczna liczba tegorocznych tras nie jest jeszcze znana, ponieważ liderzy okręgów wciąż zgłaszają nowe.
Ks. Romańczuk zaznaczył, że podobnie jak w poprzednich latach trasy EDK wyznaczone zostały niemal we wszystkich miastach w Polsce, a także poza jej granicami. W ubiegłym roku na 555 tras w kraju wyruszyło ponad 100 tysięcy uczestników. Poza Polską Ekstremalna Droga Krzyżowa w 2024 r. odbyła się w Belgii, Holandii, Hiszpanii, Islandii, Estonii, Słowacji, w Czechach, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Austrii, Szwajcarii, Norwegii, Litwie, Irlandii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii.
Duchowny wyjaśnił, że osoby, które chcą wziąć udział w EDK powinny pobrać na telefon aplikację mobilną, w której znajdą dokładny opis wszystkich tras wraz z datą, godziną i miejscem, z którego wyruszy EDK najbliżej ich miejsca zamieszkania. Wszystkie informacje dostępne są także na stronie internetowej https://www.edk.org.pl/
Jednocześnie podkreślił, że EDK to nie sportowe wyzwanie, ale przede wszystkim wydarzenie duchowe, którego celem jest zmiana wewnętrzna. Pomocą w owocnym przeżyciu nabożeństwa są przygotowane specjalnie na tę edycję rozważania, w których motywem przewodnim jest duchowość Matki Teresy z Kalkuty. Rozważania w formie audio, które można odtwarzać w trakcie wędrówki, podobnie jak trasy są dostępne w aplikacji.
"Ekstremalna Droga Krzyżowa to sposób na zatrzymanie się w biegu, wyrwanie z natłoku codziennych obowiązków. To konkretny czas, żeby się wyciszyć. Uczestnicy idą w nocy, kiedy wokół jest ciemno, co sprzyja głębszemu skupieniu. Ważnym elementem EDK jest cisza, w której Bóg przemawia do człowieka, dlatego zalecamy, by EDK przechodzić samotnie lub w bardzo małych grupach" - powiedział.
Jak wskazał, nieprzypadkowo minimalny dystans do przejścia to 40 kilometrów, przy czym zdarzają się również trasy znacznie dłuższe. "Kiedy się mocno zmęczymy, po przejściu kilkudziesięciu kilometrów, zaczynamy skupiać się na tym, co jest najważniejsze. Wysiłek pomaga oczyścić głowę i doświadczyć słabości" - stwierdził ks. Romańczuk.
Podkreślił, że uczestnicy powinni mieć na sobie kamizelki odblaskowe, by być widocznym dla kierowców samochodów i zachowywać przepisy ruchu drogowego. Dodał, że warto zabrać ze sobą coś do jedzenia i picia, latarkę, naładowany telefon komórkowy, wygodne buty i ubranie dostosowane do pogody.
Ekstremalna Droga Krzyżowa po raz pierwszy odbyła się w 2009 roku. Pomysłodawcą i organizatorem był ks. Jacek Stryczek, założyciel Stowarzyszenia "Wiosna" i "Szlachetnej Paczki".
Iwona Żurek – „PAP”

O mądre korzystanie z nowych technologii
W intencji modlitewnej na kwiecień 2025 Franciszek prosi o modlitwę, "aby korzystanie z nowych technologii nie zastępowało relacji międzyludzkich i odbywało się w atmosferze szacunku do każdego człowieka".
"Jak bardzo chciałbym, abyśmy mniej wpatrywali się w ekrany, a częściej patrzyli sobie w oczy!" – to pragnienie wyrażone przez Ojca Świętego w jego kwietniowym przesłaniu, przygotowanym przez Papieską Światową Sieć Modlitwy we współpracy z Coronation Media i przy wsparciu Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka.
Ojciec Święty zachęca nas do „używania technologii do jednoczenia, a nie do dzielenia”. Papież Franciszek ostrzega przed ryzykiem zastąpienia relacji twarzą w twarz przez technologie, co mogłoby pogorszyć jakość naszych więzi międzyludzkich. Wzywa nas do poszukiwania równowagi poprzez wykorzystywanie technologii do wspierania autentycznych ludzkich więzi, a nie do zastępowania ich wirtualnymi interakcjami. Papieska intencja modlitewna jest wezwaniem do rozwijania krytycznej świadomości sposobów, w jakie korzystamy z technologii, oraz nad jej wpływem na nasze życie i społeczeństwo. Obejmuje to analizę naszych cyfrowych nawyków i promowanie odpowiedzialnego oraz świadomego korzystania z technologii, które sprzyja integralnemu rozwojowi człowieka.
„Módlmy się, aby korzystanie z nowych technologii nie zastępowało relacji międzyludzkich, odbywało się w atmosferze szacunku do każdego człowieka i pomagało stawić czoła kryzysowi naszych czasów.” Papież Franciszek.
„wiara.pl”

Zsekularyzowana Europa wyzwaniem dla Kościoła.
Ks. Halík: To znak czasu, a nie zagrożenie
Podczas międzynarodowej konferencji w Warszawie ks. prof. Tomáš Halík wskazał, że zjednoczona i coraz bardziej zsekularyzowana Europa nie musi być zagrożeniem dla chrześcijaństwa, lecz jego szansą. Jego zdaniem Kościół przyszłości nie powinien walczyć z kulturą współczesną, ale nauczyć się z nią rozmawiać – słuchać, dialogować i odczytywać znaki czasu. Reforma synodalna to nie tylko wewnętrzna zmiana, ale droga do nowej obecności Kościoła w świecie podzielonym przez populizm, nacjonalizm i obojętność religijną.
Swój pierwszy wykład wygłosiłem w Warszawie w połowie lat 90. pt.: Sobór Watykański II – „koniec katolicyzmu czy „niedokończona rewolucja?”. Mówiłem o podziale katolików. Niektórzy obawiali się, że Sobór oznaczał zagrożenie, a nawet „koniec katolicyzmu”. Inni narzekali, że reformy soborowe pozostały niedokończone. Odpowiedziałem, że Sobór oznaczał jedno i drugie, ale w innym celu, niż mówili o tym jego krytycy z prawej i lewej strony. Sobór był rzeczywiście początkiem końca „katolicyzmu” - tej wąskiej, zamkniętej formy Kościoła. Był to krok od katolicyzmu do katolickości, do globalnego i ekumenicznego chrześcijaństwa.
Jednak podróż rozpoczęta przez Sobór pozostała niedokończona - nic dziwnego: jeśli Sobór był dziełem Ducha, to każde dzieło Ducha jest otwarte: nie wiemy, skąd Duch Święty pochodzi i dokąd zmierza. Chcieć zatrzymać dzieło Ducha, ogłosić jakąś formę Kościoła i teologii (lub społeczeństwa czy wiedzy naukowej) doskonałą i niezmienną, byłoby grzechem przeciwko Duchowi Świętemu.
Jest to grzech triumfalizmu. Triumfalizm polega na dumnym i naiwnym zastępowaniu ziemskiego Kościoła Kościołem świętych w niebie, „ecclesia triumphans”. Kościół na ziemi jest Kościołem w drodze. Kościołem niedoskonałym. Jest „ecclesia militans” (Kościołem walczącym). Jeśli Kościół nie walczy z pokusą triumfalizmu, ale angażuje się w „wojny kulturowe” ze swoim otoczeniem, staje się wojującą, nietolerancyjną i arogancką instytucją religijną. Jedną z twarzy triumfalizmu jest klerykalizm, tzn. świeckie i oparte na władzy rozumienie autorytetu w Kościele. Skandaliczne przypadki nadużywania władzy doprowadziły papieża Franciszka do ważnego punktu zwrotnego w najnowszej historii Kościoła: zainicjowania reformy synodalnej. Choroba klerykalizmu, która sparaliżowała witalność i wiarygodność Kościoła i wymagała zmian systemowych, była zakorzeniona właśnie w złej komunikacji. Jednak to, co należy zmienić, to nie tylko komunikacja wewnątrz Kościoła, ale także komunikacja Kościoła „ad extra” z innymi systemami w społeczeństwie, z innymi Kościołami, religiami i kulturami, oraz z rodziną ludzką jako całością, a także jego komunikacja z innymi formami życia na naszej planecie.
Reforma synodalna powinna być kontynuowana w kierunku wskazanym przez Sobór, ale musi odpowiadać na nowe znaki czasu: zmianę paradygmatów cywilizacyjnych i związaną z tym zmianę statusu społecznego Kościoła i jego roli społeczno-kulturowej. W każdej nowej sytuacji otwierają się nowe możliwości i nowe zadania. Misja Kościoła - a na Synodzie powiedziano, że misja (posłannictwo) jest istotą Kościoła - musi być zatem zawsze na nowo rozważana, bardziej konkretnie i głębiej.
Sytuacja geopolityczna w Europie uległa w tym roku radykalnej zmianie, co będzie miało wpływ na rozwój UE i cały proces integracji europejskiej. Europa musi zdefiniować się na nowo. To wielkie wyzwanie dla Kościoła w Europie. Kościoły muszą realistycznie zastanowić się nad swoją obecną pozycją w społeczeństwie europejskim, swoją misją społeczno-kulturową, swoimi możliwościami i priorytetami.
W dzisiejszym zsekularyzowanym społeczeństwie Kościół rzadko spotyka się z wojującym ateizmem. Jest konfrontowany z o wiele bardziej niebezpiecznym zjawiskiem: rosnącą obojętnością religijną („apateizmem”). Kiedy Kościół w świeckim społeczeństwie spotyka się z ostrą krytyką, czasem nawet w formie otwartej wrogości, zwykle nie jest to odrzucenie wiary chrześcijańskiej, ale antyklerykalizm, reakcja na pewne szczególne przejawy społeczne przywódców Kościoła. W niektórych przypadkach „apateiści”, krytykując Kościół, bronią jedynie swojej obojętności wobec religii.
W naszych czasach rośnie liczba „nones” - ludzi, którzy nie wyznają żadnej „zorganizowanej religii”. Ten rozległy „kontynent” na kulturowej mapie dzisiejszego świata pozostaje niedostatecznie zbadany. Zamieszkuje go stosunkowo niewielka liczba przekonanych ateistów, duża liczba apateistów, a następnie zróżnicowany segment „duchowych poszukiwaczy” i wyznawców „alternatywnych religii i duchowości”.
Jeśli podróż synodalna ma być naprawdę zaproszeniem dla wszystkich (per tutti, jak powtarza papież Franciszek), Kościół musi lepiej poznać tę część ludzkiej rodziny i nauczyć się z nią komunikować. Ewangeliczne misje w stylu krucjaty mogą przynieść efekt przeciwny do zamierzonego. Misją Kościoła synodalnego jest słuchanie, dialog i „wymiana darów”.
Odnowa duchowa jest fundamentem reformy synodalnej; wszelkie zmiany muszą być poprzedzone i towarzyszyć im musi zmiana mentalności. Głęboki, duchowy i egzystencjalny wymiar wiary, który stanowi „krwioobieg” w organizmie Kościoła, odżywiając i łącząc jego różne części, musi być systematycznie pielęgnowany.
Jeśli uda nam się kontynuować proces odnowy synodalnej zainicjowany przez papieża Franciszka, to może mieć to ogromne znaczenie nie tylko dla Kościoła katolickiego i chrześcijaństwa jako takiego, ale może być impulsem i inspiracją dla całej rodziny ludzkości.
Cała nasza planeta przechodzi proces głębokich zmian.
Szybkość i intensywność zmian powodują, że wiele osób czuje się zdezorientowanych, zaniepokojonych, spanikowanych i wściekłych. Uczucia te są wykorzystywane przez najbardziej niebezpieczne zjawisko naszych czasów - populizm w jego wielu formach nacjonalizmu, ekstremizmu politycznego, fanatyzmu i fundamentalizmu religijnego.
Destrukcyjne skutki populizmu doszły ostatnio do głosu wraz z pojawieniem się nowej administracji Stanów Zjednoczonych. Nowa administracja USA ułatwia ekspansjonistyczną politykę totalitarnych dyktatur i niszczenie całej architektury stosunków międzynarodowych budowanej od czasów II wojny światowej. To, do czego komunistyczny blok wschodni bezskutecznie dążył od początku zimnej wojny, osłabienie jedności atlantyckiej, spójności NATO oraz jedności Europy i USA, nowemu prezydentowi USA udało się osiągnąć w ciągu kilku tygodni.
Zamiast obiecać szybkie zakończenie wojny, Trump przyczynia się do jej przedłużenia poprzez swoją życzliwość wobec rosyjskiego agresora i szantażowanie Ukrainy. Interwencje Trumpa w gospodarkę, edukację, opiekę zdrowotną, opiekę społeczną i wiele innych obszarów prawdopodobnie poważnie osłabią USA i doprowadzą do kryzysów gospodarczych i niestabilności społecznej. Izolacjonistyczna polityka zagraniczna doprowadzi do osłabienia więzi sojuszniczych oraz spadku międzynarodowego prestiżu i wiarygodności USA. Styl polityki Trumpa zachęci dyktatorów i populistów na całym świecie, zwiększając nieufność do demokracji. Jesteśmy świadkami upadku obecnej formy demokracji. Skrajnie lewicowa wersja liberalnej demokracji w USA i UE nie zdołała zdobyć zaufania i poparcia większości społeczeństwa i dała początek odwrotnemu trendowi - poparciu dla prawicowego populizmu, nowych form faszyzmu i odrzucenia naukowego racjonalizmu.
Zwłaszcza w krajach, które nie pogodziły się z cieniami swojej przeszłości podczas II wojny światowej, takich jak Austria, Węgry, Słowacja i Niemcy Wschodnie, te duchy przeszłości niebezpiecznie powracają. Rosyjski reżim wykorzystuje te nacjonalistyczne ruchy do rozbijania europejskiej jedności.
Jesteśmy świadkami politycznego nadużywania religii - religijnego języka, symboli, retoryki i emocji, prób przekształcenia religii w polityczne ideologie tożsamości etnicznej, grupowego egoizmu i wzajemnej nienawiści, demonizowania przeciwników politycznych i sakralizowania własnych wartości i przywódców. Pojawiają się również nowe formy „chrześcijańskiego faszyzmu”, fuzji chrześcijaństwa i nacjonalizmu - w rosyjskim prawosławiu, amerykańskim ewangelikalizmie i katolickim nacjonalizmie.Jest to wezwanie dla wspólnot wiary do współpracy w celu rozwijania terapeutycznej roli religii, dążenia do bycia „szpitalem polowym”, budowania „systemu odporności”, zapobiegania i leczenia „ran przeszłości”, kultury zrozumienia i pojednania.
Impulsy zawarte w encyklice Fratelli tutti i innych dokumentach papieża Franciszka muszą być dalej rozważane i wprowadzane w życie w Kościele - oraz w szerokim dialogu ekumenicznym. Wierzę, że ta encyklika, która jest owocem dialogu między katolikami i muzułmanami, może mieć podobną inspirującą moc dla XXI wieku, jak Powszechna Deklaracja Praw Człowieka dla XX wieku.
Musimy odrzucić zarówno próby lewicowego „sekularyzmu” wyrugowania chrześcijaństwa z życia publicznego, prowadzące do kulturowej autokastracji Europy, jak i prawicową nostalgię za przednowoczesną „chrześcijańską Europą”, wyobrażoną przez XIX-wiecznych romantyków. Kościół synodalny, dążący do „wspólnej drogi”, wzajemnego uznania i „wymiany darów”, może i powinien być inspiracją dla nowej kultury politycznej.
Ks. Halik – „deon.pl”

Trzy małe rzeczy, które sprawią,
że twoje życie zwolni i odzyskasz oddech
Masz wrażenie, że twoje życie cały czas przyspiesza? Liczba rzeczy do zrobienia nie mieści się w twojej dobie, a próby wykonania wszystkiego, co zaplanowane, powodują coraz większe zmęczenie? Spróbuj tych trzech prostych rzeczy, by poczuć, jak życie zwalnia i wraca do równowagi.
Jak spowolnić czas? To możliwe, nawet gdy jesteś bardzo zajęty
To stwierdzenie można usłyszeć niemal od wszystkich: że czas zaczyna płynąć coraz szybciej. Dawniej łączyłam je z ludźmi w środku życia lub tymi po jego połowie: długo panowało przekonanie, że czas przyspiesza wraz z procesem starzenia się organizmu na przykład dlatego, że różne czynności jesteś w stanie wykonać wolniej niż przed kilkoma laty. Zużywasz więcej czasu - a więc zostaje ci go mniej. Jednak ta teoria okazuje się być tylko częścią sprawy: przekonuję się o tym, gdy o "tajemnicy pędzącego czasu" słyszę od nastolatków. A sama, gdy byłam nastolatką, nie miałam wcale takiego wrażenia, że dzień goni za dniem i ledwo minął weekend, już jest następny.
Pierwsze ważnym odkryciem, które zrobiłam, szukając sposobów na spowolnienie czasu, było następujące: poczucie czasu jest względne, a najbardziej mamy wrażenie, że czas przyspiesza, gdy wykonujemy ciągle te same, rutynowe czynności. W tym kontekście wrażenie, że czas zwalnia, bierze się z tego, co nowe i nie poddane rutynie.
Zrób codziennie coś nowego
To wcale nie znaczy, że rutyna jest zła. Ona jest bardzo potrzebna, by odciążyć nasz umysł z konieczności podejmowania mnóstwa decyzji, bo decyzje kosztują nas energię i czas. Ale warto pomyśleć o tym tak: czas zaoszczędzony na dobrych dziennych nawykach i wypracowanej rutynie można poświęcić na coś nowego, innego niż zazwyczaj, nawet, jeśli będzie miało trwać 15-20 minut. Uprzedzam - nie liczy się tu kwadrans scrollowania wszystkich rolek na nowo odkrytym przez ciebie koncie na Instagramie. By zyskać poczucie, że czas zwalnia, potrzebujemy doświadczać nowego w rzeczywistości niewirtualnej.
Mogą to być szybkie zakupy w innym warzywniaku niż zazwyczaj, wybranie innej trasy z przystanku do domu, rozmowa na inny temat niż te, które ciągle poruszamy, przeczytanie kilku stron książki spoza naszej bańki zainteresowań i poglądów, ugotowanie na obiad potrawy z innymi smakami niż dotąd, rozmowa z nieznajomym. To, co otwiera nam nawet maleńkie okienko na nowy dla nas kawałek świata, jest jak hamulec delikatnie wciśnięty w środku pędzącego życia.
Nie zaczynaj dnia od telefonu
Przez dłuższy czas starałam się, żeby jedyną poranną czynnością wykonaną w telefonie było sprawdzenie aktualnego planu w Librusie dla mojego dziecka. Poranek bez czytania osobistych wiadomości i informacji w mediach, bez oglądania filmików na Instagramie i czytania wpisów na fejsie okazuje się być zdumiewająco długi. A jeśli jeszcze choć pięć minut spędzisz, wystawiając twarz do światła dziennego (co wiosną jest już jak najbardziej możliwe, nawet gdy wcześnie wstajesz) - okaże się, że dysponujesz z rana o wiele większym zasobem spokoju i pośpiech jakby cię omija.
Dlaczego tak to działa? Z własnych obserwacji mogę wymienić dwa powody. Po pierwsze, pośpiech częściej bierze się ze zdenerwowania i chaosu niż z prawdziwego, rozpaczliwego braku czasu. A codzienne czynności, wykonywane w pośpiechu, wcale nie trwają o tyle krócej, o ile się spodziewamy, a nawet czasami dłużej, bo stres nas rozprasza i przeszkadza działać. Przykład? Jeśli na śniadanie jem owsiankę i jem ją szybko, skonsumowanie jej zajmuje mi około sześciu minut. Gdy bardzo się spieszę, zyskuję około 45 sekund oraz poczucie, że muszę biec, że nie mogę zwolnić. To bardziej moje nastawienie niż rzeczywiste okoliczności mojego poranka. Jeśli do owsianki wlewam sobie w pośpiechu mleko, są o wiele większe szanse, że je rozleję i zamienię sześć spokojnych minut jedzenia śniadania na cztery i pół jedzenia oraz minutę sprzątania efektów pośpiechu. Sprawdziłam to dla siebie i doszłam do wniosku, że mnie się to kompletnie nie opłaca.
Drugi powód pośpiechu to rozproszenie, a nic tak dobrze nie rozprasza jak media społecznościowe - chaotyczne, malutkie kawałki informacji, obrazów, wrażeń i mikroemocje, które im towarzyszą, w bardzo zintensyfikowanej formie. Wszystkie badania dotyczące smartfonów (a widziałam ich bardzo wiele) mówią jedno: poziom koncentracji wybitnie spada nawet po kilku chwilach scrollowania. A gdy spada skupienie, spada też nasze zwykłe tempo wykonywania czynności, zegar tyka, zaczynamy działać pod presją czasu i tak oto kwadrans w sieci o poranku nakręca nam tempo życia na przynajmniej pół dnia. I nie jest to spokojne, łagodne tempo.
Poświęć pół godziny dziennie na medytację Słowa
Jest taka anegdota, którą większość ludzi traktuje jak żart: o księdzu, który żalił się na brak czasu, i zakonnicy, która doradziła mu godzinę adoracji dziennie. Ale ja nie mam godziny czasu dziennie! - zawołał ksiądz. - W takim razie dwie godziny - powiedziała spokojnie zakonnica (są źródła, które podają, że była to św. Teresa i zapracowany biskup, ale chodzi o istotę rzeczy).
Nie wiem, czy podobnie działa medytacja w rozumieniu bardziej wschodnim, czyli w skrócie - celowa i sprecyzowana koncentracja na czymś dla wyciszenia i skupienia myśli i ciała. Nie próbowałam jej, próbowałam natomiast medytacji ignacjańskiej, która trwa od 30 do 45 minut. Moje życie nie obfituje w nadmiar czasu (małżeństwo i trójka dzieci, praca i dom oraz reszta codzienności). Ale gdy przez cztery tygodnie znajdowałam przynajmniej przez cztery dni w tygodniu czterdzieści pięć minut rano na spotkanie z Bogiem w Jego Słowie, nagle okazało się, że czas jakby rozmnaża się w moim życiu niezależnie od długości listy zadań do pilnego wykonania. Nie wyrabiałam się w dobie, więc dołożyłam sobie jeszcze jedno zadanie na czterdzieści pięć minut i nagle doby zaczęło wystarczać. Nie zrezygnowałam przy tym ze snu ani nawet z telefonu i wciąż zaskakuje mnie ten efekt, opisywany przecież przez wielu mistrzów duchowości, mistyków i przyjaciół Boga.
Dlaczego tak się dzieje, choć to wbrew logice? Jako teolog mam prostą odpowiedź: Bóg jest Panem wszystkiego, więc także i czasu. Panuje nie tylko nad ogólnie pojętym światem, ale też nad czasem mojego osobistego życia, a Jego styl działania jest daleki od pośpiechu - logiczne więc, że gdy z Nim przebywam, staję się obdarowana Jego stylem bycia ze wszystkimi tego konsekwencjami - także poczuciem, że czas rozciąga się tak, żeby wszystko, co trzeba, można było spokojnie wykonać. I to bez stresu i poczucia, że mija kolejny tydzień, a tu nic nie zrobione.
Sposobów na brak pośpiechu jest oczywiście o wiele więcej. Którykolwiek wyda ci się godny uwagi - zachęcam, spróbuj. Docenisz...
Marta Łysek – „deon.pl”

To imię walecznej amazonki.
Nosi je ponad 100 tysięcy Polek
Szukasz wyjątkowego imienia dla córki? A może sama jesteś Kamilą i zastanawiasz się nad historią swojego imienia? Okazuje się, że to piękne imię ma niezwykle bogatą przeszłość, sięgającą czasów antycznych i związaną z waleczną amazonką!
Imię Kamila ma starożytne korzenie, wspomniał o nim Wergiliusz w swoim eposie "Eneida"
Pochodzi od łacińskiego słowa "camillus" oznaczającego "szlachetnie urodzony"
Kamila w "Eneidzie" była waleczną amazonką z plemienia Wolsków, słynącą z szybkości
Do Polski imię trafiło dopiero w XVIII wieku poprzez literaturę
Obecnie nosi je ponad 100 tysięcy Polek, choć jego popularność spada
W 2024 roku nadano je tylko 201 dziewczynkom
Osobom o imieniu Kamila przypisuje się kontrolowanie otoczenia, dobrą intuicję i wyczuwanie emocji
Imieniny Kamili obchodzone są głównie 16 września, ale także 3 marca i 31 maja
Popularne zdrobnienia to m.in.: Kamilka, Kama, Kamisia, Kamcia, Kami i Kamusia
Starożytne korzenie i waleczna amazonka
Niewiele osób wie, że imię Kamila zawdzięczamy samemu Wergiliuszowi - jednemu z najwybitniejszych poetów starożytnego Rzymu. W swoim słynnym eposie "Eneida" opisał on postać Kamili - niezwykłej wojowniczki z plemienia Wolsków, która słynęła z odwagi i niezrównanej szybkości w biegu.
"Tak miała na imię bohaterka Wergiliusza 'Eneida', dzielna amazonka, niedościgniona w biegu" - pisała Bogna Wernichowska w książce "Imiona współczesne, dawne i osobliwe".
Etymolodzy wskazują także na inne źródło tego imienia. Kamila to żeński odpowiednik imienia Kamil, które wywodzi się od łacińskiego słowa "camillus" oznaczającego "szlachetnie urodzony". Nic dziwnego, że przez wieki imię to cieszyło się popularnością wśród rodzin arystokratycznych.
Późny debiut, ale ogromna popularność w Polsce
Choć trudno w to uwierzyć, imię Kamila pojawiło się w Polsce dopiero w XVIII wieku, trafiając do nas przez literaturę. Mimo późnego debiutu, szybko zyskało na popularności i trafiło na wyjątkowo podatny grunt.
Dziś to imię nosi ponad 100 tysięcy Polek! Jednak najnowsze statystyki pokazują ciekawy trend - popularność imienia spada. W 2024 roku tylko 201 dziewczynkom nadano imię Kamila. Czy to oznacza, że wkrótce stanie się ono rzadkością? Czas pokaże!
Jaka jest typowa Kamila?
Osobom o imieniu Kamila przypisuje się wiele pozytywnych cech. Podobno lubią mieć wszystko pod kontrolą, co czasem prowadzi do przeceniania własnych możliwości. Mają też wyjątkową intuicję i potrafią wyczuwać emocje innych ludzi, co znacznie ułatwia im nawiązywanie i utrzymywanie relacji międzyludzkich.
Jeśli znasz jakąś Kamilę, możesz złożyć jej życzenia imieninowe w kilku terminach w ciągu roku. Najpopularniejsza data to 16 września, ale równie często świętuje się je 3 marca i 31 maja.
A jak pieszczotliwie zwracać się do Kamili? Możliwości jest wiele: Kamilka, Kama, Kamisia, Kamilcia, Kamcia, Kami, Kamusia, Kamunia czy Kamka - każde z tych zdrobnień brzmi uroczo!
„deon.pl”

Bp Przyborek: Gdy chcemy od Boga cudu, to czekamy na wielkie halo. I nie widzimy tych cudów podstawowych
Czy Bóg zawsze działa w życiu człowieka? Co, jeśli nie czujemy Jego działania? - Słowo "poczuć" to jest takie złudne w kontekście wiary, bo czasem nie poczuję, ale to nie znaczy, że Boga nie ma. "Czucie" Pana Boga nie sprawia, że On jest, bo On zawsze jest, a mimo to ja Go nie zawsze czuję - mówi bp Piotr Przyborek.
O czekaniu na "wielkie halo", niedostrzeganiu małych cudów i o tym, jak Bóg naprawdę działa w życiu ludzi w kolejnym odcinku "Rozmów o wierze, Ewangelii i kryzysach" rozmawiają bp Piotr Przyborek i Marta Łysek.
Marta Łysek: My, chrześcijanie, mamy czasem takie poczucie, że robimy wszystko dobrze: modlimy się, chodzimy do kościoła, żyjemy życiem sakramentalnym, może nawet czytamy Pismo Święte i jakoś Pan Bóg nie działa w naszym życiu. Myślę o tym w kontekście fragmentu z szóstego rozdziału Marka, gdy Jezus dokonał już wszędzie dookoła cudów, ale w swoim rodzinnym mieście nie może. My też czasem tak mamy: że może Jezus komuś tam pomógł, ale my mamy takie poczucie stagnacji, tego, że Bóg w nasze życie tak nie ingeruje.
Bp Piotr Przyborek: - Jeśli żyjemy życiem sakramentalnym, to Pan Bóg działa w naszym życiu. Na pewno! Tylko że my jesteśmy tak sfrustrowani, że tego nie widzimy. Czasem może być tak: jestem chrześcijaninem, mama mnie tak wychowała, robię, co trzeba, ale ci, co o, tam sobie żyją, to oni to sobie żyją! Patrzę na nich i im zazdroszczę. I mamy wtedy trochę żal do Pana Jezusa, że zabrał nam najpiękniejsze lata naszego życia. To może być jedna rzecz.
Bóg chce dokonać cudu, a my nie wierzymy, że może to zrobić
Z drugiej strony jest też tak, że może my już tego Pana Jezusa tak znamy, że wiemy, co powie, co zrobi, że już nie dajemy się zaskoczyć. To jest w ogóle wielki dramat, ten fragment Ewangelii, gdy Pan Jezus wraca do Nazaretu. To jest taki programowy fragment, gdzie Pan Jezus przedstawia to, co będzie robił, cytując Izajasza: Duch Pański nade Mną, posłał Mnie, bym głosił dobrą nowinę ubogim, abym jeńcow wyzwalał, przywracał wzrok niewidomym, ogłaszał rok łaski od Pana. Na marginesie: mamy rok jubileuszowy, to jest właśnie ten rok łaski od Pana. Pan Jezus zaczyna to realizować. Mówi: wy sześćset lat na to czekaliście, a gdy teraz się to spełnia, nie jesteście w stanie tego przyjąć i mówicie: jak to, przecież Ty jesteś jednym z nas.
A jeśli nie żyję życiem sakramentalnym, bo z jakiegoś powodu nie mogę, i mam poczucie, że Pan Bóg nie działa w moim życiu, a nie mam trochę wyjścia drogi stąd, co wtedy?
- Pan Bóg zawsze działa w życiu człowieka. Tylko, że sakramenty to jest pełnia łaski, pełnia działania Pana Jezusa. To trzeba rozróżnić. Pan Bóg prowadzi wszystkich, każdą modlitwę, każdy akt dobrej woli przyjmuje. To nie tak, że teraz tu, w sakramentach działa, a tam poza nimi nie działa. Pan Bóg współdziała z człowiekiem we wszystkim, co prowadzi go jego zbawienia, w taki czy inny sposób.
Bóg działa w twoim życiu nawet, gdy zupełnie tego nie czujesz
Podobnie jest, jak człowiek wejdzie na złą drogę. Pan Jezus mu szykuje obejście pewnych rzeczy; może ta prosta droga nie jest dla mnie dostępna albo ja nie chcę nią iść, albo nie mogę, bo w życiu się potknąłem i nie mam tam powrotu - ale Pan Jezus mi szykuje obejście, żebym wrócił do tego, co właściwe. Więc Pan Jezus działa w życiu człowieka, niemniej najpełniej działa przez sakramenty.
Czyli Bóg działa w moim życiu nawet wtedy, gdy tego nie widzę, gdy mi się wydaje, że działa cuda dla innych, ale nie dla mnie, a ja się tego cudu nie mogę doczekać I teraz mogę jeszcze mocniej poczuć, że Bóg działa, bo jest rok jubileuszowy? Mogę zostać wyrwany z tego wszystkiego, w czym teraz utknąłem?
- Może do tego dwa zastrzeżenia: pierwsze to takie, że słowo "poczuć" to jest takie złudne słowo w kontekście wiary, bo czasem nie poczuję, ale to nie znaczy, że Boga nie ma. Niekoniecznie czucie Pana Boga sprawia, że On jest, bo On zawsze jest, a ja Go nie zawsze czuję. A druga rzecz - zacznijmy od pierwszych cudów, takich podstawowych: że ja się dzisiaj obudziłem, że mam ten dar życia. Myśmy tak do tego przywykli, że w ogóle nie zwracamy na to uwagi, bo czekamy na wielkie halo. A to, że tu jestem, że mam ten kolejny dzień, że Pan Bóg podtrzymuje mnie w istnieniu, to nam umyka.
Marta Łysek – „deon.pl”

YouTube i msza święta. Aleteia zapytała katechumenów, co pomogło im się nawrócić
Chrzest dorosłych we Francji. Sondaż wśród katechumenów
To już znane zjawisko – każdego roku we Francji odnotowuje się spektakularny wzrost liczby osób przyjmujących chrzest w Kościele katolickim. Aleteia i tygodnik „Famille Chrétienne” połączyły siły, aby przeprowadzić szeroko zakrojoną ankietę wśród katechumenów. Wyniki dają nam lepsze wyobrażenie o sytuacji i motywach osób proszących o chrzest.
Co najmniej 10 300 dorosłych i 7 400 nastolatków zostanie w tym roku ochrzczonych we Francji podczas liturgii Wigilii Paschalnej. Chrzest dorosłych to zjawisko większe aż o 45 proc. w porównaniu z 2024 r. Nigdy wcześniej Kościół katolicki w Francji nie odnotował tak dużej liczby dorosłych i nastoletnich katechumenów.
Pierwszym wnioskiem z sondażu Aletei i „Famille Chrétienne” jest to, że dzięki katechumenom przez Kościół we Francji wieje wiatr młodości. 73% osób, które przyjmą chrzest w najbliższą Wielkanoc, twierdzi, że ma mniej niż 35 lat. A jeśli skupimy się na najmłodszych, 44% z nich ma mniej niż 25 lat, a znaczna część z nich to nastolatki. Mają 16 lub 17 lat i pochodzą ze wszystkich diecezji we Francji. Są to między innymi: Lyson (Langres), Éva (Tuluza), Clémence (Paryż), Candice (Meaux), Hugo (Walencja), Lukas (Pontoise), Clément (Bordeaux), Mathurin (Saint-Brieuc) i Adidja z Saint-Denis.
Dorastali w niewierzących rodzinach
Duch Święty wieje, kędy chce. Świadczy o tym profil tegorocznych katechumenów. 65% z nich nie dorastało w religijnej rodzinie, a 50% twierdzi, że odkryło wiarę na własną rękę. Jak do tego doszło? Przede wszystkim poprzez osobiste poszukiwania (40%), czasem dzięki rodzinie (23%) lub przyjaciołom (14%). Najrzadziej zgłaszanym impulsem było przypadkowe spotkanie (7%).
Ale z pewnością istnieje emocjonalna, jeśli nie rodzinna, baza tej duchowej podróży, którą odbywają francuscy katechumeni. 25% respondentów powiedziało nam, że ma wśród znajomych wierzących przyjaciół. Najwyraźniej mamy dziurę pokoleniową w przekazywaniu wiary, bo 20% katechumenów stwierdziło, że ma wierzącego dziadka lub babcię – chociaż niewielu stwierdziło, że odegrali oni rolę w ich nawróceniu.
Nie należy zapominać o wierze współmałżonka, o której wspomniało 12% respondentów, co było wskazywane częściej niż wiara rodziców (11%). Podróż Malaïki, 18 lat, która od roku przygotowuje się do chrztu w Paryżu, jest dobrą ilustracją istnienia tej emocjonalnej bazy: „Spotkałam Boga poprzez moje własne kroki i przy wsparciu mojej rodziny i przyjaciół” - zwierza się.
Należy jednak zauważyć, że część katechumenów żyje w zupełnie innych realiach. Aż 22% z nich podkreśla, że nikt w ich otoczeniu nie jest wierzący.
Katecheci i przyjaciele zastępują rodzinę
Choć Kościół obawia się, że nie będzie w stanie towarzyszyć neofitom po chrzcie, to jednak na szczęście dobrze wie, jak ich powitać i jak pomóc im trafić do Kościoła. 54% z nich powiedziało nam, że „najbardziej pomógł” im członek Kościoła, np. ksiądz albo katecheta. Wielu respondentów powiedziało nam również, że uczestniczyło w kursie Alpha. We wspieraniu początkującej wiary przyjaciele (32%) są znacznie ważniejsi niż rodzina (16%). Jedna czwarta respondentów (24%) stwierdziła jednak, że nikt nie pomógł im w ich drodze do wiary i „przeszli ją sami”.
Ale co może wywołać pragnienie przyjęcia chrztu u tych tysięcy Francuzów? Ogólnie rzecz biorąc, dla 40% jest to „doświadczenie duchowe”. Uczestnictwo we mszy świętej odgrywa również decydującą rolę dla prawie 27% respondentów. Rzadziej – ale jednak nie jest to bez znaczenia – do poproszenia o chrzest skłoniły ich ślub lub narodziny dziecka (10%). Tak było w przypadku 43-letniej Aleksandry, która zanim została katechumenem, była świadkiem przebudzenia wiary u syna, który przygotowywał się do chrztu i komunii. Wreszcie impulsem było czytanie Pisma Świętego. Ten powód wskazało 10% respondentów, czyli tyle samo, ile wskazało na świadectwo lub przykład przyjaciół.
Czy msza była bodźcem?
Jest to jedna z najbardziej uderzających liczb, które wyłaniają się z naszej ankiety przeprowadzonej z „Famille Chrétienne”. 83% katechumenów twierdzi, że przed przystąpieniem do katechumenatu chodziło na mszę świętą. Tak więc msza była bodźcem, a przynajmniej ważnym wsparciem w ich nawróceniu. Udział w Eucharystii pozwolił im poczuć smak wiary. Oczywiście, 45% rzadko chodziło na mszę, zanim poprosiło o chrzest, ale 38% z perspektywy czasu twierdzi, że chodziło bardzo regularnie.
Zapytaliśmy wszystkich, czy chodzili sami czy z kimś. Otóż 42% katechumenów jeszcze przed rozpoczęciem tej formacji chodziło na mszę indywidualnie, co jest dowodem prawdziwie osobistego podejścia do wiary. Jedna czwarta poszła z rodziną, a 16% z przyjaciółmi. Czytanie Biblii jest również ważną częścią procesu katechumenalnego – 59% osób czytało ją regularnie lub okazjonalnie jeszcze zanim poprosiło o chrzest.
Jak zauważył biskup Aveline, włączenie katechumenów w życie Kościoła jest kluczowym czynnikiem zapewniającym, że zjawisko to nie okaże się chwilową modą, ale trwałym trendem. W tym celu należy zauważyć, że dziś chociaż 92% katechumenów „czuje się swobodnie” lub „bardzo swobodnie” i angażuje się w udział we mszy św., to jednak 75% twierdzi, że ma dużą (62%) lub nieznaczną (13%) trudność ze zrozumieniem obrzędów mszy świętej. Co im pomaga lepiej zrozumieć znaczenie i wagę katolickich liturgii? Doświadczenie i przyzwyczajenie (42%), wyjaśnienia katechistów (30%) i filmy w internecie (25%).
Decydująca rola influencerów?
„Samokształcenie” katechumenów to kolejne ciekawe zjawisko, które pokazała nasza ankieta. Katechumeni, z których większość jest młoda, przygotowując się do chrztu korzysta z zasobów dostępnych w internecie. 78% z nich uważa, że w odkrywaniu lub pogłębianiu ich wiary odegrały rolę media społecznościowe. Aż 46% ocenia tę rolę jako ważną.
Trudno ocenić, jak ważny był wpływ katolickich youtuberów. Jedynym obiektywnym faktem jest to, że 84% katechumenów, którzy odpowiedzieli na naszą ankietę, śledzi jednego lub więcej. 58% robi to bardzo regularnie, 26% od czasu do czasu. Te osoby będą miały ważną rolę do odegrania w towarzyszeniu neofitom.
Co po chrzcie?
Ogólnie biorąc, zdecydowana większość katechumenów czuje się w pełni przyjęta (80%) przez swoją wspólnotę parafialną. W naszej ankiecie Amélie, lat 19, która ma zostać ochrzczona w Saint-Vaast de Béthune (Pas-de-Calais) w Wielkanoc, opisuje swoją parafię jako „bardzo gościnną i ciepłą, jak druga rodzina”.
Ale w przypadku katechumenów nie należy brać niczego za pewnik... Wprawdzie 95% z nich jest przekonanych, że po chrzcie będzie „praktykować z zaangażowaniem”, ale 38% oczekuje, że Kościół będzie ich wspierać na drodze wiary, 27% chciałoby uzyskać więcej informacji na temat wiary, liturgii i sakramentów, a 16% chciałoby, żeby powstały w Kościele jakieś grupy dla młodych ludzi takich jak oni.
Oczekiwania te pokrywają się z intuicjami katechumenów dotyczącymi kontynuowania drogi wiary: 57% twierdzi, że potrzebuje chrześcijańskich przyjaciół, z którymi mogłoby dzielić się swoją wiarą, 22% ma nadzieję na duchowe przewodnictwo, a 12% chciałoby, żeby w ich parafii istniały grupy neofitów.
Teraz zadaniem Kościoła i wiernych jest przyjęcie neofitów i towarzyszenie im, aby ten niespodziewany powiew świeżego powietrza nadal przynosił owoce.
Alain Kléan - - aleteia.pl”

W jaki sposób Niedziela Palmowa łączy się z Księgą Wyjścia?
Pierwsza wzmianka o palmach w Biblii pojawia się w Księdze Wyjścia i wskazuje na duchową rzeczywistość stojącą za wjazdem Jezusa do Jerozolimy.
Niedziela Palmowa jest bogatym w symbole dniem, w którym Kościół skupia swoją uwagę na ostatniej podróży Jezusa, która miała doprowadzić do jego męki, śmierci i zmartwychwstania.
Istnieje wiele warstw znaczeniowych tego dnia, a jedną z nich, na której nie zawsze się skupiamy, jest związek między Niedzielą Palmową a Księgą Wyjścia.
Ucieczka z Egiptu
„Mszał codzienny św. Andrzeja” opisuje, jak wyglądała liturgia NIedzieli Palmowej w Jerozolimie. Obejmowała ona czytanie z Księgi Wyjścia przed procesją biskupa do miasta:
Tej ceremonii poprzedzało uroczyste odczytanie fragmentu z Księgi Wyjścia, w którym opowiedziano o ucieczce z Egiptu. Lud Boży obozował w cieniu palm.
To szczególne wydarzenie ma miejsce po tym, jak Lud Izraela zostaje wybawiony od Egipcjan i przechodzi przez Morze Czerwone:
Mojżesz polecił Izraelitom wyruszyć od Morza Czerwonego, i szli w kierunku pustyni Szur. Szli trzy dni przez pustynię, a nie znaleźli wody. Potem przybyli do Elim, gdzie było dwanaście źródeł i siedemdziesiąt palm. Tutaj to rozbili namioty nad wodą. (Wj15, 22. 27).
Może się wydawać, że to dziwny fragment do czytania w Niedzielę Palmową, ale „Mszał Codzienny św. Andrzeja” zawiera komentarz na temat duchowej symboliki, która za nim stoi:
Wokół dwunastu źródeł, przy których Mojżesz obiecał im mannę, znajduje się typ ludu chrześcijańskiego, który odrywając gałęzie drzew, świadczy, że Syn Boży Jezus przychodzi, aby wyzwolić dusze z grzechu, prowadząc je do chrzcielnicy i karmiąc je Manną Eucharystii.
Co więcej, Jerozolima jest często nazywana „Ziemią Obiecaną”, a Jezus jest tym, który poprowadzi nas do nowej Ziemi Obiecanej Nieba.
Jezus – nowy Mojżesz
Jezus jest nowym Mojżeszem, który prowadzi nas przez wody grzechu i śmierci do Życia Wiecznego.
Katechizm Kościoła Katolickiego odnosi się do tej symboliki w rozdziale o Chrzcie:
Przede wszystkim przejście przez Morze Czerwone, będące prawdziwym wyzwoleniem Izraela z niewoli egipskiej, zapowiada wyzwolenie, jakiego dokonuje chrzest:
Ty sprawiłeś, że synowie Abrahama przeszli po suchym dnie Morza Czerwonego, aby naród wyzwolony z niewoli faraona stał się obrazem przyszłej społeczności ochrzczonych.
Wreszcie zapowiedzią chrztu jest przejście przez Jordan; po tym wydarzeniu lud Boży otrzymuje dar Ziemi obiecanej potomstwu Abrahama, będący obrazem życia wiecznego. Obietnica tego błogosławionego dziedzictwa wypełnia się w Nowym Przymierzu. (KKK 1221-1222).
W wielu aspektach Niedziela Palmowa przygotowuje drogę do reszty Wielkiego Tygodnia, przygotowując grunt pod to, co wydarzy się w Wielki Piątek i Wielką Sobotę.
Artykuł ukazał się w amerykańskiej edycji Aletei.
Philip Kosloski – „Aleteia.”

„Moloch”, „za pięć dwunasta”, „roztrąbić”.
Te określenia wywodzą się z Biblii!
Czy wiesz, że za każdym razem, gdy zamawiasz w kawiarni cappuccino albo mówisz, że ktoś stoi jak słup soli, sięgasz do skarbca Pisma Świętego i kultury chrześcijańskiej?
Cappuccino
Nazwa tej kawy ze spienionym mlekiem brzmi po włosku dokładnie tak samo jak słowo „kapucyn”, które z kolei pochodzi od słowa „kaptur”. Pochodzenie słowa „cappuccino” tłumaczy się na dwa sposoby – smakowity napój nazwano tak z powodu brązowego koloru, podobnego do barwy kapucyńskiego habitu (bardziej prawdopodobne), albo z powodu „kapturka”, który tworzy na kawie mleczna pianka (mniej prawdopodobne). Niektórzy zwolennicy tej pierwszej teorii twierdzą nawet, że cappuccino zawdzięcza swoją nazwę konkretnemu zakonnikowi – bł. Markowi z Aviano, który podczas bitwy pod Wiedniem był kapelanem chrześcijańskiego dowództwa i który miał stamtąd sprowadzić do Włoch kawę, którą zostawili w swoich namiotach pobici Turcy.
Szara eminencja
Kilka dziesięcioleci wcześniej kapucyńskie habity musiały mieć bardziej szary odcień, bo inny znany członek tego zakonu, współpracownik kardynała Armanda Richelieu, o. Franciszek Leclerc du Tremblay (1577-1638), nazywany był na europejskich dworach nieco złośliwie „szarą eminencją”. Formalnie był zwykłym zakonnikiem, ale wywierał olbrzymi wpływ na francuską politykę. Do dzisiaj określenie „szara eminencja” stosuje się do osoby, która nie zajmuje eksponowanego stanowiska, ale podejmuje ważne decyzje.
Onanizować się
Onan, drugi syn Judy (wspominany w Księdze Rodzaju), przeszedł do historii jako człowiek, który współżyjąc z żoną, unikał zapłodnienia (dosł.: „wylewał nasienie [na ziemię]”). Ponieważ jego żona, Tamar, była wcześniej żoną jego zmarłego brata, więc zgodnie z prawem lewiratu spłodzone z nią potomstwo pozbawiłoby go prawa do dziedziczenia. „Złe było w oczach Pana to, co on czynił” – czytamy w Piśmie Świętym. Bóg ukarał Onana śmiercią.
Zamienić się w słup soli
„Zamienić się (obrócić się) w słup soli” to znieruchomieć z przerażenia albo zdumienia. W solną figurę zamieniła się żona Lota, która w czasie ucieczki z Sodomy, mimo ostrzeżeń anioła obróciła się i spojrzała za siebie.
Za pięć dwunasta
„Za pięć dwunasta” znaczy „w ostatniej chwili” i często bywa używane w kontekście ironicznym albo żartobliwym. W ewangelii wg św. Mateusza Jezus opowiada przypowieść o robotnikach wynajętych do pracy w winnicy. Pierwsi zostali zatrudnieni z samego rana, kolejni trzy godziny później itd., a wreszcie ostatni – godzinę przed końcem 12-godzinnej dniówki. Trudno powiedzieć, jak to się stało, że ostatnia godzina zamieniła się z czasem w pięć minut.
Roztrąbić
Roztrąbić to „rozpowszechniać jakąś wiadomość w niestosowny, sensacyjny sposób”. W Kazaniu na Górze Jezus ostrzegał przed afiszowaniem się z miłosierdziem: „Gdy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to obłudnicy czynią w synagogach i na rogach ulic, aby byli czczeni przez ludzi”. Trąby były w dawnym Izraelu często używane w służbie Bożej, a słowa Jezusa to nawiązanie do ówczesnego zwyczaju, piętnowanego już przez proroka Amosa, zapowiadania dźwiękiem trąby składania dobrowolnych ofiar.
Moloch
Moloch to coś ogromnego – najczęściej budynek albo inny element krajobrazu. To słowo ma zdecydowanie negatywny wydźwięk. Moloch był bóstwem czczonym na Bliskim Wschodzie i w zachodniej części basenu Morza Śródziemnego (np. w Kartaginie). Składano mu ofiary z ludzi. Księga Kapłańska wspomina, że takie praktyki zdarzały się również wśród ludu Izraela, co stanowiło wielkie wykroczenie przeciwko Jedynemu Bogu.
Kolos na glinianych nogach
Ten olbrzym nie był – wbrew pozorom – posągiem pogańskiego bóstwa. W starotestamentalnej Księdze Daniela znajdziemy opowieść o tym, jak królowi Nabuchodonozorowi przyśnił się posąg wykonany z różnych materiałów: głowę miał zrobioną ze złota, piersi i ramiona ze srebra, brzuch i biodra z miedzi, a nogi z żelaza i gliny. Ta potężna figura przewróciła się i rozpadła w pył, kiedy została uderzona kamieniem w nogi. Sen był zapowiedzią upadku bliskowschodnich królestw. Dzisiaj mianem kolosa na glinianych nogach określa się pozornie potężne państwa, instytucje i przedsięwzięcia, które nie mają solidnych podstaw.
Martwa litera
Martwa litera to prawo, które nie jest wykonywane ani respektowane. Wyrażenie pochodzi od św. Pawła Apostoła, który w liście do Koryntian przeciwstawia spisane, formalne prawo Starego Testamentu Nowemu Przymierzu, które jest zapisane w sercach uczniów Jezusa: „Litera zabija, a duch ożywia”.
Joanna Operacz – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
•
| |
13 kwietnia - św. Marcin I, papież i męczennik
|
|
•
|
13 kwietnia - św. Hermenegild, królewicz i męczennik
|
|
•
|
14 kwietnia - św. Walerian, męczennik
|
|
•
|
14 kwietnia - św. Ludwina, dziewica
|
|
•
|
15 kwietnia - święte Anastazja i Bazylissa, męczennice
|
|
•
|
15 kwietnia - św. Cezary Bus, prezbiter
|
|
•
|
16 kwietnia - św. Maria Bernadetta Soubirous, dziewica i zakonnica
|
|
•
|
16 kwietnia - św. Benedykt Józef Labre, wyznawca
|
|
•
|
17 kwietnia - bł. Baptysta Spagnoli, prezbiter
|
|
•
|
17 kwietnia - św. Katarzyna Tekakwitha
|
|
•
|
18 kwietnia - bł. Maria od Wcielenia, zakonnica
|
|
•
|
18 kwietnia - św. Ryszard Pampuri, zakonnik
|
|
•
|
18 kwietnia - św. Galdin, biskup
|
|
•
|
19 kwietnia - św. Leon IX, papież
|
|
•
|
19 kwietnia - św. Ekspedyt, męczennik
|
|
•
|
20 kwietnia - św. Agnieszka z Montepulciano, dziewica i zakonnica
|
