12/1069 – 8 marca 2026 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Wielkiego Postu (rok A)
Pierwsze czytanie: Wj 17,3–7
Psalm: Ps 95
Drugie czytanie: Rz 5,1–2.5–8
Ewangelia: J 4,5–42
Jezus źródłem wody tryskającym ku życiu wiecznemu
J 4, 5-42
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus przybył do miasta samarytańskiego zwanego Sychar, w pobliżu pola, które dał Jakub synowi swemu, Józefowi. Było tam źródło Jakuba. Jezus zmęczony drogą siedział sobie przy źródle. Było to około szóstej godziny.
Wówczas nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzekł do niej: «Daj Mi pić!» Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta, by zakupić żywności.
Na to rzekła do Niego Samarytanka: «Jakżeż Ty, będąc Żydem, prosisz mnie, Samarytankę, bym Ci dała się napić?» Żydzi bowiem i Samarytanie unikają się nawzajem.
Jezus odpowiedział jej na to: «O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: „Daj Mi się napić”, to prosiłabyś Go, a dałby ci wody żywej».
Powiedziała do Niego kobieta: «Panie, nie masz czerpaka, a studnia jest głęboka. Skądże więc weźmiesz wody żywej? Czy Ty jesteś większy od ojca naszego, Jakuba, który dał nam tę studnię, i on sam z niej pił, i jego synowie, i jego bydło?»
W odpowiedzi na to rzekł do niej Jezus: «Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem tryskającym ku życiu wiecznemu».
Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać».
A On jej odpowiedział: «Idź, zawołaj swego męża i wróć tutaj!»
A kobieta odrzekła Mu na to: «Nie mam męża». Rzekł do niej Jezus: «Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem. To powiedziałaś zgodnie z prawdą».
Rzekła do Niego kobieta: «Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Ojcowie nasi oddawali cześć Bogu na tej górze, a wy mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie należy czcić Boga».
Odpowiedział jej Jezus: «Wierz Mi, kobieto, że nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, ponieważ zbawienie bierze początek od Żydów. Nadchodzi jednak godzina, nawet już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli szuka Ojciec. Bóg jest duchem; trzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie».
Rzekła do Niego kobieta: «Wiem, że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko».
Powiedział do niej Jezus: «Jestem nim Ja, który z tobą mówię».
Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, że rozmawiał z kobietą. Żaden jednak nie powiedział: «Czego od niej chcesz? – lub: Czemu z nią rozmawiasz?» Kobieta zaś zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła ludziom: «Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?» Wyszli z miasta i szli do Niego.
Tymczasem prosili Go uczniowie, mówiąc: «Rabbi, jedz!» On im rzekł: «Ja mam do jedzenia pokarm, o którym wy nie wiecie». Mówili więc uczniowie między sobą: «Czyż Mu kto przyniósł coś do zjedzenia?»
Powiedział im Jezus: «Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który Mnie posłał, i wykonać Jego dzieło. Czyż nie mówicie: „Jeszcze cztery miesiące, a nadejdą żniwa?” Oto powiadam wam: Podnieście oczy i popatrzcie na pola, jak się bielą na żniwo. Żniwiarz otrzymuje już zapłatę i zbiera plon na życie wieczne, tak iż siewca cieszy się razem ze żniwiarzem. Tu bowiem okazuje się prawdziwym powiedzenie: Jeden sieje, a drugi zbiera. Ja was wysłałem, abyście żęli to, nad czym wy się nie natrudziliście. Inni się natrudzili, a wy w ich trud weszliście».
Wielu Samarytan z owego miasta zaczęło w Niego wierzyć dzięki słowu kobiety świadczącej: «Powiedział mi wszystko, co uczyniłam».
Kiedy więc Samarytanie przybyli do Niego, prosili Go, aby u nich został. Pozostał tam zatem dwa dni. I o wiele więcej ich uwierzyło dzięki Jego słowu, a do tej kobiety mówili: «Wierzymy już nie dzięki twemu opowiadaniu, usłyszeliśmy bowiem na własne uszy i wiemy, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata».
Biblijne konteksty na III niedzielę Wielkiego Postu roku A... Czytania tej niedzieli koncentrują się wokół symbolu wody.
To w kontekście chrztu. Czytania roku A w Wielkim Poście wszystkie koncentrują się wokół chrztu. W pierwszą niedzielę z Jezusem wyrzekliśmy się szatana, w drugą, z uczniami na Taborze wyznaliśmy wiarę w Jezusa, w Boga. Teraz czas poznać z Samarytanką Źródło Wody Żywej, wytryskującej ku życiu wiecznemu, źródło z którego raz się napiwszy już więcej się nie pragnie... Woda Żywa - to Duch Święty, którego otrzymuje wierzący. Tak wyjaśnił sam Jezus później, w swojej mowie w święto namiotów (J 7,39)
Duch Święty, żyjący w nas dla życia wiecznego Czego można pragnąć więcej?
Jezus proponuje Samarytance - i każdemu człowiekowi - dar wody żywej. To woda dającego życie wieczne chrztu, to woda, którą jest Duch Święty; to to wszystko dobre, wszelkie łaski, które kiedyś zamienią się w życie wieczne, ale już tu na ziemi pozwalają zakosztować jego przedsmaku. A ludzie? Zamiast źródła wody żywej wolą kopać studnie, które szybko wysychają... I ciągle kopiąc doznają kolejnych zawodów...

- Dar wody żywej
- Dzisiaj Słowa Bożego słuchamy razem z Samarytanką
- (Nie)zwyczajne rozmowy
- Katechumeni przygotowują się do chrztu świętego
- Miłość odwraca porządek rzeczy
- Ojcowski dom
- Skłodowska-Curie, Estera i my: wielkie kobiety nie zawsze są na okładkach
- Dlaczego św. Felicyta jest patronką kobiet w ciąży?
- Św. Jan Boży i inni
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Dar wody żywej
Kto będzie pił wodę, którą daje Jezus nie będzie pragnął na wieki, lecz woda ta stanie się w nim źródłem wody wytryskującej ku życiu wiecznemu
Czytania III niedzieli Wielkiego Postu roku A koncentrują się wokół tematu… No właśnie. Jak to ująć. Wokół tematu daru wody? Albo może daru, którym jest woda żywa? Albo wody, która jest znakiem darów duchowych i samego Boga? W każdym razie jakoś tak. I z góry przepraszam, że ten dzisiejszy odcinek „Biblijnych kontekstów” będzie mocno zagmatwany. Ale taka jest też Ewangelia tej niedzieli.
Pierwsze skojarzenie z wodą? W kontekście wiary oczywiście? Jasne, chrzest. I choć tajemnicy chrztu, będącego włączeniem w śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa poświęcona jest przede wszystkim liturgia Wigilii Paschalnej, to i w tę niedzielę temat ten jest poruszany.
Pewnie część czytelników już to zauważyła albo po prostu o tym wie: czytania w Wielkim Poście w roku A dotykają tematyki chrzcielnej. Przed chrztem (czy odnowieniem przyrzeczeń chrzcielnych) kapłan pyta: czy wyrzekacie się ducha złego?; czy wierzycie w Boga? Kogo pamięć nie zawodzi kojarzy, że to tematy czytań dwóch poprzednich niedziel. W pierwszą było o pokusach, grzechu i ich odrzuceniu. W drugą wezwanie, by słuchać Jezusa. W tę niedzielę dotykamy tajemnicy samego chrztu; usprawiedliwienia dokonanego dzięki wodzie żywej. A może lepiej Wodzie Żywej.
Andrzej Macura – „wiara.pl”

Dzisiaj Słowa Bożego słuchamy razem z Samarytanką
Kiedy zdobywaliśmy górę przemienienia, dał się słyszeć głos Ojca: "To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie". Dzisiaj Słowa Bożego słuchamy razem z Samarytanką. Patrzymy na Jezusa, który "siada" na źródle, bardziej niż na studni Jakuba, bo On sam jest źródłem wody żywej.
Zaczyna rozmawiać z kobietą, która przychodzi o nietypowej porze dnia po wodę. Przychodzi o godzinie dwunastej. Przychodzi, bo chce ukryć swoją historię, a ma ona ją podwójną. Dźwiga w sobie całą historię Samarii – ludu, który powstał po zdobyciu północnego państwa przez Asyryjczyków, kiedy część Izraelitów, część dziesięciu pokoleń, deportowano w różne strony Asyrii i na ich miejsce sprowadzono pięć ludów pogańskich. Ci, którzy pozostali w ziemi Izraela, zaczęli się łączyć w mieszanych małżeństwach. Pojawił się synkretyzm religijny; pomieszali swoje doświadczenie wiary w jedynego Boga z tym, z czym przybyli ludzie z Asyrii. I tak powstali Samarytanie.
Kiedy po niewoli babilońskiej lud wrócił do Judei, nie umiał, nie chciał, nie potrafił i nie mógł dogadać się z Samarytanami. Te mezaliansy z obcymi bogami postrzegane były jako cudzołóstwo, jako zdrada Boga.
Samarytanka dźwiga w sobie historię swego ludu, ale także swoją osobistą historię. Mężczyzna, z którym teraz jest, nie jest jej mężem, a ona całkiem możliwe, że "para się" najstarszym zawodem świata.
A Jezus zaczyna z nią rozmawiać. Prosi ją: "Daj mi pić". Na krzyżu Jezus będzie wołał "Pragnę". Jezus – źródło wody żywej. "Strumienie wody żywej wypłyną z mego wnętrza" – mówi w siódmym rozdziale Ewangelii Świętego Jana. Te strumienie wody żywej to dar Ducha Świętego.
Samarytanka, spotkawszy Jezusa, doświadczywszy Jego miłości i Jego przebaczenia, przyprowadza do Jezusa swoich pobratymców.
Jesteśmy świadkami, jak rodzi się wiara w tej kobiecie. Wiara w Jezusa, który jest źródłem wody żywej, w Jezusa, który wyprasza nam dar Ducha Świętego, w Jezusa, który pragnie naszej odpowiedzi na Jego miłość, na Jego miłosierdzie.
Kogo chcę przyprowadzić do Jezusa? I czy w ogóle kogoś chcę do Jezusa przyprowadzić? Czy mi na tym w tym Wielkim Poście naprawdę zależy?
ks. Wenancjusz Zmuda – „mateusz.pl”

(Nie)zwyczajne rozmowy
W opowiadaniu o spotkaniu Jezusa z Samarytanką przy studni Jakubowej nie ma cudu, który przykuwałby wzrok, jak w Kanie Galilejskiej, gdzie woda stała się winem. Nie pojawia się znak, który olśniewa tłumy i domaga się natychmiastowej interpretacji. Jest natomiast rozmowa – zwyczajna, cicha, niemal niezauważalna: rozmowa zmęczonego Jezusa i kobiety, która przyszła po wodę. A jednak właśnie ta scena bywa uznawana za jedną z najpiękniejszych w całej Ewangelii. Być może dlatego, że dotyka doświadczenia bardzo nam bliskiego: w prostych rozmowach, bez wielkich słów i gestów, rodzi się czasem coś, co zmienia nas głębiej, niż się spodziewaliśmy. Spotykamy Kogoś, kto zna prawdę o naszym życiu i nie zaczyna od osądu, lecz od daru, którym jest On sam.
Początkiem rozmowy przy studni jest zwykła prośba: „Daj Mi pić”. Jezus nie stawia wymagań ani nie odsłania od razu swojej tożsamości. Mówi jedynie: Jestem zmęczony, potrzebuję wody. Stawia się w pozycji kogoś, komu czegoś brakuje. Syn Boży, „przez którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy” (1 Kor 8,6), pozwala, by Jego działanie zależało od odpowiedzi drugiego człowieka. To zaskakujące odwrócenie ról odsłania logikę Boga, który nie chce dominować, lecz zaprasza do relacji.
Timothy Radcliffe OP zauważa, że Bóg przychodzi do nas w tych, którzy czegoś pragną, a my mamy możliwość im odpowiedzieć. Nie dlatego, że Bóg jest bezradny, lecz dlatego, że pragnie przyjaźni. A przyjaźń, jak wiedzieli już starożytni, nie może się opierać na nierówności i przymusie. Rodzi się tam, gdzie ktoś ryzykuje, że zostanie wysłuchany lub odrzucony.
Prosząc o wodę, Jezus otwiera przestrzeń dialogu. W tej relacji Samarytanka stopniowo dowiaduje się, kim jest Ten, którego spotkała, i jednocześnie zaczyna odkrywać prawdę o samej sobie. Zwyczajna rozmowa staje się miejscem przemiany, bo pozwala Bogu być blisko w sposób, który nie narusza wolności, lecz ją budzi.
Jarosław Krawiec OP – „wdrodze.pl”

Katechumeni przygotowują się do chrztu świętego
W pierwszą niedzielę Wielkiego Postu miałem okazję uczestniczyć w naszej redemptorystowskiej parafii w Toruniu w obrzędzie włączenia trojga dorosłych katechumenów do wspólnoty Kościoła. Podczas uroczystej celebracji, stojąc w pobliżu głównych drzwi wejściowych do kościoła, publicznie wyrazili oni pragnienie przyjęcia chrztu. Przeżywając ze wzruszeniem tę uroczystość, uświadomiłem sobie, że podobnie jak w dawnych wiekach, tak i teraz coraz częściej Wielki Post staje się okresem, w którym katechumeni przygotowują się do chrztu świętego. Przeczytałem też ostatnio, że w samym Londynie do tego sakramentu przygotowuje się 800 dorosłych osób. To dla nas znak nadziei.
Dzisiejsza liturgia słowa opowiada nam w pierwszym czytaniu o wyprowadzeniu przez Mojżesza wody ze skały, a w Ewangelii o spotkaniu Samarytanki z Jezusem. Tym samym zachęca nas do refleksji nad chrztem, który przyjęliśmy przez polanie wodą, oraz do przygotowania się do odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych w Noc Paschalną.
Wiemy dobrze, że woda oczyszcza i gasi pragnienie. Jezus zechciał, aby zbawienie docierało do ludzi poprzez wodę chrztu: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (Mt 28,19). W innym miejscu Pan powiedział: „Jeśli ktoś jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije” (J 7,37). Gdy na krzyżu z otwartego boku Jezusa wypłynęła krew i woda, Kościół odczytuje w tym znak sakramentów, zwłaszcza chrztu i Eucharystii.
Chrzest nie jest jedynie znakiem oczyszczenia. Jest zanurzeniem w Paschę Chrystusa – w Jego śmierć i zmartwychwstanie. To z przebitego boku Ukrzyżowanego rodzi się Kościół, a w poranek zmartwychwstania otwiera się dla nas nowe życie. Każdy ochrzczony zostaje włączony w zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią.
Pierwsi chrześcijanie mówili o wodzie z wielkim przejęciem, stanowiła ona bowiem dla nich znak nowego życia. Wiedzieli, że poprzez chrzest narodzili się do życia Bożego i będą mogli nim żyć, jeśli pozostaną wierni łasce, którą otrzymali. To znaczy, jeśli będą wierni przyrzeczeniom chrzcielnym, żyjąc w stanie łaski uświęcającej oraz dochowując wierności swojemu Zbawicielowi, Jezusowi Chrystusowi. Pamiętali, że jeśli odwrócą się od tego źródła, grozi im duchowa posucha i śmierć podobna do losu ryby wyjętej z wody.
W dzisiejszej Ewangelii usłyszeliśmy, że Samarytanka na swej drodze spotkała Jezusa, który, zmęczony wędrówką, usiadł przy studni Jakuba. Nie zważając na uprzedzenia swoich czasów, Jezus rozpoczął rozmowę z kobietą i poprosił ją, by dała Mu pić.
Jego sposób rozmawiania sprawił, że potrafiła być szczera i otwarta. W trakcie rozmowy Jezus ukazał jej prawdę o jej życiu, objawiając, że zna jej historię. Następnie objawił jej, że to On jest Mesjaszem, który przychodzi, aby zbawić świat.
W tej rozmowie widać drogę jej wiary: najpierw widzi w Nim zwykłego Żyda, potem nazywa Go „Panem”, uznaje za proroka, aż w końcu otwiera się na objawienie Mesjasza. Jej serce stopniowo dojrzewa do wiary.
Jezus mówi jej również o prawdziwym kulcie: że nadchodzi godzina, gdy prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie.
Nie chodzi już o spór między górą Garizim a Jerozolimą, lecz o nowe uwielbienie Boga, możliwe dzięki Duchowi Świętemu, którego Chrystus da po swoim uwielbieniu. Pascha Jezusa otwiera nową epokę – kult w Duchu i prawdzie rodzi się z Jego ofiary i z daru Ducha.
Jezus wzbudził w niej pragnienie Boga, który daje życie wieczne. To spotkanie stało się dla niej początkiem nowego życia. Kobieta otwiera się i wyraża pragnienie przyjęcia Bożych darów: „Daj mi tej wody!”(J 4,15).
Pozostawia swój dzban – znak dawnego sposobu myślenia i życia – i biegnie do miasta. Ta, która przyszła w południe samotnie, staje się świadkiem wobec innych. Spotkanie z Chrystusem przemienia ją i czyni apostołką.
Woda żywa, o której słyszymy w dzisiejszej Ewangelii, jest znakiem łaski chrztu oraz daru Ducha Świętego. Postawa Samarytanki zaprasza nas, byśmy zatrzymali się przy studni wody żywej, do której przychodzi wiele serc spragnionych nadziei. Czerpiąc z tej studni, którą jest sam Chrystus, będziemy mogli bardziej świadomie i odważnie iść drogami naszego życia, spotykając ludzi potrzebujących świadectwa wiary, którą otrzymaliśmy w sakramencie chrztu. Będziemy wtedy mieć okazję, by przypominać, że ze strony człowieka istotne jest pragnienie serca, które może wyrazić się słowami Samarytanki: „Daj mi tej wody!” (J 4,15).
Dzisiejsza niedziela niech będzie dla nas dobrą okazją, by podziękować Bogu za dar chrztu świętego, dzięki któremu otrzymaliśmy nowe życie – życie Boże w nas. Dziękujmy za łaskę wiary i podtrzymujmy w sobie ogień Bożej miłości. Prośmy jednocześnie, abyśmy umieli pielęgnować ten dar i, prowadzeni przez Ducha Świętego, dochowali wierności przyrzeczeniom chrzcielnym.
Niech naszym konkretnym ćwiczeniem duchowym w tym tygodniu będzie osobiste odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych podczas modlitwy w domu lub chwili adoracji Najświętszego Sakramentu. Wróćmy świadomie do słów: „Wyrzekam się” i „Wierzę”, pamiętając, że są one odpowiedzią na Paschę Chrystusa, który oddał za nas życie i zmartwychwstał, abyśmy mieli życie w obfitości.
o. Sylwester Cabała CSsR – „redemptor.pl”
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Tuchów

Miłość odwraca porządek rzeczy
Jezus powiedział św. Franciszkowi, że tym, co czyni słodkie gorzkim, a gorzkie słodkim, jest miłość. Miłość rzeczy odwraca, miłość odwraca porządek. Jestem głęboko przekonany, że to Franciszek ma dzisiaj do powiedzenia człowiekowi, który jest u początku decyzji wiary: jak chce zacząć poznawać Boga, to zderza z odwróconym porządkiem - mówił kard. Grzegorz Ryś podczas katechezy inaugurującej cykl dziewięciu spotkań przy krakowskim klasztorze św. Franciszka z okazji 800-lecia śmierci św. Franciszka z Asyżu.
Na początku rektor o. Grzegorz Siwek OFMConv wyjaśnił, że katecheza inauguruje cykl „Poniedziałki ze św. Franciszkiem”, przygotowany z okazji 800-lecia śmierci Biedaczyny z Asyżu. Zaznaczył, że jego celem jest przybliżenie postaci świętego i jego przesłania współczesnym.
Na początku katechezy kardynał zaznaczył, że chce wskazać to, co sam uważa u św. Franciszka za najważniejsze. Przywołał przy tym tekst z 1205 roku, który był dla niego „największym odkryciem”. – Rzekł mu Pan w duchu: „Franciszku, zamieniłeś już miłość cielesną i próżną na duchową. Jeśli chcesz mnie poznać, bierz to, co gorzkie za słodkie. Wzgardź samym sobą. Dokonaj tego odwrócenia porządku. A zacznie ci smakować to, o czym ci mówię” – cytował.
Metropolita krakowski zwrócił uwagę, że było to pierwsze słowo Jezusa skierowane do Franciszka. – Słowo, które odnosi się do początku. „Zaczniesz mnie poznawać” – mówił, zestawiając to z myślą Benedykta XVI o początku wiary chrześcijańskiej. Jak podkreślił, przeciętnie pytany człowiek nie odpowie, że chrześcijaństwo polega na spotkaniu z Jezusem, ale raczej na życiu według przykazań. – Papież Benedykt mówi: nie. Chrześcijaństwo nie jest u swego początku światopoglądem, nie jest systemem etycznym, nie jest zbiorem przykazań, nie jest zbiorem tradycji. Nie, jest spotkaniem z Osobą, które zmienia zupełnie horyzont widzenia – zaznaczył.
Kardynał wyjaśnił, że słowa Jezusa o „odwróceniu porządku” były szczególnie mocne w świecie średniowiecznym, w którym porządek świat był o wiele bardziej uporządkowany: człowiek miał wtedy dokładnie określone miejsce w hierarchii i musiał wiedzieć, kim jest. – Więc powiedzieć „odwróć porządek” było dość zuchwałe. To było dość zuchwałe – mówił metropolita krakowski.
W tym kontekście przywołał opis spotkania Franciszka z trędowatym. Zaznaczył, że był to moment, w którym Jezus urządził Franciszkowi „ćwiczenia” z tego, co wcześniej mu powiedział. – Spośród wszystkich nieszczęść i potworności świata Franciszek najbardziej spontanicznie brzydził się trędowatymi – zaznaczył kardynał i powiedział, że by nie przekroczyć otrzymanego rozkazu, Franciszek wręczył choremu pieniądze i go ucałował.
Metropolita krakowski zwrócił uwagę, że dalszy ciąg tej historii pokazuje przemianę Franciszka. „Przepełniony podziwem i radością, po kilku dniach stara się zrobić podobnie. Udaje się do mieszkań trędowatych, wręcza każdemu trędowatemu pieniądze i całuje go w rękę i w usta” – cytował. Dodał, że pocałunek w usta oznaczał w średniowieczu uznanie kogoś za równego sobie. – To jest właśnie odwrócenie porządku, bo w porządku, w tej drabinie społecznej trędowaty był absolutnie nikim – podkreślił.
W dalszej części mówił Franciszku jako o człowieku, który naprawdę rozmawia z Jezusem. – To nie chodzi o to, że on wie, że Jezus istnieje, tylko on z Nim rozmawia. Ta rozmowa ma to do siebie, że go powoli do Jezusa czyni podobnym – stwierdził. – W kolejnej rozmowie Jezus powiedział św. Franciszkowi, że tym, co czyni słodkie gorzkim, a gorzkie słodkim, jest miłość. Miłość rzeczy odwraca, miłość odwraca porządek. Jestem głęboko przekonany, że to Franciszek ma dzisiaj do powiedzenia człowiekowi, który jest u początku decyzji wiary: jak chce zacząć poznawać Boga, to zderza z odwróconym porządkiem – zaznaczył.
W dalszej części katechezy kard. Grzegorz Ryś mówił o ubóstwie św. Franciszka. Przypomniał, że niemal wszystkie porządki średniowiecznego świata były oparte na majątku, dlatego wybór radykalnego ubóstwa oznaczał w istocie wyjście poza ten porządek. – Ubóstwo franciszkowe to była odmowa posiadania, odmowa własności. Franciszek nie był ubogi w ten sposób, że posiadał niewiele. Franciszek był ubogi w ten sposób, że nie posiadał nic – powiedział.
Metropolita krakowski wskazał na zasadnicze pytanie, jakie Franciszek stawia w kwestii ubóstwa. – Kluczowe pytanie o ubóstwo, które zadaje Franciszek, to nie jest pytanie o to, ile masz w kieszeni. Tylko czyją własnością jest to, co masz w kieszeni – mówił. – Nam się bardzo łatwo odpowiada: „Jak to czyje? Moje. Pracowałem. Mam pensję. Zarobiłem”. No właśnie odpowiedź Franciszka jest, że nie jest twoje. Jest ktoś, kto ma prawo do tego, co ty masz w kieszeni – dodał.
Kardynał zaznaczył, że ubóstwo według św. Franciszka jest odmową posiadania i przyznał, że współczesnemu człowiekowi trudno to zrealizować. – Do kogo należy to, co masz w kieszeni? Czy ktoś ma do tego prawo? Komuś dajesz prawo do tego majątku. Czyje to jest? – pytał zebranych.
Następnie metropolita krakowski szeroko nakreślił kontekst historyczny. Mówił o wielkim rozwoju gospodarczym Europy w XII wieku, który doprowadził zarazem do wzrostu liczby ludzi ubogich i do narastania napięcia wokół bogactwa Kościoła. – Ten wiek rozwoju gospodarczego postawił na nowo bardzo wielkie pytanie o ubóstwo. Co robić z tymi, którzy w tym szalonym rozwoju gospodarczym zostają z tyłu, bo sobie nie radzą? – zauważył. – Kościół był bogaty i się pojawia proste pytanie, czy bogaty Kościół w ogóle zauważy ubogich ludzi. A jeśliby ich zauważył, to co by miał im do powiedzenia. Nie dziwcie się, że ten wiek XII, wiek rozwoju gospodarczego i wiek ubóstwa stał się wiekiem antyklerykalizmu – zauważył.
W tym kontekście kardynał przywołał ruchy katarów i waldensów, które stawiały Kościołowi radykalne zarzuty. Wyjaśniał, że na to wszystko św. Franciszek świadomie wybrał ubóstwo. – Mówi tak: „Nie chcę nic, odrzucam własność”, ale jednocześnie mówi: „Wszystko, co jest stworzone, jest dobre. Jest bardzo dobre” – zaznaczył. Jak dodał, Franciszek nie odrzucał świata materialnego, ale własność. – Nie dlatego jesteś ubogi, że odcinasz się od tego, co jest złe, bo jest materialne. Nie. To, co jest materialne, Pan Bóg stworzył. Jest dobre – mówił.
Kard. Grzegorz Ryś zwrócił też uwagę, że Franciszek, chciał żyć radykalnie i zapytał papieża o zgodę. Przywołał spotkanie Franciszka z Innocentym III i wskazał, że właśnie tam najpełniej widać, czym jest odbudowa Kościoła. – Papież rozpoznaje na audiencji człowieka, który mu się śnił, że potrafi podtrzymać Kościół przed zawaleniem – mówił. – Franciszkowi śni się papież, a papieżowi śni się Franciszek. To jest dopiero cała historia o tym, jak się odbudowuje kościół. To jest to, co najłatwiej by było określić spotkanie charyzmatu i urzędu – dodał.
Metropolita krakowski zaznaczył, że to właśnie to spotkanie pozwoliło Kościołowi przyjąć ubóstwo jako ideał ewangeliczny wewnątrz Kościoła. – Ten ideał, który był taranem przeciwko Kościołowi, używanym przez katarów i waldensów, naraz został zobaczony przez papieża jako to, co jest ideałem ewangelicznym i ma być w samym środku Kościoła – powiedział i przypomniał, że św. Franciszek otrzymał wtedy potwierdzenie swej reguły.
W dalszej części katechezy kardynał odniósł się do Soboru Laterańskiego IV i wskazał, że Franciszek potrafił uczyć się od papieża. Zwrócił uwagę, że sobór podkreślił bardzo mocno kult Eucharystii. – Jeśli nie zaczniemy poważnie nauczać, jeśli ludzi nie poprowadzimy poważnie do pokuty, do spowiedzi, i nie otworzymy ich na Eucharystię, to nie ma ratunku dla Kościoła. Ratunek jest w tych trzech wymiarach – mówił, przywołując jego wnioski.– Franciszek bardzo dużo mówi o obecności. W takim poczuciu, że jest obecność Boga i ta obecność wszystko zmienia – zaznaczył. – Zauważasz w rozmaitych sytuacjach swoich życiowych, że On jednak jest obecny między nami. To znaczy, że jakoś wszystko będzie dobrze – dodał.
Na zakończenie kard. Grzegorz Ryś podkreślił, że z kryzysu Kościół wyprowadziło właśnie spotkanie charyzmatu i urzędu. – Kościół z kryzysu uratowało spotkanie charyzmatu i urzędu. I to jest bardzo ważne przesłanie na dzisiaj – mówił. – Jak się w dzisiejszym Kościele spotka charyzmat z urzędem, to będzie bardzo pięknie – stwierdził.
Podczas spotkania pojawiło się pytanie o sens franciszkańskiego ubóstwa, skoro – jak podkreślano w katechezie – całe stworzenie jest dobre. Odpowiadając, kard. Grzegorz Ryś wskazał, że najgłębszym uzasadnieniem dla św. Franciszka był przykład Jezusa i Maryi, którzy dobrowolnie wybrali ubóstwo. Zaznaczył, że nie chodzi tu o biedę narzuconą z zewnątrz, ale o świadomy wybór stylu życia.
Drugie pytanie dotyczyło możliwości wykorzystania 800. rocznicy śmierci św. Franciszka jako okazji do szerszego wyjścia z jego przesłaniem poza środowiska kościelne. Kardynał zwrócił uwagę, że jubileusze są obchodzone już od wielu lat przy kolejnych rocznicach związanych z życiem świętego, przyznał jednak, że może to być „ostatni dzwonek”, by zrobić więcej.
KAI

Ojcowski dom
Marzy się czasem człowiekowi czarodziejska różdżka. Nawet wtedy, kiedy nie jest fanem magii. Na przykład kiedy przygląda się miłośnikom patostreamów. Wiadomo, słowo patologia pochodzi od cierpienia, dosłownie oznacza naukę o cierpieniu, ale przecież można ten przydługi wyraz skrócić i jest proste pato- do połączenia z różnymi rzeczownikami. Albo zmienić na swojsko brzmiącą patolę. I tak siedzi sobie małolat w domowym ciepełku, śledząc z wypiekami na twarzy, co wyprawia patola albo jakiś spryciarz dobrze ją udający, jakiś spec od inscenizacji. „Wulgarne treści, poniżanie i głupota” – denerwują się dorośli. „Internetowa transmisja w czasie rzeczywistym, która zawiera treści wulgarne, obsceniczne i przemocowe” – chłodno definiuje patostreaming sztuczna inteligencja.
Ech, różdżką skinąć i czary – mary nagle ląduje taki nastoletni fan treści wulgarnych, obscenicznych i przemocowych na jakieś, załóżmy, dwa tygodnie wśród patologii prawdziwej. Na jawie czy też we śnie, ale bez możliwości przedterminowego zwolnienia, choćby błagał ze łzami w oczach. Zamiast obrazków za szybką smartfona realne doznania z zapachem czyli smrodem włącznie. Byle jakie wyrko. Szyba w oknie zastąpiona kawałkiem dykty. Zimno, a podczas mrozów bardzo zimno. Z nastaniem zmroku pluskwy albo inne robactwo. Oberwać można za byle co albo i bez powodu. Czasem ktoś nożem albo innym narzędziem zagrozi. W środku nocy pobudka kopniakiem: „Ty, młody, leć po flaszkę.” Nie do sklepu, ma się rozumieć, w sklepach młodym nie sprzedają. Ktoś w sąsiednim pokoju jeszcze niedawno jęczał, teraz ścichł, a może już nie oddycha, ale w oparach alkoholu czy innych substancji jakoś nikt się tym nie przejmuje…
Wróciłby biedny fan patostremów skruszony na łono rodziny czy – w wersji łagodniejszej - obudziłby się ze strasznego snu z westchnieniem ulgi, że to był tylko nocny koszmar. Wróciłby przekonany, że pewnych granic się jednak nie przekracza. Wspomniałby panią z przedszkola, która pouczała, że nieładnie jest czynić drugiemu, co tobie niemiło. I księdza katechetę, który mówił o miłości bliźniego. Wróciłby nawrócony. Albo i nie. Dziwne to wprawdzie, ale życiowe doświadczenie podpowiada, że nie ma takiego świńskiego koryta, przy którym nie można by się zadomowić.
Co więc pozostaje? Ochroną jest - jak poucza przypowieść o synu marnotrawnym i miłosiernym Ojcu - utrwalony w pamięci obraz ojcowskiego domu. Prawdziwego ojcowskiego domu, o którym mówią słowa starej pieśni ze Śląska Cieszyńskiego czy jak kto woli – Ziemi Cieszyńskiej : „Ojcowski dom, to istny raj, dar Ojca niebieskiego i choćbyś przeszedł cały świat, nie znajdziesz piękniejszego.”
Pieśń, której melodia, wygrywana na jakimś niewielkim instrumencie przez Józefa Brodę, zwalczyła kiedyś w naszej grupie przedegzaminacyjny stres. Pieśń, która wcześniej - nucona przez tatę czy ciocię – moją chrzestną - budziła czasem we mnie opór. Bo czemu akurat ojcowski? Rodzinny powinno być, w końcu równouprawnienie jest, a nie patriarchat jakiś. Ojcowski - myślę teraz, po latach przyglądania się światu.
Maria Sołowiej – „wiara.pl”

Skłodowska-Curie, Estera i my: wielkie kobiety nie zawsze są na okładkach
Dzień Kobiet zwykle przychodzi z dwoma skrajnymi obrazami: albo laurka z kwiatkiem i "jesteście cudowne", albo wielka lista nazwisk, które brzmią jak z podręcznika historii i przez to są jakby z innej planety. A przecież w środku tego dnia jest proste pytanie: co właściwie znaczy "być wielką" kobietą? I czy "wielkość" musi mieć kształt Nobla, pomnika albo cytatu na Wikipedii?
Można odpowiedzieć: Maria Skłodowska–Curie. Dwa Noble, laboratoria, konsekwencja, praca na granicy ludzkiej wytrzymałości, w świecie, który kobietom mówił: "to nie dla was". Jej historia jest jak latarnia: pokazuje, że talent nie ma płci, a determinacja potrafi przesuwać granice epoki. Ale Curie nie jest tylko symbolem "kariery". Jest też opowieścią o cenie: o samotności, o ciężarze odpowiedzialności, o tym, że sukces nie zawsze wygląda jak święto, czasem wygląda jak kolejne długie godziny, kiedy nikt nie klaszcze.
I właśnie tu robi się ciekawie, bo Biblia wcale nie jest albumem "grzecznych kobiet w tle". Biblia ma swoje kobiety odwagi i sprawczości, takie, które nie mieszczą się w stereotypie potulności.
Debora była sędzią i liderką – osobą, do której przychodzono po decyzje, rozstrzygnięcia i mądrość. W historii, w której wielu czekało "aż ktoś coś zrobi", ona brała odpowiedzialność. Jej wielkość nie polegała na tym, że była lubiana. Polegała na tym, że była potrzebna i nie uciekła.
Całą filozofię należy przeformułować w oparciu o refleksję nad ciążą, ponieważ to bycie-z (être-avec) jest źródłem wspólnym dla nas wszystkich. Byt od początku nie jest oddzielony, odizolowany. Najpierw jest noszony, przyjmowany, zanim zacznie istnieć samodzielnie.
Estera z kolei to przykład sukcesu, którego nikt nie mierzy medalem. Mogła pozostać "bezpieczna", zadbać o własny spokój. Wybrała ryzyko w imię innych. Jest w tym coś, co rozumiemy aż za dobrze: czasem największy przełom zaczyna się nie od tego, że masz idealne warunki, tylko od tego, że w pewnym momencie mówisz: "wejdę w to, choć się boję".
Są też kobiety Biblii, które pokazują, że wielkość bywa cicha, ale absolutnie nie jest słaba. Rut nie ma królewskiego pałacu ani wielkich narzędzi wpływu. Ma wierność, pracowitość i odwagę zaczynania od zera – po stracie, po zmianie miejsca, po życiowym "resetowaniu" wszystkiego. Wielkość Rut jest w tym, że nie pozwala, by ból odebrał jej przyszłość.
A potem przychodzi Ewangelia i stawia obok coś jeszcze bardziej zaskakującego: kobiety, które zostają, kiedy inni uciekają. Pod krzyżem, przy pustym grobie, w przestrzeni, gdzie nie ma już nic do wygrania, poza miłością. Maria Magdalena nie jest ozdobą opowieści. Jest pierwszym świadkiem Zmartwychwstania. Jej "sukces" to wierność, która przetrwała ciemność.
Można więc ułożyć pewną mapę: Curie i kobiety Biblii mówią jednym głosem – choć innym językiem. Mówią, że wielkość rodzi się z połączenia trzech rzeczy: odwagi, sensu i wierności. Czasem oznacza to przełom naukowy. Czasem decyzję, która ratuje innych. Czasem – zwyczajną obecność, która trzyma dom, relacje, świat w całości.
I tu wreszcie dochodzimy do kobiet, o których rzadko pisze się "wielkie teksty", a bez których wszystko by się rozsypało. Do kobiet "jak my". Do tych, które nie mają laboratoriów ani sceny, ale mają życie pełne decyzji, napięć, trosk i małych zwycięstw.
One nie dostają nagród za to, że codziennie dźwigają odpowiedzialność. Jedne są mamami. Inne żonami, które próbują ocalić bliskość w małżeństwie, kiedy wszystko krzyczy: "nie ma już siły". Są singielkami, które słyszą pytania "kiedy wreszcie", a jednocześnie budują siebie, pracę, relacje, wiarę, bez gotowych scenariuszy. Są dziewczynami, które uczą się kochać mądrze, stawiać granice, nie brać na siebie świata. Są kobietami, które pracują, utrzymują dom, opiekują się rodzicami, rodzeństwem, kimś chorym i często nikt nawet nie wie, ile to kosztuje.
Nie stoją na sejmowych mównicach, ale negocjują sprawy, od których zależy spokój w domu i w sercu: emocje dzieci, konflikty, budżet, zdrowie, wizyty u lekarza, obiady, praca, szkoła, opłaty, terminy. A czasem negocjują jeszcze trudniej: z własnym lękiem, poczuciem winy, samotnością, zmęczeniem, które nie mija po jednej nocy.
Ich "sukces" bywa niewidzialny, bo widać go dopiero wtedy, gdy go zabraknie. Jest taki rodzaj bohaterstwa, którego nikt nie fotografuje: kiedy po trudnym dniu ktoś jeszcze potrafi przytulić. Kiedy kobieta, której wszystko się sypie w środku, i tak ogarnia świat na zewnątrz. Kiedy ktoś wstaje kolejny raz do pracy, do dziecka, do rozmowy, do życia. Kiedy ktoś nie ma siły, ale ma miłość. Albo chociaż ma w sobie upór, by nie zrezygnować.
Potrzebujemy Curie, potrzebujemy wizjonerek, lekarek, prawniczek, artystek, liderek. Ale jeśli Dzień Kobiet ma być prawdziwy, musi umieć powiedzieć jedno: wielkość nie jest zarezerwowana dla nielicznych. Wielkość ma różne kształty.
Jedna kobieta zmienia świat, odkrywając coś, czego wcześniej nie widział nikt. Druga zmienia świat, bo nie pozwala komuś upaść. Trzecia zmienia świat, bo w kryzysie wybiera dobro, choć to kosztuje. Czwarta zmienia świat, bo wciąż uczy się zaczynać od nowa – po rozstaniu, po porażce, po stracie, po cichym pęknięciu.
A może najuczciwsza definicja sukcesu na Dzień Kobiet brzmi tak: sukces to życie, które ma sens – nawet jeśli nie ma oklasków. To odwaga, która nie zawsze krzyczy. To wierność, która nie zawsze jest łatwa. To mądrość, która często rodzi się z bólu.
Jeśli dziś jesteś kobietą, która czuje się "zwykła", a w środku jest zmęczona, spróbuj usłyszeć to inaczej.
Julia Hap – „deon.pl”

Dlaczego św. Felicyta jest patronką kobiet w ciąży?
Święta Felicyta została skazana na śmierć i modliła się do Boga, aby urodzić dziecko przed terminem.
Na początku III wieku dwie kobiety, święte Perpetua i Felicyta, poniosły śmierć męczeńską za wyznawanie chrześcijaństwa. Według przekazów pozostawiły one dziennik, w którym szczegółowo opisały ostatnie dni przed egzekucją na arenie.
Ten dziennik znany jest jako „Męczeństwo świętych męczenniczek Perpetui i Felicyty” i wyjaśnia, że Felicyta była w ciąży, gdy przebywała w więzieniu, oczekując na wyrok śmierci:
Ale jeśli chodzi o Felicytę (ponieważ również jej spotkała łaska Pana), kiedy była już w ósmym miesiącu ciąży (ponieważ była w ciąży, kiedy została aresztowana), a dzień egzekucji zbliżał się wielkimi krokami, bardzo się martwiła, że z powodu ciąży zostanie zwolniona z kary, ponieważ kobiety w ciąży nie mogą być publicznie karane.
Modlitwa o wcześniejszy poród
Felicyta pragnęła dołączyć do swoich przyjaciół w męczeństwie, więc cała grupa modliła się do Boga, aby urodziła dziecko wcześniej:
Jej współmęczennicy byli głęboko zasmuceni, że muszą zostawić tak wspaniałą przyjaciółkę i towarzyszkę samotną na drodze tej samej nadziei. Dlatego też, łącząc swoje wspólne wołanie, trzy dni przed egzekucją wznosili modlitwy do Pana. Zaraz po modlitwie Felicyta zaczęła odczuwać bóle porodowe. Z trudnością naturalną dla porodu w ósmym miesiącu ciąży, cierpiała podczas porodu... i urodziła dziewczynkę, którą pewna siostra wychowała jako swoją córkę.
Dzięki temu cudownemu porodowi w więzieniu św. Felicyta została patronką kobiet w ciąży.
Wiele kobiet, które chcą urodzić wcześniej, zwraca się do św. Felicyty prosząc ją o wstawiennictwo w tej sprawie. Św. Felicyta dobrze wiedziała, jak trudne może być czekanie na narodziny dziecka w ostatnich tygodniach ciąży.
Niewiele wiadomo o dziewczynce, którą urodziła św. Felicyta, ponieważ żadne dokumenty nie zawierają dodatkowych informacji, poza tym, że została wychowana przez jej siostrę. Prawdopodobnie dorastała wiedząc, że jej matka została skazana na śmierć za bycie chrześcijanką i urodziła ją w więzieniu.
Pamiętała piękne poświęcenie swojej matki i to, jak zmarła w jedności z ofiarą Chrystusa na krzyżu. Jej matka była męczenniczką, co niewielu może o sobie powiedzieć.
Philip Kosloski – „aleteia.pl”
Artykuł jest tłumaczeniem z amerykańskiego wydania Aletei.

Św. Jan Boży i inni
To nieważne, czy powstanie o nim film. Ważniejsze stokroć to, że Boży ludzie wciąż żyją na tej ziemi.
Jego życiorys jest tak barwny, że można by nakręcić o nim pasjonujący film. Akcja zaczynałaby się w roku 1503 w małej wiosce w Portugalii, do której przybywa wędrowny ksiądz. Zatrzymuje się w domu Andrzeja i Teresy Ciudad.
Ich ośmioletni synek Jan słucha z wypiekami na twarzy opowieści wędrowca. Jest tak zauroczony, że w nocy ucieka z domu i podąża za nieznajomym. Docierają do hiszpańskiego miasta Oropesa. Mały Janek odnajduje tam swój drugi dom, u zarządcy dóbr miejscowego hrabiego. W wieku 28 lat zaciąga się do wojska hiszpańskiego i wojuje z Francuzami.
Cudem unika śmierci. Ponownie wyrusza na wojnę, tym razem przeciwko Turkom na wschodzie Europy. W końcu wraca do rodzinnej wioski. Odkrywa smutną prawdę o losie swoich rodziców. Matka zmarła ze zgryzoty po utracie syna, ojciec przywdział habit franciszkański i wkrótce także umarł. Jan postanawia odpokutować swoje grzechy. Udaje się do Afryki z pragnieniem męczeństwa. Pracuje kilka lat przy budowie fortyfikacji twierdzy Ceuta. W końcu wraca do Hiszpanii. Handluje pobożnymi książkami. Osiada w mieście Grenada. 20 stycznia 1538 roku słucha słynnego kaznodziei Jana z Avila. Kazanie działa na niego jak grom z jasnego nieba. Jan rzuca się na ziemię, targa włosy, ubranie, woła: „Boże! Miłosierdzia!”. Otoczenie uznaje, że oszalał. Zamykają go w domu dla obłąkanych. Tam doświadcza straszliwych cierpień. Metody „leczenia” chorych psychicznie były w owych czasach okrutne, polegały głównie na biciu. W szpitalu Jan odkrywa swoje właściwe powołanie: opieka nad chorymi i ubogimi.
Po wyjściu z zakładu dla obłąkanych zakłada swój pierwszy szpital. Żebrze o pieniądze na jego działalność, sam troszczy się o swoich podopiecznych. Dba o higienę, co w ówczesnych czasach jest czymś nowym. Troszczy się również o upadłe kobiety. Prosi je o zmianę życia i dba, by miały z czego się utrzymać po zaprzestaniu nierządu. Z czasem gromadzi się wokół niego grupa bożych szaleńców, z których już po jego śmierci powstanie zakon bonifratrów. Umiera 8 marca 1550 r. na klęczkach, trzymając w ręce krzyż. Ma 55 lat. Mówił o sobie, że jest grzesznikiem. Już za życia nazywano go Janem Bożym.
To nieważne, czy powstanie o nim film. Ważniejsze stokroć to, że Boży ludzie wciąż żyją na tej ziemi. Słuchałem niedawno o lekarce pracującej z wielkim poświęceniem wśród umierających. Przypomniał mi się fragment z Miłosza: „Wystarczy mocno i wytrwale zastanawiać się nad jednym życiem/ Pewnej kobiety na przykład, jak teraz robię, / A ukazuje się wielkość tych jakże słabych istot, / Które umieją być prawe i dzielne, cierpliwe aż do końca. / Cóż mogę więcej, Panie, niż tak rozpamiętywać / I stanąć przed Tobą z pokłonem błagalnika, / Dla ich bohaterstwa prosząc: przyjm nas do Twojej chwały”. Mogę rozpamiętywać, mogę naśladować.
Szaleniec z Grenady
To, co wydaje się bezsensowną pomyłką, okazuje się nieraz opatrznościowe...
Określenie „szaleniec” nie jest żadną przesadą. Przełomowym dniem życia Jana był 20 stycznia 1538 roku. W Grenadzie słucha kazania Jana z Avila, zwanego apostołem Andaluzji. Kapłan wzywa do nawrócenia. Słowo działa jak grom z jasnego nieba. Po wyjściu z kościoła Jan targa włosy i ubranie, woła: „Boże, miłosierdzia!”. Rozdaje cały swój dobytek. Otoczenie uznaje, że postradał zmysły. Zamykają go w domu dla obłąkanych. Tam doświadcza na sobie, jak brutalnie traktuje się chorych psychicznie. To, co wydaje się bezsensowną pomyłką, okazuje się opatrznościowe. Dzięki pobytowi w szpitalu Jan odkrywa swoje powołanie: opieka nad chorymi.
Długo szukał swojego miejsca w życiu. Od dziecka nosiło go po świecie. Urodził się w roku 1503 w małej wiosce w Portugalii. Jako 8-latek opuszcza swój dom rodzinny w tajemniczych okolicznościach (porwanie? zauroczenie opowieściami wędrowca?). Trafia do hiszpańskiego miasta Oropesa, gdzie znajduje swój drugi dom u miejscowego zarządcy dóbr. W wieku 28 lat zaciąga się do wojska hiszpańskiego i walczy z Francuzami. Cudem unika śmierci.
Ponownie wyrusza na wojnę, tym razem przeciwko Turkom na wschodzie Europy. Po powrocie z wojaczki odwiedza swoją rodzinną wioskę. Tam odkrywa smutną prawdę o losie rodziców – matka zmarła ze zgryzoty po utracie syna, ojciec przywdział habit franciszkański i wkrótce także umarł. Jan postanawia odpokutować swoją winę. Udaje się do Afryki z pragnieniem męczeństwa. Pracuje przy budowie fortyfikacji twierdzy Ceuta. Powraca do Hiszpanii, handluje pobożnymi książkami. W końcu osiada w Grenadzie, gdzie przeżywa burzliwe nawrócenie.
Po uwolnieniu ze szpitala dla obłąkanych Jan zakłada swój pierwszy przytułek, w którym chorzy mają być traktowani po ludzku. Sam troszczy się o swoich podopiecznych, dba o higienę, co było wtedy rzadkie. Pewnego dnia, niosąc chorego, upadł, miał mu wówczas pomóc sam Rafał Archanioł. Podczas pożaru szpitala królewskiego Jan rzuca się na ratunek pacjentom. Wokół niego gromadzi się z czasem grupa wolontariuszy, z których już po jego śmierci powstanie zakon bonifratrów. Jan umiera w wieku 55 lat. Kona samotnie w celi, na klęcząco. Na jego pogrzeb przybyła cała Grenada, dumna ze swojego świętego szaleńca. Przy jego grobie dzieją się cuda.

Święci i błogosławieni w tygodniu
- 8 marca - św. Jan Boży, zakonnik
- 8 marca - św. Stefan z Obazine, opat
- 8 marca - św. Beata, dziewica i męczennica
- 8 marca - bazylika katedralna w Pelplinie
- 9 marca - św. Franciszka Rzymianka
- 9 marca - św. Dominik Savio
- 10 marca - św. Symplicjusz I, papież
- 10 marca - świętych Czterdziestu Męczenników z Sebasty
- 10 marca - św. Makary, biskup
- 11 marca - św. Konstantyn, prezbiter
- 11 marca - św. Sofroniusz, biskup
- 12 marca - św. Maksymilian, męczennik
- 12 marca - św. Alojzy Orione, prezbiter
- 12 marca - katedra polowa Wojska Polskiego w Warszawie
- 13 marca - św. Krystyna, męczennica
- 13 marca - św. Patrycja z Nikomedii, męczennica
- 13 marca - św. Nicefor, biskup
- 14 marca - św. Matylda
- 15 marca - św. Klemens Maria Hofbauer, prezbiter
- 15 marca - św. Ludwika de Marillac, zakonnica
- 15 marca - św. Artemides Zatti, zakonnik
NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
(pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl
adres gazetki: