W BLASKU MIŁOSIERDZIA

48/1104 – 8 listopada 2026 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

Niedziela, 8 listopada 2026 r.

 

XXXII NIEDZIELA (rok A)

 

 

 

AKTUALNOŚCI

 

 

Kolor szat liturgicznych: zielony

 

 

 
 
Czytania:
Pierwsze czytanie: Mdr 6,12–16
Psalm: Ps 63
Drugie czytanie: 1 Tes 4,13–18
Ewangelia: Mt 25,1–13
 
Ewangelia:
Przypowieść o dziesięciu pannach
Mt 25, 1-13
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Jezus opowiedział swoim uczniom tę przypowieść:
«Podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w swoich naczyniach. Gdy się pan młody opóźniał, senność ogarnęła wszystkie i posnęły.
Lecz o północy rozległo się wołanie: „Oto pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie!” Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: „Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną”. Odpowiedziały roztropne: „Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie”.
Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto. Nadchodzą w końcu i pozostałe panny, prosząc: „Panie, panie, otwórz nam!” Lecz on odpowiedział: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.
Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny».
 
Komentarze:
Wiara w zmartwychwstanie daje nadzieję większą niż każdy smutek, bo tak jak Jezus umarł i zmartwychwstał, tak i my umrzemy i powstaniemy z martwych, aby na zawsze być już z Panem. Pan zstąpi z nieba, a wtedy ci, którzy umarli w Nim i my żyjący w Nim, będziemy porwani przez chwałę Bożą na spotkanie z Panem, które nigdy się nie zakończy. Jezus wszystko nam powiedział, abyśmy mieli radość i pociechę Ducha...
Czy głupota jest grzechem? Może to zaskakujące, ale w Piśmie bywa grzechem nazywana. Bo nie chodzi o brak zdolności intelektualnych, ale o niekorzystanie z tych, które się ma. I pozbawione jakiejkolwiek refleksji trzymanie się tego, co w danej chwili wygodniejsze. Chrześcijanin na drogach swojego życia powinien zaś kierować się mądrością. Uwzględniającą także fakt, że nie będziemy żyli wiecznie, a po śmierci czeka nas sąd. To chyba główna myśl czytań tej niedzieli.
XXXII niedziela zwykła roku A... To jedno wielkie wezwanie do roztropności. Nie patrz tylko na tu i teraz: popatrz też w przyszłość. Żebyś nie musiał się swojej dzisiejszej postawy wstydzić. Bo kiedyś Pan powróci. Obyś miał dość oliwy, by z zapalona lampą wyjść Mu na spotkanie...
Mądrość? To chyba przede wszystkim trzymanie się tego, co nakazał nam Najmądrzejszy. Można Bogu powiedzieć "nie" i żyć po swojemu. Ale to nieroztropne. Bo końcem tego są zamknięte drzwi wieczności.
Wielkimi krokami zbliża się już koniec roku liturgicznego. Czytania 32 niedzieli zwykłej w roku A to chyba przede wszystkim wezwane (a dla nas wyzwanie), by być człowiekiem mądrym. Nie, nie chodzi o nie wiadomo jakie zdolności intelektualne, oczytanie, znajomość nowoczesnych prądów. Raczej o dalekowzroczność. Bo to ona bywa największą życiową mądrością: gdy człowiek patrzy też na to, co już poza granica śmierci...
 
 
 
 
 
 
W dzisiejszym numerze:
- Oliwa nie z pierwszego tłoczenia
- Życie wieczne
- Porządkowanie świata
- Jak uzyskać odpust za zmarłych? Wystarczy pięć prostych kroków
- Coś się poprzestawiało...
- Kard. Grzegorz Ryś wystosował prośbę do księży archidiecezji. „Niech modlitwa za Polskę rozbrzmiewa z mocą”
- Przyjmuję sakramenty pomimo tego, że czuję paraliżujący lęk
- Z przemówienia św. Karola Boromeusza, biskupa
- O unikaniu poufałości
- Przyszedł na spotkanie z papieżem w czarnej bluzie z kapturem
- Kiedy pies staje się ‘dzieckiem’ – znak naszych czasów?
- Bronię karnego jeżyka. Superniania miała rację w jednej sprawie
- Tam, gdzie słońce znika na dwa miesiące. Polak proboszczem na końcu świata
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 
 
Oliwa nie z pierwszego tłoczenia
 
Czego symbolem jest oliwa z dzisiejszej Ewangelii? Już od pierwszych wieków chrześcijaństwa największe umysły teologiczne dają nam różne podpowiedzi. Dla Świętego Hieronima lampa jest wiarą, a oliwa to dobre uczynki. Taka interpretacja nikogo nie dziwi, bo przecież wiemy, że wiara bez uczynków jest martwa. Święty Augustyn będzie zwracał uwagę, że oliwa znajdująca się wewnątrz naczynia odpowiada wewnętrznemu nastawieniu serca. Na zewnątrz możemy być zaangażowani, ale bez oliwy, czyli bez czystości naszego sumienia i dobrych intencji, nie znajdziemy się przed Bogiem. Z kolei dla Jana Chryzostoma kluczowym szczegółem w tej historii jest to, że owe kobiety były pannami, dziewicami, a oliwa oznacza miłosierdzie, pełnienie dzieł miłości wobec drugiego. W ten sposób Chryzostom chciał pokazać, że nawet największa asceza ciała i surowość życia nie gwarantują bliskości z Bogiem. Przecież już u Izajasza możemy znaleźć zdanie, że Bogu zbrzydły ofiary i chciałby raczej miłosierdzia.
 
Mnie zastanowił jeszcze jeden szczegół związany z oliwą. Dlaczego nie doszło do jej użyczenia? Czy Ewangelia pochwala egoizm i walkę o swoje ponad wszystko? Popatrzmy na to z innej strony. O Panu Bogu możemy komuś opowiedzieć, dać świadectwo swojej wiary, pokazać własnym życiem, że On jest dla nas ważny, ale nie uwierzymy za kogoś. Do „rzeczy”, których nie da się w życiu pożyczyć, należy doświadczenie Boga, osobista i intymna więź z Nim. Ona jest nie tylko nie do pożyczenia, ale i nie do podrobienia. Podobno w czasach Jezusa do lamp nie używano wcale najczystszej oliwy. Wręcz przeciwnie, używano oliwy najtańszej, nieraz nawet zepsutej, tłoczonej dopiero na samym końcu. I chyba taka właśnie oliwa zużytego, brudnego, może nawet zepsutego życia jest nam najbardziej potrzebna. Wszak staniemy przed Tym, który jest w stanie oczyścić nawet szkarłat grzechów, zamieniając go w biel śniegu i wełny.
 
Arkadiusz Wojtas OP – „wdrodze.pl”
 
 
 
 
 
 
Życie wieczne
 
Początek listopada to czas, w którym w sposób szczególny chcemy pamiętać o naszych zmarłych i pamiętamy o nich – modląc się za nich, sprzątając groby, zanosząc kwiaty na cmentarz czy w końcu zyskując odpusty zupełne i ofiarowując je za naszych bliskich zmarłych. Ale to jest tylko jeden wymiar tych listopadowych dni. Drugi wymiar to przypomnienie o tym, że życie wieczne, o które prosimy dla zmarłych, stanie się kiedyś udziałem każdego z nas. Nie znamy dnia ani godziny, w których przyjdzie nam stanąć przed Bogiem i zdać sprawę z tego, jak bardzo byliśmy otwarci na bezgraniczną miłość Boga do każdego z nas i jak bardzo ta miłość kierowała naszym postępowaniem wobec naszych bliźnich. Nikt z nas nie wie, tak naprawdę, ile czasu zostało na nadrobienie wszelkich zaległości w tym względzie, na naprawienie popełnionych błędów, na zmianę swojego życia – jeśli to konieczne…
 
I w dzisiejszej Ewangelii Jezus właśnie o tym nam przypomina, posługując się słowami przypowieści o pannach rozsądnych i „nieroztropnych” – jak to łagodnie ujęli tłumacze Biblii. Tłem tej opowieści jest zwyczaj obowiązujący w starożytnym Izraelu, związany z zaślubinami. Wyglądały one w ten sposób, że najpierw załatwiano wszelkie formalności – w tym przede wszystkim te finansowe – po dokonaniu których zawierano już sam akt prawny. Od tego momentu młodzi uchodzili już wśród społeczności za małżonków, chociaż nie zamieszkiwali jeszcze razem. Do tego konieczna była ceremonia weselna, która odbywała się mniej więcej po roku. Było to takie wesele, jakie znamy chociażby z opisu cudu dokonanego przez Jezusa w Kanie Galilejskiej, zawartego w Ewangelii św. Jana. Pierwszym obrzędem całej tej ceremonii weselnej było właśnie przeprowadzenie panny młodej z domu rodzinnego do domu męża, gdzie odbywała się uczta. Kobieta więc wraz ze swoimi druhnami oczekiwała na oblubieńca, który mógł nadejść w każdej chwili – czuwała, by być gotową. Tego rodzaju celebracje nie są obecne w naszej kulturze, dlatego też ta przypowieść nie do końca jest przez nas rozumiana i często odczytuje się ją jako całkowicie fikcyjną bajkę.
 
Jednak najważniejsze przesłanie płynące z dzisiejszej Ewangelii dotyczy właśnie owego czuwania, owej gotowości na przyjście Pana Młodego, czyli Chrystusa, który wychodzi na spotkanie swojej oblubienicy, czyli Kościoła. Samo oczekiwanie to jedno, ale równie ważne jest odpowiednie przygotowanie, czego wzorem są owe panny rozsądne, które zawczasu zadbały o to, by niczego nie zabrakło, by Pan Młody nie zaskoczył ich swoim nagłym przybyciem, by te lampy trzymane w dłoniach wciąż płonęły pełnym światłem – i to jest nasze zadanie jako wspólnoty ludzi ochrzczonych. Panna młoda z dzisiejszej przypowieści, oczekująca wraz z druhnami na nadejście Oblubieńca, to my – Kościół oczekujący na powtórne przyjście Chrystusa.
 
Ale chrześcijańska czujność, do której jesteśmy dziś zachęcani, nie ma być strachem, niepewnością ani też biernym oczekiwaniem na przyjście Chrystusa. Św. Augustyn opisuje ją jako czuwanie sercem, wiarą, nadzieją, miłością i dobrymi uczynkami. Nasza czujność ma zatem polegać na przeżywaniu swojego życia w jedności z Chrystusem, umacnianej przez modlitwę i sakramenty – przede wszystkim sakrament pokuty i pojednania oraz Eucharystię. A taka czujność ma nas oczywiście prowadzić do czynów miłości względem naszych bliźnich. Jak mówił papież Franciszek, odnosząc się do tego fragmentu Ewangelii: „Musimy być przygotowani na spotkanie z Jezusem. Nie tylko na spotkanie ostateczne, ale także na małe i wielkie spotkania każdego dnia – w perspektywie tamtego spotkania. Nie wystarczy do tego lampa wiary, potrzebna jest również oliwa miłości i dobrych uczynków” (rozważania przed modlitwą Anioł Pański, 8 listopada 2020 roku). Tylko taki sposób oczekiwania na przyjście Jezusa, oczekiwania, które nie jest jedynie biernym czekaniem na to, co się wydarzy, może sprawić, że zostaniemy wprowadzeni na miejsce wiecznej uczty w niebie.
 
Tym, co nie pozwala nam na aktywne oczekiwanie, jest brak roztropności, przejawiający się przede wszystkim w duchowym lenistwie, braku wytrwałości w modlitwie oraz braku jakichkolwiek chęci do przezwyciężania własnych słabości. A to z kolei prowadzi nas właśnie do tego, że zamiast miłości względem bliźnich, często zwycięża w nas nienawiść – czasem niczym nieuzasadniona. Kościół przypomina nam, że każdy człowiek jest stworzony na obraz Boga i w każdym mamy rozpoznawać bliźniego, którego Chrystus powierza naszej miłości – nieważne, skąd pochodzi, jakim językiem mówi i jak układa sobie swoje życie (zob. Dykasteria Nauki Wiary, Dignitas infinita, nr 64, 66). Stąd zachęta płynąca z dzisiejszych czytań, by nie ustawać w modlitwie o mądrość – nie mądrość z takich czy innych podręczników, choćby najlepszych, ale o mądrość Bożą, mądrość, która sprawi, że w każdym spotkanym człowieku widzieć będziemy Chrystusa, a wówczas spotkanie z Chrystusem, jakie wcześniej czy później czeka każdego z nas, nie będzie dla nas przerażającą perspektywą, lecz raczej pełnym radości i nadziei powrotem do domu Ojca.
 
 „Czuwajcie i bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie…”. Niech udział w Eucharystii umacnia naszą nadzieję, że w owej chwili ostatniej nie okażemy się pannami nieroztropnymi, dla których zabraknie miejsca na uczcie Chrystusa. Amen.
 
o. Arkadiusz Buszka CSsR
Sekretarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Warszawa
 
 
 
 
 
 
Porządkowanie świata
 
Nie każde szukanie emocji, związanych z Bogiem, jest poszukiwaniem Boga. Dodajmy nie każdy spór jest poszukiwaniem rozwiązania. Bywa, jest sposobem na dokopanie bliźniemu.
 
Debiutowałem, jeśli tak można powiedzieć, w roku 1980. Seminaryjna gazetka ścienna. Aggiornamento – czyli odnowa – miało być miejscem refleksji nad nauczaniem Soboru Watykańskiego II. Pierwszy tekst nosił tytuł: „Na śmietniku” i nawiązywał do niewielkiej, ale ciężkiej gatunkowo książki Tomasza Mertona: „Posiew kontemplacji”.
 
W pewnym momencie Merton zauważa (cytuję z pamięci): rzadko mi się zdarza czytać i słuchać, co mówią i piszą w świecie; ale gdy już przeczytam i posłucham odnoszę wrażenie, że oni tam siedzą na jednym wielkim śmietniku. Reszta tekstu (mojego) była ni to felietonem, ni to przypowieścią, z poważnymi (dla mnie) konsekwencjami. Od tego czasu z wielkim dystansem podchodzę do wszystkich wieści i sporów, jakimi raczą współczesne media. Im dłużej, tym dystans jest większy i naznaczony pragnieniem odcięcia się od wszystkiego, co bardziej przypomina przysłowiowe zawracanie Wisły kijem, niż budujący, merytoryczny dialog.
 
Powie ktoś: duchowa i intelektualna emigracja. Niekoniecznie. Jezus w pewnym momencie pytał: „któż mnie ustanowił sędzią lub rozjemcą między wami” (Łk 12,14), dystansując się od sporu, w który próbował wciągnąć go rozmówca.
 
W porządkowaniu świata Merton zwracał uwagę na intencje. Historia, będąca dla wielu duchowym odkryciem. W bogatym zbiorze tekstów jakim jest „Szukanie Boga” przytacza dialog między kandydatem do trapistów i opatem klasztoru. Warto przywołać całość.
- Dlaczego chcesz zostać mnichem – pyta opat.
- Bo chcę zostać świętym.
- Świętym można zostać w świecie.
Po roku ta sama scena.
- Dlaczego chcesz zostać mnichem?
- Bo chcę nauczyć się modlitwy.
- Modlitwy także można nauczyć się w świecie.
Do trzech razy sztuka.
- Dlaczego chcesz zostać mnichem?
- Bo szukam Boga.
- Możesz zostać – odparł opat.
 
Podsumowując: w sporach wszelkiego rodzaju, ale i naszych duchowych poszukiwaniach, nie zawsze chodzi o argumenty i racje, jakie przedstawiamy. Często ważniejsze są intencje. Po latach odkrywamy (cytuję znaleziony nie tak dawno wpis): nie każde szukanie emocji, związanych z Bogiem, jest poszukiwaniem Boga. Dodajmy nie każdy spór jest poszukiwaniem rozwiązania. Bywa, jest sposobem na dokopanie bliźniemu.
 
Tu warto zrobić historyczny skok i odwołać się do mądrości Ojców Pustyni. Przyznam, byli dla mnie seminaryjnym, później kapłańskim odkryciem. Do Apoftegmatów, czyli krótkich historii z życia mnichów na pustyni, można wracać setki, jeśli nie tysiące razy. Jak mawia niekiedy Kardynał Krajewski, choć w innym kontekście: żywa Ewangelia. Jedna z historii.
 
Pewnego mnicha oskarżono o grzech przeciw szóstemu przykazaniu. Abba Pojmen zarządził przeszukanie jego celi. Oskarżony, widząc starca nadchodzącego ze swoimi uczniami, ukrył kobietę w beczce. Ale Pojmen przejrzał jego zamysł. Wszedł do celi, usiadł na beczce i przyglądał się przeszukaniu. Na koniec skarcił swoich uczniów za fałszywe oskarżenie. A gdy ci wyszli zwrócił się do mnicha: „nawróć się, bracie”.
 
Szkoła Ojców pustyni: surowe życie, post, asceza, czyli wysokie wymagania stawiane sobie. I wyrozumiała łagodność względem bliźnich.
 
Intencje, asceza, wyrozumiała łagodność. Trzy drogi, sposoby, porządkowania świata. Na początek tyle.
 
ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”
 
 
 
 
 
Jak uzyskać odpust za zmarłych? Wystarczy pięć prostych kroków
 
Do nawiedzania cmentarzy w Oktawie Wszystkich Świętych i ofiarowania odpustów w intencji zmarłych zachęca Kościół. Przypominamy warunki uzyskania odpustu.
Jak uzyskać odpust w intencji zmarłych?
 
W Oktawie Wszystkich Świętych – do 8 listopada włącznie - można uzyskać odpust za duszę osoby zmarłej pod następującymi warunkami:
 
- brak przywiązania do grzechu
- przyjęcie Komunii św.
- odmówienie modlitwy w intencjach Papieża
- nawiedzenie cmentarza.
 
Zachęcamy, aby w tym czasie ofiarować odpusty i modlitwy za dusze w czyśćcu cierpiące.
 
Jan Paweł II zachęcał do nawiedzania cmentarzy
 
Zachęcał również do tego Jan Paweł II, który w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański 2 listopada 2003 roku mówił: „Ważną powinnością jest modlitwa za zmarłych, ponieważ nawet jeśli umarli w łasce i przyjaźni z Bogiem, być może potrzebują jeszcze ostatecznego oczyszczenia, aby wejść do radości Nieba. Modlitwa wstawiennicza za nich wyraża się na różne sposoby, między innymi poprzez nawiedzanie cmentarzy. Zatrzymanie się w tych świętych miejscach stanowi szczególną okazję do refleksji nad sensem ziemskiego życia, a jednocześnie do umacniania nadziei na szczęśliwą wieczność w raju”.
 
Źródło: Wojciech Rogacin / Vatican News / red
 
 
 
 
 
 
Coś się poprzestawiało...
 
Jak to się stało, że nasze przeżywanie wielkiego święta Kościoła, jakim jest Wszystkich Świętych, przybrało niemalże wszystkie cechy Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, czyli Dnia Zadusznego.
 
Dwa razy w roku Polacy masowo ocierają się o sacrum. Święconka w Wielką Sobotę i Wszystkich Świętych. O ile pierwsze poprzedza krzątanie się w domowej kuchni (nawet za cenę rezygnacji z Triduum Paschalnego), drugie zwiastuje masowa pielgrzymka na cmentarze. W celach, powiedzmy, mało duchowych. Szczotki, miotły, wiadra z wodą, płyny do mycia kamienia, ścierki, wreszcie naręcza zniczy i kwiatów. By 1 listopada grób wyglądał jak nowy.
 
Od lat przyglądam się tej krzątaninie z mieszanymi uczuciami. Nie wiem – nostalgia za grobami ojca i babki, obrośniętymi kurką i obłożonymi świerkowymi gałązkami czy bardziej lęk przed szerzącą się coraz bardziej „kulturą opakowania”.
 
Prawdziwy powód chyba sięga głębiej. Otwieram Leksykon liturgii księdza Bogusława Nadolskiego i czytam:
 
„Wszystkich Świętych – uroczystość (…) W uroczystości 1 listopada nie chodzi o podkreślenie świętych, którzy nie mają osobnego święta czy wspomnienia w kalendarzu liturgicznym, ani o uczczenie anonimowej rzeszy świętych. Wszystkich Świętych jest świętem Kościoła”, który „świętuje zwycięstwo łaski Bożej w człowieku, wychwala Boga, który działa w świętych, nagradza „swoje własne dary” (prefacja), jest antycypacją paschy nieba; przejście do wieczności czyni człowieka cząstką tego Kościoła w niebie”.
 
Na potwierdzenie świętej pamięci ksiądz Profesor cytuje hymny Liturgii Godzin. Oto jeden z fragmentów:
„O dobry Chryste, który mieszkasz w niebie,
Świętych zbawienie, ich życie, nadziejo,
Ofiarę chwały przez nas dziś składaną
Przyjmij łaskawie”.
 
Czytam Leksykon, medytuję nad hymnami, przy okazji wracam pamięcią do jednej z zaprzeszłych lektur. Jean Leclercq OSB, w znakomitym studium historycznym: Miłość Boga i pragnienie nauki”, przywołuje średniowiecznego mnicha, Jana z Fécamp (+ 1079) i jego opis Miasta świętego, mający być „okazją do antycypowanego dziękczynienia za tę chwałę obiecaną i oczekiwaną za to ostateczne zjednoczenie z Chrystusem”. Oto dwa fragmenty:
 
„To miasto mocne i niewzruszone trwa na wieki. Dzięki Ojcu jaśnieje światłością olśniewającą, dzięki Synowi, Blaskowi Ojca, raduje się, miłuje, dzięki duchowi Świętemu, Miłości Syna i Ojca, istniejąc przemienia się, kontemplując oświeca się, a jednocząc doznaje radości. Jest, widzi, kocha. Jest, albowiem swą siłę czerpie z mocy Ojca; widzi, albowiem rozświetlone jest Mądrością Boga; kocha, albowiem cieszy się z Bożej dobroci. Błogosławiona to ojczyzna, która się przeciwności żadnych nie obawia, zna tylko radość i pełnię poznania (…)
 
W tym mieście żyją nasi rodzice i nasi ukochani przyjaciele, i tam błagają Boga za nami; oczekują naszego przyjścia i na ile mogą, przyśpieszają nasz bieg. Podnieśmy do nich serca razem z dłońmi; przekroczmy wszystkie rzeczy przemijające. Niech z naszych oczu strumień łez płynie nieustannie ku radościom, które nam obiecano. Cieszmy się z tego, co już się wypełniło w tylu wiernych, którzy wczoraj walczyli dla Chrystusa, a dziś królują z Chrystusem. Cieszmy się z tego, że nam prawdziwie powiedziano: Pójdziemy do ziemi żyjących” (Kraków 1997, s. 78.82).
 
Skręćmy w boczną uliczkę i odejdźmy na chwilę od głównego wątku. Poemat Jana z Fécamp zajmuje w cytowanym dziele pięć stron. Czytany powoli wystarczy na kilka medytacji. Taka specyfika gatunku. Znana i praktykowana w literaturze, nie tylko duchowej, jeszcze w dwudziestym wieku. Ot, choćby Stanisław Vincenz i jego wiekopomne „Na wysokiej połoninie”. W pierwszej księdze opisuje jak Huculi budowali chatę. To widać dopiero bogactwo stylu i języka. Około dwudziestu stron. Młody czytelnik zapewne będzie miał większe problemy z przebrnięciem niż z „Nad Niemnem” Orzeszkowej. Współczesny autor budowę chaty łemkowskiej zmieścił na mniej więcej stronie. Przyznać trzeba nasze opisy świata, ale i życia duchowego, w zestawieniu z klasyką duchowości i wielką literaturą, są ubogie.
 
Wychodzimy z zaułku i wracamy na główną ulicę miasta. Jeszcze nie świętego. A właściwie na cmentarz. Trudno nie zauważyć kontrastu między słownikową definicją, tekstami liturgicznymi, medytacją Jana z Fécamp i tym, czego doświadczamy wędrując w Uroczystość Wszystkich Świętych po cmentarzach. Rodzi się oczywiste pytanie: jak to się stało, że nasze przeżywanie wielkiego święta Kościoła przybrało niemalże wszystkie cechy Wspomnienia Wszystkich Wiernych Zmarłych, czyli Dnia Zadusznego.
 
Odpowiedź jest złożona i nie do końca oczywista. Księgi liturgiczne zezwalały (tak jest również dziś) na procesję za zmarłych po drugich nieszporach Wszystkich Świętych. W moim rodzinnym mieście takowa wychodziła z katedry o godzinie szesnastej, by około osiemnastej dotrzeć na cmentarz. Z czasem, zapewne, z tak zwanych względów duszpasterskich, godziny zaczęto przesuwać na coraz wcześniejsze, a tym samym zaczęła zacierać się granica między uroczystością a wspomnieniem. Do tego doszło wieloletnie, urzędowe nazywanie 1 listopada świętem zmarłych i próby marginalizacji religijnych obchodów święta. Jej znakiem we Włocławku był moment gdy najpierw zepchnięto procesję w boczne uliczki, później zabroniono, zezwalając na jej przejście od bramy cmentarza. Komercja i laicyzacja dorzuciły kolejny kamyk i dziś mamy to, co mamy.
 
Co dalej? Proces odkrywania na nowo Uroczystości Wszystkich Świętych będzie prawdopodobnie długi. Nic nie zmienią dekrety, zakazy i nakazy. Jedyną sensowną propozycją wydaje się być refleksja Benedykta XVI z „Ducha liturgii”. Pisząc o reformie liturgicznej wskazywał na konieczność skupienia się na „nigrykach”. Krótkie wyjaśnienie dla laików. Rubryki, czyli przepisy i wyjaśnienia drukowane są w Mszale kolorem czerwonym. Nigryki, czyli teksty liturgiczne, w kolorze czarnym.
 
Medytacja Jana z Fécamp raz, że dostępna jest w zasadzie dla kolekcjonerów „Źródeł monastycznych”, dwa jak na możliwości skupienia zwykłego wiernego dość długawa i wymagająca znajomości kontekstu biblijnego. Ale hymny, modlitwy, prefacje… Te są dostępne choćby w wirtualnych wydaniach Mszału i Internetowej Liturgii Godzin. Może tak, zamiast godzinnego pucowania nagrobka, dziesięć minut lektury któregoś z tekstów. Będzie z większym pożytkiem i dla nas, i dla tych, którzy w niebie „oczekują naszego przyjścia i na ile mogą, przyśpieszają nasz bieg”.
 
ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”
 
 
 
 
 
 
Kard. Grzegorz Ryś wystosował prośbę do księży archidiecezji.
„Niech modlitwa za Polskę rozbrzmiewa z mocą”
 
etropolita krakowski kard. Grzegorz Ryś poprosił o codzienną modlitwę za Ojczyznę we wszystkich parafiach i wspólnotach archidiecezji krakowskiej. Szczególnie zachęca do niej w listopadzie, w którym obchodzimy Narodowe Święto Niepodległości.
 
Prośba została przekazana księżom archidiecezji krakowskiej za pośrednictwem poczty kurialnej. Dotyczy modlitwy podczas Mszy św. – szczególnie w modlitwie wiernych – oraz innych nabożeństw. W przesłanej wiadomości polecono zwłaszcza modlitwę ks. Piotra Skargi „Boże, Rządco i Panie narodów…”.
 
„Niech modlitwa za Polskę rozbrzmiewa z mocą w naszych świątyniach zwłaszcza w miesiącu listopadzie, w którym przeżywamy Święto Niepodległości (11 listopada) oraz inne narodowe rocznice” – czytamy w wiadomości.
 
Z podobnym apelem kard. Grzegorz Ryś zwrócił się już w niedzielę 1 listopada w programie „Między Ziemią a Niebem” w TVP1. Mówiąc o potrzebie pojednania i przezwyciężania podziałów w Polsce, zaprosił wszystkich do modlitwy za Ojczyznę słowami ks. Piotra Skargi.
 
 
Modlitwa za Ojczyznę ks. Piotra Skargi
Boże, Rządco i Panie narodów,
z ręki i karności Twojej racz nas nie wypuszczać,
a za przyczyną Najświętszej Panny, Królowej naszej,
błogosław Ojczyźnie naszej, by Tobie zawsze wierna,
chwałę przynosiła Imieniowi Twemu,
a syny swe wiodła ku szczęśliwości.
Wszechmogący, wieczny Boże,
spuść nam szeroką i głęboką miłość ku braciom
i najmilszej Matce, Ojczyźnie naszej,
byśmy jej i ludowi Twemu,
swoich pożytków zapomniawszy,
mogli służyć uczciwie.
Ześlij Ducha Świętego na sługi Twoje,
rządy kraju naszego sprawujące,
by wedle woli Twojej ludem sobie powierzonym
mądrze i sprawiedliwie zdołali kierować.
Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
 
Źródło: Archidiecezja krakowska / red
 
 
 
 
Przyjmuję sakramenty pomimo tego, że czuję paraliżujący lęk
 
Zawsze zaskakują mnie tego typu wiadomości i dotykają głęboko... Gdy przeczytałam słowa: „pani jako jedyna w taki sposób porusza ten temat”, poczułam ogrom zaufania. O spowiedzi mówię w mediach społecznościowych od lat. O tym, jak przeżywam sakramenty, czym dla mnie są oraz o tym, jakie trudności pojawiają się na mojej duchowej drodze. Chyba to ostatnie budzi największe emocje. To, że jakaś świecka kobieta w Internecie nazywa „moje” uczucia, lęki, zranienia, wątpliwości. Często też jest jedyną osobą, którą „znam”, która w ogóle taki temat porusza. Co to mówi o nas, jako Kościele? Nie wiem… Dlaczego jest tak, że nie mamy obok siebie innych wierzących, z którymi możemy swobodnie na takie tematy rozmawiać? A może oni są, tylko ich po prostu nie widzimy?
 
Gdy myślę o swojej własnej duchowej drodze i o wszystkich historiach, które usłyszałam na przestrzeni ostatnich lat, widzę, że ogromnym ciężarem jest zarówno samotność, jak i poczucie bycie wybrakowanym katolikiem. To poczucie, że tylko ja tak mam – ja się boję, wstydzę, nie umiem się dobrze przygotować, wypowiedzieć – a inni radzą sobie z tym bez problemu. Czy aby na pewno? Moje doświadczenie rozmów z ludźmi pokazuje, że jest wręcz odwrotnie. Znam bardzo wiele osób, które skrzywdzone w konfesjonale niedojrzałością spowiednika, tak bardzo boją się wrócić do spowiedzi, że odkładają sakrament na potem – które trwa latami i choć pragnienie spowiedzi wraca, lęk okazuje się być silniejszy. Znam też takich, którzy nie doświadczyli krzywdy od księdza, ale od najbliższych, którzy straszyli ich Bogiem. Sędzią, który w wielkiej księdze zapisuje każdy najmniejszy błąd, po to by nas za niego surowo ukarać i rozliczyć. Spowiedź staje się wtedy traumą, bo jak z otwartym sercem iść do kogoś, kto czeka na ciebie wyłącznie z naganą? Znam też osoby, które dają sobie wmawiać kłamstwo, że są tak złymi ludźmi, że Bóg na pewno im nie przebaczy, a samo wypowiedzenie na głos swoich grzechów jest tak wstydliwe, że lęk przed oceną, odrzuceniem i potępieniem jest silniejszy. Tymczasem w konfesjonale wcale nie czeka na nas surowy sędzia, ale Ojciec pełen tęsknoty i miłości.
 
Wiadomość, która dotarła do mnie kilka dni temu zawierała proste pytanie: jak przestać się bać? I choć pytanie jest proste, odpowiedź wcale już taka nie jest. Wszak ile ludzi, tyle lęków. I każdy z nich może mieć inne źródło, więc – podobnie jak w medycynie – na każdy z nich warto byłoby przyjąć inne lekarstwo. Sama nie spotkałam się nigdy z publikacją, która tłumaczyłaby to, jak pokonać taki lęk, która była by zwykłym ludzkim wsparciem na tej wyboistej drodze.
 
Nauczyłam się mówić głośno „boję się. Wstydzę się powiedzieć o tym głośno” itd. Spowiednicy najczęściej reagują empatią, wsparciem, cichym towarzyszeniem. Jeśli mają choć odrobinę dojrzałości, wiedzą przecież jak smakuje ten wstyd i lęk – sami go przecież doświadczają, gdy klękają przy konfesjonale jako penitenci. Tyle, że my boimy się nazwać swój lęk, bo co sobie ksiądz pomyśli? A co jeśli pomyśli, że chce ci pomóc? Co jeśli zrozumie i po prostu przyjmie? Może warto zaufać i spróbować?
 
Zapytałam w jednym z wpisów w moich mediach społecznościowych o „patenty” na lęk. Jedna z wiadomości, które otrzymałam była też bardzo o mnie i o tym, co robię, by wracać pomimo oporów i całej palety trudnych uczuć. „Miałam w sobie ogromnie dużo lęku przed spowiedzią. Paraliżującego lęku, takiego, który mnie momentami zamrażał, odcinał, krzyczał uciekaj. Co mi pomagało to uświadamianie sobie do Kogo idę. I celowo piszę z dużej litery, bo mam tu na myśli Tego, który jest nieskończonym Miłosierdziem”. Ta odpowiedź jest mi niezwykle bliska – od dawna mam tę świadomość, że jestem w Kościele nie tylko ze względu na ludzi, ale na Boga – Jego sakramenty i to w jaki sposób mogę Go w Kościele poznawać i doświadczać. To dodaje mi siły wtedy, gdy czuję paraliżujący lęk…
 
Potrzebuję Kościoła i sakramentów, ale też drugiego człowieka. Lęki, przeszkody, wątpliwości i poczucie głębokiego osamotnienia będą pojawiać się pewnie jeszcze nie raz. Mimo to wiem, że warto. Doświadczyłam, że smutek zmienia się w radość. Lęk w zaufanie. Pusta w światło. Samotność w bliskość, a wstyd w otulenie. Trzeba jednak nauczyć się działać pomimo lęku i dziś wiem, że jest to sztuka, której uczymy się całe życie…
 
Magdalena Urbańska –„deon.pl”
 
 
 
 
 
Z przemówienia św. Karola Boromeusza, biskupa,
wygłoszonego w czasie ostatniego synodu
(Acta Ecclesiae Mediolanensis, Mediolani 1599, 1177-1178)
 
 
 
Nie bądź tym, który co innego mówi, co innego zaś czyni
 
Wszyscy wprawdzie, przyznaję, jesteśmy słabi, ale Pan Bóg udzielił nam środków, z których jeśli tylko zechcemy, możemy łatwo skorzystać. Spójrzmy więc na kapłana, który wie, że wymaga się od niego świętości życia, wstrzemięźliwości i anielskich obyczajów w postępowaniu. Chciałby tego wszystkiego, ale nie myśli o zastosowaniu prowadzących ku temu środków: postu, modlitwy, unikania złych i szkodliwych rozmów oraz niebezpiecznych poufałości.
 
Kto inny narzeka, że gdy przychodzi, aby się modlić czy też sprawować ofiarę Mszy św., od razu cisną się mu na myśl tysiące spraw, które odrywają go od Boga. Ale zanim udał się do chóru, zanim rozpoczął Mszę św., cóż czynił w zakrystii, jak się przygotował, jakie zastosował środki do zachowania skupienia?
 
Chcesz, abym cię pouczył, w jaki sposób możesz skutecznie postępować w cnocie, w jaki sposób, jeśli byłeś skupiony w chórze, następnym razem możesz być jeszcze bardziej uważny, a twoja modlitwa jeszcze milsza Bogu? Posłuchaj, co powiem. Jeśli płomień Bożej miłości zapalił się już w tobie, nie odsłaniaj go pochopnie, nie chciej wystawiać go na wiatr. Pilnuj ognia, aby nie zagasł i nie utracił swego ciepła. Oznacza to: uciekaj, jak dalece możesz, przed rozproszeniami, trwaj w skupieniu przed Bogiem, unikaj próżnych rozmów.
 
Polecono ci głosić i nauczać? Ucz się i przykładaj do tego, co niezbędne do sprawowania tego urzędu; staraj się przede wszystkim, abyś przepowiadał życiem i obyczajami, aby inni nie szydzili z twych słów i nie potrząsali głowami, widząc, że co innego głosisz, co innego zaś czynisz.
 
Jesteś duszpasterzem? Nie chciej z tego powodu zaniedbywać siebie samego i nie udzielaj się tak bardzo wokoło, aby dla ciebie już nic nie zostało. Masz bowiem pamiętać o duszach, którym przewodzisz, ale nie tak, abyś zapomniał o swojej własnej.
 
Pamiętajcie, bracia, że nic nie jest tak potrzebne ludziom Kościoła, jak modlitwa myślna. Ona to poprzedza wszystkie nasze czynności, towarzyszy im i po nich następuje. "Będę śpiewał - powiada prorok - i rozważał". Jeśli udzielasz sakramentów, myśl, bracie, o tym, co czynisz. Jeśli odprawiasz Mszę św., zastanów się, co ofiarujesz. Śpiewasz w chórze, pomyśl, z kim rozmawiasz i o czym mówisz. Jeśli jesteś kierownikiem dusz, pamiętaj, czyją krwią zostały oczyszczone, a "wszystko, co czynicie, niech się dokonuje w miłości". W taki sposób potrafimy łatwo przezwyciężyć niezliczone przeszkody, których doświadczamy każdego dnia (na to bowiem zostaliśmy ustanowieni) i otrzymamy moc rodzenia Chrystusa w nas samych oraz w innych.
 
za: „katolik.pl
 
 
 
 
O unikaniu poufałości
 
1. Nie przed każdym otwieraj serce, jedynie mądremu i pobożnemu możesz się zwierzyć Syr 10,1. Unikaj zbyt młodych i obcych. Nie schlebiaj bogatym i nie narzucaj się możnym Prz 25,6.
 
Trzymaj się pokornych, prostych, pobożnych i życzliwych, a mów z nimi o rzeczach ważnych Syr 37,12. Nie spoufalaj się z jedną kobietą, ale wszystkie dobre niewiasty polecaj Bogu. Pragnij być bliskim tylko Bogu i Jego aniołom, a nie szukaj znajomości z ludźmi.
 
2. Trzeba mieć miłość ku wszystkim, ale poufałość wcale nie jest potrzebna. Zdarza się czasem, że o kimś nie znanym krąży najlepsza opinia, ale skoro się pojawi, sam jego widok odstręcza. Nieraz wydaje nam się, że staniemy się ludziom milsi w bliskiej zażyłości, a tymczasem jeszcze bardziej odwracają się od nas, gdy poznają z bliska nasze wady.
 
Tomasz a Kempis, 'O naśladowaniu Chrystusa'
 
 
 
 
 
 
Przyszedł na spotkanie z papieżem w czarnej bluzie z kapturem. Leon XIV dał mu różaniec
 
Bob Dylan, amerykański muzyk, poeta i laureat Literackiej Nagrody Nobla, został 4 listopada przyjęty przez Leona XIV w Pałacu Apostolskim. 85-letni artysta przebywa we Włoszech w ramach trasy koncertowej. Jego twórczość papież przywołał kilka miesięcy wcześniej, przestrzegając przed wyścigiem zbrojeń i zagrożeniem wojną nuklearną.
 
Papież cytował Dylana
 
W lipcu 2026 roku Leon XIV nawiązał do twórczości Boba Dylana w przedmowie do książki „Rozbrojona i rozbrajająca. Pokój jest darem”, opracowanej przez dziennikarza Alessandra Banfiego i wydanej przez Libreria Editrice Vaticana (LEV).
 
Ojciec Święty przytoczył słowa: „Nienawidzę cię, bo stworzył cię człowiek, człowiek cię posiada i człowiek tobą włada”. Cytat stał się punktem wyjścia do stanowczego ostrzeżenia przed światowym wyścigiem zbrojeń i widmem konfliktu nuklearnego.
Różaniec dla noblisty
 
Spotkanie w Pałacu Apostolskim miało charakter krótkiej audiencji. Papież i artysta rozmawiali, siedząc przy stole. Dylan pojawił się w czarnej bluzie z kapturem, a Leon XIV podarował mu różaniec.
 
"Czy jest możliwe, aby się nie bać i żyć? Oceniam, że jest to możliwe, przynajmniej sądząc po sobie.(...) Człowiek ma do tego dość sił. Pan Bóg nie daje nam zadań, których nie potrafilibyśmy unieść. Z trudnych historii na ogół wychodzimy mocniejsi,
mądrzejsi."👉 Ks. Jan Kaczkowski „Nadzieja”
 
Wizyta muzyka w Rzymie zbiega się z jego koncertem zaplanowanym na 5 listopada w Palazzo dello Sport. Występ jest częścią trasy „Rough and Rowdy Ways Tour”.
Antywojenny utwór sprzed ponad 60 lat
 
Przytoczone przez papieża słowa pochodzą z utworu „Go Away You Bomb”, napisanego przez Dylana w 1963 roku, w okresie zimnowojennych napięć.
 
Piosenka nigdy nie doczekała się oficjalnego nagrania ani wydania na płycie. Jej oryginalny rękopis odnaleziono dopiero w 2013 roku.
Dylan przed Janem Pawłem II
 
Nie było to pierwsze spotkanie Boba Dylana z papieżem. W 1997 roku artysta wystąpił podczas XXIII Krajowego Kongresu Eucharystycznego w Bolonii, śpiewając przed Janem Pawłem II i około 300 tysiącami młodych ludzi.
 
Wykonał wówczas trzy utwory, w tym słynny „Knockin’ on Heaven’s Door”. Po występie zdjął kapelusz i uścisnął dłoń papieża Polaka.
 
Jan Paweł II nawiązał wtedy do innej znanej piosenki Dylana, „Blowin’ in the Wind”, przywołując pytanie: „Ile dróg musi przebyć człowiek, zanim nazwie się go człowiekiem?”.
 
Odpowiadając, wskazał młodym drogę wiary: „Jest tylko jedna droga człowieka, a jest nią Jezus Chrystus”.
 
Salvatore Cernuzio, ks. Piotr Majtyka / Vatican Media / red, za „deon.pl”
 
 
 
 
 
Kiedy pies staje się ‘dzieckiem’ – znak naszych czasów?
 
Coraz więcej młodych dorosłych mówi o swoich zwierzętach jak o dzieciach, a niektórzy podobnie traktują nawet przedmioty. Badania wskazują, że silne przywiązanie do zwierząt może wiązać się z mniejszymi planami prokreacyjnymi. Amerykańscy badacze zwracają uwagę na rosnącą popularność traktowania zwierząt domowych jak własnych dzieci. Zjawisko to pojawia się w czasie spadku dzietności i narastających obaw młodych ludzi o koszty rodzicielstwa. Eksperci wskazują, że znaczenie mają także wzorce społeczne i wsparcie otoczenia.
 
    Zwierzę domowe jako członek rodziny
    Coraz mniej dzieci, coraz więcej obaw
    Czy opieka nad zwierzęciem zastępuje rodzicielstwo?
    Co mówią badania o wyborach młodych dorosłych?
    Rodzicielstwo to nie tylko koszty, ale i radość
    Wsparcie bliskich może zmieniać decyzje o posiadaniu dzieci
 
Kiedy wszystko staje się dzieckiem
 
„Zmagam się z moją córką” – powiedział niedawno jeden ze studentów amerykańskiemu profesorowi nauk politycznych. Podobne wyznania słyszał on w ostatnich miesiącach wielokrotnie. Początkowo sądził, że młodzi ludzie mówią o swoich dzieciach. Szybko okazało się jednak, że określenie „dziecko” odnosi się do zwierząt domowych, a nawet przedmiotów. W jednym przypadku „córką” studentki był zaczyn na zakwasie, który nie chciał rosnąć.
Profesor przyznaje, że początkowo takie porównania budziły w nim sprzeciw. Z czasem jednak ustąpił on miejsca niepokojowi o to, jak młode pokolenie postrzega rodzinę i rodzicielstwo.
 
Zwierzęta zamiast dzieci?
 
Według badania Pew Research Center z 2023 roku aż 97 proc. amerykańskich właścicieli zwierząt uważa je za część rodziny, a 51 proc. traktuje je jako równie ważnych członków rodziny jak ludzie.
Jednocześnie w USA spada dzietność. W 2025 roku wskaźnik urodzeń wyniósł 53,1 na 1000 kobiet w wieku 15–44 lat. Rośnie też liczba młodych dorosłych, którzy deklarują, że prawdopodobnie nigdy nie będą mieli dzieci. Wśród osób poniżej 50. roku życia odsetek ten zwiększył się z 37 proc. w 2018 roku do 47 proc. w 2023 roku.
Powody są różne: od świadomej rezygnacji z rodzicielstwa po obawy o finanse, karierę i przyszłość. Profesor zastanawia się, czy część młodych ludzi nie kieruje uczuć ku zwierzętom właśnie dlatego, że posiadanie dzieci wydaje im się nieosiągalne.
 
Co mówią badania?
 
Badania antropolożki Shelly Volsche z 2021 roku wykazały, że bezdzietni dorośli silniej przywiązują się do swoich zwierząt i częściej określają siebie mianem ich rodziców niż osoby mające dzieci. Z kolei badania socjolożki Andrei Laurent-Simpson sugerują, że relacje ze zwierzętami mogą sprzyjać odkładaniu decyzji o rodzicielstwie lub całkowitej rezygnacji z niego.
Analiza Instytutu Studiów Rodzinnych, obejmująca dziewięć krajów, wykazała natomiast, że młodzi dorośli preferujący opiekę nad zwierzętami deklarowali chęć posiadania niemal o jedno dziecko mniej. Nie wiadomo jednak, czy przywiązanie do zwierząt wpływa na decyzje prokreacyjne, czy też wynika z wcześniejszej niechęci do posiadania dzieci.
 
Potrzeba rozmowy o rodzicielstwie
 
Autor zwraca uwagę, że młodzi ludzie słyszą dziś przede wszystkim o kosztach i trudnościach związanych z wychowywaniem dzieci. Tymczasem rodzicielstwo przynosi również radość, poczucie sensu i możliwość towarzyszenia drugiemu człowiekowi w dorastaniu.
Zwierzęta mogą być ważnymi członkami rodziny, ale relacja z nimi nie jest tym samym co rodzicielstwo. Dlatego potrzebne są nie tylko rozwiązania ułatwiające zakładanie rodzin, lecz także szczere rozmowy o pięknie i wyzwaniach wychowywania dzieci. Badania wskazują, że wsparcie przyjaciół i bliskich może zwiększać gotowość do rodzicielstwa, a nawet wpływać na decyzję o posiadaniu potomstwa.
 
ifstudies.org / pzk, za:”deon.pl”
 
 
 
 
 
Bronię karnego jeżyka. Superniania miała rację w jednej sprawie
 
Amerykańska Akademia Pediatrii nadal poleca time-out. Działa on jednak tylko wtedy, gdy rodzic pamięta o kilku zasadach, o których mało kto mówi.
 
W jednym z popularnych podcastów dwaj prowadzący przez ponad dwie godziny nie zostawili na „Superniani” suchej nitki. Z częścią zarzutów się zgadzam. Kiedy jednak usłyszałam, że karny jeżyk to przestarzała metoda, której dziś już się nie stosuje, postanowiłam zabrać głos.
 
Pokazywanie prywatności dzieci nigdy nie jest OK
 
Zacznę od tego, czego bronić nie będę. Reality show, w którym ekipa telewizyjna wchodzi do domu i nagrywa dziecko w najtrudniejszych chwilach, odbiera mu prywatność, a ono samo nie mogło się na to zgodzić. Dziś miliony rodziców robią to samo bez telewizji: nagrywają dzieci płaczące albo wkręcane w żarty i wrzucają filmiki na TikToka dla zasięgów. W „Superniani” przynajmniej pokazywano przy tym, jak sobie radzić z trudnym zachowaniem dziecka.
 
I to akurat trafiało do widzów. Badacze z australijskiego Uniwersytetu Edith Cowan przeprowadzili sondaż telefoniczny wśród 400 osób, które obejrzały co najmniej jeden odcinek „Supernanny”. Aż 88 proc. z nich mówiło, że dzięki programowi poznało sposoby radzenia sobie z zachowaniem dzieci, a 53 proc., że już je wypróbowało. To oczywiście tylko deklaracje widzów. Jednak sondaż pokazuje, jak bardzo przekonuje rodziców metoda, którą mogli obejrzeć w działaniu.
 
Time-out pod ostrzałem
 
W polskim internecie panuje dziś przekonanie, że time-out to relikt behawioryzmu, a dziecka nie wolno w żaden sposób dyscyplinować. Tymczasem Amerykańska Akademia Pediatrii (AAP) nadal go zaleca. Psycholodzy z Uniwersytetu Michigan pod kierunkiem Rachel Knight postanowili wręcz sprawdzić, czy time-out szkodzi dzieciom. Przeanalizowali dane rodzin obserwowanych od wczesnego dzieciństwa do piątej klasy. Dzieci, których rodzice stosowali time-out, radziły sobie co najmniej równie dobrze co dzieci, których rodzice stosowali inne metody wychowawcze.
 
Część tych samych autorów przejrzała wcześniej 102 strony internetowe z poradami dla rodziców. Mniej więcej co trzecia przedstawiała time-out jako szkodliwy lub nieskuteczny. Żadna nie opisywała poprawnie wszystkich warunków, od których zależy jego skuteczność. A pominięcie choćby jednego z nich osłabia całą metodę.
 
Jak zrobić dobry time-out
 
Oto zasady według AAP i badaczy z Michigan.
 
Podstawa: wysokiej jakości czas z rodzicami. Time-out działa wtedy, gdy na co dzień dziecko dostaje od rodzica dużo uwagi i wspólnej zabawy. Dopiero wtedy kilka minut bez tej uwagi coś dla niego znaczy. W poradnikach internetowych ten warunek prawie się nie pojawia: wspominały o nim 4 proc. stron.
 
Na początek: jedno ostrzeżenie. Spokojnie nazwij zachowanie, które ma się skończyć: „Jeśli będziesz krzyczeć na brata, pójdziesz uspokoić się na krzesło”. Każde kolejne ostrzeżenie osłabia metodę. Jeśli zachowanie się powtórzy, time-out zaczyna się od razu, bez gróźb i negocjacji.
 
Miejsce: spokojne, nudne bez publiczności. Wystarczy krzesło albo kąt pokoju, bez zabawek i ekranów, ale też bez widzów. Obecność innych, obserwujących to osób nakręca emocje. AAP odradza sypialnię i pokój do zabawy, bo dziecko ma tam pod ręką to, co lubi. Jeśli dziecko jest w silnych emocjach, można mu dać przytulankę pomagającą się uspokoić.
 
Czas: krótko. Orientacyjnie minuta na każdy rok życia, czyli dwie minuty dla dwulatka i pięć dla pięciolatka. O końcu decyduje dorosły: time-out kończy się po chwili, w której dziecko jest już spokojne.
 
Gdy dziecko protestuje: bez dyskusji. Jeśli wstaje, spokojnie odprowadź je z powrotem, bez tłumaczeń i bez złości. Krzyk i płacz przeczekaj, chyba że dziecku grozi krzywda. AAP radzi wtedy liczyć czas od nowa.
 
Na koniec: powrót do sprawy. Gdy time-out był za nieposłuszeństwo, wróć do polecenia, bo klocki nadal czekają na sprzątnięcie. Ten krok pomijało 90 proc. stron z poradami. Bez niego kilka minut na krześle staje się sposobem na wymiganie się od sprzątania.
 
Do tego konsekwencja: ta sama reakcja na to samo zachowanie, także u dziadków. AAP podsuwa też time-out dla rodzica. Gdy czujesz, że tracisz panowanie nad sobą, zostaw dziecko w bezpiecznym miejscu i daj sobie kilka minut na uspokojenie.
Gałganek z wódką w nowej wersji
 
Jakie są konsekwencje odrzucenia wypróbowanych metod wychowawczych? Natura nie znosi pustki. Dziecko bez granic, bez konsekwencji będzie rozedrgane. A rodzic będzie chciał odrobiny spokoju. Sięgnie zatem po sposoby zapewniające mu spokój. Dawniej w tym celu płaczącemu niemowlęciu dawano ssania gałganek nasączony wódką. Dziecko było spokojne, rodzice też. Mam nadzieję, że dziś nikt tego nie robi. Znaleźliśmy za to zamiennik, który jest w pełni akceptowany społecznie: smartfon z niekończącymi się bajkami i rolkami. Z badania IBRiS dla Fundacji Banku Millennium wynika, że własne urządzenie elektroniczne ma już dwoje na troje dzieci w wieku 3–7 lat. Najczęściej jest to smartfon, który ma 32% dzieci w tym wieku.
 
Time-out wymaga od rodzica konsekwencji i wytrzymania kilku minut płaczu. Smartfon uspokaja od razu, tyle że niczego dziecka nie uczy, a prowadzi do uzależnienia. Dlatego wolę karny jeżyk.
 
Bogna Białecka – „aleteia.pl”
Na podstawie: Ganeshasundaram i Henley (2009), AAP (2018), Knight i in. (2020), Drayton i in. (2014), IBRiS dla Fundacji Banku Millennium (2026).
 
 
 
 
 
 
 
Tam, gdzie słońce znika na dwa miesiące. Polak proboszczem na końcu świata
 
Gdyby wysłać tu kogoś, kto nie chce tu być – byłoby to dla niego bardzo ciężkie doświadczenie.
 
Jesteś sam, daleko, ciemno, zimno, ludzi mało – dlaczego wybrałeś Norwegię? Pytają go znajomi, a on odpowiada – 20 lat temu przyjechałem do Norwegii jako diakon i z ks. Wojciechem, ówczesnym proboszczem, jeździliśmy 200 kilometrów na Mszę Świętą na którą przychodziły cztery osoby. I pytałem – ale to tak? No właśnie tak i… to mnie urzekło.
 
Ks. Rafał Ochojski MSF, misjonarz św. Rodziny, szósty rok pracuje w Norwegii. Aktualnie jest proboszczem Parafii św. Michała Archanioła w Hammerfeście, najbardziej wysuniętej na północ parafii kościoła katolickiego na świecie. Wcześniej był, jak sam podkreśla, usatysfakcjonowanym duszpasterzem młodzieży, a jeszcze wcześniej, podobnie szczęśliwym wikarym Parafii Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Złotowie.
 
ks. Rafał Ochojski: Duszpasterstwo w północnej Norwegii to nie jest duszpasterstwo statystyki, tylko duszpasterstwo jednostki. Tu nie liczymy wiernych procentowo, bo ja sobie ich policzę sam dokładanie (śmiech). Każda nowa osoba jest zauważana. Bardzo doświadczam ewangelicznej przypowieści o zagubionej owcy czy drachmie. Ponadto Norwegia to kraj protestancki, występuje tu zjawisko nie tak znane w Polsce, mianowicie konwersja z protestantyzmu na Kościół katolicki, mam takie doświadczenie z mojej parafii z czerwca ubiegłego roku. To bardzo wzruszające doświadczenie.
 
Jak szukać Boga?
 
Często powtarzam na kazaniach, że Pan Bóg jest zawsze blisko ciebie, jakkolwiek byłbyś daleko od Niego. Jak Go szukać? Tu chyba nie ma prostej odpowiedzi, jak różni jesteśmy, jak mamy inne doświadczenia życiowe, jak w różnych sytuacjach się znajdujemy, tak w tych sytuacjach przychodzi Pan Bóg. Szukać możesz w sakramentach, bo tam jest obecny. W różnego rodzaju sytuacjach, bo przez nie działa i to na różny sposób. Szukać Pana Boga warto w codzienności. Zachęcam, żeby rano, w krótkiej w modlitwie zadawać pytanie: Panie Jezu, a gdzie się dzisiaj schowałeś? Gdzie jesteś? W jakiej sytuacji? W jakim człowieku? W jakim zdarzeniu? Żeby mieć w sobie taką detektywistyczne zacięcie, żeby czytać dzień, gdzie jest Pan Bóg dziś? I dostrzegać Go, zarówno w tych spektakularnych wydarzeniach, jak i w drobnych rzeczach.
 
W jaki sposób pomaga w tym ta spektakularnie piękna natura?
 
Myślę, że Pan Bóg nie oparł się przypadkowo o swoją boską klawiaturę i Mu się to przypadkowo nie stało (śmiech). To nie jest dzieło przypadku! To jest dla mnie bardzo spójne: element duchowy, sakramentalny, ludzki i ten naturalny. Teraz, gdy jest względnie ciepło i nie ma śniegu, jest dobrze. Pewnego dnia był piękny, bezchmurny poranek, za plebanią jest góra, słońca jeszcze nie było widać, ale już się dopychało, byłem zmęczony po 800 km podróży, ale poszedłem otworzyć kościół i wziąłem rower, brewiarz i pojechałem. I to jest duchowy magnetyzm w naturze. Dla mnie to jest doświadczenie łaski Bożej. Dlaczego? Wiedziałem, że jestem do niczego, byłem zmęczony po podróży, a w przeciągu kilku sekund byłem w stanie wsiąść na rower i pojechać.
 
A zimą?
 
Zima i noc polarna jest wyznawaniem, to jest trudny czas. Pamiętam z dzieciństwa zaspy śniegu po pas, ale to jest nic, w porównaniu do zim tutaj. Sam klimat nocy polarnej jest wymagający, także fizycznie, trzeba się suplementować, żeby organizm utrzymać w pionie. Do naszej parafii należą parkingi i garaże, wynajmujemy je i każdego ranka, kiedy jest zima, dwie godziny schodzi mi się na odśnieżaniu parkingu i garażu, czasami też robię to wieczorem, w zależności od tego, jak sypie. Praca jest trudna, mówię sobie, że idę trenować, czasami zdarzało mi się 14 km samego odśnieżania zrobić. To ośnieżanie jest inne, niż znamy je w Polsce, nie jest tylko odwaleniem śniegu łopatą, śnieg trzeb załadować i wywozić taczką, ponieważ jesteśmy w centrum miasta.
 
Co jeszcze jest wyzwaniem na tej misji?
 
Wyzwaniem jest odprawianie Mszy na wyjeździe, bo wiele razy nie da się dojechać. Jest taka aplikacja drogowa, która sprawdza, czy drogi są otwarte i czasami są zamknięte i muszę odmówić. W kwietniu jechałem na chrzest, była śnieżyca, sypało z każdej strony, jechałem przez góry, na otwartym terenie, po którym pług nie zdążył jeszcze przejechać, było z pół metra świeżo nawianego śniegu na drodze i jedyne co widziałem, to tyczki wystające z niego. I teraz musisz pamiętać, żeby jechać między nimi. Noc, śnieg, tyczki wystające z ziemi i przy dłuższej trasie nie wiesz, czy wjeżdżasz na drogę czy właśnie z niej zjeżdżasz. To wykańczające doświadczenie.
 
Co zaskakuje Księdza w Norwegii?
 
Różnorodność kościoła, mam w parafii blisko 50 narodowości, na niedzielnej Mszy św. jest ich przynajmniej kilkanaście. Tu doświadczam katolickości kościoła, gdy spotykam ludzi z tak różnych kultur, z tak wieloma doświadczeniami, mentalnością, a w czasie Mszy św. jesteśmy tak bardzo jedni, patrząc na ołtarz widzimy to samo, czujemy w ten sam sposób, wyobrażenie mamy podobne, wiedzę katechetyczną również. I we wszystkich kościołach katolickich słyszymy dziś to samo, te same są modlitwy, oracje, słowo, to jest bardzo ubogacające.
 
Co wyróżnia kościół w Norwegii?
 
Tu jest mała liczba osób, wszyscy znamy się po imieniu, wiem, co u kogo się dzieje, to takie duszpasterstwo machających łapek. Piję kawę, siadam przy oknie, ktoś znajomy idzie drogą, pukam w okno i macham do niego. Często przechodzącym jest wikary z parafii protestanckiej, ma żonę katoliczkę i oni są często obecni na niedzielnej Mszy św. Te proste gesty scalają ludzi w codzienności.
 
Mówi Ksiądz, że uczy się modlitwy bycia, o czym wspominał o. Badeni.
 
Synonimem słowa modlitwa jest dla mnie obecność. Modlić się ciszą, kontemplacją, słuchaniem. Z Ewangelii wiemy, że jak ludzie przychodzili do Jezusa, to po to, żeby Go słuchać, a konsekwencją było uzdrowienie. My często przychodzimy z konkretnym pakietem życzeń na modlitwę. Norweskiego słowa „modlić się” Norweg używa, żeby o co poprosić. Skoro to jest to samo słowo, to może to budzić takie wrażenie, że modlić się oznacza prosić o coś. I jako mały chłopiec tak samo się modliłem. Dziś wybieram modlitwę uwielbienia, obecności, adorację.
 
O czym mówi Pan Bóg?
 
Zawsze o tym, co ważne, nie zajmuje się głupotami. Codziennie mówi o czymś innym. I do każdego w inny sposób. Mówi o tym, że jesteś dla mnie ważny, bo za nieważnych nie umarłbym na krzyżu. Uniwersalizm przekazu Pana Boga do człowieka to Jego miłość do niego, którą objawia na wiele sposób. Jeszcze w Polsce na rekolekcjach mówiłem ludziom o tym, że dzień, w którym zostałeś poczęty, był dniem, w którym Pan Bóg stwierdził, że świat nie może istnieć dłużej bez ciebie. W oryginalnym cytacie jest, że kiedy „się urodziłeś”, ale ja uważam, że dużo wcześniej.
 
Za co jest Ksiądz wdzięczny?
 
Mam dwie pule wdzięczności. Jedna ogólna – za życie, kapłaństwo, powołanie, bliskich mi ludzi. Druga, to jest pula codzienności, że coś mi się udało zrobić. Wdzięczność rodzi hojność – przypomina mi jeden ze współbraci. I im bardziej jestem wdzięczny, tym bardziej jestem przeniknięty obecnością Bożą. Wiele było takich sytuacji, których po ludzku patrząc, wiedziałem, że sam nie dam rady zrobić. Dla mnie definicja łaski Bożej jest taka, że za każdym razem, kiedy uda mi się zrobić coś, co daje dobre owoce, a robię to wbrew moim zdolnościom, chęciom, predyspozycjom, to jest to dowodem działania Łaski Bożej.
 
I dzieją się rzeczy niezwykłe…
 
Kiedyś po wieczornej Mszy św. przyszła mi taka myśl – fajnie byłoby postawić figurę Matki Bożej przed kościołem. I zaraz po niej druga –  nawet nie wiem, jak się za to zabrać! Co prawda jestem po kierunku budowalnym, ale dróg i mostów, a nie cokołów i figur. Pomyślałem, no dobrze, ale skoro to jest z Bożego natchnienia, to pójdzie. Rozmawiałem z polskimi sąsiadami, mówię im o pomyśle, że to nie będzie ciężka figura, bo zrobiona z syntetycznej żywicy, że to też nie będzie tak kosztowne. A oni mi na to, że jadą do Polski na wakacje i mogą ją przywieść. Z inną rodziną rozmawiam i dzielę się, że będziemy figurę Matki Boskiej z Polski sprowadzać i myślę o cokole, na co słyszę, że ojciec tej rodziny go postawi. Postawiliśmy cokół, na niej figurę i patrzę, że oświetlenie by się przydało i zaraz znalazł się ktoś z kościoła, kto to zrobił. Jak tu nie się czuć zaopiekowanym, jak nie czuć Jego obecności?
 
Katarzyna Matusz – „Aleteia.pl”
 
 
 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

•

8 listopada - św. Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej, dziewica

•

8 listopada - bł. Jan Duns Szkot, prezbiter

•

8 listopada - św. Godfryd z Amiens, biskup

•

8 listopada - św. Adeodat I, papież

•

8 listopada - święci Czterej Koronowani, męczennicy

•

8 listopada - bazylika katedralna w Płocku

•

9 listopada - rocznica poświęcenia bazyliki laterańskiej

•

9 listopada - bł. Joanna z Signy

•

10 listopada - św. Leon Wielki, papież i doktor Kościoła

•

10 listopada - św. Andrzej Avellino, prezbiter

•

11 listopada - św. Marcin z Tours, biskup

•

11 listopada - św. Jan Jałmużnik, biskup

•

11 listopada - bł. Alicja Kotowska, dziewica i męczennica

•

11 listopada - św. Wiktoria, dziewica i męczennica

•

12 listopada - św. Jozafat Kuncewicz, biskup i męczennik

•

12 listopada - św. Teodor Studyta, opat

•

13 listopada - święci Benedykt, Jan, Mateusz, Izaak i Krystyn, pierwsi męczennicy Polski

•

13 listopada - św. Mikołaj I Wielki, papież

•

13 listopada - bł. Wincenty Eugeniusz Bosiłkow, biskup i męczennik

•

14 listopada - bł. Maria Luiza Merkert, dziewica

•

14 listopada - św. Wawrzyniec z Dublina, biskup

•

14 listopada - św. Mikołaj Tavelić, męczennik

•

14 listopada - św. Józef Pignatelli, prezbiter

•

14 listopada - bł. Jan Liccio, prezbiter

•

15 listopada - św. Albert Wielki, biskup i doktor Kościoła

•

15 listopada - św. Leopold III

•

15 listopada - św. Dydak z Alcali, zakonnik

•

15 listopada - bł. Magdalena Morano, dziewica

 

 


NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY
Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach
niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,
dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.
Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00
 dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),
19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30
dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00
Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,
dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00
Bazylika Krzyża św. - klasztor (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)
niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)
dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.
Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00
dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,
niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30
dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00
Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,
niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)
Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,
niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00
Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,
niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,
dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)
Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,
niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00
dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00
NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:
strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl