W BLASKU MIŁOSIERDZIA

9/10655 – 15 lutego 2026 r. C.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

VI NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

 

15 lutego 2026 r.

 

 

 

 

Czytania:
Pierwsze czytanie: Syr 15,15-20
Psalm: Ps 119
Drugie czytanie: 1 Kor 2,6-10
Ewangelia: Mt 5,17-37
 
Ewangelia:
Wymagania Nowego Przymierza
Mt 5, 17-37
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem, powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni.
Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.
Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
Słyszeliście, że powiedziano przodkom: „Nie zabijaj”; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu „Raka”, podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzekł „Bezbożniku”, podlega karze piekła ognistego.
Jeśli więc przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam sobie przypomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim. Potem przyjdź i dar swój ofiaruj.
Pogódź się ze swoim przeciwnikiem szybko, dopóki jesteś z nim w drodze, by cię przeciwnik nie wydał sędziemu, a sędzia dozorcy, i aby nie wtrącono cię do więzienia. Zaprawdę, powiadam ci: Nie wyjdziesz stamtąd, dopóki nie zwrócisz ostatniego grosza.
Słyszeliście, że powiedziano: „Nie cudzołóż”. A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa.
Jeśli więc prawe twoje oko jest ci powodem do grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało być wrzucone do piekła. I jeśli prawa twoja ręka jest ci powodem do grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie. Lepiej bowiem jest dla ciebie, gdy zginie jeden z twoich członków, niż żeby całe twoje ciało miało iść do piekła.
Powiedziano też: „Jeśli ktoś chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy”. A Ja wam powiadam: Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa.
Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: „Nie będziesz fałszywie przysięgał, lecz dotrzymasz Panu swej przysięgi”. A Ja wam powiadam: Wcale nie przysięgajcie – ani na niebo, bo jest tronem Boga; ani na ziemię, bo jest podnóżkiem stóp Jego; ani na Jerozolimę, bo jest miastem wielkiego Króla. Ani na swoją głowę nie przysięgaj, bo nawet jednego włosa nie możesz uczynić białym albo czarnym.
Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi».
 
Komentarz do czytań:
Oświecony blaskiem Bożej mądrości chrześcijanin doskonale wie, jak powinien żyć. Nie ma co kręcić, szukać wymówek. Taka postawa nie przystoi uczniowi Chrystusa. Zawsze powinien kroczyć droga prawości. To w skrócie sens czytań tej niedzieli.
            Nie szukaj wykrętów. Boże prawo powinno być Twoją miłością - słyszymy tego dnia.
W modzie są dziś egzegezy wykoślawiające to, czego uczy Bóg. "Tak, ale". Bóg wyraźnie powiedział, Jezus wyraźnie powiedział co i jak, ale powołując się na jakieś ogólne zasady - np. przykazanie miłości - człowiek twierdzi, że trzeba te wyraźne wskazania rozumieć inaczej. Tymczasem prawda jest taka, że "ani jednej joty ani jednej kreski" Jezus w prawie swojego Ojca nie zmienia. Uczy jak pozostawać wiernym nie tylko jego literze, ale także żyć wedle jego ducha. Nie zabiłeś nożem? No tak, ale słowa bywają ostrzejsze od noży. Zdrada "fizyczna" jest grzechem? Tak, ale zdrada, które rozgrywa się tylko w Twoim sercu jest też zła. Mojżesz dopuścił rozwody? Ale Boży zamysł względem człowieka był inny, bo łącząc się węzłem małżeńskim stają się jednym ciałem... Nie wymyślaj, jak sprawić, by Boże prawo nie przeszkadzało Ci żyć jak Ci się podoba. Raczej pomyśl, jak sprawić, by stało się twoim prawem, twoją miłością, według której chcesz żyć.
            Jeśli chcesz, zachowasz przykazania... Człowiek jest wolny. Okoliczności są tylko okolicznościami. W najgorszych nawet człowiek może wybierać po Bożemu. Problem tylko czy chce. A wybory rodzą konsekwencje. "Co ci się spodoba, to będzie ci dane" - mówi Syrach. Będziesz miał to, co tu na ziemi wybierasz... Ale nie myśl, że jeśli wybierasz oddawanie czci swojemu egoizmowi, to tak samo będzie w wieczności. Nie: raczej będziesz otoczony takimi, co będą oddawali hołd własnym egoizmom, a ty się dla nich nie będziesz liczył....
 
 
W dzisiejszym numerze
- Mocą Bożych błogosławieństw
- Wybór
- Kazanie na Górze
- Nasza wolność
- Kard. Ryś do Oazy w Rzymie: kochajcie Kościół taki jaki jest
- Św. Walenty – biskup zakochanych, czyli o historii walentynek
- Największe kłamstwo naszych czasów: "Nie potrzebuję nikogo"
- Pierwsza walentynka w historii? List kobiety, który mógł zrujnować jej reputację
- Święci i błogosławieni w tygodniu

 

 

 

 

 

Mocą Bożych błogosławieństw

Ten, kto żyje mocą Bożych błogosławieństw, ten, który pragnie stać się światłem dla świata, solą dla ziemi, który staje się światłem i solą, strzeże Słowa, strzeże przykazań, zachowuje je, dba o nie, pragnie się nimi dzielić, pragnie, żeby te przykazania były czytane w jego życiu, odnajdywane.

Jezus, nowy Mojżesz, nadaje nową interpretację przykazaniom. Pogłębiona nauka.

Czasami zabijamy słowem. Czasami nasze spojrzenie jest nieczyste. Często chcemy mieć wszystko i to, i to. Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Ale tak się nie da.

Zachować przykazania, bo one nas będą strzegły, bo one nas zachowają w miłości Boga.

Przyjąć słowo z wiarą — oto Twoje i moje zadanie.

Prawo, Prorocy, chciałoby się dopowiedzieć Pisma, to części Biblii Hebrajskiej.

Zachować Prawo i Proroków, zachować Słowo, mało tego, zachować Słowo w konkretnych czynach.

ks. Wenancjusz Zmuda – „mateusz.pl”

 

 

 

Wybór
Położył przed tobą ogień i wodę, po co zechcesz, wyciągniesz rękę. Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się spodoba, to będzie ci dane. Syr 15
W sercu każdego człowieka Bóg wyrył prawo naturalne. Dzięki niemu wiemy, co jest dobre, a co złe. Dał nam również swoje Prawo zawarte w Dekalogu, by dokładnie nazwać zło i dobro. Od dziecka znamy Przykazania Boże. Tak bardzo się do nich przyzwyczailiśmy, że coraz rzadziej sięgamy do nich w rachunku sumienia, coraz mniej bulwersuje nas zło, które dzieje się wokół.
Bóg zostawia nam wybór. Od nas zależy, którą drogę wybierzemy. Czy będzie to droga przyzwolenia na zło, czy też odważny sprzeciw? Życie według Bożego Prawa wymaga konsekwencji w każdym wymiarze naszego życia. Zarówno w domu, jak i w miejscu pracy, a także tam, gdzie jesteśmy anonimowi dla innych. Życie z Bogiem nie może opierać się na kompromisie między tym, co Boże, a tym, co światowe. Jezus dziś wskazuje, by stanąć po właściwej stronie. A to może okazać się bardzo trudne, jednak nie niemożliwe. Z Bogiem wszystko jest możliwe. Trzeba tylko pozwolić Mu się prowadzić.
Aleksandra Kozak – „wiara.pl”

 

 

 

Kazanie na Górze

Dzisiejsza Ewangelia prowadzi nas na Górę Błogosławieństw, gdzie Jezus wypowiada pierwszą wielką mowę zapisaną przez św. Mateusza – Kazanie na Górze. To nie jest jedynie zapis historycznego wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. To słowo żywe, wypowiedziane także dziś – do nas, o nas i dla nas. Fragment, który słyszymy, należy do tzw. „antytez”, w których Jezus odsłania pełny, najgłębszy sens Bożego Prawa.

Św. Mateusz pisał swoją Ewangelię w czasie napięć i sporów wewnątrz pierwszych wspólnot chrześcijańskich. Jedni twierdzili, że skoro zbawienie jest darem łaski, to Prawo nie ma już znaczenia. Inni, przeciwnie, przyjęli Jezusa, ale nie potrafili porzucić przekonania, że trzeba nadal zachowywać całe Prawo Mojżeszowe. Byli też tacy, którzy w imię źle rozumianej wolności odrzucali zarówno Prawo, jak i samego Jezusa. Te napięcia nie są nam obce również dzisiaj.

Bo i dziś spotykamy ludzi, którzy mówią: „Wystarczy być dobrym człowiekiem, po co przykazania?”, albo takich, którzy skrupulatnie trzymają się przepisów, ale ich serce pozostaje zamknięte na miłość. Jezus nie wybiera żadnej z tych skrajności. On nie znosi Prawa i nie gardzi tradycją. Mówi jasno: „Nie przyszedłem znieść Prawa ani Proroków, ale wypełnić”.

Jezus stawia jednak wymagania większe niż te, do których przyzwyczaili się uczeni w Piśmie i faryzeusze. Ich sprawiedliwość często zatrzymywała się na zewnętrznych formach. Można było powiedzieć: „Nikogo nie zabiłem”, a jednocześnie niszczyć innych ludzi słowem, pogardą, milczeniem. Jezus kieruje nas głębiej – do serca, do intencji, do miłości.

Prawo mówiło: „Nie zabijaj”. Jezus mówi: nie niszcz człowieka także gniewem, zniewagą, pogardą. Jak bardzo to słowo dotyka naszej codzienności. Można nie podnieść ręki, a jednak zabić relację: ojciec, który latami nie odzywa się do syna; małżonkowie, którzy żyją pod jednym dachem, ale nie rozmawiają; pracownik systematycznie poniżany ironią i „żartami”. Jezus mówi jasno: zanim złożysz dar na ołtarzu, pojednaj się z bratem. Bo Bóg nie chce kultu oderwanego od miłości.

Podobnie jest z przykazaniem „Nie cudzołóż”. Jezus pokazuje, że zdrada zaczyna się znacznie wcześniej niż w czynie – w sercu i w spojrzeniu. W świecie, w którym obrazy, reklamy i media nieustannie uprzedmiotawiają człowieka, Jezus wzywa do wewnętrznej czystości. To nie jest wezwanie do lęku, lecz do wolności. Jak mówi praktyka życia: jeśli ktoś wie, że pewne strony internetowe, rozmowy czy relacje prowadzą go do grzechu, musi mieć odwagę – jak mówi Jezus obrazowo – „odciąć rękę”, czyli zrezygnować z tego, co niszczy jego serce.

Mówiąc o nierozerwalności małżeństwa, Jezus przypomina o wielkiej godności miłości małżeńskiej. Nie jest ona umową „dopóki jest dobrze”, ale przymierzem. Każde lekceważenie, każda obojętność, każda zdrada – nawet emocjonalna – rani tę godność. Ile małżeństw rozpada się nie dlatego, że zabrakło uczuć, ale dlatego, że zabrakło codziennej wierności w drobiazgach: rozmowy, przebaczenia, czasu dla siebie nawzajem.

Jezus uczy także prostoty i prawdy w mowie. „Niech wasze «tak» będzie tak, a «nie» – nie”. Chrześcijanin ma być wiarygodny. Taki, którego słowo wystarcza. Jak bardzo potrzebujemy dziś ludzi, którym można ufać: w rodzinie, w pracy, w Kościele. Ludzi, którzy nie mówią jednego, a robią drugiego.

Przykazania znamy od dzieciństwa. Problem nie polega na braku wiedzy, lecz na sercu. Jedni traktują je wybiórczo, inni uznają za przestarzałe. Tymczasem Słowo Boże wciąż woła: „Słuchaj!”. Słuchać – to nie tylko usłyszeć, ale pozwolić, by to słowo mnie kształtowało, czasem niepokoiło, czasem wzywało do zmiany.

Kilka dni temu usłyszałem proste, a zarazem głębokie wyznanie starszego chrześcijanina. Powiedział:

„Jestem świadomy swoich słabości. Jestem potencjalnym złodziejem, zabójcą, cudzołożnikiem.

