W BLASKU MIŁOSIERDZIA


22/1078 – 10 maja 2026 r. A.


INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

1

 

 

Niedziela, 10 maja 2026

VI NIEDZIELA WIELKANOCNA

 (rok A)

 

 

Czytania:
Pierwsze czytanie: Dz 8,5–8.14–17
Psalm: Ps 66
Drugie czytanie: 1 P 3,15–18
Ewangelia: J 14,15–21
 
Ewangelia:
Będę prosił Ojca, a da wam Ducha Prawdy
J 14, 15-21
Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze – Ducha Prawdy, którego świat przyjąć nie może, ponieważ Go nie widzi ani nie zna. Ale wy Go znacie, ponieważ u was przebywa i w was będzie.
Nie zostawię was sierotami. Przyjdę do was. Jeszcze chwila, a świat nie będzie już Mnie widział. Ale wy Mnie widzicie; ponieważ Ja żyję i wy żyć będziecie. W owym dniu poznacie, że Ja jestem w Ojcu moim, a wy we Mnie i Ja w was.
Kto ma przykazania moje i je zachowuje, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie».
 
Komentarz do czytań:
Skąd brać siły do życia po chrześcijańsku? Przecież to w całkiem sporej ilości spraw pójście na przekór temu, co przyjęło się w naszym (niby) chrześcijańskim społeczeństwie. Nie, nie z dogłębnej wiedzy teologicznej, nie z dobrze wytrenowanej woli. Niewiele pomoże słuchanie mądrych kazań i udział w najbardziej czadowych rekolekcjach. Siłę do chrześcijańskiego życia uczeń Jezusa czerpie ze zjednoczenia z Nim, z modlitewnego trwania w Bogu. Z kim przestajesz, takim się stajesz, prawda? Jeśli czytasz Ewangelię, jeśli chcesz na modlitwie konfrontować ją ze swoim życiem... jeśli pozwolisz Bogu swoje "nie" przemieniać stopniowo w "tak" sił Ci nie zabraknie... Że narazisz się otoczeniu? Że będą się ciebie śmiali czy nawet wytykali palcami? No cóż... Choćby nie wiadomo co się działo, wy macie być wierni
 
 
Modlitwa na szóstą niedzielę Wielkanocy.
Panie,
Ty nie chcesz, byśmy kochali Cię jedynie słowami,
nie zadowalasz się naszym przywiązaniem, naszym uznaniem.
Dla Ciebie miłość jest czymś konkretnym, prawdziwym,
objawia się w czynach i codziennych wyborach.
Także i ponad wszystko wówczas, gdy nie jest łatwo podążać za Tobą,
pełniąc wolę Ojca.
Ześlij Twego Ducha i odnów naszą wspólnotę.
Ponieważ tylko z Jego pomocą
będziemy mogli każdemu człowiekowi
dać świadectwo prawdy, która zbawia.
Panie Jezu,
Pomóż nam przyjąć Twoje słowo.
Także wtedy, gdy będzie wymagające.
Daj odwagę i siłę,
życia nim na co dzień.
A kiedy przyjdzie czas próby
daj nam mądrość
wyboru tego, co jest zgodne z Ewangelią.
Twój Duch niech zawsze przypomina Twoje słowo,
byśmy ze spokojem stawili czoła
lękom i trudnościom naszego życia.
Amen.
Comunità Italiana Freiburg

 

 

2.jpg

 

 

W dzisiejszym numerze
- Bądźcie zawsze gotowi
- Czy ja naprawdę kocham Jezusa?
- Przyjdę do was
- Dajcie już spokój z narzekaniem na pierwszą komunię i rodziców-materialistów
- Bitwa, która dała początek dzwonom na Anioł Pański
- Świety na dziś - Apostoł Andaluzji - Św. Jan z Ávila
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

5.jpg

 

