W BLASKU MIŁOSIERDZIA

30/1030 – 29 czerwca 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
Niedziela, 29 czerwca 2025
UROCZYSTOŚĆ ŚWIĘTYCH APOSTOŁÓW PIOTRA I PAWŁA rok „C”
 
 
 
 Kolor szat liturgicznych: czerwony
 
Święci apostołowie Piotr i Paweł ponieśli śmierć męczeńską w Rzymie w latach 64-67, podczas prześladowania chrześcijan za czasów Nerona.
Piotr i Paweł, "obdarzeni różnymi darami, zbudowali jeden Kościół Chrystusa".
Czytania
Pierwsze czytanie: Ez 34,11-16
Psalm: Ps 23
Drugie czytanie: Rz 5,5b-11
Ewangelia: Łk 15,3-7
EWANGELIA
Ty jesteś Piotr i tobie dam klucze królestwa niebieskiego
Mt 16, 13-19
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
   Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: «Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?»
   A oni odpowiedzieli: «Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków».
   Jezus zapytał ich: «A wy za kogo Mnie uważacie?»
   Odpowiedział Szymon Piotr: «Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego».
   Na to Jezus mu rzekł: «Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem nie objawiły ci tego ciało i krew, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr, czyli Opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie».
Komentarz do czytań
   Serce to miłość, miłosierdzie, współczucie. Przynajmniej w naszej kulturze. Jeśli więc obchodzimy uroczystość Serca Jezusa, wspominamy i czcimy Jego miłość, miłosierdzie, Jego dla nas współczucie. Jest co wspominać i czcić. Właściwie cała Biblia jest jedną wielką księgą o Bożej miłości do człowieka. Miłości nieraz twardej, wymagającej. Ale cóż by to była za miłość, gdyby nie chciała człowieka pociągnąć wzwyż? Czytania wybrane do liturgii tej uroczystości w roku C ukazują nam wycinki tego obrazu Boga.
W dzisiejszym numerze
- Cierpliwy jak Piotr
- Jego Serce
- Świętych Apostołów Piotra i Pawła
- Wybór Boga
- Pozwalaj na wszystko, co się wiąże z Medjugorie
- Jak skończę szkołę, założę firmę, wychowam dzieci… i nagle życie minęło
- Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca
- Bp Artur Ważny ustanowił duszpasterzy osób skrzywdzonych
- Koniec nauki, czy może jej początek?
- Francuski, karate, basen i… ciągły stres. Czy dzieciom naprawdę dziś za dobrze?
- Planowanie wakacji może wykończyć. W naszej rodzinie ratuje nas te sześć zasad
- Starożytna katolicka praktyka kluczem do przeciwdziałania wypaleniu zawodowemu
- Adam Stachowiak: Bóg przyjął mnie z otwartymi ramionami
- Święci i błogosławieni w tygodniu
10
Cierpliwy jak Piotr
Dużo prawd objawionych jak na jedną rozmowę. Najpierw Ojciec objawił Piotrowi, kim jest Jezus. Teraz Jezus objawia Piotrowi, że to, co powiedział, pochodziło od Boga; że dostanie tajemne klucze, których moc sięgnie jednocześnie nieba i ziemi. Będą to klucze niestandardowe, bo zamiast otwierać i zamykać, mają wiązać i rozwiązywać. To niejedyne zagadkowe stwierdzenie w tym fragmencie. Są przecież jeszcze bramy piekła, które nie przemogą Kościoła. W jaki sposób? Skoro bramami się nie atakuje, a broni – to znaczy, że bramy piekła, zamknięte z obawy przed Kościołem, nie wytrzymają Jego naporu i się rozpadną, zwiastując tym samym porażkę. No i ten Kościół… o tym, jak niespotykane było to określenie dla ewangelistów, niech świadczy fakt, że w czterech ewangeliach słowo kościół (ἐκκλησία) występuje jedynie trzy razy, i to tylko w Ewangelii Mateusza.
Wróćmy jednak do Piotra… co ten biedny, pobożny i prosty rybak zrozumiał wtedy z tych ważnych i wielkich prawd, które usłyszał od Jezusa? Czy to nie za dużo jak na jeden raz? Być może Piotr czuł się tym przytłoczony. Ale kiedy Duch Święty wszystko apostołom przypomniał i wyjaśnił, to żaden nie miał wątpliwości, który z nich powinien pierwszy przemawiać przed Sanhedrynem. Paweł będzie szukał Piotra, by ten, wysłuchawszy jego opowieści, potwierdził prawdziwość Ewangelii głoszonej przez nawróconego prześladowcę Kościoła. Piotr w końcu, kierowany troską o każdego, kogo opadły wątpliwości, „czy to wszystko ma sens”, napisze: „Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – bo niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia” (2 P 3,9).
Nawet jeśli teraz nie rozumiesz tego, co Bóg mówi, trwaj przy Nim jak Piotr. A Bóg w swoim czasie na swój sposób wszystko ci objawi. Jak Piotrowi.
Grzegorz Kuraś OP – „wdrodze.pl”
Jego Serce
Mówi Pan Bóg. «Zagubioną odszukam, zabłąkaną sprowadzę z powrotem, skaleczoną opatrzę, chorą umocnię, a tłustą i mocną będę ochraniał. Łk 15
Nie jest łatwo przyznać, że się pogubiliśmy. Że czegoś nam brakuje, że nie dajemy rady. Że wiara stała się rutyną, albo że relacja z Bogiem zeszła na dalszy plan. Ale właśnie w tej słabości, bezradności, pustce zaczyna działać Bóg. Nie czeka z daleka, nie mówi wróć, jak się poprawisz. Przychodzi sam. Nie wchodzi nasze życie siłą, tylko z czułością i miłością. Nie przymusza, tylko obecnością cierpliwie czeka.
Serce Jezusa nie bije obok nas obojętnie, ale bije dla nas z miłością i troską. Wchodzi tam, gdzie jesteśmy zranieni, zawstydzeni, zmęczeni. On nie odwraca od nas wzroku. Jego miłość nie jest warunkowa. Jezus, jak pasterz, bierze na ramiona to, co słabe. Nie z litości. Z miłości. Tylko powinniśmy pozwolić się Jemu znaleźć.
Świętych Apostołów Piotra i Pawła
Radujmy się w Panu w uroczystość apostołów Piotra i Pawła, którzy własną krwią użyźnili Kościół, pili kielich Pański i stali się przyjaciółmi Boga. Te słowa to Antyfona na Wejście zaproponowana na dzisiejszą Uroczystość Świętych Piotra i Pawła. Ta krótka modlitwa stanowi niejako streszczenie życia tych dwóch wielkich świętych i świadków wiary.
Kościół pierwszych wieków nazywał obu „koryfeuszami”. Było to zapożyczenie z języka greckiego, oznaczające przywódcę chóru w starożytnym dramacie. Dziś moglibyśmy powiedzieć: „liderzy” – osoby, które prowadzą wspólnotę. Już od III wieku liturgia Kościoła jednoczyła tych dwóch przywódców, te dwie kolumny Kościoła, w jednej celebracji.
Co tak naprawdę możemy powiedzieć o tych dwóch świętych? Jakie znaczenie ma ich święto w Kościele i w naszym życiu duchowym?
Apostoł Piotr – prosty rybak z Galilei, człowiek impulsywny, czasem lękliwy, a jednak powołany przez Jezusa, by stać się skałą, na której Chrystus zbuduje swój Kościół (por. Mt 16,18). Był jednym z pierwszych świadków Zmartwychwstałego. Dzięki niemu wspólnota pierwotna zrozumiała, że Kościół ma być otwarty także dla pogan (por. Dz 10).
Apostoł Paweł – pochodzący z Tarsu gorliwy faryzeusz, zaciekły prześladowca chrześcijan, który został nawrócony i powołany przez samego Jezusa (por. Dz 9). Stał się największym misjonarzem, przemierzając tysiące kilometrów, by głosić Chrystusa narodom. Jego listy i działalność misyjna są świadectwem łaski, która potrafi przemienić życie człowieka.
Tradycja przekazuje, że obaj ponieśli śmierć męczeńską w Rzymie – Piotr ukrzyżowany głową w dół, Paweł ścięty mieczem. Uświęcili to miasto swoją krwią i w ten sposób „założyli” Kościół Rzymu. Obaj głosili Ewangelię słowem i życiem, aż po oddanie życia za Chrystusa. „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20) – te słowa św. Pawła mogą być mottem ich wspólnej misji.
Choć tak różni – Piotr prosty, Paweł wykształcony; Piotr towarzysz Jezusa, Paweł nawrócony później – byli zjednoczeni w jednej wierze i miłości do Chrystusa. Mieli spory (por. Ga 2,11-14), ale jednoczyła ich troska o Kościół. Ich jedność w różnorodności pokazuje, że Bóg nie powołuje idealnych, ale gotowych – do służby, do przemiany, do miłości.
To przesłanie pozostaje aktualne. W naszych wspólnotach parafialnych każdy z nas ma inne talenty, doświadczenia, temperament – ale razem jesteśmy powołani, by budować jedno Ciało Chrystusa.
To, co niezwykłe w Piotrze i Pawle, to nie tylko ich osobiste nawrócenia, ale także ich jedność w różnorodności. Byli dwoma odmiennymi osobami – różniło ich pochodzenie, temperament, sposób działania. Piotr chodził z Jezusem podczas Jego ziemskiej posługi, Paweł doświadczył spotkania z Chrystusem już po Jego Zmartwychwstaniu. A jednak uznali wspólną misję i potrzebę współpracy dla dobra Kościoła.
Ich współpraca nie zawsze przebiegała bez napięć. Dochodziło do nieporozumień, a nawet publicznych sporów, ale ostatecznie dążyli do pojednania i jedności. Rozumieli, że ich wspólne zaangażowanie w głoszenie Ewangelii przewyższało osobiste różnice. Jedność w Kościele była dla nich warunkiem skutecznego świadectwa wobec świata.
Kiedy dziś wpatrujemy się w postacie Apostołów Piotra i Pawła, warto przypomnieć sobie o znaczeniu jedności w Kościele. Kościół – choć święty – składa się z ludzi, a więc z różnorodnych osób, mających odmienne pochodzenie, talenty, perspektywy. Przyjęcie tej różnorodności i uznanie wspólnej misji sprawia, że możemy być wiarygodnymi świadkami Chrystusa.
Piotr i Paweł uczą nas także o przemieniającej mocy łaski Bożej. Piotr, impulsywny rybak, stał się odważnym przywódcą Kościoła. Paweł – prześladowca – stał się gorliwym apostołem narodów. Ich życie pokazuje, że każdy z nas może być powołany, by oddać się całkowicie służbie Kościołowi.
Kościół to nie scena, na której nieliczni „występują”, a reszta tylko obserwuje. To żywe Ciało Chrystusa, gdzie każdy ma swoje miejsce i swoje zadanie: modlić się, służyć, głosić, wspierać, tworzyć przestrzeń miłości i jedności. Wspólnota parafialna to nie firma – to rodzina. A jak w każdej rodzinie, potrzebne są: praca, zaangażowanie, ofiara i wytrwałość. Piotr i Paweł oddali za tę wspólnotę swoje życie. My jesteśmy wezwani, by oddać swój czas, swoje ręce i serce.
Dziś jest to szczególnie ważne, bo wielu mówi: „Kościół to księża, biskupi, Watykan...”. Ale prawda jest taka, że Kościół to my wszyscy – ochrzczeni, wierzący, żyjący Ewangelią. Jeśli brakuje zaangażowania, chętnych do katechizacji, pomocy w liturgii, wsparcia chorych, ubogich, modlitwy – Kościół słabnie. Nie tylko z powodu braku kapłanów, ale przede wszystkim z braku wspólnoty.
Dlatego zapytajmy dziś samych siebie: Co wnoszę do życia mojego Kościoła? Czy jestem jak Piotr – gotów podjąć odpowiedzialność, mimo lęku? Czy jestem jak Paweł – gotów głosić Chrystusa tam, gdzie jeszcze Go nie znają? Święci Piotr i Paweł nie zostali świętymi, bo byli doskonali. Zostali świętymi, bo zaufali Jezusowi i służyli Mu całym sobą. Ich życie pokazuje, że Bóg przemienia słabości w siłę, a codzienną wierność – w świętość.
Niech zatem dzisiejsza uroczystość będzie dla nas nie tylko wspomnieniem, ale i wezwaniem: do modlitwy za Kościół święty, powszechny, apostolski, „zbudowany na skale” przez Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Módlmy się w intencji Ojca Świętego, papieża Leona XIV, oraz wszystkich, którzy głoszą katolicką wiarę. Starajmy się dostrzegać Chrystusa w sobie nawzajem i wspólnie budujmy Jego Kościół. Podobnie jak Piotr i Paweł, pozwólmy łasce Bożej nas przemieniać i dać nam siłę, byśmy byli odważnymi świadkami Ewangelii w naszej codzienności.
„Święci Apostołowie Piotrze i Pawle, módlcie się za nami, abyśmy jak wy, z miłości do Chrystusa, oddawali nasze życie – dzień po dniu – dla dobra Kościoła i zbawienia świata. Amen”
o. Łukasz Baran CSsR – „redemptor.pl

Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, Parafia Matki Bożej Królowej Polski
(Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy) – Elbląg
Wybór Boga
Nasze przylgniecie do Boga niekiedy zyskuje właśnie przez to, że przestajemy się zadręczać własnymi upadkami.
Nasza marka osobista, wartość marki osobistej. Czy można myśleć o sobie w takich kategoriach, w takim kluczu żyć, działać – zupełnie świadomie, niemal na zimno wybierać to, co nam przynosi długofalową korzyść, co ją buduje? Czy nie nazbyt to biznesowe, wykalkulowane, sztuczne? Właściwie nie wiem, czy można – a raczej czy się powinno – ale te rozmaite końce, które koniec czerwca nieodmiennie przywodzi na myśl, pchają myśli w tę właśnie stronę.
Bo taki koniec roku, etapu, sezonu. A także koniec zabawy, narzeczeństwa, koniec czasu na zastanawianie się. I to nasze „już dość!” wypowiadane stanowczo lub błagalnie wobec różnorakich kwestii. W którą stronę nas pchnęły, co przyniosły ze sobą, co będą znaczyć?
Trudno wyrokować we własnej sprawie, ale i uciec się od tego nie da. Życie jakoś domaga się podsumowań, choćby tych bezwiednych. Wnioski są wyciągane i się wyciągają. Są ważne – choćby w kontekście przyszłych wyborów, uczą ostrożności lub przeciwnie, większego rozmachu, szczodrości, odwagi.
Czasami może najbardziej doskwiera nam świadomość, że trzeba było pomyśleć przed. Jednak – na dobrą sprawę – i z nią trzeba skończyć, trzeba odpuścić, trzeba ją zostawić. Słowo się rzekło, mleko się rozlało, coś już za nami. Zrobiliśmy, co zrobiliśmy. Jesteśmy, gdzie jesteśmy. Nasze osobiste notowania spadły? Być może. Ale na tym koniec.
Nasze przylgniecie do Boga niekiedy zyskuje właśnie przez to, że przestajemy się zadręczać własnymi upadkami. A właściwie także odwrotnie, i to może o wiele bardziej – przylgnięcie ten związek z grzechem osłabia. Nie chodzi tu bynajmniej o jakąś niewrażliwość sumienia, raczej o nadanie mu właściwiej miary.
Jakkolwiek to nazwiemy: postawieniem granicy, wyborem ośrodka zainteresowania (Bóg, nie my), a nawet biznesową decyzją (bo nastawioną na przyszły, ostateczny zysk). Nasze cechy, kompetencje, doświadczenia i reputacja – zogniskowane na tym jednym, podstawowym punkcie. Nasza rozpoznawalność rozstrzyga się właśnie tutaj. Właśnie tu zaczynamy coś znaczyć.
Budowanie własnej marki to niewątpliwie proces. Potknięcia, tąpnięcia, katastrofy zdarzają się przecież najlepszym, co dopiero nam. Każda droga od sukcesu do sukcesu niekoniecznie wygląda tak jakby się zdawało. Nie nazbyt gładka, pełna wybojów i spodziewanych przecież niespodziewanych przeszkód – taka jest. A przecież posuwamy się do przodu.
Katarzyna Solecka – „wiara.pl”
"Pozwalaj na wszystko, co się wiąże z Medjugorie".
Co naprawdę myślał Jan Paweł II o objawieniach Matki Bożej?
Jan Paweł II nigdy nie odwiedził Medjugorie, choć bardzo tego pragnął. Wielokrotnie wyrażał swoje poparcie dla tego miejsca - prywatnie, w rozmowach z biskupami, przyjaciółmi, a nawet w listach. Papież widział w Medjugorie kontynuację Fatimy i "duchowe centrum świata". Dlaczego więc nigdy oficjalnie nie zabrał głosu? Jak wyglądały jego spotkania z widzącymi? I dlaczego Matka Boża z Medjugorie tak często mówiła właśnie o nim? Przeczytaj fragment książki Doroty Szczerby "Sekret Medjugorie".
Jan Paweł II nie mógł pojechać do Medjugorie, mimo że chciał to uczynić, choćby w 1997 roku, gdy podczas swej pielgrzymki do Bośni i Hercegowiny był tak blisko - w Sarajewie. O jego woli zaświadczyło później wiele osób, między innymi prezydent Chorwacji - Franjo Tuđman. Nie mógł też, dopóki trwają objawienia i prace kolejnych komisji, wypowiadać się na ten temat publicznie. Wielokrotnie jednak czynił to w trakcie spotkań prywatnych, odpowiadając na pytania biskupów z różnych części globu, lub - jak w przypadku biskupa Pavola Hnilicy, swego bliskiego przyjaciela - sam inicjował rozmowę o Medjugorie.
25 marca 1984 roku Jan Paweł II w jedności z wszystkimi biskupami świata dokonał poświęcenia świata i Rosji Niepokalanemu Sercu Maryi. Siostra Łucja dos Santos stwierdziła, że dopiero to poświęcenie było takim, o jakie prosiła Pani, objawiając się jej i dwojgu innym dzieciom w Fatimie.
Biskup Hnilica pragnął być tego dnia, jako jedyny z biskupów katolickich, w Moskwie, by tam dokonać owego aktu. I rzeczywiście, 24 marca - w przeddzień poświęcenia - znalazł się w stolicy Rosji. Na Kremlu, w Muzeum Ateizmu, gdzie niegdyś była świątynia, udawał, że czyta "Prawdę". Faktycznie jednak między stronami gazety umieścił napisany przez papieża tekst poświęcenia świata. Stanął za dawnym ołtarzem i sposobem, którego nauczył się w więzieniu, mając w kieszeniach ukrytą odrobinę chleba i wina, odprawił Eucharystię. Dzień później dotarł do Rzymu.
Ponad ćwierć wieku na rynku – seria Źródła Myśli Teologicznej wciąż fascynuje i inspiruje. Poznaj jej fenomen 👉🏻
Wtedy Jan Paweł II zaprosił go na śniadanie, na którym zapytał swego przyjaciela, czy był już w Medjugorie.
- Nie, Ojcze Święty, Watykan mi odradzał - odparł biskup Hnilica.
Na to papież ruchem ręki zasugerował, by się tym nie przejmował:
- Pojedź tam incognito i opowiedz mi, co widziałeś. Potem Ojciec Święty podszedł do półki, zdjął z niej książkę Renégo Laurentina (...). przeczytał kilka orędzi i stwierdził:
- Medjugorie to kontynuacja Fatimy. Realizacja Fatimy! Dzisiejszy świat zatracił poczucie nadprzyrodzoności, ale odnajduje je w Medjugorie przez modlitwę, post i spowiedź sakramentalną.
Po tym spotkaniu biskup Hnilica zaczął regularnie odwiedzać Medjugorie, a po powrocie zdawał relację papieżowi. Zaprzyjaźnił się z mieszkającą tam na stałe siostrą Emmanuel ze Wspólnoty Błogosławieństw, której opowiedział wspomnianą wyżej historię.
"Pozwalaj na wszystko, co się wiąże z Medjugorie"
25 marca 1994 roku, gdy biskupi uroczyście obchodzili dziesiątą rocznicę aktu zawierzenia świata, biskup Hnilica dokonał go w Medjugorie na Wzgórzu Objawień.
Dokładne wyliczenie, co i któremu biskupowi (lub grupom biskupów) powiedział na temat Medjugorie Jan Paweł II, wymagałoby wielu wyjaśnień, dlatego wymienię tylko niektóre.
Grupie brazylijskich biskupów, będących na rekolekcjach w Watykanie, Jan Paweł II - niepytany - powiedział: "Módlcie się za mnie w Medjugorie". Potem wielu z nich się tam udało. W rozmowie z biskupem Murilo Kriegerem z Brazylii stwierdził:
"Medjugorie to duchowe centrum świata".
Kiedy biskup Patrick Flores z San Antonio w Teksasie zapytał, czy ma pozwalać na pielgrzymki do Medjugorie, usłyszał: "Pozwól ludziom, aby tam jechali. Tam się modlą". Gdy sam przyznał, że ma zaproszenie do Medjugorie, papież rzekł: "Jedź i módl się za mnie!". Z kolei arcybiskup Felipe Santiago Benítez Ávalos z Paragwaju na pytanie, czy ma się zgadzać na duże spotkania z franciszkanami z Medjugorie, usłyszał: "Pozwalaj na wszystko, co się wiąże z Medjugorie". W listopadzie 1990 roku, podczas zakończenia synodu biskupów koreańskich miał miejsce taki dialog:
- Dzięki waszej świątobliwości Polska została wyzwolona z komunizmu.
- Nie ja to uczyniłem - odrzekł papież. - To dzieło Matki Bożej, tak jak Ona zapowiedziała to w Fatimie, w Medjugorie.
24 listopada podczas obiadu z biskupami znad Oceanu Indyjskiego Jan Paweł II wyjaśniał: "Jak powiedział Hans Urs von Balthasar, Maryja jest Matką, która ostrzega swoje dzieci. Wielu waha się wobec Medjugorie i objawień trwających już wiele lat. Lecz orędzie jest przekazywane w szczególnym kontekście, odpowiada sytuacji w kraju objawień. Orędzie kładzie nacisk na pokój, na relacje pomiędzy katolikami, prawosławnymi i muzułmanami. Jest kluczem do zrozumienia tego, co się dzieje i co będzie się działo w świecie".
Spotkania Jana Pawła II z widzącymi
Poruszające są opisy spotkań Jana Pawła II z widzącymi. Mirjana tak opowiada o wizycie w 1987 roku u Ojca Świętego:
"Uczestniczyłam w pielgrzymce Chorwatów do Rzymu z okazji Roku Maryjnego. Podczas audiencji Ojciec Święty, przechodząc, pobłogosławił nas dokładnie w chwili, gdy znajdował się naprzeciwko mnie. Kiedy niektórzy zaczęli wołać, kim jestem, papież wrócił i znowu mnie pobłogosławił. Potem przyszli nam powiedzieć, że Ojciec Święty pragnie mnie widzieć w Castel Gandolfo. (…) Spotkanie z papieżem trwało około dziesięciu minut. Najpierw zaczął mówić po polsku, myśląc, że rozumiem. Ale zorientował się, że lepiej będzie rozmawiać po włosku. Jego słowa zapadły mi głęboko w serce:
- Gdybym nie był papieżem, już dawno pojechałbym do Medjugorie. Ale nawet jeżeli nie mogę pojechać, wiem wszystko i śledzę wszystko, co się tam dzieje. Chrońcie Medjugorie. Jest nadzieją świata.
Płakałam i nie mogłam wykrztusić słowa, miałam ściśnięte gardło. W jego spojrzeniu widać było, że to święty. Oczy błyszczały mu, kiedy mówił o Maryi, był rozmiłowany w Dziewicy".
Vicka Ivanković spotkała się z Janem Pawłem II - jak twierdzi - około dziesięciu razy: "Zapamiętałam zwłaszcza tych kilka spotkań w czasie wojny, gdy wraz z ojcem Jozo przywieźliśmy jakieś trzydzieści autokarów wdów, sierot i rannych na specjalną audiencję do bazyliki św. Piotra. Papież pozdrowił nas w sposób szczególny, tuląc i całując osierocone dzieci. Ja stałam przy ołtarzu i przedstawiałam kolejne grupy z różnych parafii Bośni i Hercegowiny".
Jan Paweł II przysłał ojcu Jozowi i Vicce podpisane przez siebie błogosławieństwo. Brzmi ono: "Dziękuję ci i niech Matka święta nie przestaje ci błogosławić. Dziękuję ci za opiekę nad Jej orędziem".
Po śmierci Ojca Świętego jego przyjaciel, Marek Skwarnicki - poeta, publicysta i prozaik - opublikował prywatne listy papieża, które  przez cały okres pontyfikatu otrzymywał wraz z żoną Zofią. W sześciu z nich jest wzmianka o Medjugorie. Przytoczę najważniejsze zdania:
"Codziennie wracamy modlitwą do Medjugorie" (28 maja 1992).
"Pani Zofii dziękuję za wszystko, co łączy się z Medjugorie. Ja też codziennie pielgrzymuję tam w modlitwie z wszystkimi, którzy tam się modlą - albo stamtąd czerpią wezwanie do modlitwy. Dziś to wezwanie zrozumieliśmy lepiej" (8 grudnia 1992).
"Patrzę w tamtą stronę i zdaje mi się, że nie można zro- zumieć dzisiejszych strasznych wypadków na Bałkanach bez Medjugorie" (6 grudnia 1993).
"Pani Zofia pisze o Bałkanach. Teraz chyba lepiej rozumie się Medjugorie. To jakieś «naleganie» Matki rozumie się dziś lepiej, mając przed oczyma wielkość zagrożenia. Równocześnie odpowiedź szczególnej modlitwy - i to ludzi z całego świata - napawa nadzieją, że i tutaj dobro zwycięży. Pokój jest możliwy" (25 lutego 1994).
W Medjugorie Gospa kilkakrotnie wspominała widzącym o Janie Pawle II lub kierowała orędzia wprost do niego. Był jedyną osobą tak często wymienianą w orędziach. Można stwierdzić, że nawiązał się wzruszający dialog: on mówił o Niej, Ona - parokrotnie o nim lub wprost do niego.
8 listopada 1981 roku Matka Boża w czasie objawienia trzymała w ręku fotografię papieża. Zapytała widzących, czy wiedzą, kto to jest, i powiedziała im: "To wasz ojciec, ojciec duchowy wszystkich".
"Jego wrogowie chcieli go zabić, ale ja go uchroniłam"
W rocznicę zamachu, 13 maja 1982 roku, Jan Paweł II pojechał do Fatimy podziękować za swoje ocalenie. Był przekonany, że "macierzyńska dłoń kierowała biegiem tej kuli, dzięki czemu papież w agonii zdołał się zatrzymać na progu śmierci". Gdy ówczesny biskup Leirii-Fatimy przyjechał po zamachu do Rzymu, Jan Paweł II przekazał mu kulę, która pozostała w papamobile. Kulę tę umieszczono w koronie figurki Matki Bożej Fatimskiej. 13 maja 1982 roku w Fatimie udaremniono kolejny zamach na życie papieża, choć fakt ten nie jest powszechnie znany. Wieczorem Gospa potwierdziła tę wiadomość: "Jego wrogowie chcieli go zabić, ale ja go uchroniłam".
26 września 1982 roku Matka Boża przekazała orędzie skierowane do papieża: "Niech się uważa za ojca wszystkich ludzi, a nie tylko chrześcijan. Niech niestrudzenie rozpowszechnia przesłanie pokoju i miłości wśród wszystkich ludzi". Orędzie to stało się inspiracją dla Jana Pawła do przygotowania międzyreligijnego spotkania w Asyżu 27 października 1986 roku, w trakcie którego przedstawiciele Kościołów chrześcijańskich oraz religii świata modlili się o pokój. Prócz chrześcijan w Światowym Dniu Modlitwy o Pokój wzięli udział wyznawcy judaizmu, islamu, buddyści, dżiniści, sikhowie, parsowie, wyznawcy afrykańskich religii plemiennych i Indianie Ameryki Północnej. Był to dzień modlitwy, postu i pielgrzymki. Po powitaniu wyznawcy różnych religii poszli modlić się w osobnych miejscach. Po południu spotkali się i odmówili modlitwy o pokój, nie tyle wspólnie, ile w swojej obecności. Jan Paweł II zakończył, mówiąc: "Osiągnięcie pokoju przekracza ludzkie siły, zwłaszcza w obecnej sytuacji, i dlatego jego źródeł i sposobów urzeczywistnienia go trzeba szukać w Rzeczywistości istniejącej ponad nami wszystkimi. (…) To właśnie wyrażamy, modląc się o pokój. Ja zaś pokornie powtarzam to, o czym jestem przekonany: pokój nosi imię Jezusa Chrystusa". Na koniec wezwał w modlitwie Królową Pokoju.
W zbiorach orędzi, którymi dysponuję, jeszcze jedno - przekazane przez Jelenę - skierowane jest bezpośrednio do papieża: "Módl się, módl się, módl się! Nie zniechęcaj się. Trwaj w pokoju, ponieważ Bóg daje ci łaskę pokonania szatana"; "Pragnę powierzyć papieżowi słowo, z którym tutaj przyszłam: «mir», pokój, który ma on szerzyć wszędzie. A oto orędzie przeznaczone specjalnie dla niego: niech  jednoczy lud chrześcijański swoimi słowami i naukami. Niech rozpowszechnia, zwłaszcza wśród młodych, orędzie otrzymane od Ojca w swych modlitwach, kiedy Bóg daje mu natchnienie" (16 września 1983).
10 lat później, przed wizytą Jana Pawła II w Zagrzebiu, gdy był już wyraźnie schorowany, Gospa powiedziała: "Drogie dzieci! Dziś łączę się z wami w sposób szczególny, prosząc o dar obecności mojego umiłowanego syna w waszej ojczyźnie. Módlcie się, kochane dzieci, o zdrowie dla mojego najdroższego syna, który cierpi, a którego wybrałam na te czasy. Modlę się i wstawiam u mojego Syna Jezusa Chrystusa, aby urzeczywistniły się marzenia, jakie mieli wasi ojcowie. Módlcie się, drogie dzieci, gdyż szatan jest silny i chce zniszczyć nadzieję w waszych sercach" (25 sierpnia 1994).
Trzecia tajemnica fatimska
W 2000 roku Jan Paweł II jeszcze raz powrócił do Fatimy, by beatyfikować widzące dzieci: Franciszka i Hiacyntę. Na zakończenie Mszy świętej kardynał Angelo Sodano wydał oświadczenie, które zelektryzowało opinię publiczną. Zapowiedział, na prośbę papieża, publikację trzeciej części tajemnicy fatimskiej wraz z komentarzem teologicznym. Jej publiczne ogłoszenie nastąpiło 26 czerwca 2000 roku, a komentarz przygotował ówczesny prefekt Kongregacji Nauki Wiary kardynał Joseph Ratzinger. Przez dziesięciolecia ludzie czekali i gubili się w domysłach, co owiana legendą tajemnica może zawierać.
Gdy została ogłoszona, zarówno napięcie, jak i zainteresowanie raptownie spadło. Ponieważ obecnie ta tajemnica jest mało znana, zamieszczę cały opis dotyczący objawienia z 13 maja 1917 roku, sporządzony przez siostrę Łucję na przełomie 1943 i 1944 roku:
"Zobaczyliśmy po lewej stronie Naszej Pani nieco wyżej Anioła trzymającego w lewej ręce ognisty miecz, iskrząc się, wyrzucał języki ognia, które zdawało się, że podpalą świat; ale gasły one w zetknięciu z blaskiem, jaki promieniował z prawej ręki Naszej Pani w jego kierunku; Anioł, wskazując prawą ręką ziemię, powiedział mocnym głosem: Pokuta, Pokuta, Pokuta! I zobaczyliśmy w nieogarnionym świetle, którym jest Bóg: coś podobnego do tego, jak widzi się osoby w zwierciadle, kiedy przechodzą przed nim, Biskupa odzianego w biel, mieliśmy poczucie, że to jest Ojciec Święty. Wielu innych Biskupów, Kapłanów, zakonników i zakonnic wchodzących na stromą górę, na której szczycie znajdował się wielki Krzyż zbity z nieociosanych belek jak gdyby z drzewa korkowego pokrytego korą; Ojciec Święty, zanim tam dotarł, przeszedł przez wielkie miasto w połowie zrujnowane i na poły drżący, chwiejnym krokiem, udręczony bólem i cierpieniem,  szedł, modląc się za dusze martwych ludzi, których ciała napotykał po drodze; doszedłszy do szczytu góry, klęcząc u stóp wielkiego Krzyża, został zabity przez grupę żołnierzy, którzy kilka razy ugodzili go pociskami z broni palnej i strzałami z łuku i w ten sposób zginęli jeden po drugim inni Biskupi, Kapłani, zakonnicy i zakonnice oraz wiele osób świeckich, mężczyzn i kobiet różnych klas i pozycji. Pod dwoma ramionami Krzyża były dwa Anioły, każdy trzymający w ręce konewkę z kryształu, do których zbierali krew Męczenników i nią skrapiali dusze zbliżające się do Boga".
Obraz jest proroczą wizją, która nie opisuje przyszłych wydarzeń ani apokaliptycznych katastrof. Fakty odległe w czasie ukazuje na jednolitym tle, które można odczytywać jedynie symbolicznie. Zarówno kardynał Sodano, jak i kardynał Ratzinger stwierdzają, że fakty te zdają się należeć do przeszłości XX wieku. Przyjrzyjmy się symbolom. Anioł z ognistym mieczem przypomina obrazy znane z Apokalipsy. "Przedstawia groźbę wiszącą nad światem.  Myśl, że świat może spłonąć w morzu ognia, nie jawi się już bynajmniej jako czysty wytwór fantazji: człowiek sam przez swe wynalazki zgotował na siebie ognisty miecz. Wizja wskazuje potem na siłę, która przeciwstawia się mocy zniszczenia - jaśniejąca postać Matki Bożej i pochodzące w jakiś sposób od tego blasku - wezwanie do pokuty" - wyjaśnia kardynał Ratzinger.
Stroma góra i miasto symbolizują historię, która wznosi się ku swemu celowi - ku krzyżowi, przemieniającemu zniszczenie w zbawienie. Droga krzyżowa Kościoła, któremu przewodzi papież, opisuje minione stulecie jako wiek męczenników, wojen światowych i lokalnych. Kluczowa w obrazie postać papieża odnosi się do papieży: poczynając od Piusa X, szczególnie jednak do Jana Pawła II. W wizji zostaje on zabity. Fakt, że w rzeczywistości przeżył zamach, dowodzi - jak stwierdza kardynał Ratzinger - że "nie istnieje nieodwołalne przeznaczenie, że wiara i modlitwa to potężne siły, które mogą oddziaływać na historię, i że ostatecznie modlitwa okazuje się potężniejsza od pocisków, a wiara od dywizji".
Kluczem do tej wizji jest wezwanie Anioła: "Pokuta!", oraz jasność, światłość, blask pochodzące od Boga. Trzecia część tajemnicy fatimskiej podkreśla znaczenie ludzkiej wolności: przyszłość nie jest przesądzona, a wiara, pochodząca od Boga, i modlitwa, będąca odpowiedzią wiary - mają rzeczywistą moc.
Fragment książki Doroty Szczerby "Sekret Medjugorie".
Jak skończę szkołę, założę firmę, wychowam dzieci… i nagle życie minęło
Od najmłodszych lat wdrukowuje się nam w głowę jeden schemat: czekaj na lepszy moment. "Jak pójdziesz do szkoły, zobaczysz, jak będzie fajnie". "Jak zdasz maturę, wtedy zacznie się prawdziwe życie". "Jak skończysz studia, zaczniesz spełniać marzenia". "Jak założysz rodzinę, odnajdziesz sens". "Jak przejdziesz na emeryturę, wreszcie odpoczniesz". Każdy etap to obietnica, że teraz to tylko przystanek, ale za chwilę przyjdzie ten prawdziwy moment. Ten moment szczęścia, spełnienia, spokoju, satysfakcji.
Tylko że te momenty rzeczywiście przychodzą. I mijają. A w naszym życiu... niewiele się zmienia.
Przyznam szczerze: sama przez lata żyłam w tej iluzji. Po podstawówce miało być łatwiej, po maturze lepiej, na studiach wystarczyło przetrwać sesję, a potem miałam wreszcie wziąć życie w swoje ręce. Sesja się kończyła, nadszedł ten upragniony wolny czas i... nic się nie działo. Kalendarz pełen ambitnych planów zostawał pusty. Lista rzeczy do zrobienia rosła, a motywacja kurczyła się z każdym dniem.
Mówimy sobie: "Jeszcze nie teraz, jeszcze chwila. Teraz muszę zająć się pilnymi sprawami, ale potem zrobię to, co naprawdę ważne". I tak mijają dni, tygodnie, miesiące, lata. Ciągle przekładamy wszystko na jutro, na przyszły miesiąc, na kolejny rok. Jutro to magiczne słowo, które uspokaja sumienie. Daje złudzenie, że wciąż mamy kontrolę. Skoro planuję coś na przyszłość, to znaczy, że się tym zajmę. Ale samo planowanie jeszcze niczego nie zmienia.
Odkładamy swoje marzenia, plany, cele i pasje, jakbyśmy mieli do dyspozycji nieskończoną ilość czasu. Jakbyśmy byli właścicielami prywatnej wieczności. Jakby jutro było gwarantowane. Tylko że nie jest.
Bo nikt z nas nie wie, ile tego czasu mamy.
Nie jesteśmy nieśmiertelni. Nikt nam nie obiecał kolejnego roku, kolejnego miesiąca, kolejnego weekendu. Nie podpisaliśmy kontraktu z losem na długie, spokojne życie. A mimo to żyjemy, jakbyśmy mieli zapisane sto lat w zdrowiu i szczęściu. A los bywa bezwzględny. Wystarczy jedna sekunda: wypadek, diagnoza, telefon z wiadomością, która przewraca całe nasze życie do góry nogami. I nagle wszystkie plany "na później" zamieniają się w listę niespełnionych marzeń.
Dlaczego więc odwlekamy? Dlaczego tak często wybieramy czekanie? Bo to wygodne. Bo daje poczucie pozornej kontroli nad własnym życiem. Mówienie sobie: "od jutra zacznę" przynosi chwilową ulgę. Przecież planuję, mam dobre intencje, myślę o tym. To powinno wystarczyć. Ale życie nie zmienia się od intencji. Zmienia się od działania.
Psychologia zna to zjawisko doskonale. To tzw. prokrastynacja planowana. Mózg dostaje nagrodę za samą myśl o działaniu. Wyobrażanie sobie sukcesów daje chwilową satysfakcję, choć nie ruszyliśmy się nawet o krok. A im więcej planujemy bez konkretnego ruchu, tym trudniej jest w końcu zacząć. Bo rośnie lęk: "co, jeśli mi się nie uda?". A gdy cel przez lata urasta do rangi wielkiego marzenia, sam jego ciężar staje się paraliżujący.
Ale nie chodzi tylko o lęk. Chodzi też o nawyki. Żyjemy w kulturze permanentnego czekania na lepszy moment. Dziś trzeba się przemęczyć, bo kiedyś będzie lepiej. Najpierw nauka, potem dobra praca. Najpierw kariera, potem rodzina. Najpierw dzieci, potem czas dla siebie. Najpierw spłata kredytu, potem podróże. Najpierw emerytura, potem odpoczynek. Tyle że czasem to "potem" wcale nie przychodzi. A jeśli nawet przyjdzie, okazuje się, że całe życie uczyliśmy się czekania, a nie życia. I kiedy wreszcie mamy wolny czas, nie wiemy, co z nim zrobić. Bo nie nauczyliśmy się być tu i teraz. Nauczyliśmy się tylko odkładać.
Ile razy w dzieciństwie słyszeliśmy: "Jeszcze się w życiu napracujesz"? Dorosłość miała być nagrodą. A kiedy wreszcie nadeszła, okazała się często bardziej wymagająca niż dzieciństwo. Ile razy mówiliśmy sobie: "Jeszcze tylko ta sesja. Jeszcze tylko ten projekt. Jeszcze tylko to zlecenie. Jeszcze tylko wakacje. Jeszcze tylko kredyt hipoteczny. Jeszcze tylko dzieci pójdą na swoje. Jeszcze tylko emerytura...". Takie "jeszcze tylko" potrafi pochłonąć całe życie.
Każdego dnia odkładamy drobiazgi. Telefon do przyjaciela. Wizytę u rodziców. Odważną rozmowę z kimś bliskim. Wyznanie uczuć. Kurs językowy. Pierwszy rozdział książki. Założenie działalności. Podróż w nieznane. Odkładamy wszystko, co daje życie, na kiedyś. Jakbyśmy mieli nieograniczony zapas dni.
Tymczasem brutalna, ale wyzwalająca prawda brzmi: mamy tylko dziś. Tylko ten dzień, tę godzinę, tę chwilę. To, co zrobimy teraz, decyduje, kim jesteśmy. Decyduje, czy nasze życie ma sens.
Nie chodzi o to, by żyć w ciągłym lęku przed śmiercią. Chodzi o to, by żyć świadomie. By nie oszukiwać samych siebie, że kiedyś w końcu się zaczniemy starać. Bo odkładanie wszystkiego na "po studiach", "po wakacjach", "po ślubie", "po dzieciach", "po awansie", "po emeryturze" jest pułapką, która odbiera nam teraźniejszość.
Może więc warto zrobić coś dla siebie właśnie dziś. Może zamiast kolejny raz mówić sobie: "Jak skończę szkołę, wtedy się za to wezmę" lepiej zrobić choć mały krok teraz. Nauczyć się nowego słowa w obcym języku. Napisać pierwszą stronę książki. Zadzwonić do kogoś, kogo długo unikamy. Wyjść na spacer. Zrobić coś drobnego, ale realnego. Bo tylko dziś mamy pewność.
Bo jutro wcale nie musi nadejść.
Julia Hap – „deon.pl”
Jak Kościół czcił Eucharystyczne Serce Jezusa? Zapomniane święto, które porusza serca
Ta mała, biała Hostia jest posłuszna dłoniom prezbitera. Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia przemienia się w żywego Jezusa. Rozumiecie to? Serce Jezusa tak nas ukochało, że za każdym razem podczas mszy św. ożywa i umiera! W rozmowie z Aleteią o. Mariusz Balcerak, jezuita, wicepostulator procesu o. Józefa Andrasza, krakowskiego spowiednika św. s. Faustyny, mówi o święcie Eucharystycznego Serca Jezusa.
Aleteia: Poszukując informacji o Słudze Bożym, o. Józefie Andraszu w starych księgach, natrafił ojciec na ślady wyjątkowego święta – Eucharystycznego Serca Pana Jezusa. W internecie niemal nic nie można o nim znaleźć…
O. Mariusz Balcerak SJ: Rzeczywiście, w starych księgach odnalazłem wiele wiadomości o święcie, o którym chyba większość z nas nie słyszała. Kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa to połączenie kultu Eucharystii i Najświętszego Serca Pana Jezusa.
W 1878 r. papież Leon XIII potwierdził, że nie sposób jest oderwać od siebie obu tych kultów, a papież Benedykt XV w 1921 r. zatwierdził formularz mszalny o Eucharystycznym Sercu Jezusowym. To on także zapoczątkował liturgiczne wspomnienie w czwartek, kończący oktawę Bożego Ciała. Natomiast papież Pius XII w encyklice Haurietis aquas (Zaczerpnijcie wody) z 1956 r. napisał, że „trudno byłoby zrozumieć moc tej miłości, która kazała Chrystusowi stać się naszym duchowym pokarmem, jeśli nie pielęgnowalibyśmy w sposób szczególny kultu Eucharystycznego Serca Jezusowego. Ten kult jest zaproszeniem, byśmy coraz bardziej odkrywali tajemnicę miłości Chrystusa do nas. Jak widzimy kult Eucharystycznego Serca Pana Jezusa jest ważny dla Kościoła.
Decyzje papieży stanowią zwieńczenie rozważań o Eucharystycznym Sercu Jezusa, które rozpoczęto dużo wcześniej…
Już blisko 300 lat przed decyzjami papieży wierni mieli pewne intuicje. Pionierami byli przedstawiciele szkoły duchowości zwanej École Française reprezentowanej przez Pierre de Bérulle (1575-1629) oraz Charlesa de Condren (1588-1641). Zwrócili oni uwagę na Jezusa Chrystusa w Hostii, który jest zarazem kapłanem i ofiarą, złożoną Ojcu na krzyżu – i uobecnianą w każdej mszy św. To rozumienie prowadzi nas w kierunku przebitego Serca Jezusa, które zdecydowało się podjąć tę ofiarę.
Z kolei Jean-Jacques Olier  (1608-1652) zwracał uwagę na to, że podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, Chrystus staje przed człowiekiem w postawie całkowitego wyniszczenia się z miłości do Ojca i do stworzenia. To pierwszy moment, w którym podkreśla się, że wyniszczenie następuje nie tylko na poziomie ciała, ale też serca – czyli rezygnacji z własnej woli i pragnień po to, żeby spełnić wolę Ojca. Warto też wspomnieć św. Jana Eudesa (1601-1680), który łączy kult Serca Jezusa i Maryi z Eucharystią – szczególnie czczoną podczas mszy św.
Objawienia Najświętszego Serca Jezusa
I tu przychodzi czas na wspomnienie słynnych objawień św. Małgorzacie Marii Alacoque (1647-1690)?
Tak. Św. Małgorzata doświadczyła około osiemdziesięciu objawień Serca Jezusowego, które – mówiąc w ogromnym skrócie – zmierzały do ustanowienia święta ku czci Serca Jezusowego, komunii św. wynagradzającej  i uroczystemu wynagradzaniu Chrystusowi, odmawianemu przed Najświętszym Sakramentem.
Jednak wciąż nie wspomniano tu o Eucharystycznym Sercu Jezusa, chociaż te powiązania  były jednoznaczne…
Tak. Pierwszy raz tego określenia użył Jean Paul Salut w dziele wydanym w latach 1701-1703, zgłębiając chwałę Serca Pana Jezusa w Eucharystii, a potem w 1706 r. Antoine Ginther, zgłębiając miłość Serca Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Widać więc tu wyraźnie, że duchowość Eucharystycznego Serca Jezusa rozwija się po rewolucji francuskiej, która przyniosła ogromne zniszczenie moralne i duchowe.
Adoruj Przenajświętsze Serce Jezusa w Eucharystii odmawiając tę modlitwę
Co ciekawe, w latach 50. i 60. XIX w.  pojawiło się sporo zgromadzeń męskich i żeńskich, które nawiązują w swoim charyzmacie do Najświętszego Serca i do adoracji Najświętszego Sakramentu, często w duchu wynagrodzenia.
Dokładnie. Należy tu wspomnieć św. Piotra Julian Eymarda (1811-1868), który założył Zgromadzenie Księży Najświętszego Sakramentu i Zgromadzenie Służebnic Najświętszego Sakramentu.  W tym czasie także świeccy zakładali stowarzyszenia i bractwa, szerzące kult Eucharystycznego Serca Boga, które jest obecne w Najświętszym Sakramencie. Papież Pius IX udzielił w 1868 r. trzem francuskim biskupom zgody na używanie inwokacji „Sercu Eucharystycznemu Jezusa należy się w każdej chwili cześć, uwielbienie, miłość i dziękczynienie we wszystkich tabernakulach świata aż do skończenia wieków”. W zbiorze odpustów, związanych z modlitwami do Eucharystycznego Serca Jezusa, papież Leon XIII w 1787 r. bardzo mocno łączył Serca Jezusa z sakramentem ołtarza. A w 1903 r. wyniesiono w Rzymie Bractwo Eucharystyczne Serca Jezusowego do poziomu arcybractwa. Pius X wzbogacił kult do Eucharystycznego Serca Jezusa licznymi odpustami. Kult Eucharystycznego Serca Jezusa rozwijał się dość mocno w zgromadzeniach redemptorystów oraz sercanów.
Różnice
Czym różni się kult Serca Jezusa od kultu Eucharystycznego Serca Jezusa?
Serce Eucharystyczne jest tym samym, co Serce Jezusa – z uwydatnieniem prawdy, że żyje Ono w świętych postaciach eucharystycznych. Równocześnie zwraca się uwagę, że jest to Serce, które tak ukochało człowieka, że stało się dla niego darem w Eucharystii. To właśnie podkreślali papieże Pius XI i Pius XII. A dziś, dzięki nauce, wiemy o tym jeszcze dużo, dużo więcej.
Idąc dalej: odpowiedź na Pani pytanie przynosi wspominania już encyklika Haurietis aquas, w której Pius XII nie mówi, że kult Eucharystycznego Serca Jezusa jest czymś innym od kultu Serca Jezusowego. Chodzi w nim raczej – jak podkreślają teologowie – o oddawanie czci Sercu Jezusa  w odniesieniu do Eucharystii, z wdzięcznością za Jej ustanowienie i zachowanie do końca świata. Chodzi tu także o miłość Jezusa, która jest żywa w Jego Sercu i w Eucharystii. I myślę, że to akcent, który dziś może dać nam nowe impulsy do przeżywania adoracji Najświętszego Sakramentu, Jego uwielbiania i wynagradzania Mu za zniewagi.
O. Józef Andrasz SJ: zapomniany spowiednik św. Faustyny. Ruszył proces beatyfikacyjny
A jak wyglądał kult Eucharystycznego Serca Jezusa u Sługi Bożego o. Józefa Andrasza, spowiednika św. s. Faustyny?
O. Andrasz napisał w latach trzydziestych XX w. niewielką książeczkę „Westchnienia i modlitwy do Eucharystycznego Serca Jezusa”. Podjął się w niej wyjaśnienia  teologicznego, jak rozumieć i przeżywać nabożeństwo do Niego. Wskazał na spójność kultu Eucharystii z kultem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Spisał także akty strzeliste, litanię, akt oddania się i modlitwę o uproszenie poprawy życia u Eucharystycznego Sercu Jezusa. Przygotowując proces beatyfikacyjny o. Andrasza odkrywam, że Eucharystyczny Kult Serca Jezusowego był u niego czymś niesamowitym. Myślę, że o. Andrasz, którego ludzie postrzegali jako odprawiającego mszę św. godnie i z pobożnością, doskonale rozumiał, że po konsekracji dokonuje się naprawdę coś mistycznego. Na ołtarzu pojawia się Bóg, który z miłości do człowieka zgadza się umrzeć za nas, aby nas zbawić. Jezus robi to ofiarnie, wie, że w ten sposób wznawia swą mękę; męczy się w agonii, aby pokazać człowiekowi jak bardzo nas umiłował. Po sposobie, w jaki o. Józef to opisuje w ,,Westchnieniach’’ mam takie wrażenie, że sam duchowo to przeżywał.
Cuda eucharystyczne
Wspomina ojciec o współczesnych badaniach naukowych, które rzucają jeszcze mocniejsze światło na te tajemnice. W jaki dokładnie sposób?
We wszystkich zbadanych cudach eucharystycznych, począwszy od Lanciano we Włoszech (VII w.) a na cudach w Buenos Aires (1996  r.), Sokółce (2008 r.) i Legnicy (2013 r.) kończąc, odkryto, że jest to prawdziwe ludzkie ciało z konkretnym DNA i prawdziwa ludzka krew grupy AB. Zbadano, że jest to dokładnie fragment mięśnia ludzkiego serca, odpowiedzialny za jego skurcze. W mięśniu sercowym znajduje się wiele białek, które wniknęły w tkankę – co oznacza, że w chwili pobierania wycinka serce żyło i cierpiało.
Cud w Lanciano przebadał w latach 1970–1971 profesor Odoardo Linoli. Cud w Buenos Aires badało dr Frederick Zugibe, patolog z Rockland County w stanie Nowy York. Cud w Sokółce został poddany dwóm niezależnym analizom. Cud w Legnicy przebadała m.in. naukowiec Barbara Engel – lekarz kardiolog, ordynator Oddziału Kardiologicznego w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Legnicy, która jest członkiem komisji diecezjalnej. Wszyscy naukowcy przed badaniem nie wiedzieli, skąd pochodzą próbki.
Ojcze Mariuszu, jakie z tego płyną wnioski?
Warto uświadomić sobie, że próbki do analizy medycznej były w każdym z tych przypadków pobierane w momencie, gdy serce znajdowało się w procesie przedśmiertelnym – oznacza to, że Eucharystia to Serce Jezusa w agonii. W niekończącej się fazie umierania – tak jakby resztkami sił, jeszcze żyło i chciało wyrazić miłość do swego Ojca: Zobacz Abba, to z miłości do Ciebie i do człowieka. Proszę, zrozumieć: Jezus w każdej konsekrowanej Hostii jest obecny ze swoim przebitym Sercem! Prezbiter wypowiada słowa konsekracji, składa dłonie i ta Hostia – mocą Ducha Świętego – przemienia się w żywego Jezusa. Od tego momentu żywy Chrystus staje się obecny na ołtarzu podczas mszy św., podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, gdy przebywa ukryty w tabernakulum i wtedy doświadcza nieustannej agonii.
Kult Eucharystycznego Serca Jezusa, który rozwijał się od XVI w. oznacza, że mistycy, o których rozmawialiśmy, odkrywali tę duchową głębię, którą dziś potwierdzają niezależni naukowcy: w Eucharystii znajduje się żyjąca tkanka Serca Jezusa. To Serce Jezusa bije na ołtarzach całego świata z miłości do nas; to Serce ożywa i umiera, ożywa i umiera. I finalnie daje nam się spożyć.
Spróbujmy to sobie uświadamiać, gdy przyjmujemy Najświętszy Sakrament.
Dorota Niedźwiecka – „aleteia.pl”
Bp Artur Ważny ustanowił duszpasterzy osób skrzywdzonych
W odpowiedzi na potrzebę troski duszpasterskiej wobec osób dotkniętych krzywdą w przestrzeni Kościoła, biskup sosnowiecki Artur Ważny powołał trzech duszpasterzy, których misją będzie towarzyszenie duchowe osobom skrzywdzonym oraz ich rodzinom.
Funkcję tę powierzono trzem kapłanom diecezji sosnowieckiej: ks. Arkadiuszowi Kajdasowi, ks. Mariuszowi Dydakowi i ks. Andrzejowi Jasińskiemu.
Zadanie duszpasterzy osób skrzywdzonych
Zadaniem duszpasterzy będzie udzielanie wsparcia duchowego, towarzyszenia w bólu i cierpieniu, a także budowanie przestrzeni bezpiecznego dialogu i modlitwy. "Ich posługa stanowi odpowiedź na wezwanie Kościoła do jeszcze większej wrażliwości i odpowiedzialności wobec tych, którzy w jego strukturach doświadczyli zranienia" - poinformował ks. Przemysław Lech, dyrektor Biura Prasowego Diecezji Sosnowieckiej.
Działalność duszpasterzy prowadzona będzie w oparciu o obowiązujące normy i dokumenty kościelne: wytyczne Stolicy Apostolskiej, w tym „Uniwersalne Ramy Wytycznych” opublikowane przez Papieską Komisję ds. Ochrony Małoletnich, a także wytyczne Konferencji Episkopatu Polski. Podjęta posługa będzie realizowana we współpracy z Delegatem Biskupa ds. Ochrony Małoletnich w Diecezji Sosnowieckiej, zgodnie z systemem ochrony osób małoletnich i bezbronnych obowiązującym w Kościele w Polsce.
Krok diecezji sosnowieckiej w stronę przejrzystości
Powołanie duszpasterzy osób skrzywdzonych jest kolejnym krokiem diecezji sosnowieckiej na drodze budowania kultury odpowiedzialności, przejrzystości i uzdrowienia. Wyrazem tej troski jest nie tylko reagowanie na przeszłe krzywdy, ale także tworzenie trwałych fundamentów dla przyszłości wolnej od przemocy i milczenia.
W czwartek o godz. 19.00 w sosnowieckiej kurii biskupiej odbędzie się spotkanie bp. Artura Ważnego i członków Komisji „Wyjaśnienie i Naprawa” z osobami skrzywdzonymi.
"Chcemy spotkać się z Wami i Was usłyszeć, przy kawie czy herbacie. Oczywiście, możecie przyjść z kamieniami. Ale sami będziecie mogli powiedzieć to, co czujecie i myślicie" - napisał w zaproszeniu biskup sosnowiecki.
Komisja „Wyjaśnienie i Naprawa” została powołana 24 października 2024 r. przez biskupa sosnowieckiego Artura Ważnego. Powstała w celu wyjaśnienia spraw trudnych i głęboko poruszających opinię publiczną, które zdarzyły się w ostatnich latach w tej diecezji.
"Najboleśniej zraniły one tych, którzy doznali trudnych do naprawienia krzywd spowodowanych niegodziwymi zachowaniami ludzi Kościoła. Jedną z form udzielenia im wsparcia oraz zapewnienia, że nie są osamotnieni w przeżywaniu swego dramatu, będzie wnikliwe zbadanie i wyjaśnienie okoliczności tych wydarzeń, aby móc podjąć stosowne decyzje i działania" - poinformowano w komunikacie Komisji z 16 grudnia ub. roku.
Źródło: KAI / tk
Koniec nauki, czy może jej początek?
Ostatni dzwonek wybrzmiał. Pozostało odebranie świadectw i można zacząć wakacje.  Jednych cieszy to bardziej, innych mniej. Dla wielu uczniów jest to czas głębszego oddechu. Nie ma korepetycji, miliona zajęć dodatkowych i wymagań, do których nie da się doskoczyć. Jeszcze tylko muszą jakoś przetrwać wysyp czerwonych pasków w mediach społecznościowych i można odetchnąć.
Wakacje. Różnie się nam kojarzą, bo dla jednych jest to czas kolonii, wyjazdów i różnych aktywności, dla innych po prostu nic nie robienie. Jedno i drugie ma szansę dać odpoczynek, ale tylko wtedy, gdy ten czas spędzimy mądrze. Tak by rzeczywiście był szansą na regenerację sił, a nie kolejną próbą udowodnienia sobie i innym swojej wartości. Może być czasem zwolnienia tempa, może też być kolejnym wyścigiem szczurów.
Myślę o świadectwach moich dzieci i o tym, jak czerwone paski niewiele znaczą. Owszem, sukcesy edukacyjne są ważne. Jednak nie ocena na świadectwie jest najważniejsza, ona tak naprawdę może nie mieć żadnego znaczenia. Ważne jest to, co było pomiędzy jedną, a drugą oceną. Wysiłek włożony w naukę. Wychodzenie do ludzi, nauka empatii, wchodzenie w nowe relacje. Podejmowanie się ról i zadań, które poszerzyły serce i umysł.  Zdobywanie umiejętności, które towarzyszyły nauce (choćby czat GPT, który wszedł z impetem w szkolne mury w mijającym roku szkolnym).
Patrzę na historię pewnego nastolatka. We wrześniu zmienił klasę, z powodu hejtu i przemocy jakiej doświadczał w poprzedniej grupie. Terapia, rozmowy, wsparcie najbliższych. Nade wszystko jednak jego walka. O to, by na nowo nauczyć się ufać. By nie trząść się na widok budynku szkoły. By znaleźć sens na nowo. Co oznacza jego czerwony pasek? Nic. Jego uśmiech oznacza wiele więcej. Wygrał, zdobył, zmienił otaczającą go rzeczywistość. Tam, gdzie przez długi czas rozlewało się zło ze swoją niszczycielską siłą, wpuścił dobro i wsparcie nowych kolegów. Doświadczył, że zło nie ma ostatniego słowa. Czy nie to jest największym sukcesem jaki mógł osiągnąć przez ostatni rok szkolny? Owszem, jest.
Kiedy więc nasze dzieci rozpoczną wakacje, warto poświęcić choć chwilę na docenienie ich wysiłku. Tego mierzalnego, który być może widać na świadectwach, oraz tego, który z pozoru mierzalny nie jest. Szkoła pozwala zdobyć wiedzę, choć nie zawsze przydatną w życiu (kto wkuwał budowę liścia, ten wie). Jednak nasz szkolny system nie zawsze uczy empatii, wzajemnego wsparcia, samorozwoju na wszystkich życiowych obszarach. Nie jest to jednak zadanie szkoły, to zadanie rodziców.
Na co komu czerwony pasek, skoro czuje się niekochany i ciągle zadaje sobie pytanie: po co ja żyję? Do czego potrzebne są mu dobre oceny, skoro nie potrafi odezwać się z szacunkiem do kolegów? Po co, drogi rodzicu? Czas wakacji to dobry moment na to, by usiąść ze swoim dzieckiem podczas urlopu, albo weekendu. Zatrzymać się i zapytać jak się czuje, co u niego słychać, co robi całymi dniami, z kim rozmawia, co czyta, co go teraz pasjonuje. Jeśli wysyłasz dziecko na kolonie – zadaj mu te pytania, gdy wróci. Być może będzie sztywno, nieswojo. Być może coś ci odburknie i odejdzie, zdziwiony, że pytasz o takie rzeczy. Pewnie będziesz miał odruch by uciec – w wirtualny świat, pracę, sprzątanie, cokolwiek. Nie daj się jednak łatwo spławić! Niech twoje dziecko poczuje, że nie jest dla ciebie ważne tylko wtedy, gdy przynosi ze szkoły dobre oceny, ale też wtedy, gdy mu się nudzi, gdy nie może błyszczeć przed tobą kolejnymi nagrodami zdobytymi na olimpiadzie. Niech poczuje, że to on jest cenny, a nie kolejne osiągnięcia.
Jeśli dziecko jest zauważone i kochane przez najbliższych, nie musi krzywdzić innych, by poczuć się lepiej. To najprostsza droga do wychowania człowieka mądrego. Nie tylko wykształconego, ale również mądrego życiowo. Takiego, który nie krzywdzi, który potrafi cieszyć się zarówno pracą, jak i odpoczynkiem. Który wie, że nie musi zdobywać, by być ważny.
Pozwólmy dzieciom w te wakacje odetchnąć. Gdy opadnie pył idealnych świadectw na Instagramie, wejdźmy choć trochę w świat naszego dziecka. Niech się uczy, rozwija, ale nie edukacyjnie. Niech wzrasta emocjonalnie. Jak nastolatek, który po traumatycznych doświadczeniach zaczął na nowo się uśmiechać, tak niech nasze dzieci zdobędą to, co w życiu w pewnym momencie liczy się najbardziej. Miłość. Ona zaczyna się w rodzinach. Dajmy jej naszym pociechom jak najwięcej.
Magdalena Urbańska – „deon.pl”
Francuski, karate, basen i… ciągły stres. Czy dzieciom naprawdę dziś za dobrze?
To oczywiste, że wyrażając swoje zdanie, czasami używamy skrótów myślowych. Nie mam z tym problemu, ponieważ w mniejszym lub większym stopniu robi to każdy z nas. Jednak czasami niektóre z nich mogą przysporzyć więcej szkód, niż z pozoru może się wydawać. Zwłaszcza jeśli dotykają takich obszarów jak wychowanie dzieci i ich zdrowie psychiczne - a stosująca je osoba cieszy się powszechnym autorytetem.
Słuchając ostatnio homilii, z ust kaznodziei usłyszałem słowa, które wzbudziły we mnie sporo emocji. Rozumiem ogólne przesłanie kazania, ale jako regularny uczestnik mszy świętej wiem, że trudno utrzymać pełne skupienie przez całe, zwłaszcza długie, kazanie. Każdemu zdarzają się momenty zamyślenia. Zatem na kapłanie spoczywa ogromna odpowiedzialność, by nie wypowiedzieć słów, które - wyrwane z kontekstu - mogą w negatywny sposób oddziaływać na postawy i decyzje słuchających, a także osoby mogące ponosić konsekwencje tych decyzji.
“Dzieci mają dzisiaj za dużo praw, a za mało obowiązków” - mniej więcej takie słowa padły wówczas z ambony. I choć wypowiedziane z troską, w niepodważalnie dobrych intencjach, wpisują się w niebezpieczny stereotyp, który nie przystaje do rzeczywistości wielu współczesnych młodych ludzi. Zdaję sobie sprawę, że w tym momencie wielu czytających może pomyśleć: “gdyby wyrywać słowa z kontekstu, to wiele wypowiedzi byłoby stereotypowych” albo “miał rację”. Moja odpowiedź jest następująca: “dwa razy tak”.
Ale… nie sposób nie zwrócić uwagi na fakt, że ze wszystkich grup społecznych, które mogą być dotknięte stereotypizacją, to właśnie dzieci pozostają najbardziej bezbronne, ponieważ są w pełni zależne od woli dorosłych - rodziców, wychowawców i nauczycieli, którzy kształtują ich rzeczywistość według swoich własnych ram, a nie - jak to często wybrzmiewa - “zachcianek rozwydrzonych dzieciaków”. W niektórych przypadkach stwierdzenie, które padło z ust tamtego księdza może być prawdą, ale w tym przypadku była to zwykła generalizacja.
Słowa tego kazania rezonowały we mnie jeszcze przez kilka kolejnych dni. Usiadłem więc na spokojnie, by poszukać jakichś danych - jak to jest z tymi prawami dziecka i czy rzeczywiście mają one za mało obowiązków. Natrafiłem na dokument, który idealnie wpisał się w wyszukiwaną frazę - Raport „Prawa dziecka w Polsce 2024”, opublikowany przez UNICEF Polska.
Możemy przeczytać, iż ok. 70 proc. zapytanych dzieci uważa, że ich rodzice i inni bliscy respektują ich prawa. To spadek o 10 p.p. w stosunku do 2019 roku. Z kolei kwestia wygląda zupełnie odmiennie w przypadku nauczycieli. Tylko 38 proc. przebadanych najmłodszych uważa, że przestrzegają oni ich praw, co z kolei jest spadkiem o 32 p.p. od 2019 roku.
Wygląda więc na to, że same dzieci są zupełnie innego zdania niż część dorosłych, którzy uważają, że młodzi mają dziś dużo praw. Słowo przeciw słowu - z tą różnicą, że dzieci mają znacznie mniej sprawczości. Można również postawić tezę, że uczniowie po prostu mają złe zdanie o nauczycielach ze względu na kojarzenie ich z koniecznością wypełniania obowiązków i idącym za tym lenistwem.
Problem w tym, że w dokumencie znalazł się jeszcze jeden zapis dotyczący tego problemu: “co dziesiąty rodzic uważa, że w szkołach nie przestrzega się praw dziecka. Wśród nauczycieli odsetek takich wskazań jest stale marginalny i wynosi obecnie 2 proc.”. Ta rozbieżność między rodzicami a nauczycielami naprawdę zaskakuje i może niepokoić.
Dzieci wskazują wyraźnie, że główną przyczyną ich codziennego stresu jest presja związana ze szkołą - ilością nauki i sprawdzianów. Ponad 70 proc. z nich zwraca uwagę na ten problem. Nie trafia on jednak do świadomości dorosłych, ponieważ tylko 9 proc. nauczycieli i 20 proc. rodziców uznaje go za kluczowy czynnik stresu najmłodszych. Przypomina się więc znane powiedzenie: “dzieci i ryby głosu nie mają”, bo różnica poglądów między dorosłymi i dziećmi naturalnie kończy się rychłą porażką tych drugich.
Chociaż jako dorosły - ale nie tak bardzo, by nie pamiętać, jak czują się dzieci XXI wieku - ośmielę się wystąpić zatem w roli adwokata tych najmłodszych ludzi, którzy uważają, że ich prawa wcale nie są dziś na piedestale, a wręcz przeciwnie - przykryte są kamuflażem twierdzeń o ogromnym dobrobycie, a wręcz mannie która spadła na ich pokolenie, bo przecież “kiedyś tego i owego nie było”.
Rzeczywiście, dzisiaj jest wszystko. Dzieci mają dostęp do edukacji na najwyższym poziomie i zajęć dodatkowych, o jakich kiedyś tylko można było marzyć - języków obcych, karate, basenu, gry na instrumentach i wielu innych. Za to ich kalendarze są nieraz wypełnione bardziej niż osób pracujących na etacie, a odpoczynek bywa traktowany jak strata czasu i marnowanie szans rozwoju. W dodatku nad wszystkim góruje presja osiągnięć.
Aktualnie dziecko musi być najlepsze, żeby “zapewnić sobie dobrą przyszłość”. A tak naprawdę niejednokrotnie to rodzice spełniają swoje niespełnione marzenia właśnie “przy użyciu” swoich potomków. Z tego właśnie rodzi się nie tylko zmęczenie, ale i lęk przed niespełnieniem oczekiwań, a często nawet depresja - choroba naszych czasów. Mają wszystko, a czasami brakuje im po prostu świętego spokoju i możliwości bycia… dzieckiem.
Można się spierać, jak należy dzisiaj wychowywać młode pokolenie. Ale to od nas zależy czy zatrzymamy się na uznawaniu ich generacji za “uzależnioną od telefonów” i “skupioną tylko na sobie”, czy też spojrzymy na nich po ludzku, zauważając ich problemy, które obecnie mają zupełnie inny charakter niż jeszcze 20 czy 30 lat temu. Mimo że są inne, wcale nie znaczy, że mniej dotkliwe.
Jeżeli więc żyjemy w świecie pełnym dobrobytu i możliwości, jako dorośli stańmy na wysokości zadania i zróbmy wszystko, żeby te perspektywiczne warunki życia wykorzystać tak, by nasze dzieci nie żyły w nich pełne towarzyszącego im codziennie lęku. Potrzeba najzwyczajniej, by emanowały spokojem i nadzieją, że po prostu jakoś to będzie - raz lepiej, raz gorzej, ale dadzą radę, zamiast ciągle obawiać się o swoją przyszłość.
Ale najpierw musimy sami przyznać, że świat, w którym dziś żyją najmłodsi wcale nie jest taki kolorowy. Może zacznijmy od nie powielania stereotypów. Zanim więc zarzucimy dzieciom, że „mają za dobrze”, zadajmy sobie pytanie: czy my, dorośli, daliśmy im prawo być po prostu dziećmi?
Miłosz Żemła – „deon.pl”
Planowanie wakacji może wykończyć. W naszej rodzinie ratuje nas te sześć zasad
Planowanie wakacji może już na wejściu matkę czy ojca wykończyć. Mnie osobiście pomaga trzymanie się kilku zasad. Pomagają mi one nie tracić zbyt wiele energii na przeszukiwanie internetów i zastanawianie się, jak odpocząć, by odpocząć. Gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że trzeba w te wakacje pogodzić ogień i wodę (wizytę na Krupówkach z ignacjańską medytacją), biorę głęboki oddech, siadam do biurka przed kalendarzem i zaczynam układać rodzinny wakacyjny tetris. Podpowiedzi, jak to zrobić minimalnym kosztem, ale jednak z sukcesem, jest sześć.
"Mental load" i planowanie wakacji
Czy kojarzycie może pojęcie "mental load"? To dość popularne na matczynych forach internetowych określenie na coś, co w języku polskim nazywa się chyba po prostu "obciążeniem codziennością". Kryje się za nim nie tylko psychiczna konsekwencja podejmowanego codziennie fizycznego wysiłku opiekuńczego, lecz także cały ten ukryty ogrom emocji i decyzji, jakie są nieodłącznie związane z funkcjonowaniem i zarządzaniem organizacją zwanej "domem".
Wiecie - ten niewymierny, ale jednak pochłaniający ludzką energię koszt pamięci - znajomości wszystkich niuansów żywieniowych potomstwa, przewidywania i zapobiegania potencjalnym konfliktom, organizacji logistyki i weryfikacji miliona wiadomości, którymi każdego dnia bombardowany jest rodzic. Gdy na horyzoncie coraz wyraźniej majaczą wakacje, najbardziej cieszy mnie szansa na złapanie oddechu właśnie w tym zakresie. Nie będzie trzeba śledzić (choćby jednym okiem, ale jednak!) tych wszystkich grup rodzicielskich, pamiętać, które dziecko kiedy i gdzie jedzie na wycieczkę, gdzie jest impreza urodzinowa kolegi, a gdzie Dzień Niebieskiej Kropki, na który wszystkie przedszkolaki powinny przyjść w stosownych kolorach lub kształtach. Juhu! Zanim jednak mój "mental load" zostanie nieco odciążony, pozostaje jeszcze jeden, ostatni "ładunek" do tego koszyka rodzicielskiego obciążenia: zaplanowanie naszych wakacji. Paradoksalnie to jest coś, co pożera sporo energii, ale ten wydatek jest (przynajmniej w naszej rodzinie) niezbędny, byśmy podczas wakacji naprawdę odpoczęli.
Wiedzieć, co nas i naszą rodzinę rzeczywiście... męczy
Nie mam tu na myśli drobiazgowego rozpisania checklisty odpoczywania, której potem trzeba się bardzo skrupulatnie trzymać. Chodzi mi raczej o to, że w rodzinie ciągle uczymy się rozpoznawać, co nas wszystkich i każdego z osobna rzeczywiście męczy. Czasami - jak u nas - bywa tak, że pod jednym dachem mieszkają np. sangwinicy, cholerycy i flegmatycy. Każdego z nich męczy co innego, każdy ma swoje ulubione formy aktywności, każdy w innymi tempie wypoczywa, a im młodsi, tym mniej wiedzy o sobie samym mają.
Na tym tle bardzo wyraźnie widzę, że warto zabiegać o wspólnie przeżyty czas urlopu, ale jednocześnie wiem, że nie złapiemy rzeczywiście oddechu w tej konstelacji, jeśli nie znajdzie się ktoś, kto ogarnie, zaproponuje i - być może nieco w duchu monarchii absolutnej (oczywiście oświeconej) - nada rodzinnemu gronu odgórnie jakiś kierunek i ramki. Rodzic jest naturalnie predestynowany do tej roli. Bo to on zazwyczaj pamięta o tych wszystkich niuansach temperamentów, charakter(k)ów, dotychczasowych doświadczeniach (to się sprawdziło, a to nie!) i potrafi skorzystać z wiedzy powszechnie dostępnej (np. takiej, że scrollowanie męczy, a nie relaksuje). Co nie zmienia faktu, że takie planowanie wakacji może już na wejściu matkę czy ojca wykończyć. Jak zatem zminimalizować ryzyko nadmiernego "mental loadu"?
Mnie osobiście pomaga trzymanie się kilku zasad. Pomagają mi one nie tracić zbyt wiele energii na przeszukiwanie internetów i zastanawianie się, jak odpocząć, by odpocząć. Ta lista oczywiście w jakiś sposób ewoluuje wraz z wiekiem dzieci i naszym, ale jej podstawą jest uważna obserwacja naszej rodzinnej codzienności. Jako mama widzę całkiem wyraźnie, kiedy fizyczne zmęczenie pomaga nam w psychicznym odpoczywaniu, a kiedy trzeba nam tylko i wyłącznie ciszy i odosobnienia. Gdy wszelkie znaki na niebie i ziemi pokazują, że trzeba w te wakacje pogodzić ogień i wodę (wizytę na Krupówkach z ignacjańską medytacją), biorę głęboki oddech, siadam do biurka przed kalendarzem i zaczynam układać rodzinny wakacyjny tetris. Podpowiedzi, jak to zrobić minimalnym kosztem, ale jednak z sukcesem, jest sześć.
Po pierwsze: natura!
Jak wakacje, to natura, natura i jeszcze raz natura. W naszych planach musi być przestrzeń, gdzie będzie można spokojnie odciąć się od elektronicznych bodźców i czy słońce, czy deszcz uprawiać kąpiele leśne, łąkowe spa czy przyrodnicze masaże duszy. Naprawdę nie musimy cieszyć oczu krajobrazami tropikalnej wyspy, by zachwycić się pięknem Bożego stworzenia. Jak Polska długa i szeroka, wszędzie można znaleźć zakątek, który pozwoli zaczerpnąć z dobrodziejstwa tego, jak niesamowicie piękny jest świat.
Po drugie: nie twórz logistycznego planu idealnego. Wybierz mniej
Dla tych z nas, którzy mają w sobie nienasycony głód wiedzy, trzeba uwzględnić takie "punkty programu", które pozwolą poznać nieco historii, kultury, dowiedzieć się czegoś nowego. Tu z pomocą przychodzi oczywiście internet, ale z jednym zastrzeżeniem: warto ograniczyć się do jednej czy dwóch konkretnych stron (najlepiej takich, którą podpowiedział ktoś zaufany) i po prostu powiedzieć sobie na głos, że nie musimy zobaczyć wszystkiego. Wielokrotnie doświadczyliśmy, że w tym nadmiarze opcji (przewodników, blogów, pasjonackich witryn internetowych), które mamy na wyciągnięcie palca w smartfonie, można utonąć i skutecznie "zawiesić" swoje sensory na Kompilacji Najbardziej Idealnego Planu Wakacyjnego W Historii Rodziny. Ta jedna zasada: podejmij decyzję i skorzystaj z jednego przewodnika, wykorzystaj jeden plan podróży, wybierz jeden szlak - nam oszczędza czas i energię. I sprawia, że bardziej skupiamy się na tym, co postanowiliśmy zobaczyć, a nie na logistyce połączenia różnych atrakcji.
Po trzecie: deleguj zadania dzieciom
Jako rodzic dbam o emocje - swoje i moich bliskich. Po pierwsze: wysłuchuję, daję się wygadać i próbuję za opowieściami usłyszeć to, co nie zostaje zwerbalizowane. Czy doskwiera bardziej brak snu, czy może samotność, czy może chodzi o to, że pragnę poznać coś nowego, zmienić przestrzeń itd. Po drugie, co - jak widzę - jest równie istotne, od połowy czerwca buduję "narrację" - "Hej, rodzinko, już wkrótce jedziemy odpoczywać, a żebyśmy szczęśliwie dopłynęli do Portu Relaks, potrzebujemy, by cała załoga wkładała w to wysiłek. Głównie emocjonalny. Byśmy się starali, dbali o siebie nawzajem i pielęgnowali w sobie wzajemną otwartość i zgodę na to, by godzić różne potrzeby". W tym kontekście dobrze działa (i bardzo przy okazji odciąża psychicznie rodzica) delegowanie zadań. Wciągnięcie wszystkich w dostosowane do wieku odpowiedzialności - np. przygotuj trasę na rodzinną wyprawę rowerową, znajdź w internetach to czy tamto, opracuj przewodnik na ten a ten dzień, zacznij pakować Plecaczek Ratowniczy. Tego typu aktywności pomagają poczuć się współautorem wakacyjnego odpoczynku. To trzyma w ryzach emocje, gdy zbyt blisko zakradną się nuda czy rozczarowanie.
Po czwarte: stwórz wasz osobisty "Plecaczek Ratowniczy"
Zadbanie o Plecaczek Ratowniczy to rzecz, która sprawdza nam się przynajmniej na tym etapie rodzicielskiej przygody, gdy pod jednym dachem mamy i nastolatki, i przedszkolaki. To mała torba, w której zazwyczaj jest blok i farby, ciastolina, gumy do żucia, karty i ciekawa książka. Najlepiej taka, którą można czytać całej rodzinie (czytanie na głos w samochodzie może być naprawdę kapitalną formą odprężenia dla wszystkich - zdarzyło nam się np. krążyć bez celu po osiedlu, bo wszyscy członkowie rodziny tak się wkręcili w historię, że nawet zmęczony 5h trasą tata powiedział, że musimy się dowiedzieć, jak ten rozdział się skończy i zanim zaparkował, wyjeździł z litr benzyny). Taki asortyment pomaga w sytuacjach, które na rodzinnych wakacjach zdarzają się przecież zawsze - gdy ilość lodów, słoneczka i hałasu zanadto przytłoczy albo niespodziewanie utkniemy w korku na autostradzie). Warto o nim pomyśleć zawczasu, nawet jeśli wiąże się to z koniecznością przewidzenia, co może być atrakcyjne i podjęcia kolejnych decyzji (co włożyć, by z plecaczka nie zrobiła się torba z IKEI).
Po piąte: mimo wakacji rutyna to wciąż nasz najlepszy przyjaciel
Wakacyjne eskapady to jednak w praktyce tylko kilka dni w tych dwóch miesiącach. Zatem u progu wakacji jako rodzice powtarzamy sobie i dzieciom bardzo głośno: rutyna to nasz sprzymierzeniec! Owszem, nie ma budzika, ale jasne określenie kilku nieodzownych, określonych punktów programu wakacyjnego dnia (jak ścielenie łóżka czy zjedzenie wspólnego posiłku) pomaga wszystkim realnie odpocząć nie mieć poczucia straconego czasu. Podobnie jak ustalenie sugerowanej godziny pójścia spać - niechże i to będzie północ, ale zadbanie o pewne ramy wspiera całą misterną konstrukcję rodzinnego odpoczywania.
Po szóste: zadbaj o czas i miejsce do spotkania z Bogiem. Bez Niego spokój nie wraca
6) Jeśli mamy wypocząć głęboko i naprawdę, to wiemy, że bez Pana Boga to się nie uda. W naszym planowaniu urlopowego relaksu staramy się zatem zadbać o to, by spotkanie z Nim miało szczególne miejsce. Nie jeździmy na rodzinne rekolekcje w wakacje, ale korzystamy z kościołów, sanktuariów czy klasztorów, które odkrywamy na naszych rodzinnych szlakach. Samo przebywanie w murach takich miejsc daje wytchnienie! W sposób szczególny pielęgnujemy więc czas i przestrzeń na modlitwę. Tak! Jest jej więcej! Ale tylko wtedy, gdy się o to zatroszczymy. W ferworze wakacyjnego rozleniwienia ryzyko, że wypracowany w roku szkolnym kontakt z Panem Bogiem się rozjedzie, jest przecież duże. A przecież ten wolny czas to wielka szansa, by tej Jego Obecności było więcej. I to jest coś, co naprawdę może dać człowiekowi oddech.
U progu lata ogromnie się cieszę na ten czas - swobody i wyjścia z codziennej krzątaniny szkolno-przedszkolnej. Mam nadzieję, że przyniesie on odpoczynek, którego każdy, czy ten mały , czy ten duży, potrzebuje. Patrzę na Pana Jezusa i dudnią mi Jego Słowa "odpocznijcie nieco". Lubię to Jego życiowe "nieco". Ono mi przypomina, że to odpoczywanie rzadko kiedy jest "totalne" i że warto o nie zadbać. Nie tyle w szczegółach, co w ogólnych ramach.
Agata Rusek – „deon.pl”
Starożytna katolicka praktyka kluczem do przeciwdziałania wypaleniu zawodowemu
Wraz ze wzrostem zmagań psychicznych - szczególnie wśród młodych ludzi można znaleźć odrobinę wytchnienia w tej pełnej wiary tradycji.
Od lat widzimy trend alarmującego wzrostu problemów ze zdrowiem psychicznym wśród młodych dorosłych. Dlatego tak ważne jest, aby znaleźć sposoby na zmniejszenie obciążenia psychicznego.
W końcu w dzisiejszych czasach istnieje pewien rodzaj zmęczenia, które nie ustępuje po przespaniu całej nocy. Jest to zmęczenie, które narasta po cichu przez tygodnie - a może nawet lata - terminów, powiadomień, nocnych przemyśleń i presji bycia stale dostępnym, coraz lepszym, stale online. Dla wielu młodych dorosłych to nie tylko trudny okres. To normalne życie.
A jednak w środku tej nadmiernie połączonej, przytłaczającej kultury dzieje się coś zaskakującego: coraz więcej młodych ludzi wraca do Kościoła.
Niekoniecznie przychodzą tam w poszukiwaniu odpowiedzi - przynajmniej nie na początku. Wielu młodych podzieliło się ze mną, że pojawiają się po prostu dlatego, że potrzebują miejsca, w którym mogą odetchnąć.
Kościół jako bezpieczna przystań
Dla młodych dorosłych poruszających się w chaosie współczesnego życia - niezależnie od tego, czy są to terminy uniwersyteckie, wypalenie korporacyjne, czy emocjonalne wyczerpanie mediami społecznościowymi - Kościół może wydawać się jednym z niewielu miejsc, które nie wymagają wydajności. Nikt cię nie ocenia. Nie potrzebujesz filtra. Możesz po prostu być.
Mogą wejść do cichego kościoła w dzień powszedni i zobaczyć uspokajające migotanie świec, snop światła przez witraże, a może kogoś po prostu siedzącego w ciszy. Bez słuchawek, bez pośpiechu. Po prostu... oddychanie. Trudno nie poczuć się oderwanym od zewnętrznego hałasu.
W tym miejscu pojawia się wielowiekowa tradycja świętowania szabatu - nie jako reguła, ale jako dar. Nie jako religijny obowiązek, ale jako cichy akt oporu.
Czy obserwujemy odrodzenie wiary na świecie?
A jeśli odpoczynek to coś więcej niż regeneracja?
Gdzieś po drodze wielu z nas nauczyło się postrzegać odpoczynek jako nagrodę za ciężką pracę. Zasługujesz na swój przestój. Zasługujesz na niedzielną drzemkę. A jeśli jeszcze na nią nie zasłużyłeś - cóż, lepiej pracuj ciężej.
Ale nie tak został zaprojektowany szabat. Od samego początku odpoczynek był częścią rytmu życia. Nawet Bóg odpoczywał. Nie dlatego, że był zmęczony, ale dlatego, że rozkoszował się przerwą. Chciał kontemplować dobro, które stworzył i cieszyć się nim.
Odpoczynek, zwłaszcza w młodym wieku, może wydawać się nieodpowiedzialny. Wszyscy inni wydają się naciskać, wspinać się, szlifować. Ale wycofanie się - wybór odpoczynku - może być radykalnym aktem zaufania. To przyjęcie idei, która nam przypomina: Nie definiuje mnie moja produktywność. Nie jestem maszyną. Jestem człowiekiem - a moja wartość nie jest czymś, co muszę udowadniać każdego dnia.
Szabat to nie tylko niedziela
Dla wielu słowo „szabat” przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, kiedy kazano nam „święcić niedzielę” - co mogło oznaczać zakładanie ładnych butów, siedzenie nieruchomo na mszy i być może powstrzymanie się od gier wideo.
Ale szabat w swoim głębszym znaczeniu to nie tylko niedziela. Chodzi o wyrzeźbienie świętego czasu - przestrzeni, która nie jest wypełniona osiągnięciami lub rozrywką, ale odpoczynkiem, refleksją i ponownym połączeniem (ale nie w mediach społecznościowych!).
Dla niektórych może to oznaczać odłączenie się od telefonów na godzinę. Dla innych może to oznaczać pójście na mszę pieszo lub wyjście na tyle wcześnie, by pokonać dłuższą drogę, a następnie pozostanie na miejscu bez pośpiechu. Może to być powolny posiłek z ludźmi, których kochasz. Drzemka bez poczucia winy. Dziennik, książka, chwila ciszy.
Odpoczynek nie jest lenistwem. Jest uzdrowieniem.
Sam Jezus wycofał się, aby odpocząć i modlić się - często odsuwając się od tłumów, nawet gdy nadal Go potrzebowały. To nie było samolubne. To było bardzo mądre.
Wypalenie to już nie tylko modne słowo. To kryzys zdrowotny, zwłaszcza wśród młodszych pokoleń. Zostaliśmy wychowani do wielozadaniowości, zgiełku, dbania o obecność w Internecie i budowania przyszłości. Ale wielu zdaje sobie sprawę, że ciągłe działanie nie prowadzi do głębokiego pokoju.
Kościół, ze wszystkimi swoimi starożytnymi tradycjami, oferuje coś głęboko kontrkulturowego: zaproszenie do zatrzymania się. Podczas adoracji eucharystycznej wierni siedzą w bezruchu bez żadnego planu. Podczas spowiedzi zrzucane są ciężary. W liturgii wchodzimy w rytm, który nie jest podyktowany wydajnością, ale pięknem.
Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni jesteście
Sercem szabatu jest proste zaproszenie Jezusa:”Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię” (Mt 11, 28-30)
Ten odpoczynek nie polega na ucieczce. Chodzi o powrót - do nas samych, do Boga, do tego, co najważniejsze.
Jeśli jesteś wyczerpany, nie jesteś sam. I być może, tylko być może, miejscem, w którym możesz znaleźć odpoczynek, jest kościół, ponieważ tam przekonasz się, że Kościół nie prosi cię o więcej.
Cerith Gardiner – „aleteia.pl”
Adam Stachowiak: Bóg przyjął mnie z otwartymi ramionami [wywiad]
Przez dwadzieścia lat byłem niewierzący. Gdy wróciłem, Bóg przyjął mnie z otwartymi ramionami. Dziś nazywam Go Tatą, powierzam Mu wszystkie swoje sprawy – mówi Adam Stachowiak.
Adam Stachowiak, uczestnik 7. edycji The Voice Of Poland. Piosenkarz, kompozytor, pomysłodawca i założyciel wytwórni muzycznej ABM Records. Jego utwór „Mamo” ma prawie 25 milionów odsłon na YouTubie. Mąż Ani, tata Agatki i Alicji. Nam opowiada o swojej drodze do Boga.
Aleteia: Jesteś pierwszym, i jak na razie jedynym artystą w Polsce, który nagrał płytę w wieku… czterech lat.
Adam Stachowiak: Ta płyta rzeczywiście była ciekawym wydarzeniem w moim życiu. Zamiast bawić się klockami czy w piaskownicy, wolałem spędzać czas w studiu muzycznym taty. Był tam keyboard, perkusja i wiele innych instrumentów, które absorbowały moją dziecięcą uwagę. Na wspomnianej płycie, zatytułowanej Anielskie Przeboje Czterolatka, znalazło się dwanaście utworów – teksty do nich napisał tata, a ja skomponowałem muzykę. Gdy już dzieło było ukończone, zgłosiliśmy je do ZAIKS-u.
Adam Stachowiak: Moja mama była cudowna
Podczas „Przesłuchań w ciemno” w The Voice of Poland zaśpiewałeś utwór, który dotyka czułych strun, jest przepięknym listem syna do matki.
To był pierwszy raz, kiedy utwór „Mamo” zaśpiewałem publicznie. Nie planowałem tego, zostałem wrzucony przez jurorów na głęboką wodę. Tata zawsze powtarzał, że wyjść na scenę i zaśpiewać o najskrytszych emocjach, to gorzej niż wyjść na scenę nago. I całkiem się z nim zgadzam. Moja mama była cudowną kobietą, dała nam bardzo dużo ciepła i miłości. Zmarła na raka w 2012 r. Utwór „Mamo” napisałem po jej śmierci.
Gdy umiera bliska osoba, doświadczamy ogromnego bólu. Co pomogło ci podnieść się po śmierci mamy?
Rodzina, przyjaciele, którzy byli w tamtym czasie ze mną i oczywiście muzyka. Pamiętam, był taki moment po śmierci mamy, że zupełnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Podszedłem do pianina i zacząłem komponować muzykę. Niektórzy dziwili się, że zamiast robić coś innego, gram. A ja po prostu tylko w ten sposób potrafiłem poradzić sobie z  emocjami.
Po śmierci mamy wrócił do The Voice Kids. „Gdyby nie ona, w ogóle bym nie śpiewał”
Stachowiak: Bóg przyjął mnie z otwartymi ramionami
W takich chwilach ze swoimi emocjami można też przyjść do Boga. Ale w tamtym czasie jeszcze w Niego nie wierzyłeś?
Przez dwadzieścia lat byłem niewierzący. Odrzucałem wiarę w Boga, ponieważ nie widziałem dowodów przemawiających za Jego istnieniem. Można powiedzieć, że byłem synem marnotrawnym. Gdy wróciłem, Bóg przyjął mnie z otwartymi ramionami. Dziś nazywam Go Tatą, powierzam Mu wszystkie swoje sprawy.
Co sprawiło, że zadałeś sobie pytanie: może jednak jest coś lub Ktoś więcej?
To był proces, który trwał kilka lat, wiara we mnie dojrzewała. Poznałem moją wspaniałą żonę. Ania pochodzi z rodziny, w której w Boga wierzy się od zawsze. Jestem jej wdzięczny za to, że nie nawracała mnie na siłę, nie zmuszała do wiary, ale pomogła ją odkryć. Zadawałem jej mnóstwo pytań.
Jakich?
Z początku nie wiedziałem nawet, kim jest Matka Boska, to był taki stopień niewiedzy (śmiech). Sporo o wierze rozmawialiśmy, bo ja po tych dwudziestu latach bycia niewierzącym chciałem dowiedzieć się wszystkiego, a przynajmniej jak najwięcej. Godzinami analizowaliśmy Pismo Święte. Doszliśmy do wniosku, że Bóg istnieje. Że musi istnieć, ponieważ wszystko za tym przemawia. Poznałem fajnych księży, później też wydarzyło się w moim życiu kilka cudów.
Izabela Trojanowska: Przed podjęciem trudnych decyzji proszę Boga o pomoc [wywiad]
Opowiesz o tych cudach?
Bóg wyciągnął mnie m.in. z depresji. Bywały dni, że nie miałem siły wstać z łóżka. Leżałem i patrzyłem w ścianę, byłem jak za szklaną szybą. Ania bardzo mnie wspierała. Zacząłem czytać książki i oglądać filmy o tematyce religijnej. Natrafiłem m.in. na kanał o. Szustaka. Dzięki niemu znalazłem odpowiedzi na wiele moich wątpliwości. Kiedy dziś wracam pamięcią do tamtych chwil, myślę, że ten czas, choć trudny, był potrzebny. Wydarzyło się wtedy wiele dobrych rzeczy. Dziś ten etap jest już za mną.
Modlisz się każdego dnia?
Modlitwa jest dla mnie bardzo ważna. Staram się żyć Słowem Bożym, praktykować je w życiu. Wiadomo, różnie bywa. Moja codzienna modlitwa to po prostu rozmowa z Bogiem. Czasami ktoś pyta, czy słyszę głos Boga. Nie, nie słyszę (śmiech). To odbywa się na poziomie duchowym. To jest bardziej czucie. Wiara w to, że Bóg słyszy i odpowiada – przez wydarzenia, które się dzieją, przez ludzi, których spotykam, pokój, który pojawia się w sercu.
Co zachęciło cię do odmówienia Nowenny Pompejańskiej?
Potrzeba serca. Odmawia się ją przez 54 dni, potrzeba cierpliwości i systematyczności. Może dlatego niektórzy uważają ją za trudną. Mnie nowenna jeszcze bardziej zbliżyła do Boga, Matki Bożej, zaowocowała pięknymi łaskami w moim  życiu, dlatego jedyne, co mogę zrobić, to tylko ją polecić, zwłaszcza niedowiarkom (uśmiech).
W piosence „Jesteś wszystkim” śpiewasz: „Czas rozejrzeć się, by docenić to, co najważniejsze jest”. Doceniasz?
Tak. Mam wspaniałą, kochającą żonę. Miesiąc temu na świecie pojawiła się nasza druga córeczka, Alicja (starsza, Agatka, ma 1,5 roku). Naprawdę czuję się szczęśliwym człowiekiem. Czasami ludzie narzekają, że mają małe mieszkanie, mało ubrań w szafie, mało pieniędzy na koncie… Też to przerobiłem. Gdy byłem nastolatkiem wydawało mi się, że świat kręci się wyłącznie wokół mnie. Że najważniejszy jestem ja i moje potrzeby. Słyszałem: „Jesteś jeden na milion” i wierzyłem, że tak jest. Dzisiaj mam zupełnie inne podejście do życia. Owszem, moje potrzeby są ważne, ale nie są najważniejsze. Najważniejsze jest dla mnie dbanie o bliskich, miłość, wiara. Na tym chciałbym budować. I na wdzięczności.
Skoro dziś rano obudziliśmy się, to znaczy, że został nam podarowany kolejny dzień.
Dokładnie! Jeżeli mamy w domu ciepło, co zjeść, osoby, do których możemy się przytulić, powiedzieć: „kocham”, to naprawdę mamy wszystko.
Twoi fani czekają na płytę „Dotrę na szczyt”. Kiedy premiera?
Również na nią czekam (uśmiech). To moja druga płyta, ale pierwsza dojrzała. Znajdą się na niej bardzo emocjonalne utwory, warstwa liryczna jest naprawdę mocna. Album jest już ukończony. Planowaliśmy wydać go jesienią 2020 r., jednak pandemia pokrzyżowała nam szyki. Myślę, że wypuścimy go w świat latem tego roku, a więc już niebawem :)
Adam i Ania Stachowiak wzięli ślub kościelny. “Z Bogiem zaczynam od nowa”
Katarzyna Szkarpetowska – „aleteia.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu

29 czerwca - święci Apostołowie Piotr i Paweł

30 czerwca - święci Pierwsi Męczennicy Świętego Kościoła Rzymskiego

30 czerwca - św. Władysław, król

30 czerwca - bł. Rajmund Lull, męczennik

30 czerwca - bł. January Maria Sarnelli, prezbiter

1 lipca - Najdroższej Krwi Jezusa Chrystusa

1 lipca - św. Otton z Bambergu, biskup

1 lipca - św. Teobald z Provins, pustelnik

1 lipca - bł. Jan Nepomucen Chrzan, prezbiter i męczennik

2 lipca - św. Bernardyn Realino, prezbiter

2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Tuchowska

2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Kodeńska, Matka jedności

2 lipca - Najświętsza Maryja Panna Licheńska

3 lipca - św. Tomasz Apostoł

3 lipca - św. Leon II, papież

3 lipca - św. Rajmund Gayrard, prezbiter

4 lipca - św. Elżbieta Portugalska, królowa

4 lipca - bł. Piotr Jerzy Frassati, świecki dominikanin

4 lipca - bł. Maria od Ukrzyżowanego (Curcio), zakonnica

4 lipca - bazylika metropolitalna w Krakowie

5 lipca - św. Antoni Maria Zaccaria, prezbiter i zakonnik

5 lipca - św. Maria Goretti, dziewica i męczennica

5 lipca - św. Atanazy z góry Athos, opat

6 lipca - bł. Maria Teresa Ledóchowska, dziewica i zakonnica

6 lipca - św. Dominika, dziewica i męczennica

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                     (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.