Ale dzięki Jezusowi nie kradnę, nie zabijam, nie cudzołożę. Dzięki Niemu jestem na dobrej drodze”.

To jest właśnie duch Kazania na Górze. Nie pycha doskonałości, ale pokorna świadomość własnej kruchości i zaufanie łasce Boga.

Jezus nie daje nam nowej listy przepisów. Daje nam serce zdolne kochać. Miłość jest prawem – ale prawem wymagającym. Nie chodzi o pytanie: „ile muszę?”, lecz: „jak mogę kochać bardziej?”. To jest ta „większa sprawiedliwość”, do której Jezus nas zaprasza.

Niech więc Chrystus prowadzi nas drogą błogosławieństw, drogą Kazania na Górze – drogą, która nie zawsze jest łatwa, ale zawsze prowadzi do życia.

o. Grzegorz Jaroszewski CSsR – „redemptor.pl”

Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów, Administrator Redemptorystowskiego Portalu Kaznodziejskiego – Skarżysko-Kamienna

 

 

 

Nasza wolność

Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane (Syr 15,17).

Syracydes uświadamia nam zasadniczą sytuację człowieka na świecie: wybór życia lub śmierci. Jest to wybór ostateczny. Nie ma niczego pośredniego pomiędzy nimi ani nie da się ich pogodzić, podobnie jak nie można pogodzić ze sobą ognia i wody. Na świecie dzisiaj często wybieramy sytuacje pośrednie: trochę tego i trochę tamtego. Odpowiada to naszemu polskiemu: „Jakoś to będzie”. Ostatecznie jednak nie będzie „jakoś”, ale albo pełnia życia w królestwie Boga, albo wieczne potępienie. Wybór należy do nas. Dokonuje się on przez wybór lub odrzucenie Bożych przykazań:

Jeżeli zechcesz, zachowasz przykazania, a dochować wierności jest Jego upodobaniem. Położył przed tobą ogień i wodę, co zechcesz, po to wyciągniesz rękę… Nikomu nie przykazał być bezbożnym i nikomu nie zezwolił grzeszyć (Syr 15,15n.20).

Nasza wolność jest naszym największym problemem. Często, niestety, uciekamy w usprawiedliwienie naszych złych czynów, mówiąc, że musieliśmy, że Bóg nas takimi stworzył. Ten argument w sporze o odpowiedzialność moralną jest niezmiernie ważny, wykorzystywany także publicznie w coraz to nowych skandalach i kolejnych lustracyjnych sensacjach. Wskazanie, że upadają nawet najwybitniejsi ludzie, daje innym „usprawiedliwienie” ich moralnej miałkości. „W imię prawdy” pokazuje się zło w Kościele i na szczytach władzy, co nie tylko podważa zaufanie, ale w jeszcze większym stopniu służy lepszemu samopoczuciu obserwatora tego wszystkiego, który może sobie powiedzieć: „Panie, miej mnie za usprawiedliwionego, bo jeżeli oni tak grzeszą, to moje grzechy są wobec ich grzechów niczym!”. Stąd taka atrakcyjność sensacji dotyczących duchownych, sióstr zakonnych i ludzi wysoko postawionych.

Stopniowo powstaje wizja całości jako ogromnej kałuży błota, w której wszyscy się taplają, tylko niektórzy udają świętych. „Ale jeżeli wszędzie jest bagno, to ja wcale nie muszę być czysty!” To jednak nie jest prawda. Na świecie mimo wszystko jest więcej dobra niż zła. Tyle tylko, że zło jest widoczne i głośne. Największym złem nieustannego karmienia ludzi sensacjami, pomijając kwestię ich prawdziwości, jest pokazywanie, że życie toczy się jedynie wokół tego, co można zdobyć: władzę, pieniądze i sławę. Nic innego się nie liczy, a to oznacza, że nie liczy się także Bóg. Nie rozstrzygając o tym, czy On jest, czy nie i jaki jest, wprowadza się praktyczny ateizm, czyli całkowite ignorowanie Boga. Syracydes przypomina: Uważaj, żyjesz w obliczu Boga:

Ponieważ wielka jest mądrość Pana, potężny jest władzą i widzi wszystko. Oczy Jego patrzą na bojących się Go, On sam poznaje każdy czyn człowieka (Syr 15,18n).

Jeżeli tak, to niezależnie od grzechów innych ludzi, będziemy sądzeni z grzechów własnych. Grzechy innych nas nie usprawiedliwiają. Nie stoimy w szeregu konkurentów, którzy starają się zdobyć lepszą pozycję, i cieszymy się, że inni przez swoje grzechy wypadają z konkurencji. My żyjemy przed Kimś i dla Kogoś, i dlatego życie ma sens. Jeżeli żylibyśmy jedynie dla siebie, śmierć obnażyłaby cały bezsens naszego życia, które sami wybraliśmy!

W tej perspektywie warto spojrzeć na Prawo Boże. Pan Jezus mówi w Ewangelii: Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić (Mt 5,17). Nie chodzi jednak o Prawo rozumiane jako norma porównawcza pozwalająca nam zobaczyć, ile zyskaliśmy, gdzie jesteśmy, czy jesteśmy lepsi od innych, czy nie… Pan Jezus nie tak rozumie Prawo. Ono jest drogowskazem w życiu. Dlatego jest naszą mądrością, prowadzi nas do życia pełnego, którego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują (1 Kor 2,9). W naszym ziemskim życiu tak naprawdę dopiero się przygotowujemy do prawdziwego życia. Rodzimy się do niego, wybierając drogę Chrystusa, która naznaczona jest krzyżem. Jesteśmy jak dzieci, które się uczą, którym nie wystarczy jedynie samo formalne brzmienie przepisów Prawa. Potrzeba im Nauczyciela, który by wyjaśnił i pokazał, co te przepisy naprawdę znaczą. Jezus, „wypełniając Prawo i Proroków”, jest tym Nauczycielem.

Ciekawy jest jednak sam kierunek pogłębienia sensu przykazań. Pan Jezus nie stara się rozszerzać zakresu obowiązywania przykazania. I tak np. dla przykazania: „nie zabijaj” nie rozszerza zakresu zakazu na morderców albo np. na zwierzęta. Jezus idzie w zupełnie innym kierunku – wskazuje na to, co się dzieje w sercu człowieka. To w sercu człowieka dokonuje się wybór dobra lub zła. To w sercu wybieramy życie lub śmierć. W nim rozbrzmiewa głos Boga do nas skierowany, czyli sumienie, na który odpowiadamy „tak” lub „nie”. Wszelkie kombinowanie pochodzi od Złego i ma służyć naszemu samousprawiedliwieniu. Tak czy inaczej prowadzi do kłamstwa, czyli pod władzę ojca kłamstwa.

Włodzimierz Zatorski OSB – „wiara.pl”

(ur. 1953) benedyktyn, fizyk, teolog, filozof.

 

 

 

Kard. Ryś do Oazy w Rzymie:

kochajcie Kościół taki jaki jest

To nie oznacza, że spuszczamy ideały na ziemię...

Nie czekajcie z miłością do Kościoła. To nie oznacza, że nie szukamy innego Kościoła, że nie pragniemy innego Kościoła. To nie oznacza, że spuszczamy ideały na ziemię, ale kochać trzeba Kościół taki jaki jest. Kiedy zobaczysz w nim zdradę, kiedy zobaczysz w nim pychę - mówił metropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś do Wspólnoty Domowego Kościoła w Rzymie, podczas Mszy św. w Bazylice NMP na Zatybrzu.

Przed Mszą św., w której uczestniczyli przedstawiciele Domowego Kościoła z archidiecezji krakowskiej i łódzkiej, kardynał przypomniał, że Zatybrze to „jedno z najstarszych chrześcijańskich miejsc w Rzymie”. „Będziemy się modlić za cały Kościół powszechny, o jego jedność przy Piotrze, o miłość w Kościele, o nawrócenie, o przemianę, o otwarcie na Ducha Świętego” - wskazał na wstępie.

Wyjść na zewnątrz do innych

Nawiązując do czytania z Dziejów Apostolskich, kard. Ryś podkreślił, że „Duch uzdalnia każdego z Dwunastu, żeby wyszedł na zewnątrz i rozmawiał z kimś, kogo być może uważa za wroga, w jego własnym języku”. Mówił, że ważne jest wejście, na wzór Apostołów, w myślenie konkretnej osoby, w jej wartości, doświadczenie wspólnoty. DanielDuch Święty uzdalnia do spotkania z każdym” - dodał.

Miłość zamiast nienawiści

„Nie jest możliwe, żebyśmy byli napełnieni Duchem tak długo, jak długo w sercu hodujemy chociaż jedną niechęć, chociaż jedną nienawiść do kogoś - zaznaczył kaznodzieja. - Miłość i nienawiść nie mogą się w człowieku zejść”. Kardynał dodał, że trzeba prosić Ducha Świętego o pomoc w przełamywaniu barier wrogości.

Doświadczenie wspólnoty

„Mam nadzieję, że z tym doświadczeniem wyjedziecie jako ze swoją pasją, że nie będziecie potrafili żyć wiarą prywatną, że nie będziecie potrafili już nigdy żyć wiarą taką daleko indywidualistyczną. I że zostanie w was ta pasja - budowanie wspólnoty” - wskazał kard. Grzegorz Ryś zwracając się do uczestników Oazy z Krakowa i Łodzi.

Przypomniał też przesłanie założyciela Oazy, ks. Franciszka Blachnickiego, który mówił, że jeśli nie ma konkretnej wspólnoty braterskiej, to Kościół się nie urzeczywistnia. Do ciągłego tworzenia takiej wspólnoty zachęcił kard. Ryś uczestników Mszy św.

Naród Wybrany korzeniem dla chrześcijan

Na zakończenie Mszy św. metropolita krakowski nawiązał do przekazu z Tradycji, który mówi, że gdy Pan Jezus się narodził, w Rzymie istniała diaspora żydowska. „Żyli nadzieją na przyjście Mesjasza” - mówił kard. Ryś. „Tradycja jest taka, że kiedy Maryja rodziła Jezusa w Betlejem, rodził się Mesjasz, to tutaj wytrysnęło źródło oleju dla tej wspólnoty żydowskiej, która tu mieszkała i czekała na Mesjasza - opowiedział kard. Grzegorz Ryś. - Dlatego więc to miejsce potem stało się tak bardzo bliskie chrześcijanom, bo to taki znak niemal równoczesny z Bożym Narodzeniem; znak, że Mesjasz się narodził”.

„Pierwszymi ludźmi, którzy tu przyjęli wiarę w Chrystusa, pierwszą wspólnotą chrześcijańską byli Żydzi i całe to miejsce mówi: wyrastacie z tego, to jest wasz korzeń” - przypomniał metropolita krakowski.

Kardynał wskazał, że Sobór Watykański II „tak naprawdę odkrył na nowo tę prawdę”. Dodał, że „Kościół przez ostatnie 60 lat odkrywa ciągle na nowo te właśnie żywe relacje z Izraelem. To jest powrót do myślenia nowotestamentalnego po 19 wiekach myślenia innego. Ta zmiana mentalności dokonuje się z wielkim trudem”. Podsumowując, zachęcił wiernych, żeby przed wyjściem „przeżyli to poczucie wspólnoty z Izraelem”, żeby „je stąd wynieśli” i  żeby się go nie wyrzekali.

Oazowicze o Dniu Wspólnoty

„W duchu wielkiej radości wracamy, była nam dana łaska do Pana, że mogliśmy tutaj przyjechać” - powiedziała Radiu Watykańskiemu - Vatican News Urszula z archidiecezji krakowskiej. „Tutaj mogliśmy dotykać tak namacalnie tego, w co wierzymy” - dodała. „Świadectwo pierwszych chrześcijan zrobiło na nas niesamowite wrażenie” - dodał mąż Urszuli Henryk. Uczestników Oazy zachwyciły piękno, różnorodność Kościoła, szczególnie doświadczane w Rzymie. Odkrywali na nowo wspólnotę Kościoła.

Daniel z archidiecezji łódzkiej wraca do Polski z doświadczeniem historii Kościoła i bliskości Papieża Leona XIV. „Takie największe przeżycie to było zejście do grobu św. Piotra - opowiedziała Maria. - Bycie tak blisko, a później spotkanie z Piotrem naszych czasów”.

ks. Paweł Rytel-Andrianik, Artur Hanula - VATICANNEWS.VA

 

 

 

Św. Walenty – biskup zakochanych, czyli o historii walentynek

Kto wie, że patronem zakochanych został już w 1496 roku?

Walentynki, święto zakochanych obchodzone 14 lutego, pochodzi od św. Walentego, który już w 1496 r. został ogłoszony patronem zakochanych przez papieża Aleksandra VI.

Pogańskie prapoczątki

Jednak początków dzisiejszych walentynek szukać trzeba nie w chrześcijaństwie, lecz w pogańskim Rzymie. O ich dacie zadecydowała sama przyroda. W połowie lutego bowiem ptaki gnieżdżące się w Wiecznym Mieście zaczynały miłosne zaloty i łączyły się w pary. Uważano to za symboliczne przebudzenie się natury, zwiastujące rychłe nadejście wiosny. Z tej racji Rzymianie na 15 lutego wyznaczyli datę świętowania luperkaliów – festynu ku czci boga płodności Faunusa Lupercusa. W przeddzień obchodów odbywała się miłosna loteria: imiona dziewcząt zapisywano na skrawkach papieru, po czym losowali je chłopcy. W ten sposób dziewczyny stawały się ich partnerkami podczas luperkaliów. Bywało, że odtąd chodzili ze sobą przez cały rok, a nawet zostawali parą na całe życie…

Gdy w IV w. chrześcijaństwo stało się religią panującą w cesarstwie rzymskim, pogańskie obchody stopniowo zastępowano przez święta chrześcijańskie. Luperkalia były na tyle popularne, że utrzymały się aż do końca V w. Zniósł je dopiero w 496 r. papież Gelazy I, zastępując je najbliższym w kalendarzu liturgicznym świętem męczennika Walentego. Okazuje się jednak, że miał on wiele wspólnego z zakochanymi.

Jeden czy dwóch Walentych?

Za panowania cesarza Klaudiusza Gockiego Rzym był uwikłany w krwawe i niepopularne wojny do tego stopnia, że mężczyźni nie chcieli wstępować do wojska. Cesarz uznał, że powodem takiego postępowania była ich niechęć do opuszczania swoich narzeczonych i żon. Dlatego odwołał wszystkie planowane zaręczyny i śluby. Kapłan Walenty pomagał parom, które pobierały się potajemnie. Został jednak przyłapany i skazany na śmierć. Bito go, aż skonał, po czym odcięto mu głowę. Było to 14 lutego 269 lub 270 r. – w dniu, w którym urządzano miłosne loterie.

Zanim to nastąpiło, w więzieniu Walenty zaprzyjaźnił się z córką strażnika, która go odwiedzała i podnosiła na duchu. Aby się odwdzięczyć, zostawił jej na pożegnanie liść w formie serca, na którym napisał: „Od twojego Walentego”. Nad grobem męczennika przy Via Flaminia zbudowano bazylikę, jednak papież Paschalis I (817-24) przeniósł szczątki męczennika do kościoła św. Praksedy. Z czasem postać kapłana Walentego zmieszała się z innym świętym męczennikiem noszącym to samo imię. Niektórzy badacze twierdzą nawet, że tak naprawdę chodzi o tę samą osobę. W 197 r. został on biskupem miasta Terni w Umbrii. Znany był z tego, że jako pierwszy pobłogosławił związek małżeński między poganinem i chrześcijanką. Wysyłał też do swych wiernych listy o miłości do Chrystusa. Zginął w Rzymie w 273 r., gdyż nie chciał zaprzestać nawracania pogan. Dziś to właśnie on jest bardziej znany i to do jego grobu w katedrze w Terni ściągają pielgrzymi. Na srebrnym relikwiarzu kryjącym jego szczątki znajduje się napis: „Święty Walenty, patron miłości”.

Nieraz też mówi się o św. Walentym jako patronie epileptyków. Faktycznie jednak chodzi tu o trzeciego świętego noszącego to imię. Żył on w V w. w Recji (na dzisiejszym pograniczu niemiecko-austriacko-szwajcarskim) i przypisywano mu moc uzdrawiania z tej choroby.

Będziesz moją walentynką…

Dzień św. Walentego stał się prawdziwym świętem zakochanych dopiero w średniowieczu, kiedy to pasjonowano się żywotami świętych i tłumnie pielgrzymowano do ich grobów, aby uczcić ich relikwie. Przypomniano więc sobie także dzieje św. Walentego. Święto najbardziej rozpowszechniło się w Anglii i Francji. Nadal, jak w antycznym Rzymie, losowano imiona, choć teraz także dziewczęta wyciągały imiona chłopców. Młodzież nosiła potem przez tydzień wylosowane kartki przypięte do rękawa.

Reklama

Dziewczęta 14 lutego starały się odgadnąć, za kogo wyjdą za mąż. Aby się tego dowiedzieć, wypatrywały ptaków. Jeśli dziewczyna jako pierwszego zobaczyła rudzika, oznaczało to, że wyjdzie za marynarza; jeśli wróbla – za ubogiego, lecz mogła być pewna, że jej małżeństwo będzie szczęśliwe; jeśli łuszczaka – że poprosi ją o rękę człowiek bogaty. W Walii tego dnia ofiarowywano sobie drewniane łyżki z wyrzeźbionymi na nich sercami, kluczami i dziurkami od klucza. Podarunek zastępował wyrażoną słowami prośbę: „Otwórz moje serce”.

Od XVI w. w dniu św. Walentego ofiarowywano kobietom kwiaty. Wszystko zaczęło się od święta zorganizowanego przez jedną z córek króla Francji Henryka IV. Każda z obecnych dziewczyn otrzymała wówczas bukiet kwiatów od swego kawalera. Przede wszystkim jednak narzeczony był obowiązany 14 lutego wysłać swej ukochanej czuły liścik, nazwany walentynką. Zwyczaj ten zadomowił się nawet na dworze królewskim w Paryżu. Walentynki dekorowano sercami i kupidonami, wypisywano na nich wiersze. W XIX w. uważano je za najbardziej romantyczny sposób wyznania miłości. Treścią listów nieraz były słowa: „Będziesz moją walentynką”. W Stanach Zjednoczonych walentynkowe listy były anonimowe, dlatego kończyły się pytaniem: „Zgadnij, kto?”. W Europie anonimowy nadawca podpisywał się po prostu: „Twój walentyn”.

W 1800 r. Amerykanka Esther Howland zapoczątkowała tradycję wysyłania gotowych kart walentynkowych. Dziś są one wymieniane na całym świecie nie tylko przez zakochanych, ale także przez dzieci w szkołach. Najbardziej znanym ich twórcą był francuski rysownik Raymond Peynet. Zaczął je publikować w 1965 r., gdy 14 lutego został oficjalnie ogłoszony we Francji Świętem Zakochanych.

Święto Zaręczyn

W Austrii w dniu Sankt Valentin odbywają się uliczne pochody, w Anglii zakochani ofiarują sobie kartonowe serca ozdobione postaciami Romea i Julii, a w dzisiejszej Ameryce – po prostu wysyłają e-maile. Jednak najbardziej uroczyście obchodzi się ten dzień w ojczyźnie św. Walentego. Co roku w niedzielę najbliższą 14 lutego w katedrze w Terni odbywa się Święto Zaręczyn. Zgromadzone przy grobie św. Walentego setki par narzeczeńskich, przybyłych nieraz z różnych stron świata, przyrzekają sobie miłość i wierność na czas do dnia ślubu. W 1997 r. krótki list do zgromadzonych w Terni narzeczonych napisał papież Jan Paweł II. Jego treść została wyryta na płycie wmurowanej w pobliżu grobu św. Walentego.

Świętu towarzyszą koncerty, spektakle, projekcje filmów, konferencje, wystawy i imprezy sportowe, które trwają niemal przez cały luty. w tym roku ogłoszono także konkurs na najlepszy SMS o tematyce miłosnej. 14 lutego w Terni jest wręczana nagroda „Rok miłości”. Są tam też organizowane walentynki dla wdów i wdowców oraz ludzi starszych i chorych.

Polskie miasto zakochanych?

Wiele miast w Europie przyznaje się do posiadania relikwii św. Walentego, w tym Lublin, Kraków i Chełmno. Wszędzie tam 14 lutego organizowane są obchody ku czci patrona zakochanych. Największe w Polsce odbywają się corocznie od 2002 roku w Chełmnie w województwie kujawsko-pomorskim pod nazwą „Walentynki Chełmińskie”. Prawdopodobnie od średniowiecza obecne są tam relikwie św. Walentego, przechowywane w chełmińskim kościele farnym pw. Wniebowzięcia NMP. W Chełmnie, obok modlitw przy relikwiach świętego ma miejsce barwny przemarsz ulicami miasta z orkiestrą dętą i ułożenie walentynkowego serca ze świec na rynku.

Z kolei w bazylice św. Floriana w Krakowie gościem wieczoru, na który zaproszeni są nie tylko zakochani, ale także wszyscy szukający prawdziwej miłości, jest sam św. Walenty, jako że jego relikwie znajdują się także w tej świątyni.

***

Modlitwa do św. Walentego

Święty Walenty, opiekunie tych, którzy się kochają, Ty, który z narażeniem życia urzeczywistniłeś i głosiłeś ewangeliczne przesłanie pokoju, Ty, który – dzięki męczeństwu przyjętemu z miłości -zwyciężyłeś wszystkie siły obojętności, nienawiści i śmierci, wysłuchaj naszą modlitwę: W obliczu rozdarć i podziałów w świecie daj nam zawsze kochać miłością pozbawioną egoizmu, abyśmy byli pośród ludzi wiernymi świadkami miłości Boga. Niech ożywiają nas miłość i zaufanie, które pozwolą nam przezwyciężać życiowe przeszkody. Prosimy Cię, wstawiaj się za nami do Boga, który jest źródłem wszelkiej miłości i wszelkiego piękna, i który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

(modlitwa pochodzi ze strony internetowej francuskiej miejscowości Saint-Valentin).

 

 

 

Największe kłamstwo naszych czasów:

"Nie potrzebuję nikogo"

    Walentynki. Święto miłości, które co roku dzieli ludzi na dwa obozy. Jedni publikują zdjęcia kwiatów i kolacji przy świecach. Drudzy odpowiadają ironią, dystansem i demonstracyjnym: "nie potrzebuję nikogo".

Brzmi dumnie. Brzmi dojrzale. Brzmi jak efekt terapii, pracy nad sobą i wyciągniętych wniosków z poprzednich związków. To zdanie nie ma w sobie dramatu. Nie ma desperacji. Jest chłodne, wyważone, pewne siebie.

I właśnie dlatego tak łatwo w nie uwierzyć.

Tyle że ono rzadko opisuje rzeczywistość. Częściej opisuje mechanizm obronny. Bo "nie potrzebuję nikogo" to bardzo wygodna narracja w świecie, który panicznie boi się zależności. A zależność kojarzy się dziś z czymś podejrzanym. Z utratą kontroli. Z emocjonalnym uzależnieniem. Z zagrożeniem dla autonomii.

Czasem silimy się na oryginalność i pomysłowość, zapominając, że wiele oznak naszego wewnętrznego kolorytu także potrzebuje czasu, by zakwitnąć. Gdy próbujemy obudzić je za wcześnie, […] paradoksalnie zatrzymujemy ich rozwój. (Czuła Ja, s. Małgorzata Lekan)

Współczesny ideał człowieka jest prosty: masz być kompletny sam w sobie. Stabilny, niezależny finansowo, emocjonalnie ogarnięty, z jasno postawionymi granicami. Masz nie wchodzić w relacje z braku. Masz nie "szukać połówki". Masz nie potrzebować – tylko wybierać.

Problem polega na tym, że w tej narracji potrzeba zaczyna być traktowana jak wada.

Mówimy dziś o self-love, o pracy nad sobą, o dbaniu o swoje granice i bardzo dobrze. Tyle że gdzieś po drodze ta słuszna troska o siebie przekształciła się w kult samowystarczalności. Relacje mają być dodatkiem do naszego życia, a nie jego fundamentem. Mają pasować do planu. Nie generować za dużo napięcia. Nie wymagać zbyt wiele kompromisów.

Jeśli zaczynają kosztować – przestają być "zdrowe".

Efekt? Tworzymy świat, w którym łatwiej zakończyć relację niż ją naprawić. Łatwiej zniknąć niż zostać. Łatwiej powiedzieć "nie potrzebuję nikogo" niż przyznać "boję się, że jeśli pozwolę komuś się zbliżyć, to będę cierpieć".

To zdanie stało się dziś znakiem siły, bo daje iluzję kontroli. Jeśli nikogo nie potrzebuję, nikt nie ma nade mną władzy. Nikt nie może mnie zostawić. Nikt nie może mnie zranić.

Tyle że to iluzja.

Człowiek nie jest bytem jednoosobowym. Nie buduje swojej tożsamości w próżni. Nie rozwija się w izolacji. Nawet najbardziej "niezależny" człowiek funkcjonuje w sieci relacji: zawodowych, rodzinnych, przyjacielskich, społecznych. Nawet najbardziej introwertyczny indywidualista potrzebuje uznania, rozmowy, potwierdzenia swojej wartości.

"Nie potrzebuję nikogo" jest więc nie tyle opisem faktu, ile próbą odcięcia się od własnej natury.

To nie jest o miłości romantycznej

Walentynki prowokują do myślenia głównie o związkach. Ale problem jest szerszy. Coraz częściej nie potrzebujemy już nie tylko partnera. Nie potrzebujemy wspólnoty. Nie potrzebujemy autorytetów. Nie potrzebujemy korekty. Nie potrzebujemy zobowiązań.

Zaczynamy traktować relacje jak usługi. Jeśli spełniają oczekiwania – zostają. Jeśli nie – zmieniamy dostawcę.

Ta mentalność widać w przyjaźniach, które rozpadają się przy pierwszym konflikcie. W rodzinach, w których zerwanie kontaktu jest szybkim rozwiązaniem każdego napięcia. W środowiskach zawodowych, gdzie lojalność bywa traktowana jak naiwność.

Oczywiście, są sytuacje, w których trzeba odejść. Są relacje toksyczne, są przemocowe schematy, są granice, które trzeba postawić. Ale czym innym jest ochrona siebie, a czym innym systemowe wycofanie z ryzyka bliskości.

"Nie potrzebuję nikogo" często oznacza: nie chcę być od nikogo zależny. Nie chcę, żeby ktokolwiek miał realny wpływ na moje życie.

A wpływ jest wpisany w każdą prawdziwą relację.

Jeśli ktoś jest dla mnie ważny, jego słowa coś znaczą. Jego nieobecność boli. Jego decyzje mnie dotyczą. To nie jest słabość, to jest cena więzi.

Być może wychowujemy właśnie pokolenie ludzi, którzy perfekcyjnie zarządzają dystansem. Potrafią mówić o emocjach. Potrafią nazywać schematy. Potrafią analizować swoje traumy. Ale coraz trudniej przychodzi im zwykłe "zostaję". Bo zostanie oznacza rezygnację z pełnej kontroli.

Łatwiej więc ogłosić niezależność. Łatwiej powiedzieć, że nikogo się nie potrzebuje. To daje poczucie siły. Wizerunkowo wygląda dobrze. Nie brzmi jak desperacja.

Tylko że człowiek, który naprawdę nikogo nie potrzebuje, przestaje być zdolny do głębokiej relacji. Bo każda głęboka relacja zakłada ryzyko. Zakłada, że ktoś stanie się ważny na tyle, by móc mnie zranić.

Może więc największą odwagą w Walentynki nie jest publiczne "kocham". Może największą odwagą jest przyznanie, że potrzebuję. Że chcę być z kimś. Że chcę mieć przyjaciół, którym zależy. Że chcę wspólnoty, która mnie koryguje i wspiera.

To nie jest cofanie się do emocjonalnej zależności. To jest powrót do realizmu.

Największe kłamstwo naszych czasów nie polega na tym, że za bardzo idealizujemy miłość. Polega na tym, że coraz częściej próbujemy udowodnić, że jest nam zbędna.

A jeśli naprawdę zaczniemy wierzyć, że nikogo nie potrzebujemy, to nie będziemy silniejsi.

Będziemy tylko bardziej samotni i coraz lepiej nauczymy się to nazywać wolnością.

Julia Hap – „deon.pl”

 

 

10

 

Pierwsza walentynka w historii? List kobiety, który mógł zrujnować jej reputację

Ta historia miłosna sprzed wieków zadziwia i wzrusza do dziś. Margery i John: historia pewnej (nie)dopasowanej pary.

To była pierwsza walentynka w historii. I była rozpaczliwym błaganiem o miłość „Mój ukochany Walentynie…” – pisała Margery do Johna, choć miał na imię… John. Zakochana dziewczyna, zbyt skromny posag, zbyt wielka nadzieja – i pierwszy w historii list zaadresowany „My dear Valentine”...

W lutym 1477 roku młoda Angielka, Margery Brewes, postanowiła zrobić coś, na co nie każda dziewczyna w dawnych czasach by się zdobyła. Poszła do skryby i podyktowała list miłosny do mężczyzny, którego kochała, Johna Pastona.

Wiedziała, że ryzykuje wszystko. Jej posag uznawano za zbyt skromny, by mogła marzyć o takim małżeństwie. Jednak najbardziej zaskakujące było nie to, co napisała, lecz jak to zrobiła.

Zwróciła się do Johna słowami: „Mój ukochany Walentynie”. I choć jego imię brzmiało zupełnie inaczej, to właśnie ten zwrot, zapisany w lutym 1477 roku, uchodzi dziś za pierwsze w historii użycie określenia „my dear Valentine” – zwrotu, którym co roku posługują się miliony zakochanych na całym świecie.

Rodzina Pastonów należała do najznamienitszych rodów Anglii późnego średniowiecza. Początkowo drobni właściciele ziemscy, dzięki sprytowi i determinacji stali się wielkimi posiadaczami ziemskimi we wschodniej Anglii. I co ciekawe – dokumentowali wszystko.

Ich archiwum, znane jako „Paston Letters”, zawiera ponad 2000 listów, w tym także te najbardziej intymne – o sercowych zawirowaniach, dylematach i rodzinnych dramatach. To dzięki tym listom możemy dziś poznać losy Margery i Johna.

On miał wybór. Ona miała tylko serce do oddania

Margery miała niewiele ponad dwadzieścia lat, John – trzydzieści trzy. Mężczyzna miał już na koncie kilka związków, a w czasie, gdy Margery pisała swój list, rozważał inne kandydatury na żonę. Nie był jednak bawidamkiem – był drugim synem, który nie miał co liczyć na spadek. Jedyną szansą na zabezpieczenie przyszłości było małżeństwo z kobietą z dużym posagiem.

Margery, choć córka szanowanego rycerza, nie mogła spełnić tego warunku. A ojciec dziewczyny, sceptyczny wobec związku z „wyrachowanym” Johnem, nie chciał podnieść kwoty posagu. Margery wiedziała, że jej szanse są nikłe. A mimo to – napisała. I to jak!

    „Mój czcigodny, kochany Walentynie, z całego serca pragnę wiedzieć, jak się masz. Ja zdrowa nie jestem – ani ciałem, ani duszą – i nie zaznam ulgi, póki nie usłyszę od Ciebie wieści. Żadna istota nie zna cierpienia, które noszę w sercu. Nie zdziwiłby mnie już nawet ból śmierci…” „

    Jeśli mnie kochasz – a wiem, że kochasz – nie zostawisz mnie. Nie porzuciłabym Cię nawet, gdybyś miał mniej niż połowę tego, co masz. A jeśli powiesz, żebym była Ci wierna – będę. I choć przyjaciółki mówią, że to głupota, nie zmienię zdania. Modlę się, by ta wiadomość pozostała tylko między nami.”

List kończy się podpisem: „Twoja, Margery Brewes”.

Czyli jednak – Walentynki to święto średniowieczne!

Wbrew obiegowej opinii, święto zakochanych nie jest wynalazkiem współczesnych producentów czekoladek. Dowód? Właśnie ta historia.

Margery odwołuje się do dnia świętego Walentego w taki sposób, jak robimy to dziś – jako do święta miłości. A przecież już sto lat wcześniej, w 1382 roku, poeta Geoffrey Chaucer pisał w „Parlamencie ptaków” o tym, że 14 lutego ptaki wybierają sobie pary. W średniowiecznej Anglii ten dzień był znany, a zakochani wykorzystywali go jako okazję do wyznawania uczuć.

Niecodzienne wsparcie

W całej tej historii jest jeszcze jeden wątek, który czyni ją jeszcze bardziej intrygującą: matka Margery. Elizabeth Brewes widziała cierpienie córki i, wbrew oporowi męża, postanowiła interweniować. Sama pisała listy do Johna, przekonywała go, że Margery to „skarb większy niż tysiąc monet”, i zaprosiła go na obchody św. Walentego: „W ten piątek przypada św. Walentego – dzień, gdy ptaki wybierają swych partnerów. Chciałabym, abyś przyjechał do nas – w czwartek wieczorem, zostań do poniedziałku. Mam nadzieję, że porozmawiasz z moim mężem i że rozmowa ta przyniesie dobre owoce.”

I rzeczywiście – przyniosła. Dwa miesiące później Margery i John wzięli ślub. Jej posag nie był duży, ale miłość – ogromna. Kilka lat później Anglię dotknęła epidemia dżumy. Wśród ofiar znalazł się starszy brat Johna – ten, który był przeciwny małżeństwu i dziedzicem majątku. W efekcie John odziedziczył cały rodzinny majątek. A razem z Margery prowadzili życie pełne czułości i wzajemnego oddania. Listy, które sobie pisali w czasie jego podróży służbowych, wciąż istnieją. I wciąż mówią o miłości – tej, która przetrwała wszystko.

Miłość nie jest sezonowa

Narzekamy w Polsce na różne święta "importowane". Jednak wśród nich Walentynki wydają się świętem wartym przeżywania. Oczywiście nie na poziomie czekoladek i kiczowatych kartek pocztowych.

Może więc zamiast kolejnego symbolicznego gestu warto zrobić coś bardziej ryzykownego. Usiąść. Wziąć kartkę. Napisać list. Do męża. Do żony. Do rodziców. Do przyjaciela.

Napisać, za co jesteśmy wdzięczni. Co w nich podziwiamy. Dlaczego są dla nas darem.

Bo miłość potrzebuje wyrazu. A słowo zapisane – zostaje. Jak w archiwum Pastonów. Jak wyznanie miłosne sprzed pięciu wieków.

Ktoś dziś może czekać na Twoje zdanie tak, jak Margery czekała na odpowiedź Johna.

Nie czekaj na idealny moment.

Napisz.

Bogna Białecka – „aleteia.pl”

 

 

 

 Święci i błogosławieni w tygodniu

15 lutego - św. Klaudiusz de la Colombiere, prezbiter

15 lutego - bł. Michał Sopoćko, prezbiter

15 lutego - św. Zygfryd, biskup

16 lutego - św. Daniel, męczennik

16 lutego - św. Juliana, dziewica i męczennica

16 lutego - bł. Piotr z Castelnau, mnich i męczennik

17 lutego - Siedmiu Świętych Założycieli Zakonu Serwitów Najświętszej Maryi Panny

18 lutego - bł. Jan z Fiesoli (Fra Angelico), prezbiter

18 lutego - św. Teotoniusz, zakonnik

18 lutego - św. Konstancja

18 lutego - św. Flawian, patriarcha

19 lutego - św. Konrad z Piacenzy, pustelnik

20 lutego - św. Zenobiusz, prezbiter i męczennik

20 lutego - św. Eleuteriusz, biskup

20 lutego - święci Franciszek i Hiacynta Marto, dzieci fatimskie

21 lutego - św. Piotr Damian, biskup i doktor Kościoła

22 lutego - katedry świętego Piotra, Apostoła

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor

                              (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.