Bądźcie zawsze gotowi
Apostoł Piotr w swoim pierwszym liście zapisał: «Bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest».
Ciągle czytamy czternasty rozdział Ewangelii świętego Jana. Po pytaniach, które zadają apostołowie o drogę do Ojca, mamy zapewnienie, że otrzymamy Ducha Świętego – Parakleta, Obrońcę, Adwokata, tego, który przychodzi z pomocą, który za nami się wstawia. Oto Jezus mówi: «Ja jestem w Ojcu» i to jest zaproszenie, żebyśmy my byli w Nim.
Doświadczamy, że On jest obecny pośród nas. I bardzo potrzeba nam w tym czasie uważnej lektury Dziejów Apostolskich – lektury, która zaprasza do wiary.
Spotkaliśmy przed tygodniem diakonów, wybór diakonów przy pierwszym kryzysie Kościoła, i teraz poznajemy działalność Filipa. Po śmierci Szczepana Kościół w rozproszeniu głosi Słowo i ewangelizuje. Diakon Filip dociera do Samarii i spotyka tych, którzy potrzebują Dobrej Nowiny. Głosi Chrystusa opętanym, sparaliżowanym i chromym, a Pan przychodzi z pomocą.
Oto ewangelizowana jest Samaria, do której docierają również Piotr i Jan. I oni są potrzebni, żeby przekazać dar Ducha Świętego. Można powiedzieć – są potrzebni, żeby bierzmować, żeby lud Samarii, który przyjął wiarę w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego, został umocniony mocą z wysoka. Apostołowie nakładali na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego.
Cała dynamika okresu Wielkanocnego, to jedno wielkie wołanie o Ducha Świętego. O Ducha wiary, o Ducha Chrystusa Zmartwychwstałego.
ks. Wenancjusz Zmuda – „mateusz.pl”

 

 

6.jpg

 

Czy ja naprawdę kocham Jezusa?
Dzisiejsza Ewangelia stawia przed nami bardzo proste, ale jednocześnie bardzo wymagające pytanie: czy ja naprawdę kocham Jezusa? Bo Jezus nie mówi dziś o uczuciach, nie mówi o pięknych deklaracjach, ale mówi konkretnie: „Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania” oraz „Kto Mnie miłuje, będzie zachowywał moje słowo”. A więc miłość do Boga nie polega tylko na tym, że przyjdę do kościoła, że się pomodlę, że coś poczuję. Prawdziwa miłość sprawdza się w codziennym życiu. Objawia się w tym, jak żyję, jakie podejmuję decyzje, jak traktuję drugiego człowieka.
Żyjemy dziś w świecie, w którym jest bardzo dużo słów. Każdy coś mówi, każdy coś komentuje, każdy ma swoją opinię. Telewizja, internet, smartfon – ciągle ktoś do nas mówi. My też ciągle coś mówimy. Piszemy wiadomości, komentujemy, odpowiadamy, czasem bardzo szybko, bez zastanowienia. Ile razy zdarzyło się, że ktoś coś napisał, a potem żałował? Ile razy słowo kogoś zabolało? Ile razy sami zostaliśmy zranieni przez czyjeś słowa?
Warto spojrzeć na swoje życie i zobaczyć, co się dzieje: jest mnóstwo słów, ale coraz mniej prawdziwych relacji. Rozmawiamy dużo, ale często powierzchownie. Używamy wielkich słów: miłość, prawda, dobro, ale one tracą swoją wartość, bo nie idą za nimi czyny. Nawet o sprawach poważnych potrafimy mówić lekko, żartować ze zła, śmiać się z grzechu. Człowiek zaczyna się przyzwyczajać i przestaje widzieć, co jest naprawdę dobre, a co złe. I w to wszystko wchodzi dziś Jezus ze swoim słowem: „Kto Mnie miłuje, będzie zachowywał moje słowo”. Czyli nie wystarczy słuchać, nie wystarczy wiedzieć. Trzeba żyć tym słowem.
Czterech biblistów omawiało swoje ulubione tłumaczenia Biblii.
Pierwszy powiedział: „Lubię wersję w tłumaczeniu Romana Brandstaettera ze względu na jej piękną polszczyznę”.
Inny powiedział: „Podoba mi się wersja ks. Dąbrowskiego, ponieważ jest tłumaczona z Wulgaty”.
Trzeci oświadczył: „Podoba mi się wersja z edycji św. Pawła, ponieważ jest łatwa w czytaniu”.
Czwarty biblista milczał przez chwilę, po czym powiedział: „Najbardziej podoba mi się tłumaczenie mojej matki”.
Pozostali trzej mężczyźni byli zaskoczeni. Powiedzieli: „Nie wiedzieliśmy, że twoja matka dokonała tłumaczenia Biblii”. „Tak” – odpowiedział. „Przełożyła ją na życie codzienne. I było to najpiękniejsze i najbardziej przekonujące tłumaczenie, jakie kiedykolwiek widziałem”.
 Bracia i Siostry, to jest właśnie sedno dzisiejszej Ewangelii. Najważniejsze nie jest to, jakie mamy wydanie Pisma Świętego na półce. Najważniejsze jest to, czy słowo Boże jest „przetłumaczone” na nasze życie. Czy widać je w naszych decyzjach, w naszych wyborach, w naszym sposobie myślenia. Bo słowo Boga to nie jest zwykłe słowo. To nie jest jedna z wielu opinii. To jest prawda. To jest słowo, które ma moc zmieniać życie. Kiedy Bóg mówi: „Kocham cię”, to nie jest pusty dźwięk – to jest rzeczywistość. Kiedy Bóg mówi: „Nie grzesz więcej”, to nie jest tylko rada czy propozycja, ale wezwanie do życia.
I teraz trzeba powiedzieć bardzo jasno: nie wszystkie słowa są równe. Jeśli ktoś obcy coś o mnie powie, mogę to zignorować. Jeśli ktoś bliski mnie zrani, to zaboli. Ale jeśli Bóg mówi coś o moim życiu, to tego nie mogę zlekceważyć. Jeśli Bóg mówi: „Świętuj niedzielę”, to nie chodzi tylko o to, czy mam czas, czy mi się chce, czy coś innego jest ważniejsze. Jeśli Bóg mówi: „Nie zabijaj”, „Nie cudzołóż”, „Nie kradnij”, to nie są propozycje do wyboru, tylko droga życia.
 Pomyślmy bardzo konkretnie: kiedy ktoś mnie obrazi – czy potrafię nie oddać tym samym? Kiedy widzę potrzebującego – czy zatrzymam się, czy przejdę obojętnie? Kiedy mam okazję do nieuczciwości – czy wybiorę prawdę, nawet jeśli stracę? Kiedy przychodzi niedziela – czy naprawdę oddaję ją Bogu, czy tylko „jeśli znajdę czas”?
To są właśnie momenty, w których słowo Boże staje się albo życiem, albo tylko teorią.
Niestety, częściej zdarza się, że bardziej słuchamy świata niż Boga. Bardziej liczymy się z opinią ludzi niż z tym, co mówi Ewangelia. Przez to pojawia się problem. Mówimy, że wierzymy, mówimy, że kochamy Boga, ale żyjemy po swojemu.
A Jezus mówi jasno: miłość poznaje się po tym, czy zachowujesz moje słowo.
To nie jest łatwe. Bo słowo Boże czasem wymaga. Czasem trzeba z czegoś zrezygnować. Czasem trzeba iść pod prąd. Czasem trzeba powiedzieć „nie”, kiedy inni mówią „tak”. Czasem trzeba mieć odwagę, żeby się nie zgodzić, żeby nie milczeć, żeby stanąć po stronie prawdy.
Na szczęście w tym naszym zagubieniu Jezus nie zostawia nas samych. Nasz Zbawiciel daje nam Ducha Świętego. Mówi: „Nie zostawię was sierotami”. Jako uczniowie Jezusa nie jesteśmy sami. Duch Święty daje siłę, pomaga podejmować dobre decyzje. Bez Niego trudno byłoby żyć według słowa Boga. To On uzdalnia nas do miłości, której sami z siebie często nie potrafimy. To On przemienia serce, daje łaskę, żeby przebaczyć, żeby powstać po upadku, żeby zacząć od nowa. Z Nim jest to możliwe.
 Spróbujmy dziś spojrzeć bardzo konkretnie na swoje życie. Jak wygląda moje słuchanie słowa Bożego? Czy ja w ogóle sięgam po Pismo Święte? Czy pozwalam, żeby ono mnie zmieniało? Czy raczej wybieram tylko to, co mi pasuje? I wreszcie najważniejsze pytanie: czy moje życie jest zgodne z tym, co mówi Jezus? Bo na końcu nie chodzi o to, ile razy usłyszałem Ewangelię. Chodzi o to, czy nią żyłem.
„Kto Mnie miłuje, będzie zachowywał moje słowo”. To jest bardzo konkretne. To jest droga do szczęścia. Bo tylko życie według słowa Boga prowadzi do życia wiecznego.
Dlatego dziś nie chodzi tylko o decyzję jednego dnia. Chodzi o codzienny wybór: komu wierzę bardziej – Bogu czy światu. A zdanie, które warto zapamiętać, jest proste: wiara, która nie zmienia życia, jest tylko słowem – a nie spotkaniem z Jezusem. Amen.
 o. Łukasz Baran CSsR – „redemptor.pl”

 

 

3.jpg

 

Przyjdę do was
Zapowiedź odwiedzin ekscytuje nas, bowiem czekamy wtedy na gości, z którymi lubimy przebywać, których lubimy słuchać. Znając termin wizyty, ogarniamy dom, sprzątamy, przygotowujemy specjały, odświętnie się ubieramy. A jak wyglądają nasze przygotowania do wizyty zapowiedzianej w dzisiejszych czytaniach i w Ewangelii?
Czy słowa zawarte w podtytule, a skierowane do nas poprzez Ewangelię świętego Jana, zmobilizują nas podobnie jak pierwszych chrześcijan? Można by pomyśleć, że im było łatwiej uwierzyć, bo widzieli cuda i uzdrowienia. A przecież Chrystus powiedział: Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Dzieje Apostolskie opowiadają nam dzisiaj o wierze ludu Samarii, o tym, jak dzięki przyjęciu Słowa Bożego dokonywały się cuda uzdrowień, uwolnień od opętania. Słowo Boże ma wielką moc sprawczą.
Ktoś powie być może, iż nie trzeba by uzdrowień, gdyby nie było chorób, nie potrzeba by uwolnień, gdyby nie było opętań. Ale, niestety, tak nasze życie tu na ziemi jest skonstruowane i zaplanowane, że nie jesteśmy w stanie sami uwolnić się od problemów, chyba że tak, jak nam radzi święty Piotr w swoim Liście: „A z łagodnością i bojaźnią [Bożą] zachowujcie czyste sumienie, ażeby ci, którzy oczerniają wasze dobre postępowanie w Chrystusie, doznali zawstydzenia właśnie przez to, co wam oszczerczo zarzucają. Lepiej bowiem – jeżeli taka wola Boża – cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle.” (1P 3,16-17). To słowa, które warto przemyśleć, poddać pod rozwagę, bowiem nie brakuje ludzi, którzy kpią sobie z tych, którzy działają dla dobra innych.
Na koniec otrzymujemy Słowo Chrystusa. Słowo o miłości, wierności, ale także praworządności, bowiem czymże innym jest zachowywanie przykazań? Bądźmy wierni, praworządni i miłosierni, wtedy doczekamy życia, na które czekamy – życia wiecznego. Pan daje nam Słowo, które powinno być dla nas Słowem najważniejszym: „Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie”. (J 14,21). Myślę, iż w tym miejscu każde dodatkowe słowo jest zbędne.
Jezu Chryste Zmartwychwstały, pozwól, prosimy, abyśmy posługiwali się prawdą, miłością i wiarą. Pozwól nam wsłuchiwać się w Twoje Słowa. Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie.
Piotr Blachowski – „wiara.pl”

 

 

4.jpg

 

Dajcie już spokój z narzekaniem na pierwszą komunię i rodziców-materialistów
Jest maj, więc temat pierwszej komunii hula mocno w mediach wszelakich: wyliczenia, ile do koperty, narzekanie na rodziców, którzy dzieciom kupują quady, robią przyjęcia za miliony monet i co tam jeszcze jest na liście komunijnych brejking newsów. I powiem szczerze: mam dość słuchania tych narzekań, oburzenia, dissowania rodziców i dzieci. I całej reszty tego napuszonego lamentu.
Mam dość tych nadaktywnych w mediach społecznościowych księży, którzy co roku wytykają rodzicom wystawność i materializm i tych, którzy zmuszają swoich parafian do organizowania uroczystości kościelnej na zasadzie liturgicznego "zastaw się, a postaw się", też. Mam dość mediów, które co roku nakręcają sensacyjki w stylu „teraz na komunię to małpkę, dwa tysiaki do koperty i lot balonem z chrzestnymi, bo inaczej się nie liczy”, a do tego publikują całe mnóstwo oburzonych komentarzy o kasie, kasie i jeszcze raz pieniądzach i jakie to jest złe, że się w kontekście komunii w ogóle o nich myśli, skoro to ma być przeżycie religijne i duchowe.
Gdyż, jak wiadomo, przeżycia duchowe sprawiają, że człowiek nie musi się ubrać, jeść, pić i nic, co po ludzku potrzebne do świętowania, nie powinno być ważne. I wybija nam ten cholerny manicheizm co roku: materializm jest fuj, a duchowość taka ważna. Śmiać mi się chce, gdy o duchowych zasadach przeżywania komunii zaczynają mnie pouczać najdalsze od Kościoła media. Oczywiście w każdą stronę można przesadzić. I zawsze będą tacy, co przesadzą i dostarczą paliwa algorytmom działającym na emocjach. Ale to raczej wyjątki na skali. I brakuje mi w tych wszystkich pikantnych historyjkach trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość.
A rzeczywistość jest taka: jeśli mieszkasz na 48 metrach, nie masz salonu, a Twoja najbliższa rodzina liczy powyżej dwudziestu osób, nie masz wyjścia: masz komunię, musisz zrobić przyjęcie w knajpie. To oczywiście jest mocno wykorzystywane przez restauracje: terminu komunii nie można wybrać, więc alternatywa jest taka: albo płacisz, ile powiedzą, albo przyjęcia nie ma. A jak już jest i człowiek musi wywalić co najmniej pół pensji albo nawet całą na wszystkie konieczne wydatki i całą organizację, to niech to przynajmniej jakoś wygląda. Bo wbrew pozorom to też jest ważne: świętowanie. I w tym manichejskim zapędzie tak wiele osób o tym zapomina: że pierwsza komunia to moment, w którym zjadasz Boga, który stał się ciałem, czymś materialnym, dotykalnym, czymś, co w kościele trzeba najpierw... kupić za gotówkę, żeby rozdać wiernym.
Byłam ostatnio na komunii "w Barankach". Piękna, zwykła, pełna Ducha msza; krótka, bez setek podziękowań, piosenek i pomysłów pozaliturgicznych. To, co najważniejsze, w centrum. Jezus spotykający dzieciaki po raz pierwszy w postaci Chleba – w samym środku wszystkiego. Ale Baranki to wyjątek. Norma jest wypadkową tak zwanych tradycji lokalnych w kościele parafialnym, gdzie rodzice nie mają zazwyczaj wiele do powiedzenia albo kończy się to kłótnią, oraz oczekiwań świata poza kościołem, głównie rodziny - i do tego realiów życia, w którym nie można pominąć aktualnych cen usług i towarów.
Więc tak: dla rodziców i dzieci pierwsza komunia to duchowe przeżycie - ale przykryte tysiącem spraw do załatwienia. Setką oczekiwań. Często bardzo sprzecznych – żeby naraz uniknąć „materializmu”, ale jednocześnie ubrać dziecko w drogi komunijny strój i dobrze nakarmić gości. Te oczekiwania dotyczące oddzielenia tego, co duchowe i tego, co materialne padają na najbardziej podatny grunt, bo często to właśnie obecni rodzice dzieci pierwszokomunijnych byli uczeni, że duchowość oznacza oderwanie od cielesności, od tego, co materialne, a już na pewno od „pieniążków”, i dążenie do bycia jakąś kulawą wersję ziemskiego anioła, co to nie je, nie pije ani pieniędzy nie wydaje.
Problem w tym, że to odłączenie ciała od ducha to herezja. Biblia jest pełna przykładów tego, jak Bóg się materialnie troszczy o ludzi. I jak świętowanie jest dla Niego ważne. Moment radości, zatrzymania w biegu, spotkanie przy stole, przy dobrym jedzeniu, a nawet, o zgrozo, przy winie, chwila wdzięczności za to, co mamy przecież z Jego woli: duchowo i materialnie.
Jeszcze nigdy nie słyszałam na żadnym kazaniu o tym, jak świętować pierwszą komunię nie na sposób aniołów bez ciała, ale na sposób ludzi stworzonych do bycia cielesnymi tak bardzo, jak się to da. Skoro Bóg taki ma nas pomysł, dlaczego nie potrafimy tego wreszcie oswoić, zaakceptować, uznać, że piękne przyjęcie komunijne, pyszny obiad i taki, wiadomo, nie za słodki tort są równie potrzebne, jak piękne pieśni, staranna liturgia, mądre wprowadzenie dzieci w spotkanie z żywym Bogiem?
Prawda jest taka, że jedno i drugie pozostawia wiele do życzenia. W bardzo wielu parafiach przygotowanie dzieci do pierwszej komunii sprowadza się do wiedzy: zaliczenia modlitw wykutych na pamięć, umiejętności uczestniczenia we wszystkich tradycyjnych nabożeństwach, rozliczania z listy zadań. Nie wiem, gdzie jest miejsce na budowanie bliskości z Bogiem, relacji z Nim: jeśli nie wydarzy się to w rodzinie, to chyba w obecnym systemie nie ma szans, a wierzący rodzice modlą się gorliwie przez rok, by uczestnictwo w przygotowaniach do komunii nie zniechęciło ich dziecka do wiary i do kościoła. A reszta, pozaliturgiczna reszta, jest duchowo i katechetycznie pozostawiona odłogiem. Czasem potępiana. Czasem wykpiwana, jak marzenia dzieci, że na komunię dostaną kasę i kupią sobie wymarzony prezent.
Dlaczego potrafimy z przytupem świętować Boże Narodzenie i zasypywać dzieci prezentami z okazji urodzin Jezusa, a trudno nam zaakceptować fakt, że zasypujemy je prezentami także z okazji jeszcze bliższego, bo fizycznego z Nim spotkania? Gdzie w tym wiara, że Bóg sam zadba o to, by dziecku Jego bliskości nie przysłonił laptop czy quad? I przede wszystkim: jaki wierzący i mający głęboką relację z Bogiem człowiek jest w ogóle w stanie pomyśleć, że zabawka naprawdę może przykryć doświadczenie spotkania z Jezusem? Przecież to jest dopiero oznaka braku wiary w Bożą moc i łaskę!
A dzieci? Otóż dzieci mieszczą w sobie o wiele więcej, niż nam się wydaje. Potrafią wierzyć prosto, bawić się dobrze i godzić w sobie jedno i drugie; to my, dorośli, pogubieni w naszym doświadczaniu wiary, już tego nie umiemy. I może dlatego rodzice dzieci pierwszokomunijnych są stałym chłopcem do bicia w maju: bo niezależnie od stanu swojej wiary starają się, jak potrafią najlepiej i bardziej chcą ten rok i to wydarzenie przetrwać i sprostać wszystkim oczekiwaniom, niż kłócić się z tymi, którzy im dopisują złe intencje i hipokryzję.
Marta Łysek – „deon.pl”
 
 

10.webp

 

Bitwa, która dała początek dzwonom
na Anioł Pański
W 1453 roku Konstantynopol — tysiącletni bastion chroniący Europę przed koczowniczymi ludami Azji — runął pod naporem wojsk osmańskich. Zwycięski sułtan Mehmed II nie poprzestał na tym.
Rok po roku sunął na zachód: w 1454 roku pokonał Serbów, zajął południową połowę ich królestwa oraz historyczne ziemie Kosowa. Europa drżała.
Kolejnym celem był Nándorfehérvár — twierdza strzegąca miejsca, gdzie rzeki Sawa i Dunaj łączą swoje wody. Kto trzymał tę fortecę, trzymał klucz do Węgier, Wołoszczyzny i Siedmiogrodu. Dziś to miasto nosi nazwę Belgrad.
Królestwo Węgier miało w tym czasie wybitnego stratega — Janosa Hunyadiego. Ten wywodzący się z wołoskiej szlachty wojskowy wzniósł się dzięki swym zdolnościom aż do godności regenta królestwa, sprawując władzę w czasie małoletności Władysława V. Hunyadi doskonale rozumiał, że następny atak osmański uderzy właśnie w te ziemie, toteż niestrudzenie naprawiał fortyfikacje i gromadził wojska — wbrew oporowi wielkich rodów węgierskich, zawsze niechętnych finansowaniu czegokolwiek, co nie służyło ich prywatnym interesom.
Wsparcie od papieża
Regent szukał wsparcia dyplomatycznego i znalazł je w Rzymie. Papież Kalikst III — z urodzenia Alfonso de Borgia, stryj przyszłego papieża Aleksandra VI — doskonale pojmował zagrożenie, jakie stanowił ekspansywny Mehmed II. Do Hunyadiego wysłał swego najlepszego dyplomatę, kardynała Jana de Carvajala, a do ludowej wyobraźni przemawiał stary, płomienny franciszkanin — Jan Kapistran, który ognistymi kazaniami ściągnął pod Belgrad między 30 a 40 tysięcy krzyżowców. Byli niekarni i słabo uzbrojeni, ale pełni zapału.
Mehmed II ruszył w czerwcu 1456 roku na czele około 60 tysięcy żołnierzy, 300 dział i około 200 okrętów kontrolujących Sawę i Dunaj. Artyleria osmańska była wówczas najlepsza na świecie — te same działa, które trzy lata wcześniej rozbiły mury Konstantynopola, od 4 lipca pruły fortyfikacje Belgradu. Twierdza pękała.
14 lipca chrześcijańska flota zaatakowała i rozbiła turecką blokadę rzeczną. Był to sukces kluczowy — do twierdzy dotarła odsiecz, Hunyadi odzyskał kontrolę nad rzekami. Tydzień później, 21 lipca, janczarowie ruszyli na wielki szturm. Wdarli się przez wyłomy w murach i parli ku cytadeli, lecz tuż przed nią napotkali mur ognia. Hunyadi przeszedł do kontrataku — żaden napastnik nie wyszedł żywy z Belgradu.
Niespodziewany tryumf
Gdy bitwa zdawała się dobiegać końca, Jan Kapistran poprowadził spontaniczny, ryzykowny wypad krzyżowców wprost na środek obozu osmańskiego. Hunyadi, zaskoczony, zrozumiał, że albo wykorzysta tę inicjatywę, albo straci całą siłę pomocniczą zgromadzoną przez franciszkanina. Rzucił się do walki z wszystkim, co miał. Dołączyła załoga Belgradu i każdy zdolny do noszenia broni mieszkaniec miasta.
Mehmed II osobiście stanął w ogniu — trzykrotnie jego miecz zabarwił się krwią — ale obóz był stracony, a spójność armii rozerwana. Sułtan utracił skarb, artylerię i zaopatrzenie, a sam odniósł ranę od strzały w biodro. Osmanie uciekli.
Belgrad dowiódł, że Turcy nie są niepokonalni. Moralnie było to zwycięstwo przełomowe, strategicznie — chwilowe zatamowanie tureckiego pochodu. Lecz triumf kosztował niezmiernie. Kilka miesięcy po oblężeniu Janos Hunyadi i Jan Kapistran odeszli — jeden z wyczerpania, drugi na zarazę.
Zwycięstwo zostawiło jednak po sobie trwalszy ślad niż mogiły. Jeszcze w trakcie oblężenia papież Kalikst III wydał dekret nakazujący, aby we wszystkich kościołach chrześcijańskiego świata w południe biły dzwony i aby wierni wznosili wtedy modlitwę do Matki Bożej w intencji obrońców Belgradu. Praktyka ta zakorzeniła się i rozeszła po całej Europie. Stała się tym, co znamy jako Anioł Pański — modlitwa odmawiana przy biciu dzwonów o dwunastej w południe.
Tak oto odgłos dzwonów kościelnych, który do dziś słyszymy w polskich miastach i wsiach, niesie w sobie echo tamtego lata roku 1456, kiedy pod murami Belgradu zdecydowały się losy Europy.
Antoine Mekary – ALETEIA/ za: „aleteia.pl”

 

 

11.webp

 

Świety na dziś - Apostoł Andaluzji
Św. Jan z Ávila
Św. Jan z Avili, najwybitniejszy przedstawiciel XVI-wiecznego kaznodziejstwa hiszpańskiego...
Urodził się 6 stycznia 1500 w miejscowości Almodóvar del Campo. Jego rodzicami byli należący do stanu szlacheckiego Alonso i Catalina, którzy nawrócili się na wiarę chrześcijańską z judaizmu.
Jan z Avili studiował prawo, teologię i filozofię na uniwersytetach w Salamance i Alcali. Zwłaszcza pierwsza z wymienionych tu uczelni warta jest wspomnienia. To właśnie w Salamance doszło do rozkwitu tak zwanego humanizmu hiszpańskiego, który „głosił oparcie całego życia religijnego na źródłach objawienia” – jak pisał ksiądz Kazimierz Panuś.
Po śmierci rodziców spadek po nich rozdał Jan ubogim, na obiad prymicyjny zaprosić miał zaś 12 żebraków, którym osobiście usługiwał. Planował zostać misjonarzem w Nowym Świecie, jednak biskup Sewilli doszedł do wniosku, że lepiej będzie, gdy Jan zostanie w Hiszpanii i podejmie się organizacji misji ludowych na obszarach Andaluzji.
Dwa lata spędził Jan w więzieniu inkwizycji. Podejrzewano go początkowo o głoszenie herezji – z czasem jednak oczyszczono go z wszelkich zarzutów. Po roku 1540 zajął się tworzeniem uniwersytetu w Baeza, na południu Hiszpanii.
Święty został zapamiętany, nie tylko jako wykładowca akademicki, mistyk i autor wybitnych dzieł traktujących o doskonaleniu duchowym – w jego dorobku znajdujemy między innymi słynny traktat zatytułowany „Audi filia”. Przede wszystkim był znakomitym kaznodzieją. To właśnie on wygłosił homilię na pogrzebie królowej Izabeli Portugalskiej w Granadzie. Także w tym mieście nastąpiła wielka przemiana w życiu świętego Jana Bożego, która dokonała się pod wpływem nauk Jana z Avili.
Po jednym z jego kazań założyciel zgromadzenia bonifratrów „opuścił kościół dogłębnie poruszony. Jeszcze tego samego dnia porozdawał potrzebującym dzieła religijne i inne wartościowe przedmioty, które posiadał. Ogarnięty uczuciem żalu za grzechy głośno błagał Boga o przebaczenie i wzywał miłosierdzia Bożego...” – czytamy w biografii Jana Bożego.
Prócz tego ostatniego, w kręgu przyjaciół Jana z Avilii znajdowali się także święty Ignacy Loyola i święta Teresa z Avili. Wspomniane tu już kazanie, wygłoszone na pogrzebie królowej Izabeli tak poruszyć miało wicekróla Katalonii i późniejszego świętego, Franciszka Borgiasza, iż ten postanowił wstąpić do jezuitów.
Święty Jan z Avili zmarł 10 maja 1569 roku. W 1970 roku kanonizował go papież Paweł VI, który uważał, iż powinien być on wzorem do naśladowania dla wszystkich współczesnych księży, cierpiących na kryzys tożsamości.
Piotr Drzyzga – „wiara.pl”

 

 

7.jpg

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

10 maja - bł. Beatrycze d'Este, mniszka

10 maja - św. Antonin z Florencji, biskup

10 maja - św. Jan z Avili, prezbiter i doktor Kościoła

10 maja - bł. Iwan Merz

11 maja - św. Mamert, biskup

11 maja - św. Ignacy z Laconi, zakonnik

11 maja - święci Odon, Majol, Odylon i Hugon oraz błogosławiony Piotr, opaci kluniaccy

11 maja - św. Franciszek de Hieronimo, prezbiter

12 maja - święci męczennicy Nereusz i Achilles

12 maja - św. Pankracy, męczennik

12 maja - bł. Juta z Bielczyn

12 maja - św. Leopold Mandić z Hercegnovi, prezbiter

12 maja - św. German, patriarcha Konstantynopola

12 maja - bł. Imelda Lambertini, dziewica

13 maja - Najświętsza Maryja Panna Fatimska

13 maja - św. Serwacy, biskup

13 maja - św. Maria Dominika Mazzarello, dziewica

14 maja - św. Maciej Apostoł

15 maja - św. Zofia, wdowa, męczennica

15 maja - św. Izydor Oracz

15 maja - św. Małgorzata z Kortony

16 maja - św. Andrzej Bobola, prezbiter i męczennik, patron Polski

16 maja - św. Szymon Stock, zakonnik

16 maja - katedra w Gliwicach

17 maja - św. Paschalis Baylon, zakonnik

17 maja - bł. Antonia Mesina, męczennica

17 maja - katedra w Elblągu


NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor
                                                                    (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl