W BLASKU MIŁOSIERDZIA


24/1080 – 24 maja 2026 r. A.


INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

01.jpg

 

 

Niedziela, 24 maja 2026

 

 UROCZYSTOŚĆ

ZESŁANIA DUCHA ŚWIĘTEGO

(rok A)

 

 

Dzisiejsza uroczystość przypada dokładnie 50 dni po Wielkiej Nocy. Kończy ona Okres Wielkanocny - od jutra ponownie rozpoczyna się Okres Zwykły.

 
 
Czytania
Pierwsze czytanie: Dz 2,1–11
Psalm: Ps 104
Drugie czytanie: 1 Kor 12,3b–7.12–13
Ewangelia: J 20,19–23
 
Ewangelia
Weźmijcie Ducha Świętego
J 20, 19-23
Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: «Pokój wam!» A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.
A Jezus znowu rzekł do nich: «Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam». Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: «Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane».
 
Komentarze do czytań
Tekst czytań tej niedzieli koncentruje się wokół Ducha Świętego. Nie tyle nawet jest opisem Jego objawienia się, co ukazaniem Jego działania. W czytaniach znaleźć jednak można też sporo pobocznych, mniej istotnych z perspektywy głównego tematu wątków.
Niedziela Zesłania Ducha Świętego... Kciuk jest ważny. Ale sam jeden niewiele może zrobić. Jezus działał mocą Ducha. My - podobnie. Nie własnymi siłami, nie własną przemyślnością - Duch Święty ma nas prowadzić. Bo to, co nazywamy swoją misją jest w gruncie rzeczy Jego misją... Ciągle Bóg - przez nas, ale jednak Bóg - prowadzi swoją misję w świecie, nie my sami. Na pewno warto otwierać oczy i serca na Jego inspiracje, odczytywane w tym, co jest nam przez różne sytuacje dane...
Niepokojące też musi być dla nas to stwierdzenie: nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha, że Jezus jest Panem. A jeśli mówią tak ci, którzy należą do innej niż moja wspólnoty? Albo w ogóle nie należą do Kościoła katolickiego? Kościół nie jest nasz. Jest Boga. Nie dyktujmy Mu co i jak ma robić, ale przed Nim klękajmy powtarzając: bądź wolna Twoja.
No i jeszcze jedno: przywykliśmy chyba, że w Kościele jedni robią wszystko, z ewentualną drobną pomocą niektórych, inni tylko biorą. Są pasterze - są owce, które maja się tylko paść i nic więcej. A przecież, jeśli Kościół jest Ciałem Chrystusa, to jest mu potrzebna nie tylko głowa (którą w tym obrazie jest zresztą sam Chrystus), ale też inne członki prawda?
Andrzej Macura – „wiara.pl”
 
 
3.png
 
W dzisiejwszym numerze:
- Pięćdziesiątnica, to świętowanie, nadania prawa na Synaju
- Zdumienie Pięćdziesiątnicy
- Wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem
- Geniusz Pięćdziesiątnicy
- Kard. Pizzaballa: w Izraelu szerzy się kultura pogardy
- Kiedy zwykłe obowiązki zaczynają przerastać. Tak objawia się emocjonalne wyczerpanie
- Bohaterska misja sześciu zakonnic w obliczu epidemii eboli
- Paweł Domagała: kiedy mówię, że jestem katolikiem, dostaję i z jednej, i z drugiej strony
- „Możecie wierzyć lub nie, ale tak było”! Potężna pomoc św. Rity i Bożej Opatrzności
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
6
 
Pięćdziesiątnica, to świętowanie, nadania prawa na Synaju
Może dożyjemy takich czasów, kiedy będziemy mogli i chcieli celebrować przepięknie, Wigilię Zesłania Ducha Świętego. Zobaczyć, jak Pan Bóg prowadzi, jak leczy nas z tworzenia sztucznej jedności, co było doświadczeniem tych, którzy wznosili wieżę Babel. Jak będzie się do nas przyznawał, jak do Izraela, kiedy na Synaju otrzymał prawo. Bo przecież Pięćdziesiątnica, to świętowanie, nadania prawa na Synaju. To jest także dostrzeżenie i zobaczenie, jak Bóg prowadzi lud słowami proroków.
Zawsze głęboko dotyka mnie ten Ezechiel, który w realiach niewoli babilońskiej głosi słowo nad doliną, która jest pełna kości. Niezwykła wizja proroka. Prorokuj i wołaj o tchnienie Ducha.
Bardzo nam tego dzisiaj potrzeba daru proroctwa i tchnienia Ducha Świętego, żeby porządkował nasze myślenie.
Prorok Joel - wyleje Ducha mego na wszelkie ciało. Synowie wasi i córki prorokować będą.
To jest słowo, na które powołuje się Apostoł Piotr w dzień Pięćdziesiątnicy, kiedy zwiastuje dobrą nowinę o Chrystusie zmartwychwstałym.
Oto my, którzy posiadamy pierwsze dary Ducha, jesteśmy zaproszeni, żeby zobaczyć Jezusa, który podczas Święta Namiotów mówi, że strumienie wody żywej, wypłyną z Jego wnętrza. Przebity bok Chrystusa na krzyżu, to jest to udzielenie się Ducha Świętego. To jest także ta realizacja, która ma miejsce pierwszego dnia tygodnia, kiedy jesteśmy świadkami jakby kolejnego zesłania Ducha. Mamy dzień zmartwychwstania, który nie do końca przeżywamy, ale on jest także zesłanie Ducha Świętego. A przecież Jezus przychodzi z propozycją nie do odrzucenia: „Przyjmijcie Ducha Świętego, weźmijcie Ducha Świętego na odpuszczenie grzechów, na odkrywanie dzieł miłosierdzia, na przebaczenie”.
Mieć w sobie moc Ducha Chrystusa chwalebnie zmartwychwstałego, to doświadczać mocy Pięćdziesiątnicy, kiedy apostołowie z odwagą stają na ulicach Jerozolimy, żeby zwiastować zmartwychwstanie Jezusa. To to jest słowo pełne mocy, to jest słowo, które wzywa do nawrócenia, które przynosi niezwykłe owoce. Nawraca się trzy tysiące mężczyzn.
Mamy także Kościół Koryncki, Kościół, który złakniony jest darów Ducha Świętego. Wyznanie, że Panem jest Jezus w świecie Koryntu, miasta dwóch portów, wielkiego biznesu, gdzie w portach przechodzą potężne towary, gdzie do Rzymu wędrują różnego rodzaju bóstwa.
Oto Apostoł Paweł mówi, że różne są rodzaje posługiwania, ale jeden jest Pan. Że wszystkim objawia się Duch dla wspólnego dobra.
Oto Pan przychodzi z pomocą i zaprasza nas, żebyśmy dzisiaj odkryli moc Pięćdziesiątnicy tu i teraz, w tej codzienności, pośród której żyjemy.
ks. Wenancjusz Zmuda – „mateusz.pl”
 
 
1.jpg
 
Zdumienie Pięćdziesiątnicy
Niedawno papież Leon XIV w homilii wygłoszonej podczas mszy krzyżma mówił o misji, do której Bóg konsekruje swój lud, czyli nas. Jest to misja bycia chrześcijaninem, w której uczestniczymy zgodnie ze swoim powołaniem. Zastanowiło mnie zdanie wypowiedziane przez Leona: „Zbawienie może być przyjęte przez każdego tylko w języku ojczystym”. To papieski komentarz do odnotowanej w Dziejach Apostolskich pełnej zdumienia reakcji pobożnych Żydów przybyłych do Jerozolimy z różnych stron świata i słyszących apostołów przemawiających w ich własnych językach. Czy jednak chodzi tu wyłącznie o lingwistyczną biegłość? W tym wydarzeniu Święty Augustyn dostrzegał zapowiedź przyszłego Kościoła, który będzie głosił Chrystusa całemu światu.
Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest świętem wspólnoty Kościoła. Liturgia przypomina, że na drodze wiary, zwłaszcza w sakramentach chrztu i bierzmowania, otrzymujemy dar Ducha Świętego nie tylko dla naszego własnego uświęcenia i duchowego pożytku. Uzdalnia On każdego, kto Go przyjmuje, do bycia apostołem Chrystusa Zmartwychwstałego. Podobnie jak kiedyś uczniowie w Wieczerniku, tak teraz również my jesteśmy posłani na zewnątrz – do świata. Mamy przyjąć Ducha Świętego. Aby nasze głoszenie mogło przynosić owoce, powinniśmy mówić i świadczyć w sposób zrozumiały dla tych, do których idziemy. We wspomnianej homilii papież podpowiada, co to oznacza, dając przykład wielkich misjonarzy, którzy działają z delikatnością, a ich metodą jest dzielenie się życiem, bezinteresowna służba, rezygnacja z wszelkich wyrachowanych strategii oraz dialog i szacunek.
Zmartwychwstały Chrystus, przychodząc do uczniów zgromadzonych w Wieczerniku, dwukrotnie pozdrawia ich słowami: „Pokój wam”. To język Boga, którego Duch Święty uczy kolejne pokolenia chrześcijan. Jeśli damy się Mu prowadzić, doświadczymy Jego przemieniającej mocy, stając się Jego głosem dla świata. Zdumienie Pięćdziesiątnicy powtarza się w każdym pokoleniu.
Jarosław Krawiec OP – „wdrodze.pl”
 
 
4.jpg
 
„Wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem”
„Wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (1 Kor 12,13) – jak słyszeliśmy w drugim czytaniu, zaczerpniętym z Pierwszego Listu do Koryntian. I to jest chyba najważniejsze przesłanie dzisiejszej liturgii słowa.
Bo niezwykle ważne jest, abyśmy uświadomili sobie, że zesłanie Ducha Świętego to nie tylko wydarzenie historyczne, które dokonało się pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa w Wieczerniku, gdzie wciąż jeszcze przerażeni uczniowie zebrali się w dniu żydowskiego święta Szawuot – Święta Tygodni. Ale zesłanie Ducha Świętego dokonuje się tu i teraz – Bóg każdego z nas nieustannie napełnia swoim Duchem, wydobywając z nas dobro i piękno, które w nas zaszczepił, a które tak często na skutek naszych ludzkich grzechów i słabości nie może się przebić i pozostaje w nas głęboko ukryte. Do tego stopnia, że często nawet my sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile w każdym z nas jest dobra i jak bardzo jesteśmy piękni – bez względu na to, w jaki sposób ocenia nas współczesny świat, posługujący się dość swoistymi kanonami piękna.
 Dając nam Ducha Świętego i wydobywając z nas to, co najlepsze, Bóg z jednej strony odnawia w nas swój obraz i podobieństwo. Duch Święty, którego Bóg posyła, sprawia bowiem, że na nowo stajemy się takimi ludźmi, jakimi On powołał nas do życia i do wspólnoty ze sobą, a nie takimi, którzy przez grzech zniekształcili w sobie Boży obraz i podobieństwo. Z drugiej zaś strony dar Ducha Świętego sprawia, że stajemy się nowym Ludem Bożym – nowym, to znaczy odmienionym, bo na nowo zwróconym ku Bogu, a tym samym uzdolnionym do głoszenia prawdy o zmartwychwstaniu Chrystusa, który wciąż żyje pośród nas.
 Tak jak to opisuje autor Dziejów Apostolskich: „Gdy wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić” (Dz 2,4). Mówili obcymi językami, ale ponieważ głosili chwałę Pana Boga, wszyscy nawzajem się rozumieli – ich głosy brzmiały niczym niebiański chór, dźwięcznie wyśpiewujący Bożą cześć. Choć tak bardzo różnimy się pod wieloma względami, to jednak stając przed Bogiem i z mocy Ducha Świętego głosząc Jego chwałę, jesteśmy nowym Ludem Bożym, zjednoczonym i zwróconym ku Bogu.
 Gdy wyznajemy wiarę w Boga słowami wypowiadanymi podczas każdej niedzielnej Mszy Świętej, mówimy, że wierzymy w Ducha Świętego, który jest Ożywicielem. Już pierwsze wersety Pisma Świętego mówią nam o Bogu – Ożywicielu, gdy autor natchniony w poetycki sposób opisuje stworzenie człowieka i pisze, że Bóg „tchnął w jego nozdrza tchnienie życia” (por. Rdz 2,7). Owo tchnienie to działanie Ducha Świętego. I tak jak wtedy Duch ożywił człowieka, tak i dziś nas ożywia, wyzwalając z duchowej ospałości.
 Św. Jan Paweł II w encyklice Dominum et Vivificantem pięknie pisał o tym, jak Duch Święty działa w sercu człowieka, który zdecyduje się zrobić Mu przestrzeń. Pisał, że Duch Święty „zamienia wewnętrzny nieurodzaj dusz w urodzajne pola łaski, On «rozlewa» w nas życie Boga (…) sprawia, że chcemy (…) działać i myśleć według reguł zostawionych nam przez Jezusa w Ewangelii. Ożywiciel wzmacnia nasze duchowe siły, podtrzymuje w nas nadzieję. Pomaga nam wydobywać się ze śmierci grzechu i każdej innej śmierci. Ciągle nam przypomina, że jesteśmy umiłowanymi dziećmi Boga i dziedzicami Jego królestwa”.
 Dzień Pięćdziesiątnicy był dla apostołów momentem przełomowym, bowiem od tej chwili zaczęli odważnie i wbrew wszelkim przeciwnościom głosić Ewangelię. Niech i dla każdego z nas, napełnionego Duchem Świętym, ten dzień będzie momentem przełomowym – momentem odważnego wyjścia w świat z tą świadomością, że jesteśmy ukochanymi dziećmi Pana Boga, i mówienia o tym wszystkim, którzy wciąż pozostają zamknięci w swoich lękach i ciemnościach. Amen.
o. Arkadiusz Buszka CSsR
Sekretarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Warszawa
 
 
02.png
 
Geniusz Pięćdziesiątnicy
Escarlati To perfekcyjne, genialne jak Bóg zaplanował czas narodzin chrześcijaństwa.
Zesłanie Ducha Świętego. Czym jest tak naprawdę to święto? O co chodzi w tej pięknej historii?
O wielki dar Boży, łaskę wiary, mądrości, odwagi? Czy możliwość władania obcymi językami? Oczywista odpowiedź to zdecydowane tak na wszystkie te pytania. Słuszna, ale niepełna interpretacja. Prawdziwy sens tego wydarzenia polega na tym, że rozpoczęło ono zwycięski pochód chrześcijaństwa na cały świat.
Zielone Świątki, Święto Pięćdziesiątnicy, zesłanie Ducha świętego. A dla Żydów – Święto Tygodni, czyli coś w rodzaju dożynek, świętowanie żniw pszenicy. Święto Tygodni było jednym z trzech wielkich świąt Judaizmu, kiedy Żydzi pielgrzymowali do Świątyni w Jerozolimie. Nie inaczej było też w 33 roku naszej ery, zaledwie 7 tygodni po zmartwychwstaniu Jezusa. Wypełniły się przepowiednie i obietnice proroków Starego Testamentu. Wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa narodziła się nowa religia, chrześcijaństwo. Ale jeszcze tak niewiele ludzi miało tego świadomość 50 dni po pierwszej Wielkanocy. Apostołom brakowało pomysłu na ewangelizację świata.
Jak czytamy w Dziejach Apostolskich, w dniu Pięćdziesiątnicy do Jerozolimy pielgrzymowały tłumy ze wszystkich zakątków cesarstwa rzymskiego. Byli to Żydzi zamieszkujący obce kraje: od Mezopotamii po Libie, od Rzymu po północny Iran. Wszyscy czuli się bogobojnymi wyznawcami religii Mojżesza i swoich przodków. Ale nie wszyscy znali język hebrajski czy aramejski. Po prostu, tak jak większość emigrantów, ulegli asymilacji i posługiwali się lokalnymi językami krajów, w których mieszkali. Jak do nich dotrzeć? Jak im przekazać naukę Chrystusa? Apostołowie też zapewne zadawali sobie to samo pytanie. Potrzebowali pomocy, cudu. W sukurs przyszła Boska interwencja. Napełnieni Duchem Świętym otrzymali nie tylko mądrość i odwagę. Najważniejszym była zdolność przemawiania językami, którymi posługiwali się pielgrzymi. To dzięki zaangażowaniu Boga i darom Ducha świętego Dobra Nowina mogła być przekazana przybyszom ze wszystkich zakątków ówczesnego świata. Tego dnia trzy tysiące ludzi przyjęło Chrystusa. Te tysiące pielgrzymów wróciło do domów, gdzie zasiane w Jerozolimie ziarna zaczęły kiełkować. Nie tylko w Judei czy Galilei. Ewangelia dotarła do Mezopotamii, Egiptu, Azji Mniejszej. I dalej docierała do kolejnych serc i dusz oczekujących Mesjasza.
To perfekcyjne, genialne jak Bóg zaplanował czas narodzin chrześcijaństwa. Najpierw Żydów rozproszył po całym świecie. Diaspora Żydowska była tym pierwszym ziarnem, zaczynem nowej wiary pośród pogan. Święty Paweł podczas swoich podróży misyjnych zawsze rozpoczynał nauczanie w miejscowej synagodze. W tym czasie cały znany Żydom świat podlegał sprawnej administracji Rzymu. Imperium zadbało o dobre drogi na swoim obszarze. Ale pomimo, że „wszystkie drogi wiodły do Rzymu”, podróżowanie w tamtych czasach nie musiało być ani łatwe, ani bezpieczne. O to także zadbał Bóg. W czasie, kiedy formowało się chrześcijaństwo, starożytny Rzym wchodził w epokę prosperity, wewnętrznej stabilizacji i pokoju – Pax Romana. Przez dwa stulecia państwo nie doświadczyło wojen w obrębie swoich granic. Misjonarze mogli bez obaw podróżować.
Przypadkowy, acz genialny zbieg okoliczności? Absolutnie nie. Misterny plan. Pan Bóg rozproszył Izraelitów dokładnie po to, aby przez nich szerzyć chrześcijaństwo. Pax Romana był potrzebny, aby słowo Boże mogło rozprzestrzeniać się po całym świecie. Gdyby Mesjasz przyszedł kilka wieków wcześniej, chrześcijaństwo nie ruszyłoby z miejsca? A dopełnieniem było zesłanie Ducha Świętego. Niesamowicie piękny, głęboko przemyślany zamysł. Dla wielu Zielone Świątki kojarzą się przede wszystkim z darem języków. Ale Panu Bogu nie chodziło o tanie efekciarstwo. Apostołowie przemawiali w obcych sobie językach nie po to, aby na kimkolwiek zrobić wrażenie. Cel był bardzo wzniosły, ale nade wszystko bardzo praktyczny. Chodziło o dotarcie z Ewangelią do wszystkich narodów. I to jest chyba najważniejsze w zesłaniu Ducha Świętego.
Andrzej Dańkowski – „wiara.pkl”
autor książki KSIĘGI MĄDROŚCI
 
 
9.webp
 
Kard. Pizzaballa:
w Izraelu szerzy się kultura pogardy
Vatican Media kard. Pierbattista Pizzaballa
Patriarcha Jerozolimy odniósł się m.in. do skandalicznego zachowania izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben Gwira.
Potrzebujemy odbudowania relacji, dbania o wartość słowa, uczenia się dostrzegania w drugiej osobie nie tylko zagrożenia, ale obecności, z którą trzeba się liczyć. Wskazuje na to kard. Pierbattista Pizzaballa, podkreślając, że w Izraelu szerzy się kultura pogardy, będąca podatnym gruntem do umacniania się ekstremizmu.
W rozmowie z największym włoskim dziennikiem „Corierre della Sera” łaciński patriarcha Jerozolimy odniósł się m.in. do skandalicznego zachowania izraelskiego ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben Gwira wobec członków Globalnej Flotylli Sumud. Na opublikowanym nagraniu pokazano kilkudziesięciu klęczących na ziemi aktywistów, podczas gdy Ben Gwir macha izraelską flagą i krzyczy po hebrajsku: „Witamy w Izraelu, to my tu rządzimy”.
„Corierre della Sera”: Czy zaskoczyło Księdza Kardynała nagranie przedstawiające Ben Gwira wśród aktywistów flotylli?
Kard. Pierbattista Pizzaballa: Obrazy z flotylli w ogóle nie zaskakują tych, którzy dobrze znają tę ziemię, ale za każdym razem ranią, ponieważ pokazują coś, co wykracza poza pojedynczy epizod. Nie są to po prostu sceny napięcia: ujawniają one klimat, sposób postrzegania drugiej strony, który stopniowo się pogarszał. To jest być może najbardziej niepokojący aspekt: nie tyle sam fakt, ile to, co go umożliwia.
Mówił Ksiądz Kardynał o „kulturze pogardy”, czym ona jest?
Kiedy mówimy o „kulturze pogardy”, nie odnosimy się tylko do skrajnych wypowiedzi czy głośnych gestów. Pogarda to powszechna, często cicha postawa, która wkrada się do codziennego języka, do uproszczeń, do sprowadzania drugiego człowieka do karykatury lub stereotypów. Powstaje, gdy przestajemy postrzegać w drugiej osobie konkretnego człowieka, z konkretną twarzą i historią, i przekształcamy go w symbol, w nieokreślonego wroga. Jest to forma zubożenia ludzkiego i duchowego, a dopiero potem politycznego.
Ekstremiści byli zawsze, ale być może nigdy nie mieli tak dużego znaczenia. Co im sprzyjało?
Ekstremizm znajduje podatny grunt właśnie w tym kontekście. Nie jest nowością w historii, ale dziś wydaje się mieć większą siłę i widoczność. Dzieje się tak, ponieważ odzwierciedla on rzeczywiste, głębokie lęki, często uzasadnione doświadczeniami przemocy, niepewności, straty. Strach, gdy nie znajduje odpowiednich słów i przestrzeni do przetworzenia, ma tendencję do utrwalania się i poszukiwania prostych, jednoznacznych, natychmiastowych odpowiedzi. Ekstremizm oferuje właśnie to: pozorną jasność, silną tożsamość, dobrze zdefiniowanych wrogów. Jednak jest też inny element, mniej oczywisty i być może bardziej radykalny: zmęczenie.
Czy izraelskie społeczeństwo obywatelskie ma przeciwciała, by zareagować?
Po latach konfliktu, nierozwiązanych napięć, sfrustrowanych oczekiwań, społeczeństwa ryzykują utratę zdolności wyobrażania sobie innej przyszłości. A kiedy nadzieja słabnie, rośnie pokusa zamknięcia się, obrony, a nawet zatwardziałości. W tym sensie pogarda jest często zewnętrznym obliczem głębokiego rozczarowania. Stąd bierze się poczucie, że pewne tendencje mogą stać się destrukcyjne również od wewnątrz. Każde społeczeństwo żyje dzięki zaufaniu, jakim ludzie darzą się nawzajem, oraz wzajemnemu uznaniu. Kiedy ta tkanka ulega rozdarciu, zagrożone jest nie tylko współistnienie społeczne, ale sama tożsamość wspólnoty. Ryzyko nie pochodzi więc wyłącznie od jawnych wrogów, ale z postępującej erozji wewnętrznych więzi. Byłoby jednak niesprawiedliwe i nieprecyzyjne poprzestać na tej interpretacji.
Czy jest coś jeszcze?
Istnieją, choć często nie trafiają na pierwsze strony gazet, inne siły. Są ludzie, grupy, instytucje edukacyjne, religijne i obywatelskie, które nadal wierzą w możliwość spotkania, które codziennie pracują nad utrzymaniem otwartych przestrzeni dialogu. Są to dyskretne, czasem kruche, ale realne obecności. Stanowią one ważne dziedzictwo, cichą zaporę przeciwko dryfowi pogardy.
Prawdę mówiąc z zewnątrz nie widać wielkich relacji, z wyjątkiem nielicznych elit, takich jak intelektualiści i pisarze…
Tak, z zewnątrz niewiele z tego widać. Dominują obrazy konfrontacji, podczas gdy relacje wydają się ograniczone do wąskich kręgów. To podsyca poczucie izolacji, niemal bycia otoczonym, co z kolei wzmacnia dynamikę zamknięcia. Jest to trudny do przerwania bieg, ponieważ każda strona ma tendencję do potwierdzania obaw drugiej strony.
Czy są jakieś możliwe rozwiązania?
Nie ma natychmiastowych rozwiązań. Jedną z możliwych dróg jest jednak powrót do bardziej realistycznego i ludzkiego spojrzenia na rzeczywistość, bez zaprzeczania jej złożoności i ran, ale też bez ulegania logice ciągłego przeciwstawiania się. W praktyce oznacza to powolne odbudowywanie relacji, dbanie o wartość słowa, uczenie się dostrzegania w drugiej osobie nie tylko zagrożenia, ale obecności, z którą trzeba się liczyć.
Ile to potrwa?
To długa praca, która nie przynosi natychmiastowych rezultatów i rzadko przyciąga uwagę. A jednak jest to być może jedyne działanie, które może naprawdę coś zmienić.
Ponieważ kultury pogardy nie zwalcza się wyłącznie decyzjami politycznymi czy środkami bezpieczeństwa, ale poprzez głębszą przemianę spojrzenia i sposobu postrzegania rzeczywistości. Na ziemi takiej jak ta, naznaczonej wyjątkową gęstością historii, wiary i konfliktów, zadanie to jest jednocześnie trudniejsze i bardziej konieczne. Nie chodzi o naiwność, ale o odpowiedzialność: o codzienne wybieranie tego, by nie pozwolić, by pogarda miała ostatnie słowo.
rj, Corierre della Sera         
 
 
10.webp
 
Kiedy zwykłe obowiązki zaczynają przerastać. Tak objawia się emocjonalne wyczerpanie
Coraz trudniej ci zabrać się za najprostsze obowiązki? Nawet po długim śnie budzisz się bez energii, a rzeczy, które kiedyś sprawiały ci przyjemność, dziś wydają się wysiłkiem nie do przejścia? Łatwo nazwać to lenistwem, ale przyczyna może być znacznie poważniejsza. To, co z zewnątrz wygląda jak brak motywacji, bardzo często okazuje się sygnałem przeciążenia psychicznego. Jak rozpoznać, że organizm działa na rezerwie?
Kiedy “nie chce mi się” oznacza coś więcej
Lenistwo zwykle wiąże się z wyborem przyjemności zamiast obowiązków. Ktoś odkłada pracę, bo woli obejrzeć serial, spotkać się ze znajomymi albo po prostu odpocząć. Taki odpoczynek zazwyczaj daje jednak satysfakcję i regenerację.
Przy emocjonalnym wyczerpaniu wygląda to zupełnie inaczej. Człowiek nie unika obowiązków dlatego, że świetnie się bawi. Raczej tkwi w stanie paraliżu, w którym nawet drobne zadania urastają do ogromnego problemu. Odpisanie na wiadomość, rozwieszenie prania czy zrobienie zakupów wydaje się niewspółmiernie trudne. Pojawia się frustracja, poczucie winy i bezsilność, bo rozsądek podpowiada, że to przecież “tylko kilka minut”.
Sen przestaje regenerować
Jednym z najbardziej charakterystycznych sygnałów przeciążenia psychicznego jest zmęczenie, które nie mija mimo odpoczynku. Można przespać 12 godzin, a rano nadal czuć się tak, jakby przepracowało się całą nocną zmianę
Powód często tkwi w przewlekłym stresie. Układ nerwowy pozostaje w stanie ciągłego napięcia, a ciało nie potrafi w pełni się zregenerować. To właśnie dlatego wiele osób doświadcza dziwnego poczucia zmęczenia “bez powodu”, mimo wolnego weekendu, spokojnego wieczoru czy kilku dodatkowych godzin snu.
Rzeczy, które kiedyś cieszyły, nagle przestają mieć znaczenie
Osoba zwyczajnie leniwa zazwyczaj nadal znajduje energię na swoje przyjemności. Chętnie wychodzi z domu, rozwija hobby albo angażuje się w to, co sprawia jej frajdę.
Emocjonalne wyczerpanie działa inaczej. Odbiera zdolność odczuwania przyjemności. Psychologia nazywa ten stan anhedonią. Nagle ulubione aktywności zaczynają męczyć zamiast relaksować. Książki leżą nietknięte, treningi przestają dawać satysfakcję, a spotkania z bliskimi wydają się kolejnym obowiązkiem do odhaczenia.
Wiele osób zaczyna wtedy wycofywać się z relacji i rezygnować z aktywności, które jeszcze niedawno były ważną częścią codzienności. Nie dlatego, że przestały je lubić, ale dlatego, że zwyczajnie nie mają już zasobów emocjonalnych, by się angażować.
Rozdrażnienie pojawia się znikąd
Przeciążony organizm często reaguje nadmierną drażliwością. Drobne sytuacje, które wcześniej nie robiły większego wrażenia, zaczynają wywoływać silne emocje.
Korek, hałas czy niewinne pytanie partnera mogą stać się impulsem do wybuchu złości albo nagłego płaczu. To nie przesada ani “przewrażliwienie”. Gdy psychika działa na rezerwie, próg tolerancji na bodźce gwałtownie się obniża.
Układ nerwowy w stanie ciągłego napięcia reaguje szybciej i intensywniej, bo nie ma już przestrzeni na spokojne przetwarzanie kolejnych stresorów.
Nawet najprostsze decyzje zaczynają przytłaczać
Codziennie podejmujemy dziesiątki drobnych decyzji i zwykle robimy to automatycznie. Jednak przy chronicznym przeciążeniu nawet banalne wybory mogą stać się źródłem zmęczenia.
Co zjeść na obiad? Od czego zacząć pracę? Na którą wiadomość odpisać najpierw? Dla wyczerpanego umysłu każda kolejna decyzja oznacza dodatkowy wysiłek.
To zjawisko określa się jako zmęczenie decyzyjne. Pojawia się obojętność, nie z wygody, ale z potrzeby oszczędzania resztek sił.
Organizm zwykle ostrzega wcześniej, niż myślimy
Emocjonalne wyczerpanie rzadko pojawia się nagle. Najczęściej rozwija się stopniowo. Problem polega na tym, że wiele osób ignoruje pierwsze sygnały, tłumacząc je chwilowym spadkiem motywacji albo “gorszym okresem”.
Tymczasem przewlekłe zmęczenie, utrata radości, rozdrażnienie czy trudność z wykonywaniem codziennych obowiązków mogą być wyraźnym komunikatem, że organizm od dawna funkcjonuje pod zbyt dużą presją.
Kinga Lada – „deon.pl”
 
 
11.jpg
 
Bohaterska misja sześciu zakonnic w obliczu epidemii eboli
17 maja Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) wydała międzynarodowy alert sanitarny w związku z nowym wybuchem ognisk eboli w Demokratycznej Republice Konga (DRK). Ożyła w nas pamięć o sześciu włoskich zakonnicach.
Te zakonne pielęgniarki i misjonarki zmarły w 1995 roku po tym, jak zaraziły się wirusem, do końca czuwając przy łóżkach chorych. W 2021 roku papież Franciszek ogłosił je czcigodnymi służebnicami Bożymi, a obecnie trwa ich proces kanonizacyjny.
Ebola to jedno z najgroźniejszych i najbardziej przerażających zagrożeń epidemicznych na kontynencie afrykańskim. Dyrektor generalny WHO ostrzegł we wtorek, 19 maja, przed „skalą i tempem” epidemii eboli, która uderzyła w Demokratyczną Republikę Konga. Do tej pory doprowadziła ona do 131 zgonów, a liczba podejrzanych przypadków wynosi 513. W ciągu ostatnich 50 lat ta choroba, wywołująca niezwykle zaraźliwą i wyjątkowo śmiertelną gorączkę krwotoczną, pochłonęła na kontynencie afrykańskim ponad 15 000 istnień.
Biorąc pod uwagę powagę sytuacji, WHO wydała w niedzielę, 17 maja, międzynarodowy alert zdrowotny, a we wtorek zwołała nadzwyczajne posiedzenie komitetu ekspertów, aby ocenić rozwój epidemii w tym rozległym, liczącym ponad 100 milionów mieszkańców i nękanym konfliktami kraju Afryki Środkowej. Z kolei Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom Unii Afrykańskiej (Africa CDC) ogłosiło stan zagrożenia zdrowia publicznego na całym kontynencie.
Przy każdym nowym wybuchu epidemii powraca pamięć o personelu medycznym, który ryzykował – a czasem oddawał – życie, by towarzyszyć chorym. Wśród nich szczególne miejsce zajmują Instytut Sióstr Ubogich (Siostry Palazzolanki). W 1995 roku sześć włoskich zakonnic posługujących na misji w Kongu zmarło po zarażeniu się wirusem u wezgłowia swoich pacjentów. Obecnie trwa ich proces kanonizacyjny.
Misja Sióstr Ubogich
Zgromadzenie Sióstr Ubogich, znane również jako Instytut Palazzolo, zostało założone w 1869 roku w Bergamo przez błogosławionego Ludwika Marię Palazzolo. Oficjalnie uznany przez Stolicę Apostolską w 1912 roku instytut zrzesza zakonnice, które składają śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Poświęcają one swoje życie służbie dzieciom najbardziej potrzebującym i sierotom. Większość z nich to doświadczone pielęgniarki, pracujące w rejonach świata dotkniętych największym ubóstwem.
Misyjna historia Sióstr Ubogich rozpoczęła się po II wojnie światowej, kiedy zgromadzenie postanowiło rozszerzyć swoją działalność poza granice Włoch. Pierwsza misja zaprowadziła je do Chin, jednak inicjatywę tę przerwała rewolucja komunistyczna. Wtedy siostry skierowały swoje oczy ku Afryce i w 1951 roku osiedliły się w Kongu Belgijskim (które później stało się Zairem, a dziś jest Demokratyczną Republiką Konga).
W Kikwit siostrom udało się zbudować szpital, który przez lata stale się rozwijał. W 1995 roku placówka składała się z budynku głównego oraz jedenastu pawilonów, mieszczących łącznie 450 łóżek. Przyjmowano tu pacjentów z najróżniejszymi schorzeniami. Tłumy były tak wielkie, że na jednym łóżku często leżało kilku chorych – czasem we dwóch, a nawet we trzech. W przededniu epidemii w Kikwit posługiwało 58 włoskich sióstr, z których 14 było tam obecnych od wielu lat. Pracowały ramię w ramię z ponad 400-osobowym personelem miejscowym i ośmioma lekarzami.
Dziś pallazolanki kontynuują swoją misję w wielu krajach, m.in. w Peru, Szwajcarii, Brazylii, Włoszech, Republice Konga, Wybrzeżu Kości Słoniowej, Malawi i Kenii. Dom macierzysty niezmiennie znajduje się w Bergamo we Włoszech. Zgromadzenie liczy niemal 1000 sióstr żyjących w 103 wspólnotach na całym świecie.
Kim jest sześć sióstr, które oddały życie za chorych?
Siostry Ubogich z Instytutu Palazzolo (których nie należy mylić z Małymi Siostrami Ubogich – zgromadzeniem założonym w 1839 roku przez św. Joannę Jugan do opieki nad ubogimi starcami) zapisały się w historii swoim niezwykłym oddaniem chorym podczas epidemii eboli w Kongo. Wiele z nich straciło życie, zaraziwszy się wirusem podczas udzielania pomocy. W hołdzie dla tego poruszającego świadectwa wiary i miłosierdzia, papież Franciszek ogłosił sześć z nich czcigodnymi służebnicami Bożymi (dekretami z 20 lutego i 21 marta 2021 roku), oficjalnie uznając heroiczność ich cnót.
1
Siostra Floralba Rondi pełniła funkcję przełożonej pielęgniarek na bloku operacyjnym w głównym szpitalu w Kikwit. W Kongo posługiwała od 1952 roku, poświęcając tam ponad czterdzieści trzy lata swojego życia zakonnego i misyjnego. Urodziła się 10 grudnia 1924 roku w Pedrengo we Włoszech, a śluby wieczyste złożyła na kilka lat przed wyjazdem do Afryki. Po spędzeniu sześciu lat w Kinszasie, gdzie opiekowała się chorymi na trąd, w 1994 roku wróciła do Kikwit. Kiedy zaraziła się wirusem ebola, początkowo myślała, że to dur brzuszny. Planowała nawet powrót do Mosango, by dalej pomagać trędowatym, ale choroba zdecydowała inaczej. Zmarła 28 kwietnia 1995 roku w wieku 71 lat
2
Alessandra Ghilardi urodziła się 21 kwietnia 1931 roku w Bergamo. 8 setpnia 1952 roku, w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, przywdziała habit zakonny i przyjęła imię siostra Clarangela. Wysyłana do Konga Belgijskiego w 1959 roku, wykształciła się na położną i posługiwała w Kikwit, Mosango oraz na misjach w Tumikia. Zairowi poświęciła ostatnich trzydzieści lat swojego życia. 29 kwietnia 1995 roku ciężko zachorowała. Lekarze początkowo podejrzewali gorączkę krwotoczną. Odeszła 6 maja 1995 roku. Dwa dni później badania laboratoryjne potwierdziły, że przyczyną śmierci był wirus ebola.
3
Siostra Dinarosa
Dinarosa Belleri (imię świeckie Teresina) wstąpiła do zgromadzenia w wieku 21 lat. Jej pierwsza misja zaprowadziła ją do szpitala morskiego w Cagliari. Później trafiła do szpitala w Mosango, gdzie pracowała przez siedemnaście lat. W 1983 roku została skierowana do Kikwit, gdzie z oddaniem opiekowała się chorymi na trąd, gruźlicę oraz wieloma innymi chorymi i rannymi. Gdy region nawiedziła epidemia eboli, siostra Dinarosa zdecydowała się pozostać na stanowisku – wierna misji służby i miłości, którą przekazał siostrom błogosławiony Ludwik Maria Palazzolo. Pracowała niestrudzenie, aż do całkowitego wycieńczenia organizmu. Zmarła z powodu wirusa ebola 14 maja 1995 roku.
4
Siostra Annalvira
Céleste Ossoli od dzieciństwa czuła głębokie powołanie do życia zakonnego. Mimo początkowego, gwałtownego sprzeciwu ojca, który w końcu ustąpił, wstąpiła do Sióstr Ubogich 5 października 1953 roku i przybrała imię siostra Annalvira. Po złożeniu ślubów została wysłana do Konga Belgijskiego 1 listopada 1961 roku. Sama zachorowała na gruźlicę płuc, ale mężnie stawiła czoła chorobie, a później odbyła szkolenie położnicze w Rzymie przed powrotem do Afryki. W Kongo przyjmowała na świat nawet 30-40 dzieci dziennie, co przyniosło jej czuły przydomek „kobiety życia”. Później została przełożoną prowincjalną na Afrykę – funkcja ta wymagała od niej przemierzania ogromnych odległości w celu wizytowania poszczególnych wspólnot misyjnych. Gdy w 1995 roku wybuchła epidemia eboli, pokonała jeepem ponad 500 kilometrów, aby dołączyć do swojej bliskiej współsiostry Floralby Rondi, która była w stanie krytycznym. Kilka tygodni później, 23 maja 1995 roku, sama uległa wirusowi ebola.
5
Siostra Vitarosa
Maria Rosa Zorza urodziła się 9 października 1943 roku w Palosco we Włoszech. Jako najmłodsza z siedmiorga dzieci straciła matkę w wieku zaledwie dwóch lat i była wychowywana przez babcię ze strony matki. Bardzo wcześnie usłyszała Boże wezwanie. Wstąpiła do zgromadzenia 1 września 1966 roku, przyjmując imię siostra Vitarosa. Skierowana do Mediolanu, uzyskała dyplom pielęgniarki ze specjalizacją geriatryczną. Jej największym pragnieniem pozostawało jednak poświęcenie się ubogim dzieciom w Afryce. Po kilku latach oczekiwania marzenie to się spełniło – 20 października 1982 roku została wysłana do Kikwit do pracy w szpitalu miejskim. Gdy wybuchła epidemia, siostra Vitarosa nadal opiekowała się chorymi z niezwykłym spokojem i wiarą. Tym, którzy pytali, czy się boi, odpowiadała po prostu: „Czego mam się bać?”, po czym śpiewała w języku używanym w Kinszasie: „Jeśli Jezus Chrystus wzywa cię do Kościoła, przyjmij to i służ Mu z całego serca”. Zmarła na ebolę 28 maja 1995 roku.
6
Siostra Danielangela
Anna Sorti urodziła się 15 czerwca 1947 roku w Bergamo we Włoszech. Była najmłodszą z trzynaściorga dzieci, z których przeżyło tylko siedmioro. Straciła oboje rodziców w odstępie zaledwie roku (w 1956 i 1957 r.). Głęboko dotknięta tymi doświadczeniami, na pewien czas oddaliła się od wiary, by potem na nowo odkryć swoje powołanie dzięki wsparciu Sióstr Ubogich. W wieku 19 lat wstąpiła do zgromadzenia i otrzymała imię siostra Danielangela. Po ślubach wieczystych w 1974 roku ukończyła studia pielęgniarskie w Mediolanie. Przeczucie, że jej życie będzie krótkie, towarzyszyło jej od dawna. W marcu 1995 roku napisała: „Czas ucieka każdemu i musimy się przygotować, bo nie znamy dnia ani godziny, kiedy Pan wezwie nas z powrotem do Siebie. Żyjcie w radości, bo miłość rodzi miłość”. Będąc na misji w Tumikia, sama zgłosiła się na ochotnika do wyjazdu do Mosango, by ratować pacjentów chorych na ebolę. Zaraziła się już pierwszej nocy. Przewieziono ją do Kikwit, gdzie zmarła 11 maja 1995 roku, miesiąc przed swoimi czterdziestymi ósmymi urodzinami.
Larry Peterson – „aleteia.pl”
Tłumaczenie z portugalskojęzycznej edycji Aletei.
 
 
12.jpg
 
Paweł Domagała: kiedy mówię, że jestem katolikiem, dostaję i z jednej, i z drugiej strony
O wierze, radykalizmie, rodzinie i współczesnym Kościele mówił aktor i piosenkarz Paweł Domagała podczas spotkania z cyklu "Browary Wiary", organizowanego przez Jezuickie Duszpasterstwo Akademickie w Łodzi. Wydarzenie odbyło się w pubie Indeks i zgromadziło studentów oraz młodych ludzi szukających rozmowy o sprawach ważnych.
Tematem spotkania było: "Szukanie rzeczy ważnych. Rodzina, pasja, Bóg". Rozmowę z gościem prowadził duszpasterz akademicki ks. Paweł Kowalski SJ.
Paweł Domagała: Bóg musi być ponad wszystkim
Paweł Domagała wielokrotnie podkreślał, że wiara nie może być jedynie dodatkiem do życia. - Bóg musi być ponad wszystkim. Każda sfera mojego życia musi być w Nim zatopiona. Inaczej to wszystko nie ma sensu. Bóg musi być wszystkim, bo jeśli nie jest wszystkim, to jest niczym - mówił. Artysta zaznaczył również, że chrześcijaństwo nie może ograniczać się jedynie do praktyk religijnych. - Chrześcijaninem jestem zawsze. Nie tylko w kościele czy kiedy śpiewam piosenkę o Bogu. Bóg jest moją codziennością - podkreślał.
Domagała przyznał także, że największą trudnością w wierze jest często sam człowiek. - Największym problemem w mojej wierze jestem ja - mówił szczerze, dodając, że współczesny świat bardzo potrzebuje prawdziwej duchowości i autentyczności.
Podczas spotkania nie zabrakło także mocnych słów o Kościele i klerykalizmie. - Za mało duchowości, za dużo klerykalizmu - stwierdził. Krytycznie odniósł się do budowania popularności w mediach społecznościowych kosztem głębi życia duchowego. - Tu chodzi o życie wieczne. To nie jest zabawa, tylko poważne sprawy - mówił, odnosząc się do obecności księży w mediach społecznościowych.
Aktor podkreślał, że katolicyzm wymaga radykalizmu rozumianego przede wszystkim jako wymaganie wobec samego siebie. - Uważam, że katolik musi być radykalny. Ale radykalizm trzeba zacząć od siebie, a nie od oceniania innych ludzi - zaznaczył. Jak dodał, największym zagrożeniem dla wiary jest duchowa letniość. W trakcie rozmowy mówił również o zaufaniu Bogu i lęku przed zmianą życia. - Nie bać się, że Pan Bóg może wszystko zburzyć i trzeba będzie zacząć od nowa. Kluczowe jest, żeby się tego nie bać. Ale ja się boję. Zaufanie jest bardzo trudne - przyznał.
"Kiedy mówię, że jestem katolikiem, dostaję i z jednej, i z drugiej strony"
Jednym z tematów była także pokora i relacja z drugim człowiekiem. - Pokora to nie jest myślenie o sobie źle, tylko myślenie o sobie mniej. Warto więcej myśleć o drugim człowieku - mówił gość "Browarów Wiary". Paweł Domagała mówił również o doświadczeniu bycia katolikiem w przestrzeni publicznej. - Kiedy mówię, że jestem katolikiem, dostaję i z jednej, i z drugiej strony. Ale Kościół i sakramenty są większe niż wszystkie opinie. Trzeba skupiać się na istocie katolicyzmu, a nie na opiniach ludzi - podkreślał.
Spotkanie miało formę otwartej rozmowy, a uczestnicy mogli zadawać pytania dotyczące wiary, życia rodzinnego, twórczości i codziennych zmagań duchowych. Organizatorzy podkreślają, że cykl "Browary Wiary" ma być przestrzenią szczerego dialogu o chrześcijaństwie i miejscu Boga we współczesnym świecie.
„deon.pl” - Archidiecezja łódzka / pk
 
 
14.jpg
 
„Możecie wierzyć lub nie, ale tak było”! Potężna pomoc św. Rity i Bożej Opatrzności
Marek w pewnym momencie powiedział Bogu, że jest mu wszystko obojętne, skoro i tak nie może na Niego liczyć. I wtedy dopiero zaczęło się dziać!
Chciałbym krótko przedstawić świadectwo potężnej pomocy św. Rity i działania Bożej Opatrzności, którego doświadczyłem przed laty, a nawet poprzeć je mocnym, prawie dwumetrowym dowodem. Liczę, że ta historia pomoże osobom, które pokładają ufność w Panu. Bóg interesuje się nawet naszymi prozaicznymi problemami materialnymi, bo nas kocha. Przy okazji spłacam też dług umiłowanej św. Ricie, pragnącej, aby jak najwięcej modlitw trafiało do Pana Boga za jej wstawiennictwem.
Po uszy w długach
Moi rodzice zmarli dość młodo i zostawili mnie, wówczas 21-latka, z olbrzymimi długami, domem do remontu, który nie miał ogrzewania. Byłem rok po ślubie, a moja żona była w 7. miesiącu ciąży. Zaadoptowaliśmy też moje nieletnie rodzeństwo. Nie mieliśmy nic, bo do tej pory pracowałem za darmo u ojca, chcąc mu pomóc. Miałem za to ambicję, aby utrzymać ojcowiznę, więc przyjąłem naiwnie skromny majątek razem z długami, wierząc, że je spłacę.
„Spotkałam Boga”. Szczęśliwa mimo trzech wylewów [świadectwo czytelniczki]
W konsekwencji za długi rodziców sięgające wówczas setek tysięcy złotych ścigali nas nawet bandyci! Z zasiłku pogrzebowego po tacie, zostało mi 500 zł. To był mój pierwszy wkład w inwestycje. Przez wiele lat szukałem różnych biznesów, dróg wyjścia z biedy: legalnych i nielegalnych, ale nic mi nie wychodziło. Dalej żyliśmy w ubóstwie, daleko od Boga, a długi rosły. One sprawiły, że byliśmy wyjęci spod prawa, bo wszędzie ścigali nas komornicy.
W końcu puściły mi nerwy
Pewnego dnia z bezsilności poszedłem do spowiedzi. Ksiądz marianin zaopiekował się mną duchowo i tak wszedłem na drogę nawrócenia. Jednak to też nie od razu zmieniło sytuację mimo przemiany życia, starań i gorących modlitw. Po jakimś czasie – około dwóch latach – puściły mi nerwy i powiedziałem Panu Bogu w intymnej modlitwie: „rób, co chcesz, mi od tej pory jest już wszystko obojętne, skoro nie mogę na Ciebie liczyć”.
Następnego dnia, zupełnie niespodziewanie zjawił się u mnie człowiek, który był dalekim znajomym mojego śp. ojca. Wiedziałem o nim tylko tyle, że się nawrócił, ale w życiu widziałem go może ze trzy razy. Przyjechał specjalnie z innej miejscowości, żeby mnie odszukać. Kiedy mnie zobaczył, powiedział: „Mam ci przekazać od Pana Boga, żebyś jeszcze trochę wytrzymał, żebyś się nie poddawał. On nad Tobą czuwa”.
Tam, gdzie kończyła się nadzieja, pojawiała się św. Rita. Opowieść spowiednika z sanktuarium w Cascii
Możecie wierzyć lub nie, ale tak było. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie i wzruszenie tym, że Pan Bóg tak poważnie potraktował moją modlitwę, że przysłał oddanego sobie człowieka, specjalnie, aby mi to powiedzieć. Do dzisiaj po ponad 20 latach to wspomnienie jest dla mnie pokrzepieniem w trudnych chwilach, bo pokazuje, jak Bogu na mnie zależy.
Bezczelna modlitwa
To wydarzenie odnowiło moje duchowe siły, bo wlało w moje serce nadzieję. W międzyczasie trafiła do mnie modlitwa do św. Rity i dowiedziałem się o jej wielkim kulcie we Włoszech. Uwierzyłem w jej potęgę, postanowiłem modlić się wytrwale, codziennie i z wiarą na kolanach licząc, że św. Rita nam pomoże. Bezczelnie modliłem się o wyjście z biedy i spłatę długów.
Za jakiś czas sytuacja zaczęła się wyraźnie zmieniać. Kilka „zbiegów okoliczności” sprawiło, że po jakimś roku modlitw do św. Rity, w przeciągu kilku miesięcy powiodło nam się bardzo w interesach i ostatecznie nasza jakość życia, stała się bez porównania lepsza. Pamiętam ten moment kiedy po raz pierwszy zdałem sobie sprawę, że mogę zrobić normalne zakupy spożywcze do domu!
Ta hossa trwała kilka lat. Spłacałem największe długi rodziców, remontowałem dom. W międzyczasie urodziły mi się cudowne córki, ale od zawsze marzyłem o upragnionym synu.
Czas na dwumetrowy dowód
Na koniec, gdy załatwiłem z Bożą pomocą wszystkie problematyczne sprawy, niczym wisienka na torcie zwycięstwa zrealizowanych marzeń, dnia 22 maja 2006 roku, w święto św. Rity urodził mi się upragniony syn, który dzisiaj jest wyższy ode mnie! To ten prawie dwumetrowy dowód!
Czy to można nazwać przypadkiem? Nie! Tam w niebie sztab świętych wspiera nas i modli się za nami. Potrzebują tylko jednego, aby skutecznie nam pomagać: naszej wiary i zaufania w dobroć Boga, dla którego ważne są wszystkie nasze marzenia!
Kocham Pana Boga, kocham św. Ritę. Was też kocham i dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca.
Marek Kajaniec – „aleteia.pl”
Tytuł, lead, śródtytuły i podkreślenia pochodzą od redakcji Aleteia Polska.
 
 
15.jpg
 
Święci i błogosławieni w tygodniu
 

24 maja - Najświętsza Maryja Panna Wspomożycielka Wiernych

24 maja - święci Donacjan i Rogacjan, męczennicy

24 maja - rocznica przeniesienia relikwii św. Dominika

25 maja - św. Beda Czcigodny, prezbiter i doktor Kościoła

25 maja - św. Grzegorz VII, papież

25 maja - św. Maria Magdalena de Pazzi, dziewica

25 maja - św. Magdalena Zofia Barat, dziewica

26 maja - św. Filip Nereusz, prezbiter

27 maja - św. Augustyn z Canterbury, biskup

27 maja - św. Fryderyk, biskup

28 maja - św. German z Paryża, biskup

28 maja - św. Maria Anna od Pana Jezusa z Paredes, dziewica

28 maja - bł. Lanfranck, biskup

29 maja - św. Urszula Ledóchowska, zakonnica

29 maja - bł. Józef Kowalski, prezbiter i męczennik

29 maja - bł. Eliasza od św. Klemensa, dziewica

29 maja - św. Paweł VI, papież

30 maja - św. Zdzisława Czeska

30 maja - św. Jan Sarkander, prezbiter i męczennik

30 maja - św. Joanna d'Arc, dziewica

30 maja - św. Ferdynand III, król

30 maja - bł. Marta Wiecka, dziewica

30 maja - bazylika metropolitalna w Szczecinie

30 maja - bazylika metropolitalna w Białymstoku

31 maja - Nawiedzenie Najświętszej Maryi Panny

31 maja - św. Kamila Baptysta Varano, dziewica i zakonnica

 
 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl