W BLASKU MIŁOSIERDZIA
58/1058 – 28 grudnia 2025 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

ŚWIĘTO ŚWIĘTEJ RODZINY
JEZUSA, MARYI I JÓZEFA
(rok A)
OKTAWA NARODZENIA PAŃSKIEGO
28 grudnia 2025 r. A.

Czytania:
Pierwsze czytanie: Syr 3,2-6.12-14
Psalm: Ps 128
Drugie czytanie: Kol 3,12-21
Ewangelia: Mt 2,13-15.19-23
Ewangelia:
Mt 2, 13-15. 19-23 - Ucieczka Świętej Rodziny do Egiptu
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Gdy mędrcy się oddalili, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić».
On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: «Z Egiptu wezwałem Syna mego».
A gdy Herod umarł, oto Józefowi w Egipcie ukazał się anioł Pański we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i idź do ziemi Izraela, bo już umarli ci, którzy czyhali na życie Dziecięcia».
On więc wstał, wziął Dziecię i Jego Matkę i wrócił do ziemi Izraela. Lecz gdy posłyszał, że w Judei panuje Archelaos w miejsce ojca swego, Heroda, bał się tam iść. Otrzymawszy zaś we śnie nakaz, udał się w okolice Galilei. Przybył do miasta zwanego Nazaret i tam osiadł. Tak miało się spełnić słowo Proroków: «Nazwany będzie Nazarejczykiem».
Komentarz do czytań:
Niedziela Świętej Rodziny... Nie chodzi o prawa rodziców nad dziećmi czy odwrotnie. Chodzi o autentyczną miłość. Syrach przypomina o potrzebie wdzięczności dzieci, za dobrodziejstwa dane przez rodziców. Św. Paweł przypomina, że całe życie powinien przenikać Chrystusowy Duch miłości. Zarówno postawę dzieci wobec rodziców, jak i rodziców wobec dzieci; męża wobec żony, żony wobec męża. A Ewangelia pokazuje, że najważniejsze, by zawsze kierować się tym, czego chce Bóg (znamy przecież przykazania), a jeśli nie potrafimy Jego woli dokładniej odczytać - także swoim rozumem.
Spory, skakanie sobie do oczu, nienawiść, wojny... Czy to się kiedyś skończy? Święty Paweł w święto Świętej Rodziny wskazuje drogę. Przebaczenie. Sam Bóg nie jest drobiazgowy, a chętnie wybacza. I tak zmienia świat na lepsze. My możemy pójść podobną drogą...
Ojciec, matka... W czasach, gdy coraz częściej żyjemy w bańkach, dopuszczając do siebie tylko to, co nam odpowiada, bywają trudnym wyzwaniem. Bo bywają od nas mocno inni. Trudne to zwłaszcza wtedy, gdy z racji problemów związanych z wiekiem mówią i robią rzeczy, których wcześniej by nie mówili i nie robili... Ale przecież to ciągle bliscy, prawda? To ciągle ci, którzy przez lata tyle nam ofiarowali.... To jedna z refleksji, które mogą nam towarzyszyć, gdy słyszymy pierwsze czytanie tego święta. Gdy słyszymy pozostałe?
W dzisiejszym numerze
- Niedziela Świętej Rodziny: Jezus, Maryja i Józef
- Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa – święto
- Jan nie zobaczył jeszcze Jezusa żywego, a jednak uwierzył, bo pozwolił, aby to, co zobaczył, przemówiło do jego serca
- Życie jest misterium
- Święci Młodziankowie, męczennicy Święci i błogosławieni w tygodniu
- Kard. Müller o Bożym Narodzeniu i papieżu Leonie XIV
- Chrześcijanie przemieniają świat nie poprzez upolitycznienie Ewangelii, lecz jej przeżywanie.
- Liczba chrześcijan w Izraelu rośnie
- W minimalizmie nie chodzi o to, by nic nie mieć, lecz by dzięki temu, co mam, być lepszym człowiekiem
- Metanoia – zmiana, która zaczyna się w głowie
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Niedziela Świętej Rodziny: Jezus, Maryja i Józef.
W tym roku patrzymy na tę Rodzinę oczami świętego Józefa. Józef, któremu śnią się sprawy Boże, który zasłuchany jest w głos od Boga, który wyczulony jest na to, co Bóg mówi do niego. Po raz pierwszy wziął Maryję do siebie wraz z dzieciątkiem, kiedy dowiedział się, że Maryja jest brzemienna, kiedy próbował ją oddalić od siebie, kiedy nastąpiła interwencja Boga.
Teraz znowu ma sny, ale to nie znaczy, że twardo nie stąpa po ziemi. Zabiera rodzinę do Egiptu, ucieka przed gniewem Heroda, a później, kiedy znowu ma sen, wraca do ziemi ojców, wraca do Nazaretu. Wszystko to dzieje się, aby wypełniło się słowo obietnicy: "z Egiptu wezwałem mego syna; nazywany będzie Nazarejczykiem".
Wszystko w życiu Józefa dzieje się w służbie Synowi Bożemu. To jest ogrom wezwania, żeby dostrzec, że Bóg zaprasza mnie na służbę moim bliskim, żebym się zbawiał w mojej codzienności, żebym uczył służyć moje dzieci, jak uwielbić Boga kochając najbliższych.”
ks. Wenancjusz Zmuda – „Mateusz.pl”

Świętej Rodziny Jezusa, Maryi i Józefa – święto
Po co jest Święta Rodzina? Odpowiedzieć można na wiele sposobów. Na przykład – opierając się na kolekcie dzisiejszej – można wskazać, że po to, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty. Prawda. Tylko, że to już jest odpowiedź i perspektywa… zaawansowana, złożona, historycznie „bogata”. Natomiast warto najpierw zobaczyć odpowiedź „pierwszą” – tę fundamentalną i najmniej skomplikowaną – ona powinna być oczywista w świetle każdego ewangelicznego tekstu, mówiącego o Świętej Rodzinie, a przecież tekstów tych nie ma wiele. Załóżmy (roboczo – do weryfikacji), że owe nieliczne fragmenty eksponują odpowiedź następującą: Święta Rodzina jest… dla bezpieczeństwa Jezusa(!). Bóg stał się człowiekiem, potwierdzając tym samym, że dobrze jest być człowiekiem. Jednakowoż miejsce przeżywania tego człowieczeństwa (nasz świat; doczesność) nie jest w pełni miejscem przyjaznym dla życia ludzkiego. To życie wymaga specjalnej ochrony i ostrożności, aby mogło wzrastać i rozwijać się. Nie inaczej było z ludzkim życiem Boga, który stał się człowiekiem. To życie – widziane i opisywane z perspektywy naszego świata, a takie są opisy ewangeliczne – od początku jest zagrożone.
Pierwsze zagrożenie dotyczy czasu, w którym okazuje się, że Maryja spodziewa się dziecka.
Józef wie, że to nie jest jego dziecko. Co zatem ma zamiar uczynić? W Ewangelii czytamy, że zamierza Maryję oddalić potajemnie (Mt 1,19). Tłumacząc to na „język” zrozumiały dla nas, stwierdzić należy, że wybór Józefa i tak jest szlachetny i wielkoduszny. Dlaczego? Bowiem pierwsza opcja dla Józefa to publiczne oskarżenie Maryi o cudzołóstwo; oskarżenie, które przecież nie byłoby z jego strony oszustwem – w świetle tego, co widzi, tak właśnie się sprawy mają… Zamierza jednak Maryję oddalić potajemnie, czyli nie wnosić oskarżenia o cudzołóstwo, ale też i nie wchodzić w małżeństwo. Bilans takiego wyboru jest następujący: Józef ocala Maryję (i jej dziecko) przed ukamienowaniem za cudzołóstwo, ale jednocześnie ściąga na siebie opinię człowieka niesolidnego – w oczach ludzi społecznie degraduje sam siebie, bo przecież wycofuje się z małżeństwa oraz z ojcostwa. Zatem rozwiązanie, które Józef wybiera, jest – w ramach jego możliwości – maksymalnie wielkoduszne. To w takim właśnie momencie zastaje go interwencja anioła, który mówi: nie bój się wziąć do siebie Maryi, Twej małżonki, gdyż z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło (Mt 1,20). Ponieważ Józef słucha Boga i jest posłuszny, pierwsze zagrożenie życia Jezusa zostaje oddalone. Nie jest to jednak zagrożenie jedyne. Niepewność i niebezpieczeństwo towarzyszą też całemu kontekstowi narodzenia Jezusa. Maryja i Józef wprawdzie mają swój dom – w Nazarecie – ale muszą udać się do Betlejem na spis ludności, zarządzony przez władze rzymskie. Ponieważ z tej samej racji wielu ludzi w tym czasie również przemieszcza się, nic dziwnego, że dla podróżnych brakuje miejsc noclegowych. Poród dokonuje się więc w miejscu przeznaczonym nie dla ludzi, a dla zwierząt. Niewątpliwie jest to zagrożenie – przede wszystkim dla Jezusa. Udaje się jednak na tyle czuwać nad całą sytuacją, że bez komplikacji świat nasz może powitać kolejne dziecko, które – choć przy skrajnym ubóstwie środków – jest otoczone troską i bezpieczne. Nie znaczy to jednak, że stan gwarantowanego bezpieczeństwa jest stałą charakterystyką życia Świętej Rodziny.
Nadchodzi bowiem moment, o którym słyszymy dziś: anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić» (Mt 2,13). A więc znów zagrożenie. I znów skuteczne działanie, którego skutkiem jest zwycięstwo nad zagrożeniem: Józef wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu (Mt 2, 14). Czytamy następnie, że później – również na wyraźne polecenie Boga – Święta Rodzina wraca z Egiptu do Nazaretu. Domyślamy się, że cały czas priorytetowym zadaniem Józefa i Maryi jest troska o bezpieczeństwo Jezusa. Ewangeliczna scena z 12-letnim Jezusem, odnalezionym w świątyni, potwierdza nam to. Wprawdzie nie ma już wtedy do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem wobec Jezusa, ale wypowiedź Maryi świadczy o utrwalonej przez lata postawie szczerej troski ze strony rodziców: Ojciec twój i ja z bólem serca szukaliśmy ciebie… (Łk 2,48).
Po co jest Święta Rodzina? Jak widzimy nie jest nadużyciem stwierdzenie, że dla bezpieczeństwa Jezusa (w domyśle: w naszym świecie, który bezpieczny nie jest).
W kodeksach doczesnych ustaw można wielokrotnie umieszczać zapisy o prawie do bezpiecznego życia. Słuszne to jest i sprawiedliwe, nie daje to jednak samo z siebie gwarancji tegoż bezpieczeństwa. Niedoskonała natura naszego świata nie zmienia się. Dlatego uczeń Chrystusa, człowiek wierzący, nie prosi Boga o jakieś wyimaginowane doskonałe bezpieczeństwo, ale zabiega o to, aby w jego sercu panował pokój Chrystusowy – jak mówi dzisiejsze II czytanie. Wtedy – świadomy kruchości życia – może żyć logiką tego pokoju. Ta logika i ten pokój – przypomniane przez fragment Listu do Kolosan – całą siłą swojej jasności akcentują życie rodzinne jako naturalne miejsce powstawania nowego życia oraz – konsekwentnie - skutecznej troski o stabilny i bezpieczny rozwój tego życia.
Święta Rodzina jest dla bezpieczeństwa Jezusa. Jeśli w tym kontekście pojawia się pytanie o to jakie powinny być nasze rodziny; o jaki ich kształt należy zabiegać, warto na pewno patrzeć na Świętą Rodzinę. I okaże się, że do tego wzorca nie trzeba wcale niczego supernowoczesnego dodawać. Gdy zadbamy o to, aby w naszej rodzinie na co dzień Jezus czuł się dobrze, zasadnicza część „rodzinnego zadania” jest wykonana.
I jeszcze jedno. „Zadanie” – to słowo fundamentalnie ważne dla ludzi młodych, dla ludzi pierwszej połowy życia, dla ludzi zdobywających, osiągających, wspinających się, realizujących cele… Wiele treści, objawionych przez Boga, formułujemy i komunikujemy właśnie w języku zadań. Jest to słuszne zwłaszcza we wspomnianej pierwszej połowie życia. Jednak nie jest dobrze, gdy ów język zadań (wyłącznie oparty na samokontroli ofensywny styl realizowania celów) dominuje również w drugiej połowie życia. Wielu ludzi w podeszłym wieku zauważa, że w młodości próbowali zdobyć (jak zdobywa się twierdzę na wojnie...) to, co najpierw w swej naturze i istocie jest darem. A rodzina jest najpierw darem. Święta Rodzina jest najpierw darem – również jako wzorzec dla naszych rodzin. O wiele „łatwiej” realizuje się zadanie, które najpierw widzi się i przeżywa jako dar. Bardzo możliwe, że właśnie takim przypomnieniem jest dla nas postawa św. Józefa – postawa człowieka, który cały czas milczy, jakby całkowicie skupiony był na słuchaniu Boga i na wprowadzaniu w życie tego, co usłyszał. W kolędzie Dzisiaj w Betlejem, w niektórych regionalnych wersjach tej kolędy pojawia się określenie Józef STARY… Może w tej „starości” chodziło o synonim mądrości? Bo z pewnością mądre jest milczenie, które nie rozprasza niepotrzebnymi słowami, milczenie które łączy się z pełną dyspozycyjnością do usłyszenia głosu Boga. Mądre jest dostrzeżenie i docenienie daru, zanim zabierzemy się za realizację związanego z nim zadania. Wtedy zadania tego nie wykonujemy sami, ani nie jesteśmy „skazani” jedynie na własne siły…
Wtedy treść kolekty dzisiejszej nie jest jakąś abstrakcją, ale realnym zaproszeniem, abyśmy złączeni wzajemną miłością, naśladowali w naszych rodzinach Jej cnoty.
o. Jarosław Kraczyk CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Toruń

Jan nie zobaczył jeszcze Jezusa żywego, a jednak uwierzył, bo pozwolił, aby to, co zobaczył, przemówiło do jego serca.
Liturgia świąt Bożego Narodzenia prowadzi nas od betlejemskiego żłóbka ku coraz głębszemu odkrywaniu tajemnicy Wcielenia. W trzeci dzień po Bożym Narodzeniu Kościół stawia przed nami postać św. Jana Apostoła – umiłowanego ucznia Jezusa. To zestawienie nie jest przypadkowe. Miłość, świadectwo i wiara splatają się tu w jedno.
Ewangelia św. Jana, która uzupełnia ewangelie synoptyczne, zawiera najgłębszy wykład tajemnic Bożych. Św. Jan opisuje poranek po szabacie, gdy Piotr i „drugi uczeń” biegną do pustego grobu. Jan wchodzi do środka, widzi leżące płótna i – jak zapisuje Ewangelista – „ujrzał i uwierzył”. Nie ma tu rozbudowanego opisu cudu, nie ma objawienia aniołów ani spotkania ze Zmartwychwstałym. Jest spojrzenie i wiara. Jan nie zobaczył jeszcze Jezusa żywego, a jednak uwierzył, bo pozwolił, aby to, co zobaczył, przemówiło do jego serca.
Właśnie ta postawa jest głęboko bożonarodzeniowa. Przecież także pasterze i Mędrcy najpierw zobaczyli Dziecię – kruche, bezbronne, tak bardzo niepodobne do wyobrażeń o Królu – a jednak uwierzyli. Bo wiara rodzi się nie z nadzwyczajności znaków, lecz z miłości, która uczy patrzeć głębiej. „Boże Narodzenie przypomina nam, że Jezus przyszedł objawić prawdziwe oblicze Boga jako Ojca, abyśmy wszyscy stali się Jego dziećmi, a tym samym braćmi i siostrami dla siebie nawzajem” (Leon XIV, Przemówienie, 23.12.2025).
Św. Jan jest apostołem bliskości. Podczas Ostatniej Wieczerzy spoczywał na piersi Jezusa, pod krzyżem trwał, gdy inni uciekli. Ta bliskość nauczyła go wiary dojrzalszej niż sama ciekawość czy strach. Dlatego wystarczyło mu „ujrzeć”, by „uwierzyć”. Nie potrzebował dowodów – wystarczyła pamięć miłości.
Święto św. Jana jest okazją do refleksji nad wiarą, która rodzi się często w ciszy, w uważnym spojrzeniu, w wierności miłości. Wiara to nie tylko zbiór prawd, ale osobista relacja z Bogiem, oparta na zaufaniu i bliskości. A prawdziwa wiara wyraża się w miłości do Boga i drugiego człowieka. To zaproszenie, by spojrzeć na własne życie duchowe: czy moja wiara jest żywa, czy prowadzi do dobra, przebaczenia i odpowiedzialności za innych? To święto zachęca nas również do odwagi w dawaniu świadectwa – spokojnego, wiernego i pełnego nadziei, nawet w trudnych czasach.
Jan, który w Betlejem kontemplował tajemnicę Słowa, które stało się ciałem, potrafi w pustym grobie rozpoznać zapowiedź życia.
Ks. Leszek Smoliński – „wiara.pl”

Życie jest misterium
Danym nam od Boga. Ojciec i matka stają się pośrednikami, którzy nas w nie wprowadzają. Uroczystość Świętej Rodziny, rok A (Syr 3,2–6.12–14; Kol 3,12–21; Mt 2,13–15.19–23)
Uroczystość Świętej Rodziny jest szczególnym wyrazem czci dla życia rodzinnego, podstawowej wspólnoty, w której człowiek się rodzi i wychowuje. Jeżeli Syn Boży przyszedł na świat w zwykłej ludzkiej rodzinie, to tym samym rodzina uzyskała wielkie znaczenie. Stała się punktem wyjścia w naszej pielgrzymce do Boga. Jest to powód, dla którego należy szczególnym szacunkiem otaczać swój dom. Wśród przykazań, jakie dał nam Bóg za pośrednictwem Mojżesza (po tych odnoszących się do Boga), na drugiej tablicy, która zawiera przykazania odnoszące się do bliźnich, jako pierwsze wymienione jest przykazanie miłości ojca i matki. Zostało ono uzupełnione swoistym błogosławieństwem: „abyś długo żył i dobrze ci się powodziło na ziemi”.
Zauważmy, że rodzice, a szczególnie matka, są pierwszymi ludźmi, jakich człowiek spotyka w swoim życiu. Mędrzec Starego Testamentu pisze: Kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził (Syr 3,4). Nie chodzi w tym przypadku o zasadę „coś za coś” w sensie moralnym. Syracydes podaje zasadę mądrościową, a nie nakaz prawny. Jeżeli szanujesz matkę, gromadzisz sobie skarby! Dlaczego? Można to łatwo wytłumaczyć już na płaszczyźnie psychologicznej: szacunek dla matki wyraża fundamentalny szacunek dla źródła swojej tożsamości, swojego pochodzenia, a tym samym pozytywny stosunek do siebie, do swojego istnienia i do świata, w którym się istnieje. Dzisiaj każdy mądry psycholog, lekarz i duszpasterz powie: myśl pozytywnie, unikaj myśli negatywnych, bo one cię niszczą. Myśl pozytywnie, bądź optymistą, a zobaczysz, że będzie ci się dobrze powodzić! Tyle psycholodzy – a przecież szacunek dla matki ma o wiele większe znaczenie i tym samym daje o wiele więcej. Myśl: Kto szanuje matkę, jakby skarby gromadził (Syr 3,4) zawiera bardzo głęboką prawdę. To jest gromadzenie skarbów, umiejętność cieszenia się tym, co zostało dane. Widać to doskonale w zestawieniu z postawą przeciwną: Kto nosi w sobie wciąż pretensje, nigdy nie będzie zadowolony z życia i nigdy nie będzie szczęśliwy.
Pamiętam rozmowę z pewną kobietą: z jakąż ogromną radością mówiła o swojej ośmioletniej córeczce, która w ankiecie, jaką nauczycielka przeprowadziła w szkole, na pytanie, kim chciałbym zostać, napisała: „Chcę zostać nauczycielką, bo lubię dzieci, np. siebie”. Ta sama dziewczynka w jednej z częstych kłótni ze starszym bratem na jego zarzut: „Bo ty zawsze robisz się świętą”, odpowiedziała: „Ja nie jestem święta. To mama jest święta”. Myślę, że ta spontaniczna odpowiedź odsłania źródło ogromnie pozytywnego podejścia dziecka do siebie i do świata, które daje mu ogromny potencjał, energię życiową. To jest jego prawdziwy skarb.
Syracydes pisze także o miłości ojca:
Kto czci ojca, zyskuje odpuszczenie grzechów (...) Kto czci ojca, radość mieć będzie z dzieci, a w czasie modlitwy swej będzie wysłuchany (Syr 3,3.5).
Kiedy się modlicie, mówcie: Ojcze... Słowo „ojcze” nadaje naszej modlitwie zasadniczą orientację. Dlatego rodzony ojciec ma ogromny wpływ na obraz Boga, jaki w sobie nosimy. Widać to dramatycznie na przykładzie satanistów, którzy uważają Boga za obojętnego, a przez to obcego i znienawidzonego. Jak wynika z badań psychologiczno-socjologicznych, ten obraz bierze się z doświadczeń związanych z własnym ojcem. Ojciec zasadniczo jest osobą, która powinna wprowadzić dziecko w świat ducha, w życie duchowe bardzo ogólnie pojęte. Ojciec przede wszystkim swoją postawą uczy dziecko poczucia własnej godności, a w dalszej kolejności obiektywnego patrzenia i racjonalnego myślenia, właściwego rozeznania świata wartości i wyrastającej z niego obowiązkowości i odpowiedzialności.
Najważniejsze w spotkaniu z ojcem jest zrozumienie, że życie w ogóle ma jakąś orientację, jakiś sens, że w nim o coś chodzi, że nie jest obojętne. Dlatego w doświadczaniu ojca najważniejsze jest odczucie nieobojętności! Na podstawie tego doświadczenia dopiero może wyrastać podejście do własnego życia jako życia ukierunkowanego.
Jednak wszyscy mamy różne – i pozytywne, i negatywne – doświadczenia, związane z domem i rodzicami. Oczywiście w bardzo różnych proporcjach. W dużym stopniu od nas samych zależy, co z tych doświadczeń będzie nas kształtować – czy zapamiętamy to, co dobre, czy to, co złe. Właśnie od tego, co w nas z tych doświadczeń zostaje i co nas kształtowało, zasadniczo zależą nasze relacje z innymi ludźmi, nasza zdolność otwarcia się na życie wspólnotowe. Wydobywanie z życia rodzinnego tego, co dobre i umiejętność pogodzenia się z tym, co niosło złe doświadczenie, kształtuje zasadniczą orientację na życie. Uczy także właściwej postawy zrozumienia i akceptacji innych we wspólnocie.
Bracia, obleczcie się w serdeczne współczucie, w dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem (...) Na to zaś wszystko przywdziejcie miłość, (...) A w sercach waszych niech panuje pokój Chrystusowy (Kol 3,12–15).
W Liście do Galatów św. Paweł wszystkie te cnoty wymienia jako owoce Ducha Świętego:
Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (Ga 5,22n).
Widać więc, że „obleczenie się w” oznacza po prostu otwarcie na Ducha Świętego, który tych darów udziela. Nie chodzi ani o „wyćwiczenie się” w cnotach dzięki własnej decyzji i wysiłkowi duchowemu, ani tym bardziej o próbę pokazywania tych cnót jedynie w zewnętrznym zachowaniu. Tych postaw nie da się wyćwiczyć na siłę ani ich udawać! Można je jedynie otrzymać i przyjąć. Dlatego umiejętność przyjęcia i otwarcia się jest dla nas sprawą podstawową, a ona z kolei bardzo mocno zależy od naszego stosunku do samego daru życia, co wiąże się z relacją szacunku dla rodziców. Tragedią naszych czasów jest utrwalanie w ludziach postawy pełnej pretensji i wymagań; roszczeniowe: „należy mi się” prowadzi do żalów i urazów. Powoduje kalectwo w życiu duchowym.
Przykazanie: „Czcij ojca i matkę” wskazuje na inną postawę wobec tajemnicy naszego istnienia, w której rodzice odgrywają zupełnie kluczową rolę. Słowo „cześć” ma ponadto znaczenie religijne i we właściwym sensie odnosi się jedynie do Boga. Życie jest misterium danym nam od Boga. Ojciec i matka stają się pośrednikami, którzy nas w nie wprowadzają. Cześć i szacunek dla nich bierze się zasadniczo z tego misterium, które przerasta zarówno nas jak i ich. Przez cześć wyrażamy wdzięczność Bogu za to misterium, a przez to otwieramy się na Jego dar, jesteśmy zdolni przyjąć to, co dla nas przygotował, a co nieskończenie przerasta nasze wyobrażenia i naturalne pragnienia. Jest to postawa zupełnie przeciwna do postawy: „należy mi się”, która prowadzi do zamknięcia i niezdolności przyjęcia daru takiego, jaki nam chce Bóg dać.
Obleczcie się w..., czyli otwórzcie na Ducha Świętego i Jego przemieniającą moc. Niech się to dokona w naszych sercach.
Fragment książki „Rozważania liturgiczne. Tom 1 (Adwent i Boże Narodzenie)”
Włodzimierz Zatorski OSB
(ur. 1953) benedyktyn, fizyk, teolog, filozof. Ukończył studia z fizyki teoretycznej na Uniwersytecie Jagiellońskim (1980 r.) Od 1980 w Opactwie Benedyktynów w Tyńcu, (śluby wieczyste złożył w 1984 r.). Założycieli wieloletni dyrektor Wydawnictwa Benedyktynów „Tyniec”. Od 2005 do 2009 przeor w Tyńcu, 2010-2013 mistrz nowicjatu. Od 2015 szafarz (ekonom) klasztoru. Od 2002 roku prefekt (opiekun) oblatów świeckich przy Opactwie w Tyńcu. Autor ponad 40 tytułów książkowych w tym 3 tytuły z zakresu duchowości lidera: „Podstawy duchowości lidera” (2011), „Duchowość lidera. Wybrane zagadnienia” (2014), „Duchowe dylematy lidera” (2017).

Święci Młodziankowie, męczennicy
Wymieniać się zwykło św. Szczepana jako pierwszego męczennika. Było to bowiem męczeństwo bezpośrednie, którego ofiarą pada człowiek za swoje zasady i idee. Natomiast św. Młodziankowie oddali życie za Chrystusa Pana pośrednio, okazyjnie.
Siepacze ścigali Chrystusa i byli pewni, że przez wymordowanie wszystkich chłopców w Betlejem, usuną także Pana Jezusa. Nie dzieci były celem zabójstwa, ale Jezus.
Wśród Ewangelistów jedynie św. Mateusz opowiada nam to wydarzenie. Dekret śmierci na niemowlęta wydał król żydowski Herod Wielki, kiedy dowiedział się od Magów, że narodził się Mesjasz, oczekiwany przez naród żydowski. W obawie, aby Dziecię Jezus nie zabrało mu berła i panowania, Herod prosi Magów, aby po oddaniu pokłonu Mesjaszowi powrócili do niego do Jerozolimy i wskazali mu dokładnie w którym ono jest domu, gdyż on także pragnie złożyć Mu pokłon. Jednak Magowie ostrzeżeni przez anioła inną drogą powrócili do swojej krainy. Ten sam anioł nakazał św. Józefowi udać się z Maryją i Bożym Dzieciątkiem natychmiast do Egiptu, gdyż Herod zamierza Jezusa zabić. Herod mógł przez swoich ludzi wypytać się dokładnie, gdzie byli Magowie. Bał się jednak płoszyć mieszkańców. Znany był bowiem powszechnie ze swoich okrucieństw. Wolał więc nocą znienacka nakazać żołnierzom obławę i wymordować wszystkie dzieci do dwóch lat włącznie, pewny, że w ten sposób pozbędzie się także Chrystusa. A oto jak nam Ewangelista sam akt rzezi przypomina.
„Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał (oprawców) do Betlejem i całej okolicy, i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do dwóch lat, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich nie ma”.
Wydaje się to być legendą. W naszych czasach jest rzeczą nie do pomyślenia tego rodzaju zbrodnia. A jednak byliśmy świadkami zbrodni, wobec której herodowa jest sielanką, kiedy to na rozkaz Hitlera mordowano bezkarnie w specjalnie założonych obozach śmierci miliony ludzi dorosłych, a drugie tyle zadręczono w kaźniach więzień. W owych czasach panowało przekonanie, że własnością króla w danym kraju jest wszystko, co się w nim znajduje, także ludzie. Jeśli mu więc stają na przeszkodzie, a tym bardziej zagrażają jego panowaniu, może z nimi czynić, co mu się podoba, byle się ich pozbyć, a innym dać zastraszający przykład i ostrzeżenie, co ich w podobnej sytuacji może czekać.
Jeśli zaś chodzi o króla Heroda, historia potwierdza, że należał do najokrutniejszych władców, jakich znała Palestyna. Był synem Antypatra, wodza Idumei. Za cel sobie postawił panowanie. Dlatego oddał się w całkowitą służbę Rzymianom. Dzięki nim jako poganin otrzymał panowanie nad Ziemią Świętą i narodem żydowskim z tytułem króla. Wymordował rodzinę królewską: Hirkana II, swojego teścia; Józefa, swojego szwagra; Mariamme, swoją żonę; trzech synów — Aleksandra, Arystobula i Antypatra; arcykapłana, który miał również imię Arystobul; Aleksandrę, matkę Mariamme, i innych. Józef Flawiusz, historyk żydowski, opisuje szczegółowo rządy tego tyrana, o którym cesarz August miał się wyrazić: „Lepiej jest być wieprzem u Heroda, niż jego synem”. Jeszcze przed śmiercią, aby Żydom nie dać okazji do radości, ale by zmusić ich do łez, okrutny tyran kazał zgromadzić na stadionie sportowym przedstawicieli najznakomitszych rodzin i wszystkich wymordować. Tylko okoliczność, że dowódca nie chciał wziąć na siebie ryzyka odpowiedzialności, poleceniu króla Heroda nie stało się zadość.
W takich okolicznościach zabicie garstki dzieci-niemowląt było dla Heroda igraszką.
Bibliści zastanawiają się nad tym, ile mogło być tych niemowląt? Betlejem w owych czasach mogło liczyć ok. 1000 mieszkańców. Niemowląt do dwóch lat w takiej sytuacji mogło być najwyżej ok. 100; chłopców zatem ok. 50. Jest to cyfra raczej maksymalna i trzeba ją prawdopodobnie zaniżyć. Dlatego należy między bajki włożyć legendę o tysiącach, którą nawet podtrzymuje św. Hieronim. Szczegół, że Herod oznaczył wiek niemowląt skazanych na śmierć, jest dla nas o tyle cenny, że pozwala nam w przybliżeniu określić czas narodzenia Pana Jezusa. Pan Jezus mógł mieć już ok. roku. Herod wolał dla „swego bezpieczeństwa” wiek ofiar zawyżyć.
Może jeszcze powstać pytanie, jaki związek z pomordowanymi niemowlętami ma Rachel? Rachel była matką patriarchy Jakuba. Jako taka była więc uważana za matkę narodu żydowskiego. Nadto jej grób znajdował się właśnie w pobliżu Betlejem (5 km od Betlejem w kierunku Jerozolimy) i cieszył się wtedy powszechną czcią. Dlatego św. Mateusz o niej wspomina.
Św. Augustyn poświęca im osobną homilię, w której umieszcza między innymi te piękne słowa: „Najmilsi bracia! Obchodzimy dzisiaj narodziny owych Niemowląt, o których Ewangelia nam opowiada, że zostały zamordowane przez okrutnego króla Heroda. Dlatego niech się raduje Kościół, płodna matka tylu bojowników niebieskich i tak wspaniałych dziwów. Oto ów wróg bezbożny nigdy nie byłby zdolny przez najtkliwszą życzliwość tyle pożytku przynieść tym błogosławionym Młodziankom, ile im przysporzył przez swoją nienawiść. Dzisiejsze święto nas poucza, że w jakiej mierze na błogosławione Niemowlęta rzuciło się zło, w takiej też obfitości spłynęło na nich błogosławieństwo. Błogosławione jesteś, Betlejem ziemi judzkiej! Cierpiałoś z powodu nieludzkiego okrucieństwa Heroda, mordującego twe dzieciny, a równocześnie stałoś się godne przyprowadzić do Pana cały zastęp niewinnych i nieletnich dzieci! Słusznie święcimy narodziny tych dzieci, które szczęśliwiej świat zrodził dla życia wiecznego, niż łona matek dla świata. Zanim bowiem zdołały posiąść używanie życia doczesnego, stały się godne życia wiecznego... Tak więc Niemowlęta, które bezbożność Heroda oderwała od piersi matek, słusznie są nazywane kwiatami męczenników. Są to pierwsze pąki Kościoła rozwinięte wśród niewiary, a przedwcześnie z warzone mroźną zawiścią prześladowania”.
Cześć oddawana św. Niemowlętom już sięga wieku II. Wspomina o niej św. Ireneusz (+ 202) i św. Cyprian (+ 258). Ku ich chwale wystawiono świątynie i klasztory. Papież św. Pius V podniósł ich święto do rangi II klasy z oktawą. Święto Młodzianków obchodzi także Kościół Grecki, Syryjski i Jerozolimski.
Ikonografia bardzo chętnie rzeź niewiniątek przedstawia w malarstwie czy rzeźbie. Moment dramatyczny pobudzał twórczość artystów. Tematu tego nie wstydzili się podejmować nawet artyści tej miary co: Giovanni Francesco Caroto, Mikołaj Poussin, Guido Reni, Dürer, Romanino, Piotr Brueghel, Bartolomeo Schedoni, Rubens itp.
W Padwie w bazylice św. Justyny, jak też w katedrze w Parmie można oglądać ich relikwie. Nikt chyba nie wierzy w ich autentyczność. Są one jednak zabytkiem przeszłości, jak też świadectwem popularności, jaką w dawnych latach cieszył się kult Młodzianków.
Święto Młodzianków
Święto Młodzianków, czyli dzieci betlejemskich pomordowanych na rozkaz Heroda, obchodzi Kościół 28 grudnia. Choć jeszcze nieświadome, oddały życie za Chrystusa. Tradycja podkreśla, że otrzymali oni chrzest krwi i nazywa ich "pierwocinami Kościoła". Ich kult rozpoczął się już w II wieku.
Zapis o męczeństwie dzieci betlejemskich znajduje się w Ewangelii św. Mateusza. Kiedy król Herod dowiedział się od Mędrców ze Wschodu, że narodził się przepowiadany przez proroków król żydowski, przeraził się, że straci władzę, dlatego postanowił zabić nowonarodzonego Mesjasza. Mędrcy mieli odnaleźć Dzieciątko i donieść Herodowi, gdzie ono przebywa. Ostrzeżeni jednak przez anioła, nie zawiadomili Heroda i omijając Jerozolimę powrócili do swojej ojczyzny. Rozwścieczyło to króla, dlatego rozkazał zabić wszystkie dzieci w Betlejem poniżej 2 roku życia, licząc, że w ten sposób zamorduje również Jezusa. Święta Rodzina jednak uciekła wcześniej do Egiptu. Dzieci z Betlejem choć nieświadomie, poniosły śmierć za Jezusa i w ten sposób Go ocaliły, dlatego uznawane są przez Kościół za męczenników.
O męczeństwie świętych Młodzianków pisał już w II w. św. Ireneusz, a w wieku III św. Cyprian. W V stuleciu ich kult był już bardzo rozpowszechniony. Św. Augustyn pisał o nich: "Niemowlęta, które bezbożność Heroda oderwała od piersi matek, słusznie zostały nazwane męczeńskimi kwiatami. Są to pierwsze pąki Kościoła, rozwinięte wśród niewiary, zaś przedwcześnie zważone mroźną zawiścią prześladowania".
Tradycja chrześcijańska podkreśla, że choć dzieci z Betlejem nie zostały ochrzczone, jednak męczeństwo przyłączyło je do Chrystusa, dlatego mówi się, że otrzymały chrzest krwi. W historii chrześcijaństwa wielokrotnie zdarzało się, że ktoś, kto nie był jeszcze ochrzczony - np. katechumeni, przygotowujący się dopiero do przyjęcia sakramentów - ponosili śmierć męczeńską. O nich również mówi się, że otrzymali chrzest krwi.
Rzeź niewiniątek jest tematem często wykorzystywanym w sztuce. Dzieła takie stworzyli m.in. Rubens, Dürer, Brueghel, Poussin.
Tekst za KAI
Kard. Müller o bożym narodzeniu
i papieżu Leonie xiv
Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary w wywiadzie dla niemieckiego portalu kath.net.
O Bożym Narodzeniu, papieżu Leonie XIV, Mszy św. trydenckiej, sytuacji Kościoła w Niemczech i życiu katolika w sytuacji diaspory – mówi kard. Gerhard Ludwig Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary w wywiadzie dla niemieckiego portalu kath.net.
Roland Noé, kath.net: Po pierwsze, pytanie o papieża Leona XIII, jego pierwsze miesiące i początkowe priorytety pontyfikatu. Jak bardzo jest zadowolony Ksiądz Kardynał i czy ma jakieś oczekiwania na rok 2026?
Kard. Gerhard Ludwig Müller: Jako chrześcijanin, należy zawsze unikać osądzania innych według własnych subiektywnych oczekiwań i uprzedzeń. Dotyczy to zwłaszcza następcy Piotra w katedrze rzymskiej. Wiara katolicka głosi, że każdy papież jest powołany przez samego Chrystusa, przez Ducha Świętego, do sprawowania posługi Piotrowej dla Kościoła powszechnego. Zgodnie ze swoją misją, papież jest trwałą zasadą i fundamentem jedności biskupów i wszystkich wiernych w prawdzie objawienia Boga w Jezusie Chrystusie, Głowie Kościoła (Lumen gentium 18; 23). Ponieważ każdy papież – teologicznie rzecz biorąc – jest następcą Chrystusa, a nie jedynie chronologicznym następcą poprzedniego papieża, zarówno on, jak i my, musimy rozpatrywać go w świetle słów, którymi Jezus powołał Szymona do trwałej posługi Piotrowej, której, wraz z całym Kościołem, obiecane jest istnienie aż do powtórnego przyjścia Chrystusa na koniec świata. „Utwierdzaj Twoich braci" (Łk 22, 32) w wierze w Jezusa Chrystusa, Syna Boga żywego (Mt 16, 16). Oto zasady przewodnie, które już teraz wyraźnie widać w tym nowym pontyfikacie. Prowadzić ludzi do Chrystusa, jedynego pośrednika między jednym Bogiem a całą ludzkością (1 Tm 2, 5). Jednoczyć wiernych w Chrystusie poprzez nauczanie, życie i liturgię – to właśnie dostrzegamy w dziele papieża Leona XIV. I to jest powód do radości i modlitwy, aby Pan nadal go wspierał.
Kluczową kwestią dla „konserwatystów” jest kwestia „starej mszy” i papieża Leona XIII. Czy po zmianach Franciszka nastąpi korekta kursu?
- W rzeczywistości ta kwestia nie ma nic wspólnego z (niekatolickim) rozróżnieniem między konserwatystami a progresistami, które jako subiektywne filtry sentymentów i ideologicznych założeń a priori nie ma miejsca w Kościele Bożym. Istnieje tylko jedna prawda objawienia, której wierne głoszenie, zachowanie i rozwój powierzone jest Kościołowi, pod przewodnictwem jego pasterzy. W odniesieniu do sakramentów należy rozróżnić ich istotę – a mianowicie, że w widzialnych znakach łaska usprawiedliwiająca i uświęcająca jest przekazywana przyjmującemu – od obrzędu liturgicznego, który składa się z niezmiennych elementów i zmiennych ceremonii, co podkreślił Sobór Trydencki i Sobór Watykański II. Konstytucja o liturgii świętej Soboru Watykańskiego II nie mówiła o reformie liturgii, jakby była ona z natury przestarzała i pilnie wymagała modernizacji. Ojcowie Soborowi pragnęli raczej odnowy (in-stauratio) ducha i postawy liturgicznej, aby przy pewnych uproszczeniach zewnętrznych form obrządku rzymskiego wierni mogli uczestniczyć w niej łatwiej, świadomie, pobożnie i czynnie (participatio actuosa) (zwłaszcza dzięki większej przestrzeni dla danego języka ojczystego).
Jednakże obrzęd w nowej formie został wprowadzony dość gwałtownie i nie został wystarczająco dogłębnie wyjaśniony. Pod wpływem nadużyć (autopromocja zamiast kultu Boga i pośrednictwa łaski), a nawet ataków na istotę wiary (Msza jako jedynie subiektywna uczta pamiątkowa zamiast sakramentalnego uobecnienia ofiary Chrystusa na krzyżu z rzeczywistą obecnością substancji Jego ciała i krwi), pojawiła się reakcja, która dostrzegła gwarancję katolickiej prawdy w Ofierze Eucharystycznej w skrupulatnym przestrzeganiu Ordo Missae z 1962 roku. W tym miejscu jednak ważne jest rozróżnienie między istotą sakramentów a ich formą rytualną. Papież Benedykt XVI, dzięki swojej głębokiej wiedzy z zakresu dogmatyki i liturgii, znalazł rozwiązanie Salomona, dopuszczając formę Mszy z 1962 roku jako Nadzwyczajną Formę Rytu, pod warunkiem, że każdy katolik również uzna ważność Mszy i sakramentów w tej odnowionej formie. Termin „Traditionis custodes” (strażnicy tradycji) został użyty do opisania prymitywnego autorytaryzmu, pozbawionego jakiejkolwiek wrażliwości na liturgiczne uwarunkowania i lekceważącego dogmatyczne rozróżnienie między istotą sakramentów a ich rytem, który istnieje w Kościele w wielu uzasadnionych wariantach (Konstytucja o liturgii świętej, SC 4), a którego celem było wymuszenie brutalnej, zewnętrznej jednolitości. Papież ma oczywiście prawo regulować ryt. Musi to jednak czynić zgodnie z doktryną katolicką i z poszanowaniem ustalonych tradycji, które prawnie istnieją w pewnej wielości w Kościele i bardziej go wzbogacają, niż zaciemniają. Mam nadzieję, że ten niepotrzebnie wywołany kryzys, ze wszystkimi jego szkodliwymi polemikami i bezsensownymi przewinieniami, zostanie przezwyciężony dzięki solidnej wiedzy teologicznej i duszpasterskiej wrażliwości. Dla dobrego pasterza troska o to, aby katolicy w ogóle uczestniczyli we Mszy Świętej, musi być ważniejsza niż kwestia tego, jakiego rytu używają wierni, aby uczestniczyć we Mszy Świętej, mianowicie z wiarą, nadzieją i miłością.
Bardzo aktualnym tematem w Niemczech w ostatnich tygodniach był kontrowersyjny artykuł Niemieckiej Konferencji Biskupów zatytułowany „Stworzeni, Odkupieni i Umiłowani: Widoczność i uznanie różnorodności tożsamości seksualnych w szkołach”, który został najwyraźniej opublikowany przez Niemiecką Konferencję Biskupów w Bonn bez konsultacji z własnymi biskupami. Później biskupi Ratyzbony, Pasawy i Kolonii, między innymi, zdystansowali się od niego. Co Ksiądz Kardynał sądzi o stanowisku biskupa Georga Bätzinga?
- Z mojego doświadczenia od momentu wstąpienia do seminarium w 1967 roku wynika, że (samozwańczy) „postępowcy” zawsze narzucali swój program w sposób autorytarny, stosując podstępne sztuczki proceduralne i odpowiadając na zarzuty merytoryczne atakami personalnymi. Ponieważ Bóg uchronił mnie przed myleniem wiary ze świecką doktryną zbawienia, odpowiadam rzeczowo, stwierdzając, że przebudzenie i ideologia gender wywodzą się z materialistycznego światopoglądu. Diametralnie przeczy to objawionej antropologii, zgodnie z którą człowiek nie jest przypadkowym, a zatem podatnym na arbitralną manipulację produktem ewolucji, lecz że każdy człowiek został stworzony bezpośrednio przez Boga trójjedynej miłości w byt swojego indywidualnego bytu oraz w byt swojej natury duchowej, fizycznej i społecznej. Ta ateistyczna ideologia post- i transhumanizmu twierdzi, że opiera się na ustaleniach naukowych wywodzących się z materialistycznie interpretowanych zjawisk socjologicznych i psychologicznych, nie pamiętając, że istniał kiedyś rzekomo naukowy socjalizm i tak zwana naukowa teoria rasowa (już w XIX wieku, jeszcze przed ideologią nazistowską) – z niszczycielskimi konsekwencjami dla ludzkości (walka klas aż do eliminacji i unicestwienia oponentów, eugenika z przymusową sterylizacją, dzieciobójstwo w celu ograniczenia rzekomego przeludnienia Ziemi, a obecnie samookaleczenie pod przykrywką biologicznie niemożliwej korekty płci, eutanazja, która jest reklamowana jako akt miłosierdzia, ale nie ujawnia niczego poza odmową miłosierdzia wobec ciężko chorych i umierających). Teologia katolicka nie ma żadnych trudności w pogodzeniu wiary z rozumem, gdy nauki przyrodnicze i społeczne, a także filozofia, przedstawiają autentyczne odkrycia naukowe. Jedynie ich ideologiczne zniekształcenie musi być przedmiotem krytyki, a często i zaciekłego oporu. Różnorodność seksualna istnieje jedynie w intelektualnej prostocie jej twórców. Bóg, poprzez swoje Słowo (swój Logos, który odzwierciedla się w logicznej strukturze świata), stworzył ludzkość jako mężczyznę i kobietę i połączył ich ze sobą – fizycznie, psychicznie i duchowo – w małżeństwie. Zgodnie z Bożym planem zbawienia, rodzina i następstwo pokoleń powstają wyłącznie z małżeństwa mężczyzny i kobiety, poprzez które Bóg stwarza wybrany przez siebie od wieczności naród w jego konkretnym historycznym bycie. Wszelkie możliwe warianty erotyczne, wymyślone przez „ekspertów od seksualności”, nie mogą być antropologicznie normatywne, godne ani owocne. Eros i seks muszą być moralnie i duchowo zintegrowane z miłością osobistą, jeśli nie mają prowadzić do samozniszczenia i zniszczenia innych.
Od biskupa oczekuje się, że będzie posiadał wystarczające kryteria teologiczne, aby odróżniać dobro od zła i to, co korzystne, od tego, co destrukcyjne. Jest oddany prawdzie Ewangelii. Każdy biskup powinien rozumieć, że słowa Apostoła skierowane do jego współpracownika i następcy, Tymoteusza, są skierowane do niego jako do archetypowego katolickiego nauczyciela wiary: „Głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom” (2 Tymoteusza 4:2-4)
Samozniszczenia Kościoła w Niemczech (o czym świadczy niska frekwencja, puste seminaria i klasztory, spadek liczby wiernych oraz brak zainteresowania chrztami i ślubami kościelnymi itd.) nie da się powstrzymać, podążając błędną ścieżką progresywizmu lat 70., lecz jedynie dając wyraźne świadectwo prawdzie Ewangelii Jezusa Chrystusa, Syna Bożego (Mk 1,1), prawdziwego Zbawiciela świata (J 4,42), w którym jedynie możemy pokładać nadzieję w życiu i dążeniu, i z którym wzniesiemy się ku wolności i chwale dzieci Bożych (Rz 8,21).
Wielu katolików doświadcza już sytuacji diaspory. Niektórzy katolicy muszą pokonywać duże odległości w niedziele, aby uczestniczyć we Mszy Świętej. Czy ma Ksiądz Kardynał dla nich jakieś słowo otuchy?
- Jako człowiek, podobnie jak wszyscy inni, odczuwam zniechęcenie wynikające z widocznego i niezaprzeczalnego upadku życia kościelnego w Niemczech i Europie. A ponieważ nie potrafimy zajrzeć w ziemską przyszłość, nie sposób odróżnić autentycznej nadziei na nową wiosnę dla Kościoła katolickiego w Niemczech od pustego, pragmatycznego optymizmu z pustymi hasłami wytrwałości. Kwitnące niegdyś katolickie krajobrazy w Azji Mniejszej, na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej są dziś jedynie smutnym wspomnieniem, a jednak Kościół katolicki pozostaje największą wspólnotą religijną na świecie. Tylko Jezus może nas pocieszyć, który poprzedza Kościół, który „pielgrzymuje między prześladowaniami świata a pociechami Boga” (Augustyn, Państwo Boże XVIII, 51, 2) i który głosi krzyż i śmierć zmartwychwstałego Pana, aż przyjdzie ponownie (Lumen gentium 8). Katolicyzm oparty na komitetach, pozbawiony wiary, reformy strukturalne bez troski o zbawienie dusz i zgromadzenia synodalne bez misyjnego zapału rozczarowują i prowadzą jedynie do wewnętrznej i zewnętrznej emigracji oraz powszechnego rozczarowania Kościołem, który niweczy jego poszukiwanie prawdy i tęsknotę za Bożym zbawieniem. Przypomnijmy sobie ukazanie się Jezusa nad Jeziorem Tyberiadzkim, kiedy uczniowie zarzucali sieci przez całą noc, ale nie złowili ani jednej ryby. Zmartwychwstały Pan mówi do uczniów, rozczarowanych i zniechęconych swoją porażką: „Zarzućcie sieci!”, a oni złowili mnóstwo ryb (J 21,6; Łk 5,4). Bo tylko z pomocą łaski nasza praca w głoszeniu i duszpasterstwie jest skuteczna w pozyskiwaniu nowych uczniów dla Pana. Motywuje nas świadomość: „Bóg pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Albowiem jeden jest Bóg, jeden też pośrednik między Bogiem a ludźmi, człowiek” (1 Tm 2,4-5).
I na koniec, osobiste pytanie. Jakie są Księdza Kardynała życzenia świąteczne dla naszych czytelników?
- Otwarte uszy i otwarte serce na przesłanie anioła: „Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan” (Łk 2, 10-11).
Rozmawiał Roland Noé, kath.net – „wiara.pl”
Chrześcijanie przemieniają świat nie poprzez upolitycznienie Ewangelii, lecz jej przeżywanie.
Kard. Burke o wyzwaniach związanych z dobą obecną, naznaczoną niekiedy doktrynalnym zamętem, napięciami wewnątrzkościelnymi i niestabilnością kulturową.
O wyzwaniach związanych z dobą obecną, naznaczoną niekiedy doktrynalnym zamętem, napięciami wewnątrzkościelnymi i niestabilnością kulturową, roli chrześcijan w polityce, mówi między innymi w wywiadzie dla angielskiego tygodnika The Catholic Herald emerytowany prefekt Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej kardynał Raymond Leo Burke. Pochodzcy z USA purpurat mówi też o tajemnicy Bożego Narodzenia, swoich doświadczeniach z konklawe, nadziejach związanych z Kościołem oraz o zaskakującym powrocie młodych katolików, których bardziej pociąga tradycja niż nowości i spektakularne wydarzenia. Rozmawiał z nim Jan C. Bentz.
The Catholic Herald: Eminencjo, zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a w ich centrum znajduje się tajemnica Słowa, które stało się ciałem. Gdy Kościół przygotowuje się do świętowania Narodzenia Pańskiego w momencie naznaczonym niepokojem kulturowym i napięciami kościelnymi, o czym zdaniem Eminencji katolicy powinni dziś szczególnie pamiętać, a może nawet odzyskać?
Kardynał Burke: Myślę, że jesteśmy wezwani przede wszystkim do pamięci o prostej i fundamentalnej prawdzie, że Syn Boży stał się człowiekiem. W Wcieleniu połączył naszą ludzką naturę ze swoją boską naturą. Cierpiał, umarł, zmartwychwstał, wstąpił do nieba i zasiada po prawicy Ojca, a teraz żyje z nami, obecny w Kościele i działający w świecie.
Dlatego też katolicy powinni być pełni nadziei. Jednocześnie musimy oprzeć się pokusie zniechęcenia, a nawet porzucenia życia w wierze katolickiej i życia chrześcijańskiego. Dzisiejszy świat stawia przed nami bardzo wiele prób, wojen i konfliktów wewnętrznych, a także bardzo poważnych problemów moralnych. W takich okolicznościach nawet dobrzy chrześcijanie mogą się zniechęcić lub poczuć pokusę całkowitego wycofania się ze świata.
Wiemy jednak, że Pan Jezus jest z nami. Jesteśmy w świecie i jesteśmy wezwani, aby z nadzieją i odwagą wytrwać. Jak napomina nas św. Paweł, musimy „w dobrych zawodach występować”, trzymać się obranego kursu i być zwiastunami prawdy Bożego Narodzenia we wszystkim, co mówimy i czynimy: że Chrystus przyszedł, że pozostaje z nami i że będzie z nami, aż powróci w chwale w dniu ostatecznym.
The Catholic Herald: Jeśli mogę na chwilę przejść od spraw uniwersalnych do osobistych: kiedy Ksiądz Kardynał myśli o swoim dzieciństwie, czy jest jakaś szczególna tradycja bożonarodzeniowa lub wspomnienie, które pozostało w pamięci, coś, co nadal kształtuje sposób, w jaki Ksiądz Kardynał przeżywa te święta?
- Myśląc o swoim dzieciństwie, jedno wspomnienie wybija się bardzo wyraziście: udział w Pasterce. W domu zawsze było wielkie wzruszenie. Byłem najmłodszym z sześciorga dzieci i dzięki Bogu wychowywali nas pobożni katolicy. Prezenty otwieraliśmy zawsze w Wigilię, przed pójściem na Mszę św., co, jak można sobie wyobrazić, było dla dzieci bardzo ważne [śmiech]. Potem wszyscy razem szliśmy na Pasterkę. Zawsze było to bardzo piękne, nawet w naszej wiejskiej społeczności. Lokalny kościół, muzyka, ceremonia – wszystko to wywarło na mnie głębokie wrażenie. Te uroczystości pozostają moimi najcenniejszymi wspomnieniami z Bożego Narodzenia w rodzinie.
The Catholic Herald: Nie naruszając poufności konklawe, czy mógłby Eminencja podzielić się swoimi wrażeniami z udziału w wyborze papieża Leona XIV? Co najbardziej uderzyło Księdza Kardynała w duchowej atmosferze tej chwili i jak wpłynęło to na poczucie odpowiedzialności jako kardynała - elektora?
- Jak wiadomo, konklawe jest zasadniczo aktem liturgicznym. Kardynałowie są ubrani w pełne stroje chóralne, jak przystało, a cały proces jest otoczony modlitwą. Zaczynamy od wspólnego odprawienia Mszy Świętej, a podczas samego konklawe, w Kaplicy Sykstyńskiej, sprawujemy wspólnie liturgię godzin.
Na samym początku konklawe odbywa się również formalne napomnienie. Tym razem wygłosił je były kaznodzieja Domu Papieskiego, ojciec Raniero Cantalamessa. Najbardziej uderzyła mnie powaga powierzonej nam odpowiedzialności: zadania wyboru następcy św. Piotra.
Powaga ta była zwłaszcza odczuwalna ze względu na szczególne okoliczności tego konklawe. Kolegium Kardynałów stało się bardzo liczne, trzynastu kardynałów powyżej normy 120, z której papież Franciszek odstąpił, aby móc mianować dodatkowych kardynałów.
Jednocześnie od ponad dziesięciu lat nie odbył się żaden konsystorz nadzwyczajny, stanowiący zazwyczaj okazją do lepszego poznania się kardynałów i pełnienia przez nich roli doradców papieża, czasami opisywanych jako rodzaj „senatu papieskiego”.
W rezultacie wielu z nas nie znało się dobrze. Fakt ten potęgował poczucie odpowiedzialności i wielu kardynałów zwracało na to uwagę. Sam odczuwałem to bardzo silnie. Mimo to wierzyliśmy i nadal wierzymy w obecność Ducha Świętego podczas konklawe. Oczywiście, jak często powtarzamy, obecność Ducha Świętego to jedno, a posłuszeństwo kardynałów wobec Niego to coś zupełnie innego. Wierzymy, że to posłuszeństwo zostało okazane.
The Catholic Herald: Pamiętam, że kiedy wybrano Benedykta XVI, odczuwałem z nim szczególną bliskość, nie tylko dlatego, że był Niemcem, ale także dlatego, że śledziliśmy go od lat i nie był dla nas postacią nową. Czy odczuwa Ksiądz Kardynał podobną bliskość z papieżem Leonem XIV, ponieważ jest on Amerykaninem?
- Wie Pan, w mediach społecznościowych krążyły plotki, że spotykaliśmy się często lub że byłem szczególnie blisko papieża Leona. Tak po prostu nie było. Spotkałem go raz krótko po zakończeniu jego kadencji jako przeora generalnego augustianów, a potem jeszcze raz tutaj, w Rzymie, po tym, jak został prefektem Dykasterii do spraw Biskupów.
Mimo to czuję do niego naturalną sympatię. Wychował się w południowym Chicago, na Środkowym Zachodzie, skąd pochodzę również ja, chociaż wywodzę się z rodziny rolniczej, a on z miasta, i jest kilka lat młodszy ode mnie. Mimo to łączy nas podobne pochodzenie kulturowe i kościelne.
Należy również pamiętać, że chociaż papież Leon urodził się i wychował w Stanach Zjednoczonych i tam odbył swoją wczesną formację seminaryjną, spędził około dwudziestu lat w Peru, najpierw jako misjonarz, a później jako biskup. W tym sensie jest on również głęboko ukształtowany przez życie kościelne Ameryki Południowej. Myślę, że wielu kardynałów z Ameryki Południowej postrzega go jako jednego ze swoich, tak jak ja, jako Amerykanina z północy. Jego doświadczenie łączy oba światy.
The Catholic Herald: Wielu katolików, w tym wielu młodych, nadal niepokoi się o miejsce tradycyjnej Mszy św. łacińskiej w dzisiejszym życiu Kościoła. Jak ocenia Eminencja jej rolę i jakie podejście duszpasterskie uważa za najbardziej wierne zarówno tradycji, jak i jedności kościelnej?
- Uważam, że papież Benedykt XVI wskazał najwłaściwszy kierunek i ustanowił najwłaściwsze przepisy dotyczące relacji między starszym obrzędem rzymskim a nowszym, często nazywanym zwyczajną formą obrzędu rzymskiego. Jego naczelną zasadą było, że obie formy powinny być celebrowane w sposób integralny i zgodnie z ich naturą jako kultu Bożego.
Jak jasno stwierdził papież Benedykt w Summorum Pontificum, starsza forma rytu rzymskiego, używana przez około piętnaście wieków, od czasów papieża Grzegorza Wielkiego, a nawet wcześniej, ubogacała życie duchowe niezliczonych świętych, wyznawców, męczenników, wielkich teologów, wielkich pisarzy duchowych i wszystkich wiernych. Dziedzictwo to nie może zostać zatracone. W całym swoim pięknie i dobru jest ono skarbem, który Kościół musi zawsze zachowywać i promować.
To, co widzimy dzisiaj, jest bardzo wymowne. Wielu ludzi młodych, którzy nie dorastali w tej starszej tradycji, odkrywa ją w późniejszym życiu i uznaje ją za głęboko duchowo ubogacającą, zarówno dla nich samych, jak i dla ich rodzin. Mam zatem nadzieję, że mądrość papieża Benedykta XVI zostanie niejako odzyskana i że ponownie będzie można szerzej stosować obie formy rytu rzymskiego, zawsze celebrowane ze czcią, zawsze rozumiane jako działanie samego Chrystusa, który sakramentalnie ponawia swoją ofiarę na Kalwarii. Jestem przekonany, że przyniesie to Kościołowi wielkie błogosławieństwa.
The Catholic Herald: Za pontyfikatu Benedykta XVI wielu katolików odczuwało coś w rodzaju okresu „pokoju liturgicznego”. Czy możemy mieć nadzieję, że powróci on ponownie?
- Tak, rzeczywiście. Pokój ten był odczuwalny w wielu miejscach i można go przywrócić.
The Catholic Herald: Najnowsze badania sugerują, że tak zwane „pokolenie Z”, czyli osoby urodzone mniej więcej od połowy lat 90. do połowy lat 2010., są bardziej konserwatywne pod względem religijnym i moralnym niż poprzednie pokolenia. Świadczy o tym rosnąca frekwencja w kościołach, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także na całym świecie. Na przykład w Anglii praktykujący katolicy przewyższają obecnie liczbą praktykujących anglikanów. Zajęło to pięćset lat, ale wróciliśmy. Jak Ksiądz Kardynał interpretuje to zjawisko? Czy jest to zaskoczeniem?
- Nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem. To pokolenie dorastało w społeczeństwie, które jest zrujnowane moralnie i duchowo. Widzieli oni owoce życia tak, jakby Bóg nie istniał, życia, jak powiedział św. Jan Paweł II, zgodnie z tym, co nam się podoba w danym momencie, a nie zgodnie z tym, czego oczekuje od nas Bóg.
Młodzi ludzie doświadczyli pustki takiego stylu życia. Dlatego szukają czegoś trwałego, prawdy, piękna i dobra. Naturalnie pociąga ich żywa tradycja Kościoła: wiara przekazana przez apostołów, liturgia Kościoła i jego nauczanie moralne.
Moje pokolenie miało szczęście dorastać w czasach większej stabilności w tych dziedzinach. Nie była to era idealna, bo taka nigdy nie istnieje, ale liturgia, nauczanie moralne i jasność doktrynalna były w dużej mierze czymś oczywistym. Z biegiem czasu wiele z tych skarbów zostało zaniedbanych lub porzuconych, co spowodowało zubożenie kolejnych pokoleń.
Teraz młodzi ludzie chcą odzyskać to, co zostało utracone. Postrzegam to jako wyraz łaski chrztu, dzieło Ducha Świętego poruszającego serca, które pragną poznać Boga, kochać Go i służyć Mu. Jak modlił się św. Augustyn do Pana w swoich Wyznaniach: „niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.
The Catholic Herald: Uderza mnie, że to ponowne odkrycie wśród młodych rodzi również swoistą odwrotną odpowiedzialność. Rodzice i dziadkowie nagle uświadamiają sobie, że posiadają coś cennego, coś, czego pragnie młodsze pokolenie, i że mają obowiązek to przekazać.
- Absolutnie.
The Catholic Herald: Wiele osób czyta takie wywiady w duchu polemicznym, zwłaszcza gdy pojawiają się pytania dotyczące Kościoła i polityki. Jak Kościół może najlepiej odpowiedzieć dzisiejszym młodym katolikom, nie sprowadzając wiary do kategorii politycznych lub socjologicznych? Jednocześnie chrześcijanie muszą żyć w społeczeństwie, angażować się w życie publiczne i być, jak mówi Pan Jezus, solą ziemi. Jak osiągnąć tę równowagę?
- Kościół musi zawsze zaczynać od tego, czym jest: narzędziem zbawczego dzieła Chrystusa. Wiara nigdy nie może być sprowadzona do programu politycznego lub ruchu społecznego. Jednocześnie wiara nieuchronnie kształtuje sposób, w jaki żyjemy w świecie, jak działamy w społeczeństwie, jak dążymy do sprawiedliwości, jak bronimy ludzkiej godności.
Równowagę osiąga się wówczas, gdy polityka jest rozumiana jako wynikająca z wiary, a nie ją zastępująca. Kiedy wiara jest sprowadzana do ideologii, traci swoją moc. Ale kiedy wiara jest przeżywana w pełni, w liturgii, w życiu moralnym i w miłości bliźniego, staje się naturalnie zaczynem w społeczeństwie. W ten sposób chrześcijanie naprawdę przemieniają świat: nie poprzez upolitycznienie Ewangelii, ale poprzez jej przeżywanie.
The Catholic Herald: Z jednej strony nie możemy zamieniać wiary w politykę; z drugiej strony chrześcijanie żyją w społeczeństwie, angażują się w życie publiczne i są powołani, aby być zaczynem i solą ziemi. Jak można dziś osiągnąć tę równowagę? Jak Kościół może najlepiej odpowiedzieć młodym katolikom, nie sprowadzając wiary do kategorii politycznych lub socjologicznych? Innymi słowy, jak Kościół może osiągnąć właściwą równowagę? Czy jest jakiś element, który Ksiądz Kardynał uważa za szczególnie ważny lub uderzający z własnego doświadczenia?
- Uważam, że najważniejszym zadaniem, jakie przed nami stoi, jest pogłębienie naszego zrozumienia prawd wiary, tak jak były one nauczane nieprzerwanie przez wszystkie wieki chrześcijaństwa.
Dzisiaj wiele osób ma bardzo słabą katechezę. Od dziesięcioleci katecheza często sprowadza się do czegoś, co można nazwać podejściem „feel-good” (umacniania w dobrym samopoczuciu – przyp. KAI), ale bez treści. Dlaczego mam się czuć dobrze? Powinienem czuć się dobrze, ponieważ znam prawo Boże i staram się żyć zgodnie z nim.
Jednocześnie dysponujemy obecnie potężnym narzędziem, jakim są media społecznościowe. Można je wykorzystać do bardzo szkodliwych celów, do szerzenia fałszu i zamieszania, ale można je również wykorzystać w bardzo pozytywny sposób: aby pomóc ludziom pogłębić zrozumienie nauczania Kościoła i zastosować to nauczanie w konkretnych okolicznościach życia.
Nie jest to kwestia sentymentalizmu, ani emocjonalnego utożsamiania się z tą czy inną partią polityczną lub ruchem. Nasza lojalność należy do Chrystusa Króla. Staramy się więc być wiernymi poddanymi Chrystusa w konkretnych okolicznościach, w których żyjemy.
Jednak zamiast czerpać z tego bogatego nauczania, publiczna dyskusja często przeradza się w emocjonalne wybuchy lub diatryby przeciwko temu czy innemu politykowi. Jeśli naprawdę zastosujemy nauczanie Kościoła, dojdziemy do rozwiązań, które będą sprawiedliwe dla wszystkich zainteresowanych.
Rozmawiał Jan C. Bentz, The Catholic Herald – „wiara.pl”
Kard. Raymond Leo Burke urodził się 30 czerwca 1948 w Richland Center w stanie Wisconsin (USA). Ukończył m.in. Uniwersytet Katolicki Ameryki w Waszyngtonie i uczelnie papieskie w Rzymie. Święcenia kapłańskie przyjął 29 czerwca 1975 w bazylice św. Piotra w Rzymie jako kapłan diecezji La Crosse. Do 1989 pełnił następnie różne funkcje w swej diecezji z przerwą na lata 1980-84, gdy doktoryzował się z prawa kanonicznego w Rzymie. W latach 1989-94 był obrońcą węzła małżeńskiego w Najwyższym Trybunale Sygnatury Apostolskiej w Watykanie.
10 grudnia 1994 Jan Paweł II mianował go biskupem La Crosse i osobiście konsekrował go 6 stycznia następnego roku. 2 grudnia 2003 Ojciec Święty przeniósł amerykańskiego hierarchę na stanowisko arcybiskupa Saint Louis, skąd 27 czerwca 2008 Benedykt XVI odwołał go do Rzymu, powierzając mu urząd prefekta Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej – najwyższej sądowniczej władzy odwoławczej w Kościele katolickim. Był on pierwszym nie-Europejczykiem, który objął to stanowisko. 20 listopada 2010 Benedykt XVI włączył go do Kolegium Kardynalskiego. Brał udział w konklawe 2013, które wybrało papieża Franciszka oraz w konklawe 2025, które wybrało papieża Leona XIV. 8 listopada 2014 papież Franciszek odwołał go z funkcji prefekta Trybunału Sygnatury Apostolskiej, mianując go jednocześnie patronem Suwerennego Zakonu Maltańskiego. 26 września 2015 mianował go także członkiem Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.
Liczba chrześcijan w Izraelu rośnie
Najwięcej chrześcijan mieszka w Nazarecie, Hajfie (18 800), Jerozolimie i Nof HaGalil (10 800).
Według danych opublikowanych przez Centralne Biuro Statystyczne Izraela w przeddzień Bożego Narodzenia, chrześcijanie w tym kraju stanowią około 185 tysięcy, czyli niecałe 2 procent całkowitej populacji kraju. To oznacza nieznaczny wzrost.
Prawie 80 proc. chrześcijan w Izraelu to Arabowie, stanowiący 6,8 proc. całej arabskiej populacji kraju. Większość arabskich chrześcijan mieszka w Dystrykcie Północnym (68,3 proc.) i Dystrykcie Hajfy (14,7 proc.). Chrześcijanie niebędący Arabami są bardziej skoncentrowani w dystryktach Tel Awiwu i Centralnym (42 proc.), a 34 proc. z nich mieszka w regionach Północnym i Hajfy.
Zgodnie z najnowszymi statystykami, w Izraelu mieszka dokładnie 184 200 chrześcijan. Miasta o największej populacji arabskich chrześcijan to Nazaret (18 900), Hajfa (18 800), Jerozolima (13 400) oraz Nof HaGalil (10 800). W 2024 r. chrześcijanki urodziły 2134 dzieci, z czego około 73 proc. (1568 dzieci) przyszło na świat w rodzinach arabskich chrześcijan.
Wskaźnik dzietności chrześcijanek w 2024 r. wyniósł 1,61 dziecka na kobietę, przy czym u arabskich chrześcijanek był on nieco niższy i wyniósł 1,48. Chrześcijanie stanowią 1,9 proc. ludności Izraela, a według izraelskiego Centralnego Biura Statystycznego w latach 2023–2024 ich liczba wzrosła o 0,7 proc.
W środę, w Wigilię Bożego Narodzenia, prezydent Izraela Icchak Herzog wraz z małżonką Michal Herzog odwiedzili siostry franciszkanki w klasztorze św. Antoniego w Jerozolimie. „Modliliśmy się wspólnie o pokój i braterstwo oraz byliśmy zjednoczeni przeciwko wszelkim formom nienawiści i ekstremizmu” – napisał prezydent Herzog na portalu X po wizycie. „Jestem głęboko dumny z izraelskich społeczności chrześcijańskich, które są integralną częścią naszego narodu. Państwo Izrael będzie nadal chronić wolność wyznania ludzi wszystkich wyznań i społeczności” – dodał.
o. Jerzy Kraj OFM – Vatican News
W minimalizmie nie chodzi o to, by nic nie mieć, lecz by dzięki temu, co mam, być lepszym człowiekiem
Przełom grudnia i stycznia to czas noworocznych postanowień. Może zamiast wymyślać na siłę trudne do zrealizowania projekty, warto w spokoju odwiedzić jeden z kościołów i poszukać inspiracji w bożonarodzeniowej szopce. Nawet jeśli wokół będzie się dużo działo - jak w wersji krakowskiej - ubogi żłóbek zawsze będzie ten sam. Taką właśnie minimalistyczną rzeczywistość wybrał prawdziwy Bóg, by objawić się światu. Co więcej, jako prawdziwy Człowiek, pozostał minimalistą - być może pierwszym w historii. Już samo to powinno nam dać nam do myślenia.
Niedawno świętowaliśmy Boże Narodzenie - czas rodzinnych spotkań, kolęd i prezentów, wyborowi których oddaliśmy się z zaangażowaniem. Wielu z nas zadbało o prezenty już z wielotygodniowym wyprzedzeniem, inni - wybrali i kupili je na ostatnią chwilę. Bez względu na to, jak podeszliśmy do sprawy, nasze domy i mieszkania zapełniły się dziesiątkami bardziej lub mniej potrzebnych gadżetów, z których wiele sprawi nam chwilową radość, następnie zajmie miejsce na półkach i w szafach, a w końcu wyląduje na strychach i w zakurzonych piwnicach. A przecież Betlejem było tak bardzo ubogie.
Rzeczywiście, kontrast między duchowością żłóbka Jezusa Chrystusa a konsumpcjonizmem, którego ikoną stał się Święty Mikołaj w wersji pop, od lat staje się coraz bardziej widoczny. Problem w tym, że dziś niewiele osób interesuje się wpływem ilości i jakości posiadanych przez nas rzeczy, na przykład na nasz dobrostan, a świąteczna gorączka oraz podsycana reklamami ludzka słabość do posiadania mają się bardzo dobrze. Ciekawe, że dzieje się tak mimo rosnącej popularności minimalizmu, który chrześcijaństwo zna od wieków, odkrywany jest przez influencerów jako coś nowatorskiego.
Z modą na minimalizm po raz pierwszy spotkałem się w 2021 roku dzięki dokumentowi Netflixa. Jego bohaterowie - Joshua i Ryan - odkryli, jak bardzo ilość rzeczy w ich mieszkaniach wpływała na jakość ich życia, poczucie szczęścia i relacje. Muszę przyznać, że choć chrześcijańskie podejście do minimalizmu nie było mi obce, byłem pod wrażeniem, jak sprytnie Netflix ubrał je w nowe szaty. Nie zmienia to jednak faktu, że to właściwy kierunek. Tak naprawdę obecna w mediach moda na minimalizm to dobry przykład tego, że trendy mogą iść w parze z rozsądkiem i z tego powodu warto przyjrzeć się jej bliżej.
Inaczej Go oczekiwano. Gdzie indziej Go szukano. Budowano Mu triumfalne bramy, a On przyszedł w tak nieoczekiwany sposób. Dostrzeżenie Boga – niepozornego, a najpotężniejszego na świecie – to duża mądrość. (ks. Jan Twardowski, Rozważania o pacierzu)
Od kontemplowania życia do projektowania wnętrz
Skąd wywodzi się minimalizm w ujęciu Netflixa? W gruncie rzeczy ma on więcej wspólnego z kulturą Dalekiego Wschodu niż z chrześcijaństwem, ale może być dowodem na to, że jeśli coś jest dla człowieka dobre, często powstaje niezależnie w różnych częściach świata (np. zwyczaj saunowania, który rozwinął się w Europie, Azji i Ameryce Północnej i ma on bardzo pozytywny wpływ na zdrowie człowieka). Rzeczywiście, w oszczędnych japońskich wnętrzach nie znajdziemy zakurzonych bibelotów, pamiątek z wakacji i niepełniących praktycznych funkcji przedmiotów. Na stronie Słownika PWN przy haśle "minimalizm" znajdziemy tego dosadne potwierdzenie: "Dalekowschodnia potrzeba kontemplacji życia, świata i siebie samego nie mogła być realizowana w mieszczańskich, pełnych bibelotów wnętrzach. Czysta od jakichkolwiek zbędnych sprzętów przestrzeń to podstawa porządku w życiu. Japończycy mówią, że porządek w domu świadczy o czystej i spokojnej duszy" (Cosmopolitan, 1998, nr 7).
Na podejście japońskie bardzo konsekwentnie zdaje się odpowiadać kultura skandynawska. Szwedzi, Duńczycy i Norwegowie od niepamiętnych czasów reprezentowali podobne podejście w stosunku do posiadanych przez siebie rzeczy, co zaowocowało wypracowaniem popularnego dziś w architekturze stylu skandynawskiego, uwzględniającego praktyczne zastosowanie każdego znajdującego się w mieszkaniu mebla (kiedyś przeczytałem, że nawet popularne w krajach skandynawskich lampy w oknach wzięły się z tego, że miały doświetlać ulice miast podczas długich północnych nocy).
Połączenie tych na pierwszy rzut oka zupełnie różnych tradycji - skandynawskiej i japońskiej - zaowocowało nawet powstaniem ich hybrydy: coraz popularniejszego na Zachodzie stylu japandi, łączącego japoński minimalizm ze skandynawskim dizajnem. Wnętrza japandi są jednocześnie minimalistyczne i przytulne, co staje się możliwe dzięki zestawieniu wysokiej jakości naturalnych materiałów z funkcjonalnym zastosowaniem każdego przedmiotu znajdującego się w mieszkaniu. Tyle o modzie na minimalizm. A co na temat ilości i jakości posiadanych przez nas rzeczy mówi chrześcijaństwo?
Minimalizm a podstawy chrześcijańskiej duchowości
Jezuita Łukasz Sośniak potwierdza, że choć niektórzy odkrywają minimalizm jako absolutną nowość, Kościół zna go już od dwóch tysięcy lat. Według niego minimalizm to nie tylko kwestia podejścia do materializmu, ale wręcz klucz do ignacjańskiej duchowości.
- Jezus zachęcił bogatego młodzieńca, by sprzedał wszystko, co ma, a pieniądze rozdał ubogim. Nie po to, by pozostał z niczym, ale by mógł swobodnie pójść za Nim - bez obciążeń, które zniewalają. Chrześcijański "minimalizm" nie jest więc celem samym w sobie, ale narzędziem ułatwiającym nam relację z Chrystusem. To życiowa dyscyplina, która pomaga w prowadzeniu życia wewnętrznego, pozbawia zbędnego balastu, sprawiająca, że nie czujemy się przytłoczeni i uwiązani. To metoda "odgruzowania" życia, pozbycia się tego, co zbędne i nieuporządkowane - uważa Łukasz Sośniak i dodaje, że dokładnie w ten sposób św. Ignacy opisuje cel Ćwiczeń Duchowych:
"Są one dla niego narzędziem, środkiem, do pozbycia się nieuporządkowanych przywiązań, a więc tego wszystkiego, czego mamy za dużo, co nam przeszkadza, zniewala nas i nie pozwala rozwinąć skrzydeł".
Jak przyznaje, w duchowości ignacjańskiej owo chrześcijańskie podejście wyraża się w zasadzie św. Ignacego, którą zawarł w książeczce Ćwiczeń Duchowych: "tantum quantum", czyli "tyle o ile". Ignacy pisze: "Człowiek jest po to stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i Jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest stworzony" (ĆD 23).
Ćwiczenia Ignacego mają więc służyć refleksji nad życiem - odróżnieniu, co nas do tego celu prowadzi, a co od niego oddala. Możemy korzystać ze wszystkiego, ale "tyle o ile", a więc na tyle, na ile przybliża nas to do celu i odrzucając to, co nas od niego oddala. Ćwiczenia mają nam więc pokazać, co jest w naszym życiu zbędne i uzdolnić do odrzucenia tego, co niepotrzebne - uważa jezuita i dodaje, że minimalizm jest wpisany w cel Ćwiczeń, stanowiąc jedną z najważniejszych postaw, jakie Ignacy uważa za konieczne, by nawiązać relację z Jezusem.
Łukasz Sośniak podkreśla również, że choć całe stworzenie jest dobre, jako ludzie wrzucamy do niego swoje "trzy grosze", co święty Paweł wyraża w Liście do Rzymian: "Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, lecz zło, którego nie chcę" (Rz 7,19). Właśnie dlatego człowiek musi nieustannie pamiętać, by korzystać z dóbr w myśl wspomnianej zasady.
- Świat jest dobry i piękny, ale człowiek przez grzech ma słaby wzrok duchowy i często w życiu, a także korzystaniu z uroków świata, kieruje się nie miłością, ale egoizmem. Stąd potrzebne jest rozeznawanie - zmiana perspektywy, próba kierowania się miłością, a nie własnym ego - podsumowuje Łukasz Sośniak.
Minimalizm, czyli mniej znaczy więcej
Związek między minimalizmem a duchowością zauważa również Marta Łysek, teolożka i dziennikarka. Według niej duża ilość rzeczy wokół może nas rozpraszać, a związany z tym brak skupienia - realnie wpływać na nasze życie duchowe.
- Konieczność zajmowania się rzeczami zabiera nam przestrzeń, która mogłaby być miejscem na myślenie o Bogu. I zamiast rozważać Jego tajemnice, ciągle jesteśmy zmuszeni do zastanawiania się, jak opanować nadmiar rzeczy. Prosty przykład: jeśli mam trzydzieści par spodni, to nieustannie będę je prać, prasować, układać w szafie, poświęcać czas na wybór, które założyć, i to będzie trwało o wiele dłużej, niż wtedy, gdy mam tylko trzy pary spodni. Wtedy zamiast zajmować się nimi przez kilka godzin w tygodniu będę poświęcać im dużo mniej czasu - i to jest często czas, którego nam brakuje, na przykład na spokojną lekturę Pisma Świętego - zauważa Marta Łysek.
Teolożka opisuje kulturę minimalizmu także z perspektywy matki. Jak podkreśla, w przestrzeganiu zasady minimalizmu nie sprzyja życie w kulturze powszechnej dostępności rzeczy, stąd coraz ważniejsze staje się wychowywanie dzieci w zgodzie z zasadą "mniej znaczy więcej".
- Gdy kilka lat temu do gry weszły wysyłkowe produkty z Chin sprzedawane za grosze, jeszcze bardziej wzrosło poczucie, że można spełnić niemal od razu, niezależnie od budżetu, każdą swoją chwilową zachciankę. To sprawia, że jesteśmy zalani rzeczami, co dotyka mocno najmłodszego pokolenia, które jest nieustannie obdarowywane materialnymi drobiazgami lub samo sobie je kupuje. Dlatego bardzo mnie cieszy to, że coraz "modniejszy" staje się minimalizm. I że to właśnie młodzi ludzie zaczynają doceniać komfort posiadania niewielu rzeczy, trochę w opozycji do tego, że ich rodzice zachłysnęli się nieograniczoną dostępnością wszystkiego. Choć akurat w rodzicielstwie najtrudniejsze jest chyba wychowanie dzieci w poczuciu, że nadmiar może być bardziej męczący niż brak, bo żyjemy zanurzeni w kulturze komercji i posiadania, której czasem trudno się oprzeć - podkreśla Marta Łysek.
Co o minimalizmie mówi psychologia?
Minimalizm to nie tylko klucz do duchowości. Jacek Prusak, jezuita i psycholog, zauważa, że minimalizm może wpływać bardzo korzystnie na dobrostan człowieka, ale wtedy, gdy wynika on z wyboru, a nie jest narzucony.
Można mieć wiele rzeczy i nie być do nich przywiązanym, a jednocześnie mieć niewiele i umrzeć z tym. Tak naprawdę nie ważna jest ilość, lecz nastawienie do tego, co posiadamy - podkreśla jezuita. Dodaje też, że z psychologicznego punktu widzenia nadmiar rzeczy może stanowić spore obciążenie. Według niego im więcej posiadamy, tym więcej kontroli musimy włożyć w to, by tego nie stracić. - Martwimy się więc o coś, o czym nie powinniśmy myśleć. To błędne koło - mówi Jacek Prusak i dodaje:
"Aby cieszyć się tym, co jest na zewnątrz mnie, muszę najpierw zadbać o to, co jest we mnie. To, co znajduje się na zewnątrz, na przykład w domu, nie musi być z kolei galerią czy magazynem, lecz czymś bardziej w rodzaju muzeum. Dzięki temu wokół mnie będą rzeczy, które są dla mnie ważne i o które dbam. Tego typu minimalizm jest silnie powiązany z dobrostanem".
Psycholog odnosi się również do zjawiska odpowiedzialnego między innymi za gromadzenie nowych rzeczy, na przykład gadżetów, których nabywanie sprawia nam przyjemność tylko chwilową:
- Sposób, w jaki funkcjonuje nasz mózg, wymaga ciągłego wzmacniania pozytywnych doznań. Inaczej wygląda to w przypadku doświadczeń negatywnych, które pozostają intensywne same z siebie. Właśnie dlatego krótkotrwałe przyjemności, zwłaszcza te zdobyte bez wysiłku, szybko się nudzą. To uniwersalne doświadczenie: pierwszy lód, którego spróbowaliśmy w życiu, pierwszy drink, pierwszy pocałunek - wszystko to przy kolejnym powtórzeniu staje się mniej intensywne, ponieważ zostaje "przefiltrowane" przez kolejne doświadczenia - nasz mózg przyzwyczaja się przez to do bodźca. Trudniejsze doświadczenia działają inaczej, pozostając silniejsze i trwalsze - mówi Jacek Prusak i podsumowuje:
"Minimalizm polega na tym, by nie szukać szczęścia poza sobą, na przykład w ilości gadżetów, lecz starać się ograniczać do tych, które podtrzymują komfort naszego życia, choć go nie zapewniają".
7 kroków, jak zostać minimalistą - konkretny przewodnik
Minimalizm to coś, co nie zawsze łatwo wprowadzić do codzienności. Gdy jednak się to uda, korzyści dostrzeżemy bardzo szybko. Oto krótki przewodnik po praktycznych założeniach minimalizmu.
O tym, jak ogromnym obciążeniem może być ilość posiadanych przez nas rzeczy, przekonał się każdy, kto choć raz się przeprowadzał. Z tego powodu to właśnie zmiana miejsca zamieszkania może być świetną okazją do zrobienia "domowej inwentaryzacji" i sprawdzenia, co naprawdę jest nam potrzebne, by komfortowo żyć, a co jest zbędnym balastem, który trzymamy nie wiadomo po co.
Wspomniana "inwentaryzacja" nie musi jednak dokonywać się wyłącznie podczas przeprowadzki. Przejrzenie ubrań, książek, pamiątek i odrzucenie tych, których nie używamy, z którymi wiążą się może nie do końca dobre wspomnienia, albo których użyteczność już się w naszym życiu wyczerpała, można przeprowadzić w zasadzie w każdej chwili. Bardzo dobrym momentem może być na przykład początek nowego roku lub - jeśli ktoś potrzebuje do tego dojrzeć - wiosna, gdy dzień jest już dłuższy, a chęci do zmian większe. Propozycji, co zrobić ze starymi, nieużywanymi przedmiotami, jest naprawdę wiele - od sprzedaży w popularnych serwisach, przez obdarowanie znajomych, po przekazanie np. nieużywanych ubrań odpowiednim instytucjom.
Proces ten powinien zaowocować postawieniem wokół nas tylko tych przedmiotów, których rzeczywiście potrzebujemy - w szafie zostają tylko te ubrania, w których naprawdę chodzimy, w kuchni tylko te sprzęty, których systematycznie używamy do gotowania (po co nam kuchenka mikrofalowa, skoro wszystkie potrawy przygotowujemy na patelni lub w piekarniku?), a w łazience tylko te kosmetyki, które naprawdę lubimy. Co więcej - każda rzecz powinna mieć swoje stałe miejsce, najlepiej w szafie, na regale lub w pudełku. Wtedy łatwiej zachować porządek i uniknąć gromadzenia nowych przedmiotów - jeśli na coś nie mamy miejsca, być może tego nie potrzebujemy.
Najlepiej całkowicie pozbyć się bibelotów, które zbierają kurz, a których wartość najczęściej jest znikoma. Zamiast kilkudziesięciu ozdób czy pamiątek najlepiej zachować kilka - te, które mają dla nas największą wartość i które najbardziej lubimy.
W tym wszystkim bardzo ważna jest konsekwencja. Gdy przeprowadzimy wspomnianą "inwentaryzację", warto wypracować w sobie żelazną zasadę - nie kupujemy niczego, czego naprawdę nie potrzebujemy. Mając pięć par butów, nie szukamy i nie kupujemy szóstej, jeśli jej naprawdę nie potrzebujemy.
Wspomniane pomysły może być najtrudniej zrealizować w rodzinie, zwłaszcza w takiej, w której są małe dzieci. Jednak nawet wtedy - systematyczne "remanenty" i "małe kroczki" mogą okazać się skuteczne. W przypadku dzieci bardzo ważna może okazać się rozmowa na temat użyteczności posiadanych przez nie rzeczy i to, by rodzice byli w tej kwestii wzorem.
Na koniec zostaje jeszcze chyba najbardziej problematyczna kwestia - wręczanie i otrzymywanie prezentów. Może warto uwrażliwić znajomych i rodzinę, czego naprawdę potrzebujemy, i pytać o to samo innych? Może rozwiązaniem jest wręczanie kart podarunkowych do ulubionych sklepów lub np. voucherów do kina, jeśli ktoś lubi oglądać filmy? A może już dojrzeliśmy do tego, że najcenniejszą rzeczą, którą możemy innym ofiarować, jest po prostu spotkanie? Chociaż kultura wręczania prezentów - świątecznych, urodzinowych, ślubnych - zaczęła się zmieniać, sporo w tej kwestii mamy jeszcze do zrobienia.
Przełom grudnia i stycznia to czas noworocznych postanowień. Może zamiast wymyślać na siłę trudne do zrealizowania projekty, warto w spokoju odwiedzić jeden z kościołów i poszukać inspiracji w bożonarodzeniowej szopce. Nawet jeśli wokół będzie się dużo działo - jak w wersji krakowskiej - ubogi żłóbek zawsze będzie ten sam. Taką właśnie minimalistyczną rzeczywistość wybrał prawdziwy Bóg, by objawić się światu. Co więcej, jako prawdziwy Człowiek, pozostał minimalistą - być może pierwszym w historii. Już samo to powinno nam dać nam do myślenia. Znając już konkretne argumenty i solidne podstawy dotyczące minimalizmu, wiedząc, że popularna coraz bardziej moda ma więcej wspólnego z duchowością, niż nam się wydaje, może zaryzykujemy i pozbędziemy się nadmiaru rzeczy, które same w sobie niczego nam nie dają, poza poczuciem przytłoczenia? W kontekście podkreślanego w okresie Bożego Narodzenia nawrócenia warto zadbać również o nawrócenie od materializmu. Może za rok, gdy w miejscu rzeczy, których się pozbyliśmy i którym poświęcaliśmy czas i energię, pojawią się modlitwa i zaniedbane relacje, łatwiej będzie nam przeżyć czas, w którym na pierwszy plan wysuwa się ubogi żłóbek. W minimalizmie nie chodzi o to, by nic nie mieć, lecz by dzięki temu, co mam, być lepszym człowiekiem.
Piotr Kosiarski – „deon.pl”
Metanoia – zmiana, która zaczyna się w głowie
Zmiana budzi lęk, opór i niepewność – a jednocześnie jest warunkiem wzrostu, nawrócenia i dojrzałej wiary. Ta seria pokazuje, że prawdziwa przemiana nie zaczyna się od zewnętrznych reform ani od samej dyscypliny, lecz od zmiany myślenia, obrazu Boga i spojrzenia na siebie. Od metanoi, która prowadzi do nowego życia. Seria prowadzi przez różne wymiary zmiany. Punktem wyjścia jest biblijna metanoia – zmiana myślenia. To nie tylko korekta poglądów, ale przede wszystkim przemiana relacji z Bogiem i odejście od fałszywego obrazu Boga jako surowego sędziego. Autorzy mierzą się także z lękiem przed zmianą w Kościele i wspólnotach oraz z wewnętrznymi przekonaniami, które niszczą naszą tożsamość. Całość ukazuje zmianę jako drogę do wolności, dojrzałej wiary i żywego Kościoła.
Zmiana myślenia jako pierwszy krok nawrócenia
Bóg, którego sobie wyobrażamy – i który naprawdę jest
Dlaczego tak bardzo boimy się zmiany
Kim jesteś, gdy przestaniesz wierzyć w swoje kłamstwa
Nowa ewangelizacja: zmiana mentalności, nie tylko metod
Abp Ryś: nawrócenie to zmiana myślenia, a potem zmiana postępowania
Arcybiskup podczas porannej Eucharystii w oktawie Zmartwychwstania wskazał, że nawrócenie to proces obejmujący zmianę myślenia i postępowania. Odwołując się do fragmentu Dziejów Apostolskich, wyjaśnił, że Nowy Testament używa dwóch greckich słów: jedno oznacza zmianę myślenia (metanoeite), czyli otwarcie umysłu na Bożą prawdę, a drugie – odwrócenie się od złej drogi (epistrephate), co prowadzi do zmiany zachowań. Tylko wtedy, gdy najpierw przemienimy sposób myślenia, zmiana postępowania staje się możliwa. Autor podkreślił, że istotą nawrócenia jest odwrócenie się od grzechów dzięki miłości i zmartwychwstaniu Jezusa. Biblia wskazuje na to, jako na główne przesłanie, a nie szukanie w niej zagadek.
Nawrócenie to nie przemiana umysłu, zmiana myślenia. To zmiana relacji, obrazu Boga
Artykuł podkreśla, że nawrócenie to nie tylko zmiana myślenia czy przemiana umysłu, lecz przede wszystkim głębsza zmiana relacji z Bogiem i obrazu, jaki o Nim mamy. Korzeniem grzechu i zła jest błędne wyobrażenie Boga – jako ciemiężyciela lub wymagającego służalczego poddania się. Tymczasem Bóg jawi się jako Ojciec pełen miłości, który przyjmuje każdego z otwartymi ramionami, co ukazuje przypowieść o miłosiernym ojcu i synu marnotrawnym. To właśnie przylgnięcie do Bożej miłości, a nie tylko intelektualna zgoda na prawdy wiary, stanowi istotę nawrócenia. Autor wskazuje, że zaproszeni jesteśmy do stawania się dziećmi Boga przez osobiste spotkanie z Jego miłosierdziem, a nie przez samo „przełączenie” myślenia.
Nowa ewangelizacja oznacza zmianę myślenia
Nowa ewangelizacja wymaga przede wszystkim zmiany sposobu myślenia, podkreśla Autor. Termin ten nie powinien pozostać tylko modnym hasłem – jego istotą jest dotarcie z Ewangelią do ludzi ochrzczonych, którzy z różnych powodów odeszli od Kościoła. Tradycyjne duszpasterstwo i katecheza koncentrują się na wierzących, ale nowa ewangelizacja ma pomóc odkrywać żywą wspólnotę Kościoła oraz sens wiary osobom, które ją utraciły. Dlatego ważne jest przygotowanie liderów poprzez szkoły ewangelizacji, gotowych tworzyć wspólnoty i świadczyć o Bogu. Parafie powinny otworzyć się na tych, którzy są „zagubionymi owcami”, a nie tylko troszczyć się o tych, którzy już są w Kościele. Fundamentem tego wysiłku jest zmiana mentalności – zarówno księży, jak i świeckich – aby skuteczniej prowadzić ludzi do spotkania z Chrystusem i wspólnotą wiary.
Nie jesteś tym, co o sobie myślisz
Artykuł podkreśla, że często myślenie o sobie, zwłaszcza negatywne („Nie uda mi się”, „Jestem bezwartościowy”), rujnuje naszą pewność siebie, relacje i działania, ponieważ kształtuje emocje i zachowania. Autorka wskazuje, że przemiana zaczyna się od zmiany myślenia – metanoia – nie tylko od unikania grzechu, ale od uporządkowania myśli. Zranienia z przeszłości mogą wpływać na nasze przekonania, jednak Boże spojrzenie na nas różni się od ludzkiego krytycyzmu: Bóg widzi nas jako wartościowe dzieci z dobrym planem dla nas. Aby uwolnić się od negatywnych myśli, trzeba odrzucić krytyczne wzorce i zwrócić się ku Słowu Bożemu, które określa naszą tożsamość i daje zdrowe przekonania o sobie.
Dlaczego tak bardzo boimy się zmiany?
Autor zauważa, że na hasło „potrzeba zmiany” zwykle reagujemy lękiem, szczególnie w kontekście Kościoła czy wspólnot. Przywiązanie do znanego i emocjonalne więzi sprawiają, że często wybieramy stagnację, choć rozsądek podpowiada ruch. W efekcie „przesypiamy” sygnały do zmiany, co prowadzi do zastojów, braku nowych osób i zniechęcenia. Strach przed zmianą objawia się też w błędnych decyzjach utrwalających stary porządek. Autor przestrzega przed „opatentowaniem” kogoś na Ducha Świętego i przed kultem świętego spokoju – to właśnie brak otwartości na zmianę hamuje rozwój wspólnoty. Zmiana wymaga nie tylko nowych regulacji, ale przede wszystkim innego sposobu myślenia; nowy lider może uzupełnić braki poprzednika i ożywić wspólnotę.
deon.pl / pzk
Święci i błogosławieni w tygodniu
|
•
|
28 grudnia - święci Młodziankowie, Męczennicy
|
|
•
|
29 grudnia - św. Tomasz Becket, biskup i męczennik
|
|
•
|
30 grudnia - św. Egwin, biskup
|
|
•
|
31 grudnia - św. Katarzyna Laboure, dziewica i zakonnica
|
|
•
|
31 grudnia - św. Sylwester I, papież
|
|
•
|
1 stycznia - Święta Boża Rodzicielka Maryja
|
|
•
|
2 stycznia - św. Bazyli Wielki, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
2 stycznia - św. Grzegorz z Nazjanzu, biskup i doktor Kościoła
|
|
•
|
3 stycznia - Najświętsze Imię Jezus
|
|
•
|
3 stycznia - św. Genowefa, dziewica
|
|
•
|
3 stycznia - bł. Alan de Solminihac, biskup
|
|
•
|
3 stycznia - św. Józef Maria Tomasi, kardynał
|
|
•
|
4 stycznia - św. Aniela z Foligno, zakonnica
|
|
•
|
4 stycznia - św. Elżbieta Seton, wdowa
|
|
•
|
4 stycznia - św. Cyriak Eliasz Chavara, prezbiter
|
|
•
|
4 stycznia - św. Genowefa Torres Morales, dziewica
|
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl