W BLASKU MIŁOSIERDZIA

25/1025 – 1 czerwca 2025 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
 
 
 
 
 
Niedziela, 1 czerwca 2025, rok „C”
 
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego
 
VII NIEDZIELA WIELKANOCNA (rok C)
 
 
 
 
1 czerwca – Dzień Dziecka
Dziś Dzień Dziecka – czas na życzenia!
Radości, szczęścia, marzeń spełnienia,
Zawsze wesół, pełen werwy,
Uśmiechnięty bądź bez przerwy!
Wiedz, że bardzo Cię kochamy I życzenia Ci składamy..
 
 
 
 
 
Czytania
Pierwsze czytanie: Dz 1,1-11
Psalm: Ps 47
Drugie czytanie: Hbr 9, 24-28; 10, 19-23
Ewangelia: Łk 24,46-53
 
Ewangelia
Jezus został uniesiony do nieba
Łk 24, 46-53
Słowa Ewangelii według Świętego Łukasza
Jezus powiedział do swoich uczniów:
«Tak jest napisane: Mesjasz będzie cierpiał i trzeciego dnia zmartwychwstanie; w imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jeruzalem. Wy jesteście świadkami tego.
Oto Ja ześlę na was obietnicę mojego Ojca. Wy zaś pozostańcie w mieście, aż będziecie przyobleczeni w moc z wysoka».
Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce, błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba.
Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jeruzalem, gdzie stale przebywali w świątyni, wielbiąc i błogosławiąc Boga.
 
Komentarz do czytań
Tematem przewodnim czytań tej niedzieli jest Wniebowstąpienie Jezusa. Oczywiście nie chodzi o potwierdzenia tego faktu, ale o uzmysłowienia jego znaczenia. I ukazanie konsekwencji, jakie powinno rodzić w postawie chrześcijan.
Ten, który nas kocha, który oddał za nas swoje życie został Panem nieba i ziemi. Znajomi, których spotkał awans często zaczynają zadzierać nosa. Bywa że i ledwie do znajomości się przyznają. Nasz Mistrz jest inny. Już obiecał, że załatwi nam wszystkim u Ojca wieczne mieszkanie.
Mamy Przyjaciela, który jest Panem nieba i ziemi. Czego chcieć więcej? To właściwie uroczystość Chrystusa Króla. Jego intronizacji. Bo przecież Jezus nie wstąpił do nieba, by odpocząć po działalności na ziemi, ale "by zasiąść po prawicy Ojca", objąć władzę aż do dnia sądu. I wstawiać się za nami.
Uroczystość ta przypomina nam jeszcze co najmniej dwie, ważne prawdy. Po pierwsze, mamy orędownika w niebie. Orędownika mocnego, samego Pana wszystkiego. Po drugie, ten nasz Pan kiedyś przyjdzie powtórnie na sąd. My, którzy pokładamy w Nim nadzieję, o ile trzymamy się tego co mówił, możemy z nadzieją tego dnia wyczekiwać.
Jezus - prawdziwy Bóg, ale i prawdziwy człowiek, staje się Panem wszystkiego; Ojciec oddaje mu władzę. Bez znaczenia? Odnajdujemy w tym ciekawy rys tego, jaki jest Bóg. Ustanawia Panem nieba i ziemi tego, który zna ludzki los z własnego doświadczenia. Już nie możemy powiedzieć, że Władca Świata nas nie rozumie, bo nie doświadczył tego, co my. Właśnie doświadczył. Był i na wieki już pozostanie także człowiekiem. Kiedy się modlę ku takiemu Bogu kieruję swoje słowa i swoje serce.
Być świadkiem Jezusa. Bo tego chciał od swoich uczniów, gdy wstępował do nieba. Czyli być świadkami nadziei płynącej z pustego grobu Chrystusa... Nie jakiegoś systemu filozoficznego czy etycznego albo i światopoglądowego. Świadkami nadziei płynącej z pustego grobu Jezusa...
 
 
 
 
W dzisiejszym numerze
- Uzdolnieni
- Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego - VII niedziela wielkanocna
- Oczekiwanie
- Łączność z niebem zapewniona
- Drugi raz się urodzić
- List do Diogeneta V
- Blisko ludzi
- Maciej Biskup OP: Na szczęście są tacy chrześcijanie jak św. Karol de Foucauld
- Czy chłopcy lubią się bić?
- Lech Poznań mistrzem, a jego kapitan daje niezwykłe świadectwo wiary. Gest Mikaela Ishaka porusza kibiców
- Trzeba mieć w życiu bliskie kobiety, które życzą nam najlepiej, przed którymi można się odsłonić
- Nieoczekiwane zdarzenie podczas papieskiej audiencji. Leon XIV wykazał się niebywałym refleksem
- Maryja – tajemnica mocy polskich świętych
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 
Uzdolnieni
Nie pyta o świętość, zdolności, wreszcie gotowość. Uznaje stan faktyczny. Posyłam was takimi, jakimi jesteście. Ale nie z pustymi rękami.
W niebie będę waszym Obrońcą. Na ziemi waszą Głową. To znaczą słowa: Jestem z wami…
W niebie będę się wstawiał za was. Na ziemi będę modlił się w was. Ta modlitwa – za was i w was – będzie niewyczerpanym źródłem mocy, ożywczym tchnieniem, podporą w słabościach, tarczą w niebezpieczeństwach. Wreszcie – co najważniejsze – ona sprawi, że mimo słabości, mimo pustych rąk, będziecie – zawsze i w każdym miejscu, po krańce ziemi – zaczynem Królestwa.
 
 
 
 
Uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego
- VII niedziela wielkanocna
W przełomowych momentach historii zbawienia pojawiają się aniołowie, którzy towarzyszą uczniom. W dzisiejszym pierwszym czytaniu również słyszymy o ingerencji aniołów. Do zdziwionych i zaskoczonych uczniów kierują oni słowa: „Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” (Dz 1,11).
To pytanie nie jest skierowane tylko do Apostołów w momencie Wniebowstąpienia Jezusa. Jest to pytanie, które dotyczy każdego z nas. To pytanie o to, czy ziemia, na której się znajdujemy i żyjemy, jest rzeczywiście naszym ostatecznym przeznaczeniem, czy może istnieje jeszcze inny horyzont, który można dostrzec oczami wiary.
Dzisiejsza uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego jest dla nas przypomnieniem o tym, co jest ostatecznym celem ziemskiego pielgrzymowania każdego człowieka. Jest to wezwanie, aby nie bać się patrzeć w kierunku Boga. W Bogu jesteśmy w stanie odnaleźć ostateczny sens naszego życia. Takie spojrzenie jest możliwe dzięki wierze, która rozszerza nasze horyzonty.
Wielu ludzi wierzy dziś w – niestety często powielane – kłamstwo, że wiara w Boga to przeżytek, że ogranicza człowieka i że jest czymś, o czym należy zapomnieć. Na przestrzeni historii widzimy, że tam, gdzie człowiek wyrzuca Boga ze swojego życia i stara się być sam dla siebie bogiem, zaczyna się prawdziwy dramat osobisty i dramat ludzkości.
W swoim pierwszym przemówieniu papież Leon XIV powiedział:
„Również dzisiaj nie brakuje kontekstów, w których wiara chrześcijańska jest uważana za coś absurdalnego, przeznaczonego dla osób słabych i mało inteligentnych; kontekstów, w których przedkłada się nad nią inne zabezpieczenia, takie jak technologia, pieniądze, sukces, władza, przyjemności. Są to środowiska, w których nie jest łatwo świadczyć i głosić Ewangelię, a człowiek wierzący jest wyśmiewany, prześladowany, pogardzany lub co najwyżej tolerowany i traktowany z litością. A jednak właśnie dlatego są to miejsca, w których misja jest pilna, ponieważ brak wiary często pociąga za sobą dramaty, takie jak utrata sensu życia, zapomnienie o miłosierdziu, naruszanie godności osoby ludzkiej w jej najbardziej dramatycznych formach, kryzys rodziny i wiele innych ran, przez które cierpi nasze społeczeństwo” (9 maja 2025).
Tym bardziej aktualne są dziś słowa, które Jezus wypowiada do uczniów: „Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi” (Dz 1,8).
Dzięki światłu wiary, które umacnia w nas otwartość na działanie Ducha Świętego, jesteśmy w stanie nie tylko patrzeć w niebo, lecz także mocno stać stopami na ziemi i dawać świadectwo o wartości wiary, która nadaje sens życiu.
W 2006 roku papież Benedykt XVI przybył jako pielgrzym do Polski. Myślą przewodnią tamtej pielgrzymki było wezwanie: „Trwajcie mocni w wierze”. W uroczystość Wniebowstąpienia, w Krakowie (28 maja 2006), skierował do Polaków słowa, które pozostają aktualne również dzisiaj. Są one najlepszym komentarzem i wyjaśnieniem tego, co aniołowie mówią do uczniów – ale także do nas współczesnych:
„Ja, Benedykt XVI, następca Papieża Jana Pawła II, proszę was:
Byście, stojąc na ziemi, wpatrywali się w niebo – w Tego, za którym od dwóch tysięcy lat podążają kolejne pokolenia żyjące na naszej ziemi, odnajdując w Nim ostateczny sens istnienia.
Proszę was, byście umocnieni wiarą w Boga, angażowali się żarliwie w umacnianie Jego Królestwa na ziemi – Królestwa dobra, sprawiedliwości, solidarności i miłosierdzia.
Proszę was, byście odważnie składali świadectwo Ewangelii przed dzisiejszym światem, niosąc nadzieję ubogim, cierpiącym, opuszczonym, zrozpaczonym, łaknącym wolności, prawdy i pokoju.
Proszę was, byście, czyniąc dobro bliźniemu i troszcząc się o dobro wspólne, świadczyli, że Bóg jest miłością.
Proszę was w końcu, byście skarbem wiary dzielili się z innymi narodami Europy i świata – również przez pamięć o waszym Rodaku, który jako Następca św. Piotra czynił to z niezwykłą mocą i skutecznością.
Proszę was: trwajcie mocni w wierze! Trwajcie mocni w nadziei! Trwajcie mocni w miłości!”.
A co to oznacza w praktyce? To, że patrzenie w niebo nie zwalnia nas z odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Każdy dzień jest szansą, by poprzez modlitwę, uczciwą pracę, troskę o rodzinę i pomoc potrzebującym – uczynić naszą codzienność miejscem obecności Boga. Stańmy się dla innych świadkami nadziei, którzy pokazują, że można żyć inaczej: z głową w niebie, ale sercem tu, pośród ludzi.
o. Paweł Drobot CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów,
rektor kościoła św. Benona, przełożony domu zakonnego,
moderator Szkoły Nowej Ewangelizacji Sursum Corda – Warszawa
 
 
 
Oczekiwanie
Każdy mądry wychowawca dąży do tego, by podopieczny osiągnął taki poziom dojrzałości, który pozwoli mu brać odpowiedzialność za podejmowane decyzje, i żeby wszystko, czego się nauczył, mógł rozumnie i swobodnie wcielić w życie. Wychowanie, które prowadzi do innych wyników, jest porażką. Jeśli wychowanek stanie się zależny od wychowawcy, będzie to rodzaj zniewolenia.
Pan Bóg jest mądrym pedagogiem, dlatego po zmartwychwstaniu i objawieniu się uczniom nie zostaje z nimi, lecz wstępuje do nieba, pozostawiając ich z przekonaniem, że są już gotowi, by spełnić to, do czego zostali powołani. Nauka w szkole Jezusa już się skończyła. Czas słuchania zmienia się w czas przepowiadania Dobrej Nowiny. Trzeba opuścić znane i bezpieczne miejsca, by wyruszyć tam, gdzie nie słyszeli jeszcze o Bogu i Jego wspaniałych planach wobec nas. Wyruszyć, a nie zastanawiać się i rozprawiać, gdzie się podział Nauczyciel. On pozostanie dalej z uczniami, tylko w inny sposób. Anioł upomina apostołów: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba” (Dz 1,11). A przecież tak wygodnie byłoby zatrzymać się w tym oczekiwaniu na przyjście Jezusa. Oczekiwaniu zamkniętym na świat i innych. Problem w tym, że moment przyjścia Zbawiciela i Jego całkowitego tryumfu jest nieznany. Mówi On o tym zniecierpliwionym uczniom przed wniebowstąpieniem: „Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą” (Dz 1,7). Czym więc wypełnić ten czas oczekiwania? Odpowiedź brzmi bardzo konkretnie: „W imię Jego głoszone będzie nawrócenie i odpuszczenie grzechów wszystkim narodom, począwszy od Jerozolimy. Wy jesteście świadkami tego” (Łk 24,47–48). Tym zadaniem żyje wspólnota chrześcijan od wieków. Wiemy o przyjściu Pana, tak jak słudzy pozostawieni w oczekiwaniu na przyjście gospodarza. To nas dotyczą słowa: „Szczęśliwy ten sługa, którego pan, powróciwszy, zastanie przy tej czynności” (Łk 12,43).
Paweł Możejko OP – „wdrodze.pl”
 
 
 
Łączność z niebem zapewniona
„Pańskim” nazywamy Wniebowstąpienie dlatego, że Jezus Chrystus, właśnie jako „Pan”, tzn. jako Zmartwychwstały, wstępuje do nieba, zarazem wracając do Ojca. Jest to jak gdyby odwrotna strona „uroczystości nad uroczystościami i naszej Paschy” – faktu Zmartwychwstania, niezbędny etap misterium paschalnego, a więc i dzieła Odkupienia. Ale zarazem jest to poniekąd święto człowieka, gdyż tam, gdzie znalazł się Chrystus w tym dniu, dotąd jeszcze nie było człowieka. Po haniebnej śmierci na krzyżu przebóstwiony Nowy Adam znalazł się tam jako kapłan na wzór Melchizedeka, czyli nie tylko jako Pośrednik u Ojca, ale jednocześnie jako Król, i to całego wszechświata sprawujący odtąd współrządy nad nim wraz z Ojcem. Dalszym paradoksem tej tajemnicy jest to, że mimo widzialnej rozłąki z uczniami w tym dniu nie przerwie się Jego obecność z nami aż do skończenia świata. Pozostaje Chrystus dzięki Duchowi Świętemu w Kościele, w jego nauce i sakramentach, aż do paruzji.
Pierwsze zdania Dziejów Apostolskich szerzej opowiadają scenę Wniebowstąpienia, niż to uczynił ten sam autor na zakończenie swojej Ewangelii (Łk 24,50–53). I tak teraz uściśla datę faktu: było to w 40 dni po męce (co Tradycja liczyła zawsze od powstania z martwych), dni wypełnionych nauką o królestwie Bożym. Potem następuje krótki pouczający dialog Jezusa z uczniami: po zakazie opuszczania Jerozolimy aż do chwili Zesłania Ducha Świętego, na zbyt naiwne pytanie uczniów, nieodrodnych Żydów z ich oczekiwaniami ziemskiego królestwa, Jezus reaguje ukazaniem im nieoczekiwanych perspektyw: będą Jego świadkami aż po krańce ziemi. Wreszcie kończy się scena opisem szczegółów samego cudu: rozstaje się Jezus z uczniami, obłok, biblijny znak Bożej transcendencji, zabiera Go sprzed oczu kontemplujących Go uczniów. Wtedy dwaj aniołowie pouczają ich o niecelowości dalszego w tej chwili wpatrywania się w niebo: stamtąd kiedyś nastąpi Jego paruzja.
Modlitwa wstępna z Listu do Efezjan o światłe oczy serca i o głębię wiary adresatów ukazuje nam wymiar kosmiczny Wniebowstąpienia. Ten właśnie kolejny etap misterium paschalnego oglądany z perspektywy całego planu zbawienia mówi znacznie więcej niż poprzednio odmalowana scena z Dziejów Apostolskich. Jest to nie tylko tryumfalna intronizacja Jezusa Chrystusa po prawicy Ojca, znana z mesjańskiego Ps 110,1. Łączy się z tym także wywyższenie Go ponad cały świat duchów czystych, znany nam z Objawienia biblijnego, i ponad wszelki możliwy, jaki poznamy dopiero w wieku przyszłym. Mimo tego wyniesienia nie jest chwalebny Pan daleko od swego Kościoła na ziemi, skoro jest jego Głową, zgodnie z rozwiniętą w tym liście najpełniej nauką Pawłową o eklezjalnym czyli Mistycznym Ciele Chrystusa. Tak pojęte Ciało jest Pełnią łask, które rozlewają się nie tylko na wiernych, ale na cały wszechświat objęty Jego rządami.
Zakończenie Ewangelii Łukaszowej, bardzo sumaryczne w porównaniu z tym, co podało pierwsze czytanie dzisiejsze z Dziejów Apostolskich, zawiera mimo identycznego tematu odrębne szczegóły tak w mowie pożegnalnej, jak w scenie rozstania. I tak zapowiada Pan, że treścią kerygmatu apostolskiego wobec wszystkich narodów będą fakty paschalne i na ich zasadzie możliwe nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Duch Święty jako obietnica Ojca będzie zesłany również przez Syna, jako moc z wysoka, dosłownie „oblekająca” uczniów. Chwili rozstania z uczniami towarzyszy gest udzielonego im błogosławieństwa (funkcja przede wszystkim kapłańska). Reakcją ich na fakt uniesienia Jezusa do nieba był pokłon i wielka radość, wytłumaczalne jawnym dowodem zakończenia Jego misji mesjańskiej i wejściem do chwały Ojca. Ostatnie zdanie mówi o powrocie uczniów do Jerozolimy po to, by przebywać stale w tej świątyni, od której zaczęła się akcja tej Ewangelii (1,8nn).
Układ czytań uroczystości ma uwydatnić, czym ona jest dla nas jako niezbędny etap przejściowy w misterium paschalnym, następujący po Zmartwychwstaniu, a wyprzedzający Zesłanie Ducha Świętego. Etap ten można określić jako szczególnie doniosłe dla odkupionego człowieka ogniwo łączące go z wiecznym niebem. Zakończenie bowiem ziemskiej misji Zbawiciela łączy się tu nierozerwalnie z początkiem misji Kościoła, która potrwa na ziemi aż do powtórnego przyjścia Pana. Choć nieobecny na tym świecie w sposób widzialny, Jezus Chrystus jako Syn Boży niewidzialnie nadal pozostaje obecny w swoim Kościele. Dzięki temu, że jest niewidzialny, nam daje zasługę wiary, a Sam korzysta jako Syn Boży i Syn Człowieczy zarazem w pełni z tego, że zasiada po prawicy Ojca. A więc jako Król i Kapłan zarazem sprawuje rządy nie tylko nad Kościołem, ale i nad światem. Czas nasz wprawdzie dalej biegnie, ale jedyną trwałość w nim mają dzieje zbawienia. Zakończy je Pan, gdy przyjdzie podczas paruzji.
Homilia tematyczna po linii hasła podanego wyżej może rozbudować szerzej treść powyższych punktów 1 i 3; wyzyskać syntezę nakreśloną przez Apostoła w 2-im czytaniu (pkt 2). Przechodząc na końcu do Ewangelii zmiennych w roku: A, B i C, warto podkreślić odrębne wyżej podane szczegóły każdej z nich, a więc: nasze włączenie w nieustanną i powszechną misję nauczycielską Kościoła (A); stałą ze strony Chrystusa zasiadającego po prawicy Boga pomoc charyzmatyczną nie tylko dla głosicieli Ewangelii, ale w ogóle dla wszystkich wierzących (B); wyraźne uzależnienie działalności apostolskiej Kościoła od Ducha Świętego (C). Uwydatnić należy w każdym przypadku, do jakiego stopnia Kościół jest w Bożym planie zbawienia dla wszystkich bez wyjątku ludzi środkiem zamierzonym przez Boga, i dlatego niezbędnym. „Jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”, został wyposażony w autorytet Chrystusa Nauczyciela, a kierowany jest stale mocą Ducha Świętego.
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
 
 
 
Drugi raz się urodzić
     Że wiatr jest wie każdy. Ale skąd przychodzi, dokąd zmierza, któż zgadnie? Bóg kocha wszystkich ludzi, ale nie każdy musi zostać zbawiony.
Na ile Kościół powinien trwać w tym co było dawniej, a na ile powinien pójść z duchem czasu? Oczywistym wydaje się, że są sprawy dla Kościoła niezmienne i są takie, które zmieniać można, a nawet trzeba. Tą rzeczą niezmienną będzie wiara; prawdy wiary, łącznie z podstawowymi zrębami kościelnej dyscypliny, zasady moralne. Zmienne będzie to wszystko, co wynika z ducha czasu. A więc na przykład relacje Kościoła ze światem, różne typy pobożności, różnorakie metody duszpasterskie i inne. Bo Kościół jest Chrystusowy. I jeśli chce być sobą Chrystusowy musi pozostać. Ciekawe, że gdy dziś mowa o pójściu z duchem czasu niespecjalnie razi kapłański czy zakonny strój, choć jako żywo jest reliktem dawnych epok i w dzisiejszym świecie jest dziwactwem. Także śpiewane w Kościele pieśni – o instrumencie zwanym organami już nie mówiąc – choć bardzo w nie współczesnym języku i stylu, często śpiewa się dalej. Za to wielu chciałoby dostosowywać Kościół do współczesności przez odrzucenie tego, co stanowi o chrześcijańskiej tożsamości. Łącznie z lekceważeniem fundamentu – Chrystusa i Jego nauki. Tymczasem to, że Kościół, że uczniowie Chrystusa są inni niż świat – i nie o stroje chodzi – to rzecz jak najbardziej normalna. Stanowiąca wręcz istotę relacji wierzących ze światem. Być solą, być światłem – mówił Jezus. Szczególnie mocno podkreśla to nasz Mistrz i Pan w Ewangelii Jana. Myśl z jej prologu – że kto przyjmuje Jezusa narodził się z Boga – ciągle w różny sposób tam wraca, stając się wręcz motywem przewodnim tego dzieła. Przypatrzmy się dziś jego trzeciemu rozdziałowi – głownie rozmowie Jezusa z Nikodemem.
To jest niezbędne do zbawienia!
Czy ktoś, kto się urodził, może urodzić się drugi raz? Jezus wskazuje, że dla tego, by ujrzeć królestwo Boże, to niezbędne. „Jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego” czytamy. O co chodzi? Ano „to, co się z ciała narodziło, jest ciałem”. Trzeba jeszcze narodzenia z Ducha. Z wody i z Ducha – mówi Jezus. Czyli chodzi najpewniej o chrzest. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego” - czytamy. Pamiętajmy jednak, że w czasach gdy Jan pisał Ewangelię, by przyjąć chrzest trzeba było najczęściej samemu wybrać wiarę (chrzest niemowląt, o ile był praktykowany, to przy niewielkiej liczbie wierzących dorosłych nie był tak relatywnie częsty).  O chrzest będący jednocześnie wyborem Jezusa więc chodzi. Bez tego narodzenia z wody i Ducha, będącego jednocześnie dokonanym wcześniej czy później osobistym wyborem wiary, nie można być zbawionym.
Tak, to prawda: Bóg nie chce świat potępić, a zbawić. Tak bardzo umiłował świat, że posłał nań swojego Syna. I każdy kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Ale powtórzymy raz jeszcze: kto w Niego wierzy. „Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu”. Ale każdy „kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego”. A powód dla którego odrzucający Jezusa zamykają sobie drogę do życia wiecznego jest prosty: „Sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki”.
Co z tymi, którzy nie mogli się nawrócić, bo żyli przed Chrystusem? O tych Kościół w nauce o zstąpieniu Chrystusa do piekieł uczy, że mogą być zbawieni. Co z tymi, którzy nigdy nie słyszeli o Jezusie? Podobnie: Bóg, który zna ludzkie serca, może ich zbawić. Co z tymi, którzy odrzucają Jezusa, bo to wymagałoby przyjęcia innej moralności? Tak, Bóg zna ludzkie serca. I On w swojej sprawiedliwości może robić co chce. Ale nie można powiedzieć odpowiedzialnie temu, kto nie chce przyjąć Jezusa, bo wymagałoby to porzucenia grzechów, żeby się nie martwił,  bo Bóg Go kocha i go zbawi. Nie! Kto nie wierzy w Jezusa „już został potępiony”! Bo nie narodził się po raz drugi. Nie narodził się przez wiarę z wody i z Ducha. A jeśli porzucił wiarę „woda i Duch” niekoniecznie na coś mu się przydadzą. Chyba że sprawią, że w ostatniej chwili życia człowiek krzyknie „tak, Chryste, wierzę w Ciebie!”.
Dwie drogi
Jest więc ogromna różnica między chrześcijaninem a niewierzącym. Pod koniec tego rozdziału, już po rozważaniach na temat relacji między Janem Chrzcicielem a Jezusem Apostoł tak to ujmie: „Kto wierzy w Syna, ma życie wieczne; kto zaś nie wierzy Synowi, nie ujrzy życia, lecz grozi mu gniew Boży”. Nie, niekoniecznie na pewno zostanie potępiony. Bo powody tej niewiary zna tylko Bóg. Ale naprawdę, najpoważniej w świecie,  „grozi mu gniew Boży”.
Narodzony z wody i Ducha chrześcijanin jest więc inny; on nie jest tylko ciałem, nie jest tylko ciałem i duszą . On się drugi raz narodził. Duchowo, dla ducha, dla życia wiecznego... A dokładniej? Znajdujemy w scenie rozmowy z Nikodemem ciekawe wyjaśnienie, które nie podając pełnej odpowiedzi na to pytanie podsuwa czytelnikowi pewien trop:  „Wiatr (greckie pneuma, więc może być i duch) wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha”. Piękna gra słów – jedno słowo znaczące jednocześnie „wiatr” i „duch”, ale w kontekście tych rozważań ciekawsze jest to stwierdzenie o nieznanym początku i celu narodzonego z Ducha. Tak faktycznie wydawać może się każdemu, kto patrzy na chrześcijanina z zewnątrz tylko po ludzku; nie wie, że to narodzony z Boga, absurdem wydaje mu się też, że jego celem może być niebo. Nie rozumie więc też tego wszystkiego, co pomiędzy – ścieżek chrześcijańskiego życia. Bo rozumie to tylko ten, kto narodził się z Boga; z wody i z Ducha....
Tak, chrześcijanin jest (powinien być) inny niż świat. Nie wedle (zasad) tego świata powinien żyć. Żyjąc na tym świecie powinien być nie z tego świata – jak to wyjaśniał  autor Listu do Diogeneta*. Gdy więc mowa o konieczności dostosowania się Kościoła do tego świata ma to sens, gdy chodzi o mowę, strój, codzienne zajęcia, codzienne troski albo o korzystanie z takich zdobyczy cywilizacyjnych jak szkoły, samochody czy komputery. Ale nie gdy chodzi o  wybór między dobrem a złem. Tu nie może być żadnych kompromisów. Bo chrześcijanie mają być solą ziemi, światłem dla świata. Jak to napisano w Liście do Diogeneta: „czym jest dusza w ciele, tym są (mają być) w świecie chrześcijanie”.
Andrzej Macura- „wiara.pl”
 
 
 
List do Diogeneta V
(fragment)
Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem.
Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym.
Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich.
Mieszkają w miastach helleńskich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosując się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzą.
Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą.
Żenią się jak wszyscy imają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych.
Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże.
Są w ciele, lecz żyją nie według ciała.
Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba.
Słuchają ustalonych praw, z własnym życiem zwyciężają prawa
Kochają wszystkich ludzi, a wszyscy ich prześladują.
Są zapoznani i potępiani, a skazani na śmierć zyskują życie.
Są ubodzy, a wzbogacają wielu. Wszystkiego im nie dostaje, a opływają we wszystko.
Pogardzają nimi, a oni w pogardzie tej znajdują chwałę. Spotwarzają ich, a są usprawiedliwieni.
Ubliżają im, a oni błogosławią. Obrażają ich, a oni okazują wszystkim szacunek.
Czynią dobrze, a karani są jak zbrodniarze. Karani radują się jak ci, co budzą się do życia.
Żydzi walczą z nimi jak z obcymi, Hellenowie ich prześladują, a ci , którzy ich nienawidzą, nie umieją powiedzieć, jaka jest przyczyna tej nienawiści.
Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie.
Andrzej Macura- „wiara.pl”
 
 
Blisko ludzi
1
Paweł i Sylas w trakcie swych podróży. Pierwszym europejskim krajem na szlaku ich misyjnej wędrówki była Macedonia.
W szabat wyszliśmy nad rzekę, gdzie – jak sądziliśmy – było miejsce modlitwy. I usiadłszy, rozmawialiśmy z kobietami, które się zeszły. Przysłuchiwała się nam też pewna bojąca się Boga kobieta z miasta Tiatyry, imieniem Lidia. Pan otworzył jej serce, tak że uważnie słuchała słów Pawła (Dz 16,13n)
Brzeg rzeki, modlący się ludzie, nieznajomi głosiciele nowych prawd.
Jedna z kobiet uważnie słucha. I zaraz potem zaczynają się dziać rzeczy dziwne – warto poczytać księgę Dziejów Apostolskich.
Ta sceneria kojarzy się nam z obyczajami niektórych wyznań czy sekt. Przypadek? A może naśladownictwo? W każdym razie i wtedy, i dziś są to sytuacje otoczone mgiełką tajemniczości.
Trochę się obawiamy tego rodzaju spotkań i osób biorących w nich udział. Nie wiedząc, co się tam dzieje i o czym się rozmawia, snujemy domysły i podejrzenia.
Tak samo było wtedy, gdy Paweł i Sylas dotarli do Macedonii – pierwszego europejskiego kraju na szlaku ich misyjnej wędrówki. Trudno dziwić się podejrzliwości zarówno mieszkańców, jak i stróżów porządku publicznego. Dlatego obaj trafili do aresztu.
Ileż zresztą, poczynając od tego, wydarzyło się niezwykłych historii na szlaku ich podróży. I co by nie powiedzieć, to była jedna z dróg, którymi znajomość Jezusa i Jego nauki dotarła do Europy.
Nie od świątyń, nie od domów modlitwy zaczynali Apostołowie. Od spotkań z ludźmi.
Może jeszcze raz trzeba zanieść Ewangelię do Europy, ale tak zwyczajnie, tak po prostu blisko ludzi...
Tekst z cyklu Perełki Słowa
 
 
                                                           
 
Maciej Biskup OP: Na szczęście są tacy chrześcijanie jak św. Karol de Foucauld
Na szczęście są tacy chrześcijanie jak św. Karol de Foucauld i jest takie oblicze chrześcijaństwa, które autentycznie umiłowało ostatnie miejsce dla siebie, aby w centrum swego doświadczenia postawić najsłabszych, najbardziej kruchych, bezdomnych, pozbawionych praw, zranionych w Kościele, marginalizowanych z powodu swojego statusu ekonomicznego, pochodzenia, języka, religii, orientacji… - pisze dominikanin Maciej Biskup w książce "Chrześcijaństwo spotkania", której fragment publikujemy.
Inspiracją na całe życie Małego Brata Jezusa – Karola de Foucauld, kanonizowanego 15 maja 2022 roku, stały się usłyszane od księdza Henriego Huvelina słowa: "Chrystus zajmował tak dalece ostatnie miejsce, że nikt nie mógł Mu go odebrać". Życie Karola na Saharze, wśród muzułmańskich Tauregów, stało się autentyczną tęsknotą za "umiłowanym ostatnim miejscem", którego ciągle szukał we wszystkich wymiarach swojego życia. Wierzył bowiem głęboko, że Jezus wybrał ostatnie miejsce, by być z wszystkimi żyjącymi na marginesie świata.
Chrystus wybrał nie tylko miejsce ostatnie, ale wręcz miejsce przeklęte. Odrzucony i wyszydzony, wyrzucony poza miasto i powieszony na krzyżu: "Przeklęty każdy, którego powieszono na drzewie" (Pwt 21,23 – w tłum. Biblii Tysiąclecia). Czy Jego wybór stał się także świadomym wyborem chrześcijan? O takim wyborze pisał św. Paweł:
"Uważam bowiem, że Bóg postawił nas, apostołów, na ostatnim miejscu, jakby skazanych na śmierć. Staliśmy się widowiskiem dla świata, zarówno dla aniołów, jak i dla ludzi: my głupi ze względu na Chrystusa, wy natomiast rozumni w Chrystusie; my słabi, wy natomiast mocni; wy szanowani, my natomiast pogardzani. Aż dotąd cierpimy głód i pragnienie, jesteśmy nadzy, policzkowani i bez stałego miejsca zamieszkania. Trudzimy się, pracując własnymi rękami. Znieważani – błogosławimy, prześladowani – znosimy to z wytrwałością, wyszydzani – dodajemy otuchy. Staliśmy się jakby wyrzutkami tego świata, śmieciem dla wszystkich aż do tej chwili" (1 Kor 4,9–13).
Aby dokonać wyboru "umiłowanego ostatniego miejsca", który nie ma nic wspólnego z fałszywą pokorą i stawianiem chrześcijaństwa w roli "cierpiętnika świata", trzeba przyjąć i zaufać, że Chrystus wybrał ostatnie miejsce, abyśmy uwierzyli, że w sercu Boga mamy swoje pierwsze i niepowtarzalne miejsce:
"Kto nas odłączy od miłości Chrystusa? Czy utrapienie, ucisk, prześladowanie, głód, nagość, niebezpieczeństwo lub miecz? […] Ale w tym wszystkim w pełni zwyciężamy przez Tego, który nas umiłował. Jestem bowiem przekonany, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani moce, ani to, co wysoko, ani to, co głęboko, ani żadne inne stworzenie nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezusie, naszym Panu" (Rz 8,35.37–39).
Z tego przekleństwa fałszu bycia nikim przed ludźmi, we własnych oczach i przed Bogiem, Chrystus wykupił nas od przekleństwa Prawa, gdyż stał się za nas przekleństwem, jak napisano: "Przeklęty każdy, kto wisi na drzewie, aby błogosławieństwo Abrahama stało się w Chrystusie Jezusie udziałem pogan, abyśmy przez wiarę otrzymali obietnicę Ducha" (Ga 3,13–14). Patrząc na historię chrześcijaństwa, trudno odnieść wrażenie, że "umiłowane ostatnie miejsce" okazywało się jego świadomym wyborem. Raczej były to wybory indywidualne ludzi, którzy Ewangelię brali na serio. Po edykcie mediolańskim chrześcijanie zażądali dla siebie wielu praw i przywilejów. I nie jest to kwestia przeszłości. Przed pokusą żądania szczególnego traktowania chrześcijaństwa i Kościoła w Polsce przestrzegał na Jasnej Górze prymas arcybiskup Wojciech Polak:
"Nie tak będzie między wami" – mówił swoim uczniom Jezus. Nie na tym polega wolność dzieci Bożych. Ona nie opiera się na za dekretowanych zabezpieczeniach czy prawnych wzmocnieniach. Nie jest zależna i nie oczekuje, by ochraniały ją jakieś ludzkie projekty. Nie odwołuje się do przymusu i siły. Ona kształtuje się w sercach i sumieniach wszystkich, którym – jak wskazywał nam Apostoł Paweł – "Bóg daje Ducha Syna swego". Trzeba nam więc prosić o tego Ducha, który jest gwarantem tej prawdziwej wolności, a nie o jakieś zewnętrzne "podpórki", które mają nas (wierzących) wzmocnić, ochronić czy zabezpieczyć.
Chyba nie z umiłowania "ostatniego miejsca" chrześcijanie tworzyli w Europie getta dla Żydów, spychając tę społeczność na margines praw i przywilejów, wyrzucając raz po raz z miast albo wręcz organizując pogromy. I działo się to nie tak dawno. Pod koniec lat trzydziestych, a więc na krótko przed nazistowskimi zarządzeniami, żądano we Lwowie "Dnia bez Żydów", domagając się wprowadzenia getta ławkowego. A potem był jeszcze Marzec ’68…
Ewangelicznym "ostatnim miejscem" nie inspirowali się raczej europejscy kolonizatorzy w Afryce, Ameryce, Azji i w Australii. Papież Franciszek w ramach pokutnej pielgrzymki do Kanady przepraszał za pychę i wynikające z niej niewyobrażalne krzywdy wyrządzone ludności autochtonicznej: Przychodzimy tego wieczora do Ciebie z naszym cierpieniem wewnętrznym. Przynosimy Ci nasze oschłości i znoje, traumy spowodowane przemocą, jakiej doznali nasi bracia i siostry z rdzennych ludów. […] My wszyscy, jako Kościół, potrzebujemy uzdrowienia: uzdrowienia z pokusy zamykania się w sobie, wybierania obrony instytucji zamiast poszukiwania prawdy, przedkładania władzy doczesnej nad ewangeliczną służbę.
Dodał, że Kościół musi być zdolny "wziąć w objęcia każde go syna i córkę", być otwarty dla wszystkich i przemawiać do każdego – nie iść przeciwko nikomu, lecz wychodzić naprzeciw wszystkim. To jest możliwe tylko wówczas, gdy chrześcijaństwo uzna, że jego miejsce w świecie nie jest uprzywilejowane.
Ale na szczęście są tacy chrześcijanie jak św. Karol de Foucauld i jest takie oblicze chrześcijaństwa, które autentycznie umiłowało ostatnie miejsce dla siebie, aby w centrum swego doświadczenia postawić najsłabszych, najbardziej kruchych, bezdomnych, pozbawionych praw, zranionych w Kościele, marginalizowanych z powodu swojego statusu ekonomicznego, pochodzenia, języka, religii, orientacji…
Co jakiś czas mam okazję być w Domu Chłopaków w Broniszewicach. Tu rzeczywiście Ewangelia ukazuje swe żywe oblicze i dla sióstr oraz ich świeckich pracowników i wolontariuszy chłopcy z niepełnosprawnością są w centrum, na "umiłowanym pierwszym miejscu". Każdy dzień jest tu "przyjęciem": "Lecz gdy wydajesz przyjęcie, zapraszaj biednych, kalekich, ułomnych i niewidomych. Wtedy będziesz szczęśliwy, że nie mają czym się tobie odwdzięczyć, bo nagrodę otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych" (Łk 14,13–14).
A przecież jeszcze nie tak dawno posiadanie takiego dziecka było przekleństwem dla społeczeństwa, rodzin. Przypadki ukrywania osób z niepełnosprawnością w komórkach i chlewach nie były odosobnione. Takie miejsca jak Broniszewice dają nadzieję, że chrześcijaństwo, przy całym swoim głębokim kryzysie, może mieć naprawdę ciągle pozytywne oblicze. Przyznana siostrom dominikankom przez "Dzień dobry TVN" nagroda "Super Pozytywka" jest jak najbardziej zasłużona. To samo można powiedzieć o pozostałych nominowanych. Szczególnie chciałbym podziękować za to, co robi dr Paweł Grabowski, którego mogłem poznać wiele lat temu, w czasie moich studiów w Krakowie. Paweł wyjechał na Podlasie, by otworzyć tam pierwsze wiejskie hospicjum Proroka Eliasza w Michałowie. Oto chrześcijaństwo.
Fragment pochodzi z książki Macieja Biskupa OP "Chrześcijaństwo spotkania" (wydawnictwo WAM, 2025)
Maciej Biskup OP –„deon.pl”
Pełni funkcję promotora świeckich dominikanów,
mieszka w klasztorze w Łodzi i związany jest z Dominikańskim Ośrodkiem Kaznodziejskim.
Zaangażowany jest również w dialog ekumeniczny i dialog z judaizmem.
 
 
 

4
 
Czy chłopcy lubią się bić?
Kibolska ustawka nie jest szlachetną, męską walką, a chłopiec, który usprawiedliwia bójki między pseudokibicami, powinien zostać upomniany przez rodziców i wychowawców. Przemoc nigdy nie może być mylona z zabawą. Zarówno pięści jak i słowa, które mają na celu podporządkowanie sobie i poniżenie drugiego człowieka, nie mogą być powodem do dumy. To jest dla mnie oczywiste. Dlatego zdziwiły mnie słowa prezydenta mojego kraju, który taką przemoc bagatelizuje.
„Jeśli chcą bić się w lesie, idą tam specjalnie, zawierają dżentelmeńską umowę, że będą to robić na określonych zasadach — i się biją — to się po prostu odbywa. I to lubią” — komentował prezydent w Kanale Zero.
Ustawki pseudokibiców to nie przygoda ani test odwagi, lecz patologia, z którą walczy każdy cywilizowany kraj. To nie rycerska walka ani sportowe współzawodnictwo „na określonych zasadach”, lecz chęć dominacji, nienawiść i agresja.
„Bronimy barw swojego klubu” – deklarują uczestnicy ustawek i reagują na symbole szanowane przez rywali jak byki na czerwoną płachtę torreadora. Chcą pokazać, że są silniejsi i że przeciwnik jest dla nich nikim. To są najniższe instynkty, żadne wartości, żaden patriotyzm, żadna męskość. Po prostu – chuligaństwo.
Nie gorszą mnie osoby, które w przeszłości dały się ponieść chuligańskim wybrykom i dzisiaj za to przepraszają. Przerażają mnie mężczyźni, którzy przez całe życie chlubią się, że kiedyś komuś dowalili, że kogoś poniżyli, że po pijanemu zdemolowali lokal czy dzięki oszustwu zdobyli to, co mają.
Z podobnym prężeniem męskiego ego mamy do czynienia w walce na słowa, jaką od dłuższego czasu obserwujemy w debacie politycznej. Nieodpowiedzialne słowa sieją nie mniejsze przerażanie niż pięści. Jedni drugich oskarżają, poniżają, puszczają w obieg niesprawdzone informacje, aby tylko dowalić przeciwnikowi i zdyskredytować go w opinii publicznej.
Nie mniej niż mało wychowawcze słowa prezydenta tolerującego przemoc, zdziwiła mnie jedna z ostatnich wypowiedzi premiera naszego rządu w telewizji Polsat. Bez chwili wahania wszedł w rolę sędziego okładając jednego z kandydatów w wyborach prezydenckich serią oskarżeń.
Zapomniał pan premier, że to sąd określa, czy ktoś złamał prawo, czy nie. Nie decydują o tym politycy, a tym bardziej, że kandydatowi nie postawiono żadnych prokuratorskich zarzutów. I tu znowu mamy do czynienia z kibolską logiką „gadziego móżdżku” – za wszelką cenę udowodnić swoją siłę i pogrążyć przeciwnika, odczłowieczyć go. Jak długo to wzajemne kąsanie będzie jeszcze trwać?
Normalni chłopcy nie lubią się bić. Nie lubią nikomu dowalać ani udowadniać swojej wyższości szukając haków na kolegów. Normalni chłopcy stają się liderami podając pomocną dłoń, ciężko pracując, zdobywając się na szlachetne, heroiczne gesty.
Zarówno prezydent Polski jak i premier rządu, jeśli pochwalają przemoc w jakiejkolwiek postaci, czy skazują zaocznie niewygodnego dla nich polityka, powinni otrzymać surowe upomnienie. Ale od kogo? Czy jest w naszym kraju ktoś, kto jest dla obu panów autorytetem i odważy się pokazać im przynajmniej żółty, jeśli nie czerwony kartonik?
Wojciech Żmudziński SJ – „deon.pl”
Dyrektor Europejskiego Centrum Komunikacji i Kultury w Warszawie Falenicy. Redaktor portalu jezuici.pl Studia teologiczne i biblijne odbył na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie, a studia z zarządzania oświatą na Uniwersytecie Fordham w Nowym Jorku. Pracował we Włoszech jako wychowawca w ośrodku dla narkomanów oraz prowadził w Gdyni Poradnię Profilaktyki Uzależnień. Przez 21 lat kierował placówką doskonalenia nauczycieli Centrum Arrupe, w latach 2002-2007 był dyrektorem Gimnazjum i Liceum Jezuitów w Gdyni, a w latach 2019-2024 socjuszem Prowincjała. Autor książek z dziedziny edukacji i duchowości.
 
 
5

Fot. Natalia Marcelewicz / Unsplash
 
Trzeba mieć w życiu bliskie kobiety,
które życzą nam najlepiej,
przed którymi można się odsłonić
Przez całe życie można mieć przy sobie kobiety, których miłość i mądrość otula nas troską, dodaje wiatru w skrzydła.
Czy nie jest to zachwycające, że można przez całe życie mieć przy sobie kobiety, których miłość i mądrość otula nas troską, dodaje wiatru w skrzydła, przy których nie obawiamy się odsłonić najbardziej wrażliwych miejsc naszego serca i od których możemy czerpać inspiracje i uczyć się, jak żyć, by żyć dobrze? I traktować je jak mamy - z czułością, oddaniem, szacunkiem i ufnością, że życzą nam jak najlepiej?
Kiedy w mojej głowie pojawia się słowo "mama", natychmiast widzę twarz mojej rodzicielki i rozbrykane postaci własnych dzieci, które wciąż zapamiętale od świtu do nocy domagają się mojej uwagi nieustającym nawoływaniem ("Maaaamaaaa! Mamisssima! Mamciu! Maaaaaamuś!!!!). Potem przychodzą i inne twarze. Teściowa, moja druga ziemska mama. Babcie, mamy moich rodziców. Maryja, nasza niebieska Mama. I na dokładkę - gros "duchowych matek", kobiet, których życie, postawa, wybory w jakiś fundamentalny sposób na mnie wpływają. Macierzyństwo niejedną może mieć twarz. Czy potrafimy dostrzec i docenić to bogactwo?
Są oczywiście tacy, którzy nastroszą się i fukną, że mama jest tylko jedna. Żeby było jasne, jestem jak najdalsza od tego, by podważać unikatowość relacji, jakie biologiczna rodzicielka ma z własnym dzieckiem. Pielęgnowana i rozwijana taka więź jest fundamentalna i absolutnie wyjątkowa. Ale czy mówiąc "mama" - np. o mojej teściowej - odbieram coś mojej własnej mamie? Albo gdy w sprawach duchowych szukam wsparcia u zaprzyjaźnionej siostry zakonnej? Czy nie jest to zachwycające, że można przez całe życie mieć przy sobie kobiety, których miłość i mądrość otula nas troską, dodaje wiatru w skrzydła, przy których nie obawiamy się odsłonić najbardziej wrażliwych miejsc naszego serca i od których możemy czerpać inspiracje i uczyć się, jak żyć, by żyć dobrze? I traktować je jak mamy - z czułością, oddaniem, szacunkiem i ufnością, że życzą nam jak najlepiej?
Nie musimy być samowystarczalne i zawsze tylko dające
Tak, jasne, nie musimy takich kobiet nazywać "mamami". Niemniej to słowo czasami może okazać się kluczem do relacji - przypomnieć, że ani nie jesteśmy, ani być nie musimy samowystarczalne, wszechwiedzące i zawsze tylko dające. Jednej może ująć ciężarów, a drugiej dodać wiary we własne siły. Tym słowem możemy przecież pokazać drugiej kobiecie, że jej matczyna supermoc wcale nie sprowadza się do tego, czy lub ile sprowadziła dzieci na ten świat. Umiejętność macierzyńskiego kochana bliźniego to w końcu wewnętrzna cecha, dar, który dostałyśmy w pakiecie od samego Stwórcy i - dając się nieść Jego Duchowi "kędy chce" - możemy go realizować na nieskończenie wiele sposobów.
Niedawno - to tak dla przykładu - pewna znajoma dzieliła się ze mną swoim wzruszeniem i jednocześnie bólem, związanymi z przygotowaniami do pierwszej komunii świętej swojej córki. Opowiadała, jak dość niespodziewanie wzbogaciła się o dwoje dodatkowych dzieci, których rodzice nie pojawiali się zbyt często w kościele. Ona, znając oboje z widzenia, naturalnie zaopiekowała się nimi, gdy widziała, że dzieci te czuły się jakoś zagubione, smutne albo samotne w wielkim tłumie. Tu się uśmiechnęła, tu zaproponowała wspólną drogę do domu, tu podała bidon, gdy jeden z delikwentów zaczął się robić "zielony" podczas próby podchodzenia do balasek.
Wiele kobiet jest cudownymi matkami, choć nie urodziły ani jednego dziecka
"Ani się obejrzałam, a od dwóch miesięcy z kuchni już nie wynoszę nawet taboretów, bo te dwa ancymony zaczęły do nas wpadać już nie tylko po to, by razem z nami zabrać się do kościoła, tylko po prostu pogadać. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, ale Pan Bóg pobłogoslawił nam tylko jednym dzieckiem. No i proszę, oto mam bliźniaki. Fajne, bo już odpieluchowane" - zażartowała na koniec. Oczywiście, można się skupić na tym, jak dramatycznie osamotnione mogą być dzieci we własnej rodzinie, skoro odrobina okazanej życzliwości i uwagi sprawia, że - do właściwie obcej kobiety - biegają dziś, by ogrzać się w cieple jej uśmiechu i opowiedzieć o swoich troskach. Nie sądzę, by koncentracja na tym przyniosła komukolwiek wymierne dobro. W zamian za to może warto zauważyć i docenić, że tam, gdzie ktoś nie chce, nie może albo nie potrafi wypełniać swojej roli, ktoś inny próbuje dzielić się tym, co ma i co w sobie odkrywa.
To nie jest łatwe ani oczywiste, ale znam wiele kobiet, które, choć nie urodziły żadnego dziecka, są dla wielu ludzi prawdziwymi mamami. Bliskimi, czułymi, oddanymi, cierpliwymi, uważnymi. Pielęgnują relacje, chronią od złego, pomagają rozwijać się bliźniemu, biorą osobistą odpowiedzialność za sprawy trudne, niewygodne i wymagające czegoś więcej niż postawienia "lajka" na fb. Takie duchowe macierzyństwo łatwo przeoczyć. A jest przecież jeszcze jednym puzzlem, który składa się na oszałamiający obraz możliwości kobiecego serca.
Mamy się nie wybiera? Ale można ją docenić
Mówi się dość często, że "mamy się nie wybiera". Jest w tym powiedzeniu oczywista prawda. Bo o ile mianem "duchowej matki" definiuje się na ogół kogoś, komu samemu nadało się taki "status", to - z drugiej strony - nie mamy żadnego wpływu, kto nas urodził, kto urodził naszego współmałżonka ani kto staje się moją "matką przełożoną" w zakonie. Ale chociaż "takiej" mamy się nie wybiera, to zawsze można ją docenić. I to jest już wybór, który jest w zasięgu wolnej woli człowieka.
Czy dostrzegam dobro w moim współmałżonku, które jest owocem wychowawczych wysiłków mojej teściowej? Czy w tym, co jest w niej inne, widzę bogactwo, z którego mogę czerpać? Coś co mnie uczy? Rozwija? Motywuje do zmiany? Dziś częściej przeczytamy o tym, jak stawiać granice bliźnim (np. swoim dorosłym rodzicom) i jak być asertywnym w relacjach z innymi. Nie twierdzę, że to nie jest potrzebna nauka! Szkoda jednak, że jednocześnie nie powtarza się równie często, że umiejętność dostrzegania dobra w tym, kogo się ma obok siebie tu i teraz, kogo się - niejako - dostaje "w pakiecie" od życia, daje nierzadko więcej poczucia wolności i pokoju w sercu niż koncentracja na tym, by ludzki krajobraz wokół mnie wyglądał dokładnie tak, jak ja uważam za słuszne. Wiem, wiem. Umiejętności takiego postrzegania rzeczywistości nie wysysa się z mlekiem matki. Tego się człowiek dość mozolnie uczy przez całe życie. Sama mam w tej dziedzinie świetne nauczycielki i staram się z ich lekcji korzystać regularnie. Nie zgadniecie kogo...Tak! Moje: mamę i teściową. I jestem Panu Bogu za dar ich obecności w moim życiu - bardzo wdzięczna.
Agata Rusek – „deon.pl”
Żona, mama, córka, z zawodu animatorka społeczności lokalnych, z zamiłowania doktorka nauk społecznych, w wolnych chwilach pisze bloga "Dobra Wnuczka" i prowadzi konto na Instagramie. Razem z mężem od lat zaangażowana w Ruch Spotkań Małżeńskich i wrocławską Wspólnotę Jednego Ducha.
 
 
6
 
Lech Poznań mistrzem, a jego kapitan daje niezwykłe świadectwo wiary.
Gest Mikaela Ishaka porusza kibiców
 
Lech Poznań właśnie przypieczętował tytuł mistrza Polski, pokonując Piasta Gliwice 1:0. Radość była ogromna, a trybuny eksplodowały szczęściem po ciężkim sezonie. Jednak w tym euforii, jeden moment szczególnie wyróżniał się na tle sportowych celebracji – niezwykły gest kapitana drużyny, Mikaela Ishaka, który otwarcie zamanifestował swoją wiarę.
    Lech Poznań zdobył tytuł mistrza Polski, a kibice zapamiętali nie tylko sportowy triumf, ale i gest kapitana.
    Mikael Ishak, szwedzki napastnik i kapitan drużyny, po meczu z Piastem Gliwice odsłonił koszulkę z napisem: „I belong to Jesus”.
    W wywiadzie dla „Super Expressu” Ishak podkreślił, że „Bóg to wszystko, numer jeden, ponad wszystkim” w jego życiu.
    To nie pierwszy raz, kiedy Ishak publicznie mówi o swojej wierze, ale ten gest miał szczególną wymowę w chwili sportowego zwycięstwa.
    Przykład kapitana Lecha przypomina, że sport może być platformą do uwielbienia Boga i dawania świadectwa.
„Należę do Jezusa” – przesłanie z boiska
Zaraz po końcowym gwizdku, kiedy emocje sięgały zenitu, szwedzki napastnik i lider Lecha zdjął swoją meczową koszulkę. Pod nią ukazał się T-shirt z jasnym i odważnym przesłaniem: „I belong to Jesus” – „Należę do Jezusa”. Ten prosty, ale potężny gest szybko obiegł media i poruszył fanów nie tylko w Polsce.
Ishak w rozmowie z „Super Expressem” nie krył, co jest fundamentem jego życia i sukcesów: „Bóg to wszystko, numer jeden, ponad wszystkim. Mój Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Nic więcej nie można dodać, ponad to, że jest wszystkim.”
Wiara w blasku reflektorów
Nie jest to pierwszy raz, gdy Mikael Ishak publicznie mówi o swojej głębokiej wierze. Jednak kontekst – świeżo zdobyte mistrzostwo Polski, szczyt sportowej kariery w danym momencie – sprawił, że ten gest miał wyjątkową wymowę. W chwili największej osobistej i drużynowej chwały Ishak nie skupił uwagi na sobie, lecz oddał ją Temu, któremu, jak sam mówi, zawierzył swoje życie.
Sport, choć kojarzony przede wszystkim z rywalizacją, bywa także przestrzenią do dawania świadectwa. Kibice często wykorzystują oprawy meczowe, by manifestować swoje poglądy czy wiarę. Mikael Ishak przypomniał jednak, że to sami sportowcy na najwyższym poziomie mogą być przykładem człowieka głębokiej wiary. Jego postawa jest inspiracją i przypomnieniem, że każde zwycięstwo – zarówno na murawie, jak i w życiu codziennym – może stać się okazją do uwielbienia i chwały Boga.
Czy ten gest kapitana Lecha zainspiruje innych sportowców do otwartości w kwestii wiary? Czas pokaże, ale z pewnością Mikael Ishak zapisze się w pamięci kibiców nie tylko jako mistrz Polski, ale także jako człowiek, który w blasku reflektorów nie wstydził się swojego przekonania.
 
 
 
Nieoczekiwane zdarzenie podczas papieskiej audiencji.
Leon XIV wykazał się niebywałym refleksem
Podczas środowej audiencji generalnej na placu Świętego Piotra, 28 maja 2025 roku, papież Leon XIV z uśmiechem złapał lalkę przedstawiającą jego postać, rzuconą przez jednego z wiernych. Gest ten spotkał się z entuzjastyczną reakcją zgromadzonego tłumu, a chwilę uchwyciły obiektywy fotoreporterów. Papież, znany z poczucia humoru i otwartości na spontaniczne gesty, pozdrowił wiernych, kontynuując spotkanie w serdecznej atmosferze.
fot. pap/epa/angelo carconi – „deon.pl”
 
 

8
 
Maryja – tajemnica mocy polskich świętych
Św. Maksymilian miał czynnych zaledwie 1/5 płuc, gorączki i krwotoki – a u Niepokalanej wymodlił siły i energię do pracy ewangelizacyjnej. Św. Stanisław Papczyński, spowiednik króla Jana III Sobieskiego, założył zakon na cześć Niepokalanego Poczęcia NMP – na długo przed ogłoszeniem dogmatu. Jak święci maryjni doświadczali cudów, pomocy, natchnień? Co to znaczy być maryjnym?
„Siłę daje mi Niepokalana”
Św. Maksymilian od młodości chorował na gruźlicę. Wysoka gorączka i krwotoki osłabiały jego organizm. Od 26 roku życia funkcjonował tylko z jednym płucem. Mimo to, wciąż modlił się, pracował, wprowadzał w życie kolejne natchnienia. Gdy zakładał japoński Niepokalanów, dolegliwości szczególnie dały mu się we znaki. „Cztery piąte płuc dotknięte gruźlicą, niemal unieruchomione, i wciąż wysoka gorączka. Gdyby to był zwyczajny chory, musiałby ciągle leżeć w łóżku” – stwierdził prof. Nagai, radiolog, który badał Maksymiliana w 1935 r. Z medycznego punktu widzenia normalne funkcjonowanie, a co dopiero intensywna praca, nie były w tym stanie możliwe. Słuchając profesora, o. Kolbe wyjął w odpowiedzi różaniec. „Siłę daje mi Niepokalana” – wyjaśnił.
Totus Tuus – wzór zawierzenia
Wielu polskich świętych, za wstawiennictwem Matki Bożej, wypraszała wyjątkowe łaski, a Matka Boża szczególnie ich umacniała. Jednak to, co było najważniejsze w ich relacji to nie cuda, lecz głęboka osobista więź i oddanie.
To oddanie szczególnie widoczne było dla wielu z nas w postawie dwóch współczesnych świętych: św. Jana Pawła II i bł. Stefana kard. Wyszyńskiego. Obaj myślą przewodnią swojego życia uczyli dewizę: „Totus Tuus” – na wzór św. Ludwika Marii Grignion de Montforta. I obaj, zawierzając siebie osobiście, i wszystko to, co czynią dla Kościoła, Matce Boga – odnieśli ogromne zwycięstwo.
 
9
Jan Paweł II i kard. Wyszyński w kaplicy sykstyńskiej, tuż po zakończeniu konklawe.
ASSOCIATED PRESS/East News
Bł. Stefan Wyszyński z powodzeniem przeprowadził Polskę przed trudne i wymagające czasy komunizmu i 1000-lecie Chrztu Polski, zawierzając wszystkie sprawy narodu Jasnogórskiej Pani. Św. Jan Paweł II – znajdując oparcie w Maryi najpierw Zebrzydowskiej i Częstochowskiej, później w sposób szczególny w Fatimskiej – doprowadził do upadku Muru Berlińskiego i wprowadził Kościół w trzecie tysiąclecie. I co najważniejsze – współdziałając z wolą Najwyższego, o której pełnienie niemal nieustannie prosili Maryję – obaj zostali świętymi.
„Nie istnieje «niemożliwe», gdy prowadzi i wspiera Maryja, która pierwsza uwierzyła w to, co «niemożliwe»” – podkreślał bł. Kard. Wyszyński.
„Nie wiem, kiedy ona [śmierć] nastąpi, ale tak jak wszystko, również i tę chwilę oddaję w ręce Matki mojego Mistrza: Totus Tuus. W tych samych rękach matczynych zostawiam wszystko i Wszystkich, z którymi związało mnie moje życie i moje powołanie. W tych Rękach zostawiam nade wszystko Kościół, a także mój Naród i całą ludzkość” – pisał św. Jan Paweł II w testamencie, powierzając także swoją śmierć i przyszłość Kościoła Maryi.
Prorok Niepokalanego Poczęcia
Polacy zawierzali się Maryi od wieków. Św. Stanisław Papczyński (właśc. 1631 – 1701), był jedną z najwybitniejszych postaci XVII w. Polsce, i także całe swoje życie postawił na Maryję. Spowiednik króla Jana III Sobieskiego oraz późniejszego papieża Innocentego XII, ceniony nauczyciel, „ojciec ubogich”. Nazywano go prorokiem Niepokalanego Poczęcia Matki Bożego, gdyż już ponad 150 lat przed ogłoszeniem dogmatu, gdy teolodzy dyskutowali jeszcze nad tym zagadnieniem, z zachwytem opiewał Maryję jako wolną od grzechu pierworodnego.
Wizerunek św. Stanisława Papczyńskiego w bazylice NMP w Licheniu Starym
Macpach1234 via Wikipedia na licencji CC BY-SA 4.0
W swoich pismach z delikatnością i zachwytem opisuje cnoty Matki Boga – widząc w Jej pośrednictwie ratunek dla grzeszników. Był pierwszym Polakiem, który założył zakon męski na ziemiach polskich. Zgromadzenia Księży Marianów Niepokalanego Poczęcia NMP powstało z miłości bł. Papczyńskiego do Maryi Niepokalanie Poczętej i by szerzyć Jej cześć. Sam przybrał imię zakonne: Stanisław od Jezusa i Maryi. Poświęcał się chorym, umierającym i duszom czyśćcowym, i wypraszał im wiele łask. Gdy matki przynosiły mu umierające dzieci, pochylał się nad nimi, szeptał modlitwę, a potem oddawał, pytając, po co przynosiły je tu, skoro są zdrowe.
Całe moje życie jest Twoje
Bł. Honorat Koźmiński (1829-1916) – kapucyn, składając śluby zakonne postanowił, za radą spowiednika, całe swoje życie powierzyć Jezusowi za pośrednictwem Maryi. W notatniku pisał: „Ja, brat Honorat (…) wybieram Ciebie dzisiaj wobec całego Dworu Niebieskiego za moją Matkę i Mistrzynię (...). Ofiaruję Ci wszystkie usiłowania, jakie czynić będę w kazaniach, naukach, spowiedziach, listach, konferencjach i piśmiennych pracach moich, a szczególnie w tym dziele, które od wielu lat zmierzam i od Ciebie oczekuję pomocy, a którym chciałem światu przedstawić, kim jest Maryja dla Boga, dla Kościoła i dla każdej duszy”.
I tak się stało. Bł. Honorat, żyjąc w czasach zaborów, pod okiem caratu, który z ogromną skutecznością usiłował stłamsić polskość i katolickość – założył 26 zgromadzeń zakonnych, w tym wiele bezhabitowych – by w okresie prześladowania Kościoła, czerpały wzór z ukrytego życia Maryi i wspierały świeckich Polaków.
Maryjo, uproś mi uśmiech
Św. Urszula Ledóchowska (1865-1939) – wybitna pedagog, założycielka Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Serca Jezusa Konającego, była nazywana przez młodzież „uśmiechniętą świętą”. „Maryjo, uproś mi stały dobry humor, to szczęście wewnętrzne, które daje Bóg” – mawiała. Św. Urszula była przekonana, że fundamentem wychowania powinna być miłość i radość płynąca z wiary.
Zachęcała do naśladowania cnót Najświętszej Maryi Panny, w tym: pokory, posłuszeństwa i oddania Bogu. Maryja była dla niej nie tylko Matką Boga, ale także Matką i Wychowawczynią każdego chrześcijanina. Urszula Ledóchowska zakładała szkoły, pensjonaty i ośrodki formacyjne także w Rosji, Finlandii, Szwecji i Danii. Często w tajemnicy. W każdym z tych miejsc, zabiegała o integralne wychowanie: fizyczne, intelektualne i duchowe, a także przekazywała młodzieży wartości chrześcijańskie, ucząc ich odwagi, odpowiedzialności i miłości bliźniego. .
Św. Urszula zdawała się mówić młodym: Naśladuj Maryję nie tylko wtedy, gdy śpiewa „Magnificat”, ale i wtedy, gdy niesie wodę w Nazarecie.
Służąca zapatrzona w Maryję
Bł. Aniela Salawa (1881-1922) – służąca z Krakowa, która żyła w prostocie – modliła się z głębi serca: „Proszą gorąco Matkę Najświętszą, aby mi pomogła do tego, bym nie obraziła Pana Boga nawet najlżejszym grzechem". Należała do Arcybractwa Matki Bożej Nieustającej Pomocy i była członkinią Sodalicji Mariańskiej. W życiu doznała wielu cierpień zarówno z powodu choroby i od ludzi. Potrafiła je akceptować jako dar od Boga, co odzwierciedlało się w jej codziennym życiu i modlitwach. „Kocham moją służbę, bo mam w niej wyborną sposobność wiele cierpieć, wiele pracować i wiele się modlić, a poza tym niczego na świecie nie szukam i nie pragnę” – mówiła, z ufnością powierzając się Maryi
Każdy z przedstawionych świętych poprzez modlitwę i oddanie się Maryi, nie tylko doświadczył osobistego nawrócenia, ale również stał się narzędziem Bożego działania w życiu innych ludzi. Ta głębia relacji z Matką Boża jest dla nas zaproszeniem, by odkryć Jej obecność w moim życiu.
Dorota Niedźwiecka – „aleteia.pl”
 
 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

1 czerwca - św. Justyn, męczennik

1 czerwca - św. Inigo z Oña, opat

2 czerwca - święci męczennicy Marcelin i Piotr

2 czerwca - błogosławieni męczennicy Sadok i Towarzysze

2 czerwca - św. Feliks z Nikozji, zakonnik

2 czerwca - Najświętsza Maryja Panna Krzeszowska, Matka Łaski Bożej

2 czerwca - katedra w Rzeszowie

3 czerwca - święci Karol Lwanga i Towarzysze, męczennicy

3 czerwca - św. Klotylda

3 czerwca - św. Jan Grande, zakonnik

4 czerwca - św. Franciszek Caracciolo, prezbiter

4 czerwca - św. Piotr z Werony, prezbiter i męczennik

5 czerwca - św. Bonifacy, biskup i męczennik

5 czerwca - bł. Małgorzata Łucja Szewczyk, dziewica

6 czerwca - św. Norbert, biskup

6 czerwca - bł. Maria Karłowska, zakonnica

6 czerwca - św. Marcelin Józef Champagnat, prezbiter

6 czerwca - św. Filip, diakon

7 czerwca - św. Robert z Newminster, opat

7 czerwca - św. Antoni Maria Gianelli, biskup

7 czerwca - bł. Anna od św. Bartłomieja, dziewica

7 czerwca - bł. Maria Teresa de Soubiran, dziewica

8 czerwca - św. Jadwiga Królowa

8 czerwca - św. Medard, biskup

8 czerwca - św. Wilhelm z Yorku, biskup

8 czerwca - błogosławione Diana i Cecylia, dziewice

8 czerwca - św. Jakub Berthieu, prezbiter i męczennik

8 czerwca - bł. Maria od Bożego Serca (Droste zu Vischering), dziewica