W BLASKU MIŁOSIERDZIA

31/1087 – 12 lipca 2026 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

 

 

 

 

Niedziela, 12 lipca 2026 r.

 

 

 

 XV NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)

 

 Kolor szat liturgicznych: zielony

 

 

Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 55,10–11
Psalm: Ps 65
Drugie czytanie: Rz 8,18–23
Ewangelia: Mt 13,1-23
 
Ewangelia:
Przypowieść o siewcy
Mt 13, 1-23, Mt 13, 1-9
Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza
Owego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:
«Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.
Kto ma uszy, niechaj słucha!» Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: «Dlaczego mówisz do nich w przypowieściach?»
On im odpowiedział: «Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane, i w nadmiarze mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą nawet to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że patrząc, nie widzą, i słuchając, nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza:
„Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie rozumieli, i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił”.
Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.
Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze.
Posiane na grunt skalisty oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia i jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje.
Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne.
Posiane wreszcie na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny».
 
Komentarze:
XV niedziela zwykła... Bóg obiecuje, Bóg też wymaga. Czy dociera to do nas, czy puszczamy Jego słowa mimo uszu?
XV niedziela zwykła... Bóg obiecuje, Bóg też wymaga. Czy dociera to do nas, czy puszczamy Jego słowa mimo uszu? To pytanie, które rodzi się po lekturze czytań tej niedzieli. Boże słowo jest skuteczne. Czyli Jego obietnice są pewne. Można dodać: jeśli Bóg czegoś wymaga, to nie dla spełnienia jakiegoś swojego kaprysu, ale dobra człowieka. Pytanie: jak my odnosimy się do tego, co mówi do nas Bóg? Wierzymy na przykład w obietnice przyszłego, lepszego świata czy nie ma to dla nas znaczenia?
Są tacy, którzy w ogóle tym się nie przyjmują. Są tacy, którzy, owszem, przejmują się, ale zaprzątnięci innymi sprawami szybko zapominają. Są tacy, którzy przyjmują, ale szybko się zniechęcają i porzucają Bożą drogę. W końcu są i tacy, którzy Boże słowo przyjmują, a ich życie staje się świadectwem Dobrej Nowiny.
A ja?
Czy ze mną czy beze mnie Boże plany zostaną zrealizowane, a Jego obietnice się spełnią. Chodzi tylko o to, czy będę miał w tym swój dobry udział, czy okażę się tym, prze którego Bóg musiał dodatkowo się starać...
Słowo Boże jest skuteczne czy nie? W pierwszym czytaniu - tak, jak najbardziej. Jak deszcz, który spełnia swoje zadanie. W Ewangelii, w przypowieści o siewcy... Jest skuteczne, o ile trafia na dobrą glebę. I to prawda i to...
 
 

 

 

 

W dzisiejszym numerze:
- Skuteczne
- Potęga słowa i umiejętność słuchania
- Dziś Jezus opowiada o siewcy
- Siostra od ściętych róż i kapłan-zielarz. Poznaj konsekrowane ofiary Wołynia
- To perła Dalmacji. Na Korčuli historia spotyka się z lazurowym morzem
- Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?
- Co o twojej wierze mówi sposób, w jaki spędzasz wakacje?
- Święci i błogosławieni w tygodniu
 
 
 
 

 

Skuteczne

To nie jest przypowieść o glebie. Ani też o uprawianiu, nawożeniu. W konsekwencji nie o napinaniu mięśni, postanowieniach poprawy, kolejnych pielgrzymkach i rekolekcjach – by przynieść jak najobfitszy owoc. Jeśli już to przypowieść o nawadnianiu – Słowem.

Bo to przypowieść o hojności i skuteczności. Hojności Siewcy nie badającego klasy gleby, warunków do uprawy, położenia. Każda gleba jest ważna. Każda zasługuje, by padło na nią ziarno. Zasługuje nie z racji jakości. Racją, dla której pada na nią ziarno jest odwieczna miłość Boga, mającego upodobanie w swoich stworzeniach. A miłość – wiadomo – jest hojna.

Co ze skutecznością? Bywa i tak, że woła grzesznik w pokorze: zmarnowałem wszystkie ziarna, byłem ziemią spaloną, cierniem i skałą; dlatego oczekując objawienia się synów Bożych, przybrania za synów, błagam o zmiłowanie.

Być może prośba o zmiłowanie jest pierwszym darem Ducha.

ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.,pl”

 

 

 

 

 

Potęga słowa i umiejętność słuchania

Ewangelia o słowie jest nam bardzo potrzebna, bo zbyt często nie potrafimy się wzajemnie usłyszeć i zrozumieć. Zbyt łatwo sięgamy po słowa jak po broń, usiłując albo kogoś nimi skrzywdzić, albo samemu obronić się przed kłamstwem czy przemocą. Choć w przypowieści Jezus naucza o słowie Boga, warto odnieść jej przesłanie także do naszych ludzkich słów.

Pan Jezus mówi o różnych przestrzeniach, na które pada ziarno słowa – o twardej drodze, miejscu skalistym, ciernistym polu i żyznej glebie. To przede wszystkim obraz ludzkiego serca i tego, na ile poważnie traktujemy w swoim życiu słowo Boże oraz pozwalamy mu w nas wzrastać i wewnętrznie nas przemieniać.

Ale jest jeszcze drugi bardzo ważny wymiar przypowieści o siewcy. Odnosi się on do umiejętności słuchania. Słuchanie jest pierwszym nieodzownym składnikiem dialogu i dobrej komunikacji. Nie można się komunikować, jeśli najpierw się nie słucha, a jedną z największych potrzeb człowieka jest pragnienie bycia wysłuchanym. Dzisiaj coraz trudniej jest nam wzajemnie się usłyszeć. Co więcej, nie słyszymy często nawet samych siebie, swoich najgłębszych potrzeb i bicia własnego serca.

Dlatego Jezus wzywa nas, swoich uczniów, do przyjrzenia się temu, jak słuchamy. Nie mówi: „Uważajcie, jak mówicie”, ale: „Uważajcie, jak słuchacie” (Łk 8,18). Jak zauważył papież Franciszek w jednym z orędzi na Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu, Jezus upomina uczniów, że nie wystarczy po prostu słuchać, ale trzeba robić to dobrze. „Tylko ci, którzy przyjmują słowo sercem »szlachetnym i dobrym« i wiernie je zachowują, przynoszą owoce życia i zbawienia (por. Łk 8,15). Zwracając uwagę na to, kogo słuchamy, czego słuchamy i jak słuchamy, możemy wzrastać w sztuce komunikacji, której centrum nie są teoria czy technika, ale zdolność serca, która umożliwia bliskość”.

Aby słowo mogło wydać w nas plon, musi być najpierw przez nas usłyszane. Być może jedną z najważniejszych łask, o które warto dziś prosić, nie jest dar mówienia, ale dar słuchania: Boga, drugiego człowieka i własnego serca.

 

Jarosław Krawiec OP _ „wdrodze.pl”

 

                                                                                      

 

 

 

 

Dziś Jezus opowiada o siewcy

 

Chrystus często nawiązuje w swoim nauczaniu do różnych obrazów z codziennego życia i otaczającej nas przyrody. Wykorzystuje proste przykłady, które mają nam ułatwić zrozumienie słowa Bożego kierowanego do nas przez Jezusa. Dziś w Ewangelii Jezus opowiada o siewcy, który wyszedł siać ziarno. Część ziaren padła na drogę, część na grunt skalisty, część między ciernie, a część na żyzną ziemię. To samo ziarno zostało zasiane wszędzie, ale tylko na dobrej ziemi wydało obfity plon. Ziarno oznacza słowo Boże, które Bóg kieruje do każdego człowieka. Gleba symbolizuje nasze serce.

 

 Warto jednak zauważyć, że w tej przypowieści ważna jest nie tylko gleba, ale także samo ziarno. Jezus porównuje słowo Boże do ziarna, ponieważ posiada ono w sobie życie i moc wzrostu. Słowo Boże jest żywe i skuteczne. Ma moc przemieniać ludzkie serce, nawet wtedy, gdy wydaje się ono twarde, skaliste lub pełne cierni. Bóg nie przestaje siać swojego słowa i cierpliwie działa swoją łaską w sercu człowieka.

 

 Ziarno pada na ubitą drogę i zostaje wydziobane przez ptaki. Oznacza to człowieka, który słyszy Ewangelię, ale nie dopuszcza jej do swojego serca. Jest to serce zamknięte na słowo Boże. Taki człowiek może być zajęty własnymi sprawami, obojętny wobec Boga lub przekonany, że nie potrzebuje Jego wskazówek. Słowo Boże nie zapuszcza korzeni i szybko zostaje zapomniane. Ktoś uczestniczy we Mszy Świętej, słyszy piękne kazanie, ale już po wyjściu z kościoła nie pamięta, o czym było, i nie próbuje zastosować usłyszanych treści w swoim życiu.

 

Gdy ziarno pada na grunt skalisty, na początku szybko kiełkuje, ponieważ jest tam mało ziemi. Jednak gdy przychodzi słońce, roślina usycha. To obraz człowieka, który z entuzjazmem przyjmuje Boga, ale jego wiara nie ma głębokich korzeni. Jest to wiara powierzchowna. Gdy pojawiają się trudności, cierpienie, wyśmiewanie lub wymagania Ewangelii, łatwo się poddaje. Ktoś po rekolekcjach postanawia codziennie się modlić, ale po kilku dniach rezygnuje, bo brakuje mu czasu lub zapału.

 

Następnie ziarno pada między ciernie. Wzrasta, ale zostaje zagłuszone przez ciernie. Są nimi troski życia, pogoń za pieniędzmi, karierą, wygodą i różnymi przyjemnościami. Jest to serce podzielone. Człowiek nie odrzuca Boga całkowicie, ale pozwala, aby inne sprawy zajęły pierwsze miejsce. W rezultacie wiara staje się słaba i nie wydaje owoców. Ktoś wierzy w Boga, ale tak bardzo pochłaniają go praca, zakupy, media społecznościowe czy rozrywka, że nie znajduje czasu na modlitwę, rodzinę i rozwój duchowy.

 

I wreszcie ziarno pada na żyzną ziemię. Dobra ziemia przyjmuje ziarno, pozwala mu wzrastać i wydawać plon. To człowiek, który słucha słowa Bożego, rozumie je, rozważa i wprowadza w życie. Jest to serce otwarte na Boga. Nie oznacza to człowieka idealnego, ale takiego, który każdego dnia stara się żyć Ewangelią i ufa Bogu nawet w trudnościach. Ktoś regularnie czyta Pismo Święte, modli się, przebacza, pomaga innym i stara się podejmować decyzje zgodne z nauką Chrystusa.

 

Dobra ziemia nie oznacza serca doskonałego, wolnego od wszelkich słabości. Nawet święci przeżywali chwile oschłości, zwątpienia i upadków. Dobra ziemia oznacza serce pokorne, które pozwala Bogu działać i nieustannie powraca do Niego pomimo swoich niedoskonałości.

 

 Przypowieść o siewcy pokazuje nam różne postawy ludzi wobec słowa Bożego. To samo ziarno pada na różne rodzaje gleby, ale tylko na dobrej ziemi wydaje obfity plon. Wszystko zależy od postawy naszego serca. Posłuchajmy następującej historii.

 

 Pewien starszy ogrodnik przez wiele lat uprawiał ogród. Każdej wiosny starannie wysiewał nasiona warzyw i kwiatów. Pewnego roku jego wnuk zapytał:

 

– Dziadku, dlaczego ciągle siejesz tyle nasion, skoro część z nich i tak się zmarnuje?

 

Dziadek uśmiechnął się i odpowiedział:

– Chodź, pokażę ci.

 

Najpierw zaprowadził go na ścieżkę biegnącą przez ogród.

– Widzisz te nasiona? Spadły na twardą ziemię. Ludzie chodzą tędy każdego dnia. Nasiona nie mają szans się zakorzenić. Ptaki szybko je wydziobią.

 

Potem wskazał miejsce pełne kamieni.

– Tutaj ziemi jest mało. Nasiona szybko kiełkują, ale kiedy przychodzi upał, usychają, bo korzenie nie mają gdzie sięgnąć po wodę.

 

Następnie podeszli do zakątka porośniętego chwastami.

– Tu rośliny zaczynają rosnąć, ale chwasty zabierają im światło, wodę i miejsce. W końcu zostają zagłuszone.

 

Na końcu ogrodu znajdowała się żyzna, dobrze przygotowana ziemia.

– Tutaj nasiona wydają plon. Nie dlatego, że są lepsze od innych. To ta sama garść nasion. Różnica tkwi w ziemi.

 

Wnuk zamyślił się i zapytał:

– Czy ludzkie serce jest podobne do tej ziemi?

 

Dziadek odpowiedział:

– Właśnie o to chodzi. Bóg każdego dnia sieje swoje słowo: przez Ewangelię, ludzi, wydarzenia i głos sumienia. Problem nie leży w ziarnie. Problem polega na tym, jaką ziemią jest nasze serce.

 

Po chwili dodał:

– A pamiętaj jeszcze o czymś. Dobra ziemia nie staje się dobra sama z siebie. Trzeba usuwać kamienie, wyrywać chwasty i spulchniać glebę. Tak samo człowiek powinien współpracować z łaską Bożą, pracując nad swoim sercem przez modlitwę, spowiedź, przebaczenie i codzienną walkę z tym, co oddala go od Boga.

 

– Ale pamiętaj także, że nawet najlepszy ogrodnik nie sprawi własnymi siłami, by ziarno wykiełkowało. Potrzebne są słońce, deszcz i życie ukryte w samym ziarnie. Podobnie jest z człowiekiem. To sam Bóg przez swoją łaskę uzdalnia nas do przemiany serca i pomaga nam wydawać dobre owoce. My współpracujemy z Jego łaską, ale to On daje wzrost.

 

 Jezus nie opowiada tej przypowieści po to, abyśmy oceniali innych, ale abyśmy spojrzeli na własne serce. Każdy z nas może czasem być drogą, skałą lub ziemią pełną cierni. Ważne jest, aby nieustannie przygotowywać swoje serce na przyjęcie Bożego słowa poprzez modlitwę, sakramenty i codzienne życie Ewangelią.

 

Szczególną pomocą na tej drodze są sakramenty. W Eucharystii Chrystus umacnia nasze serca swoim Ciałem i Krwią. W sakramencie pokuty i pojednania oczyszcza nas z grzechów oraz pomaga usuwać „kamienie” i „ciernie”, które utrudniają wzrost dobra. Łaska sakramentalna uzdalnia nas do wierniejszego podążania za Chrystusem i wydawania owoców świętości.

 

Wtedy staniemy się żyzną ziemią, która wyda plon dobra, miłości i świętości. Nie dzięki własnym siłom, lecz dzięki łasce Boga, z którą każdego dnia staramy się współpracować.

Redemptorysta Prowincji Warszawskiej, katecheta oraz duszpasterz w Parafii Ducha Świętego – Szczecinek

 

o. Wojciech Wilgowicz CSsR - :”redemptor.pl”

 

 

 

 

 

Siostra od ściętych róż i kapłan-zielarz. Poznaj konsekrowane ofiary Wołynia

Oboje zostali zamordowani za ratowanie świątyni i Najświętszego Sakramentu przed zbezczeszczeniem. Bestialsko torturowani okazali nieugiętość i wierność Bogu. Poznaj konsekrowanych zamordowanych w wołyńskim ludobójstwie.

II Rzeczpospolita, jako kraj wielonarodowy, zadbać musiała o poszanowanie praw obywateli innego języka, tradycji czy wyznania. Polska dała wówczas dowód tego, że istnienie państwa zachowującego taki szacunek jest możliwe.

Jednocześnie dużym wyzwaniem stała się w dwudziestoleciu międzywojennym konieczność ujednolicenia systemów prawnych i administracji publicznej (szkolnictwa czy sądownictwa). Na ziemiach polskich obowiązywały bowiem rozwiązania stanowiące pozostałość trzech różnych zaborów.

Zaborcze divide et impera

Problematyczną spuścizną po zaborcach stały się również podsycane przez nich antagonizmy pomiędzy Polską, a zamieszkującymi ją mniejszościami. Odbiły się one smutnym echem po niemieckiej i sowieckiej napaści na nasz kraj we wrześniu 1939 r.

Szczególne konsekwencje przyniosła w tym względzie postawa Austriaków wobec Ukraińców, którym okupanci wszczepiali poczucie pewnej narodowej wyjątkowości. Zaborcy próbowali też przekonać ich, że wszystkie spotykające naród ukraiński nieszczęścia dotykają ich za sprawą Polaków.

Dodatkowego kontekstu nadawała odrębność religijna naszych wschodnich sąsiadów. Dla uniezależnienia ich od wpływów Patriarchatu Moskiewskiego, z inicjatywy I RP w 1596 r. powstał Kościół unicki – wschodniego obrządku, ale zachowujący łączność z Rzymem. Nie przełożyły się one jednak na powstanie wspólnego polsko-ukraińskiego państwa federacyjnego.

Niespełnione marzenie Piłsudskiego

W okresie dwudziestolecia międzywojennego na polskich Kresach powstawać zaczęły ukraińskie organizacje nacjonalistyczne, na czele z OUN (w 1929 r.). Dążyły one do ustanowienia niepodległego państwa ukraińskiego, a największego wroga tej koncepcji widziały właśnie w Polakach. Co ważne, wielkim orędownikiem powstania niepodległej Ukrainy, jako buforu oddzielającego nas od Rosji, był chociażby Józef Piłsudski.

Działalność OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów) miała przy tym charakter nie tyle polityczny, co konspiracyjno-terrorystyczny. Jej największym przedwojennym „osiągnięciem” stał się zaś udany zamach na polskiego ministra spraw wewnętrznych, Bronisława Pierackiego (w 1934 r.).

Hitlerowscy sojusznicy

W trakcie drugiej wojny światowej szansę na pomoc w realizacji niepodległościowych ambicji dostrzegli ukraińscy nacjonaliści w III Rzeszy. We Lwowie i na innych terytoriach zajętych przez Niemców powstawać zaczęły kolejne ich organizacje.

Postulowały one oczyszczenie ziem przyszłego państwa ukraińskiego z „Lachów”, jak nazywano naszych rodaków. „Oczyszczenie” to bardzo często oznaczało po prostu likwidację fizyczną. Liderujący nacjonalistom Roman Szuchewycz stwierdził wręcz, że śmierć każdego Lacha to metr wolnej Ukrainy.

Jakiej jesteśmy narodowości?

W lipcu 1943 r., w drugim roku wojny III Rzeszy ze Związkiem Radzieckim, tereny Wołynia pozostawały wciąż pod okupacją niemiecką jako tzw. Komisariat Rzeszy Ukraina. Wobec niepewnej sytuacji na froncie dowództwo OUN B podjęło wówczas decyzję o przeprowadzeniu czystki etnicznej na zamieszkujących Wołyń Polakach.

Należy przy tym podkreślić, że, paradoksalnie, ludność polska na Wołyniu była najbardziej zasymilowana z ludnością ukraińską. Często wręcz mieszkańcy tego regionu nie byli w stanie jednoznacznie wskazać swojej przynależności narodowej. Na pewno więc nie stanowili oni zagrożenia dla istnienia ukraińskiej państwowości.

Zbrodnia Wołyńska

Niedokończone msze wołyńskie

Kościół katolicki na tamtych ziemiach utożsamiany był z polskością. Nic więc dziwnego, że stał się on jednym z głównych celów nacjonalistycznej agresji. Do rangi symbolu urosły tzw. „niedokończone msze wołyńskie”. Bojówki zbrodniarzy często bowiem atakowały ludność gromadzącą się w świątyniach na nabożeństwach.

W tym miejscu wspomnieć trzeba również o postawie wobec rzezi Kościoła unickiego. W jego świątyniach duchowni błogosławili często należące do oprawców narzędzia zbrodni.

Zbrodnie niczym satanistyczne

Gwoli sprawiedliwości, należy pamiętać, że wielu Ukraińców nie podzielało poglądów nacjonalistycznych, a wręcz uważało Polaków za braci i naród wspólny. Szczególnie na prowincji na Wołyniu, gdzie czymś normalnym były małżeństwa mieszane.

Demoniczność powyższej sytuacji polegała na tym, że niejednokrotnie później, w czasie ludobójstwa na Wołyniu, nacjonaliści zmuszali Ukraińców do mordowania swych polskich małżonków czy dzieci. Ta nieusprawiedliwialna rzeź nosiła w sobie znamiona wręcz satanistycznej zbrodni rytualnej, zjawiska na kształt zbiorowego opętania.

Jej ofiarami padli również kapłani oraz siostry zakonne. Poznajmy dziś dwie takie postaci, które stały się symbolami męczeństwa polskiego Kościoła na Wołyniu.

1

s. Wanda Trudzińska, Siostra Longina (Wanda) Trudzińska

Jedną z zamordowanych zakonnic była pochodząca z Trembowli s. Longina, czyli Wanda Trudzińska ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP. Już od dzieciństwa wyróżniała ją wśród rówieśników gorliwa wiara i silny charakter.

Historia wyciętych róż

Wcześnie osierocona przez rodziców, którzy zmarli na tyfus, Wanda już w wieku osiemnastu lat pragnęła zostać zakonnicą. Nie chciała się jednak na to zgodzić jej ciotka, pod której opieką dziewczyna pozostawała. Wobec takiego sprzeciwu, Wanda wycięła wszystkie róże w ogrodzie ciotki, a następnie zaniosła je do pobliskiego kościoła. Udekorowała tam ołtarz, przed którym gorliwie się modliła. Wkrótce ciotka uległa, a dziewczyna wstąpiła do służebniczek, gdzie przez lata pozostawała uwielbianą przez dzieci i młodzież wychowawczynią.

W czasie II wojny światowej s. Longina posługiwała w zakładzie dla sierot wojennych w Turkowicach na Lubelszczyźnie, w okolicy Hrubieszowa. Pod opieką sióstr zakonnych przebywało tam wówczas ok. 300 maluchów. Były to zarówno dzieci polskie, jak i żydowskie oraz ukraińskie.

Ratując przed zbezczeszczeniem

W wyniku wymordowania miejscowej załogi kolejowej przez bandę UPA Turkowice zostały częściowo odcięte komunikacyjnie od innych pobliskich miejscowości. Aby więc zdobyć prowiant dla wychowanków, siostry były zmuszone jeździć drezyną do pobliskich Werbkowic.

15 maja 1944 r., mając świadomość zagrożenia ze strony grasujących w okolicy band UPA, s. Longina, w towarzystwie ośmiu chłopców w wieku 10-12 lat, po raz kolejny wybrała się po żywność. Znamienne jest, że cała grupa przeczuwała tego dnia, że stanie się coś złego. Przed wyprawą wszyscy chłopcy wyspowiadali się i przyjęli Komunię świętą.

Grupa jechała jak zwykle wózkiem torowym. W drodze powrotnej siostra i jej wychowankowie zauważyli, że w pobliskich Malicach płonie kościół, podpalony przez UPA. Mimo świadomości niebezpieczeństwa, siostra wraz z chłopcami pospieszyła, aby ratować naczynia liturgiczne.

Przez trudy do świętości

Niestety, ich obecność nie pozostała niezauważona przez banderowców, którzy zatrzymali całą grupę i popędzili ją w kierunku Sahrynia. Tam, na posterunku UPA, odbyło się całonocne przesłuchanie. Wypuszczono jedynie jednego chłopca, który był z pochodzenia Ukraińcem.

Następnego dnia s. Longina oraz chłopcy zostali zamordowani przez banderowców. Zachowała się relacja świadka, według której siostra została przed śmiercią zmuszona do wykopania grobów dla siebie i dzieci. Wszyscy zginęli tylko dlatego, że byli Polakami, a w ostatnich chwilach swojego życia ratowali kościół przez zbezczeszczeniem.

W tym miejscu warto przywołać opowieść jednej ze współsióstr s. Longiny, która po latach wspominała, że ta pewnego razu pół żartem pół serio powiedziała, że nie ma jeszcze świętej Wandy, zatem może ona nią zostanie. Potem dodała natomiast, że aby tak się stało, będzie musiała się wiele natrudzić, bo przecież nazywa się Trudzińska.

Odkrycie po latach

Przez wiele lat lokalna społeczność pielęgnowała pamięć o zamordowanych. Mimo to miejsce zbrodni i pochówku sahryńskich męczenników długo pozostawało nieznane. W 10. rocznicę tragicznych wydarzeń ufundowano w miejscowym kościele pamiątkową tablicę, a w 1972 r. w Malicach – dzwon z napisem: „Odlano mnie w dwudziestą ósmą rocznicę śmierci Siostry Longiny Trudzińskiej i 7 chłopców; będę głosił miłość i przebaczenie”.

Przełom przyniósł rok 1975, kiedy to ówczesny maturzysta Jan Pokrywka (obecnie kapłan) powiadomił siostry w Sahryniu o miejscu, gdzie prawdopodobnie znajdują się doczesne szczątki s. Longiny i chłopców. Następnie, wraz z s. Dominiką Ordon, dokonał ekshumacji.

Doczesne szczątki męczenników zostały potajemnie przewiezione do Starej Wsi, gdzie 7 lipca 1975 r. odbył się uroczysty pogrzeb. Uczestniczyli w nim członkowie rodziny s. Longiny, ojcowie jezuici oraz liczna grupa sióstr służebniczek.

W 60. rocznicę śmierci s. Longiny i 7 jej wychowanków, z inicjatywy Matki Generalnej Marioli Karaś, w Sahryniu miało miejsce poświęcenie ustawionego w miejscu zbrodni pomnika. Szczególnie przykuwają uwagę umieszczone na nim płaskorzeźby przedstawiające krople krwi: jedną dużą, z wizerunkiem s. Longiny oraz siedem małych – symbolizujących niewinnie

Wszyscy oni zginęli tylko dlatego, że byli Polakami lub przedstawicielami innych narodowości, dla których nie było miejsca w zbrodniczych planach ideologów ukraińskiego nacjonalizmu.

2.  o. Ludwik Wrodarczyk

Wśród duchownych rzymskokatolickich zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów bez wątpienia wyróżnia się sylwetka o. Ludwika Wrodarczyka. Jest on dziś jedynym męczennikiem zamordowanym na Wołyniu będącym kandydatem na ołtarze. Od 2016 r. trwa jego proces beatyfikacyjny, który prowadzi diecezja łucka. Z tego względu o. Wrodarczyk w symboliczny sposób reprezentuje wszystkich kapłanów oraz osoby konsekrowane bestialsko zamordowane przez UPA.

Aura nastoletniej szlachetności

O. Ludwik Wrodarczyk pochodził ze Śląska. Urodził się w 1907 r. w Radzionkowie k. Tarnowskich Gór. Pochodził z wielodzietnej, polskiej rodziny. Jego matka zajmowała się domem i trzynaściorgiem dzieci, ojciec zaś pracował na roli oraz w kopalni węgla kamiennego „Johanna” w Bytomiu. Warto przy tym dodać, że Ludwik nie był jedynym dzieckiem tej rodziny, które odkryło w sobie powołanie. Jedna z jego sióstr została zakonnicą.

Ludwik wyróżniał się spośród innych dzieci już w okresie szkolnym. Po latach dawni koledzy wspominali, że był ponad swój wiek poważny i emanowała od niego aura szlachetności. Księdzem pragnął zostać już we wczesnej młodości. Pragnienie to zaowocowało wstąpieniem przez niego do Niższego Seminarium Ojców Oblatów w Krotoszynie. Uczynił to mając zaledwie 14 lat.

Następnie młody Ludwik przebywał w Niższym Seminarium Ojców Oblatów w Lublińcu, a po zdaniu matury wstąpił do nowicjatu oblatów w Markowicach. Śluby wieczyste złożył w 1930 r. w Wyższym Seminarium Ojców Oblatów w Obrze.

Chorowity, ale zdeterminowany

Warto przy tym dodać, że o. Wrodarczyk stanowił niezwykły przykład postawy dążenia do celu. Było nim pragnienie zostania księdzem – na przekór wszelkim przeszkodom, a zwłaszcza problemom zdrowotnym. To właśnie one sprawiły, że jeszcze przed wyświęceniem młody Ludwik przebywał kilka razy w szpitalu. Miał również kłopoty ze wzrokiem i musiał nosić okulary, co widać na przedstawiających go zachowanych zdjęciach.

Przez swoich przełożonych był on z jednej strony określany jako słaby fizycznie, cichy i nieśmiały, a z drugiej – pokorny i posiadający nadprzyrodzonego ducha. Mając na względzie duchowe przymioty, ale też słabe zdrowie o. Wrodarczyka, przełożeni widzieli go w roli profesora, ekonoma lub wikarego.

W latach 1934-1936 o. Ludwik był wikariuszem parafii w Kodniu, następnie zaś posługiwał w Markowicach k. Inowrocławia oraz w Gnieźnie. Jednak przełomowy w jego życiu okazał się rok 1939, kiedy to objął on funkcję administratora nowo powstałej parafii pw. św. Jana Chrzciciela w Okopach. Była to wioska w powiecie Sarny, w woj. wołyńskim, bardzo blisko granicy ze Związkiem Radzieckim.

Symboliczny wymiar ma fakt, że o. Wrodarczyk trafił na Wołyń 29 sierpnia 1939 r., a więc zaledwie na trzy dni przed wybuchem II wojny światowej, której wypadki doprowadziły go do męczeństwa. Co więcej, powierzono mu szczególną misję. Niemal całkowicie polska wieś Okopy w ogóle nie posiadała dotychczas własnej parafii, a najbliższy kościół rzymskokatolicki znajdował się w oddalonym aż o 20 km Rokitnie.

Zielarz ratujący Żydów

O. Ludwik Wrodarczyk pracował w Okopach przez cztery lata, ofiarnie służąc miejscowej społeczności nie tylko w ramach posługi kapłańskiej, ale także poprzez ziołolecznictwo, którym się interesował. Pomagał przy tym ludziom bez względu na ich narodowość czy wyznanie. Na jego wsparcie mogli liczyć zarówno Polacy, jak i Rusini.

Co więcej, o. Ludwik angażował się również w pomoc prześladowanym Żydom. W listopadzie 1941 r., narażając własne życie, przyjął do pracy w charakterze organisty młodego Żyda, Bernarda Halicza. Ponadto, w 1942 r. ukrywał i żywił dwóch młodych chłopców, braci Samuela i Aleksandra Levinów, którym udało się uciec z getta w Rokitnie. Wsparcia tego udzielał im w porozumieniu z miejscową nauczycielką, Felicją Masojadą.

Po wojnie, z inicjatywy ocalonych, oboje zostali odznaczeni medalami Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, przyznawanymi przez Instytut Yad Vashem. Z relacji świadków wiadomo, że o. Wrodarczyk udzielał pomocy również innym Żydom.

Obrońca tabernakulum i dwie dzielne parafianki

Według niektórych źródeł, to właśnie ta pomoc doprowadziła do jego śmierci. Z jej powodu wydać wyrok na niego mieli ukraińscy nacjonaliści, którzy począwszy od 1943 r. coraz brutalniej prześladowali miejscową ludność polską. Niewątpliwie do ich pełnej nienawiści postawy w stosunku do młodego oblata przyczyniły się jednak fakty, że był on Polakiem, a do tego rzymskokatolickim kapłanem.

Apogeum tragedii nastąpiło 6 grudnia 1943 r., kiedy to UPA zaczęła zbliżać się do Okopów. Parafianie o. Ludwika prosili go, aby ratował swoje życie i opuścił wieś. On jednak odmówił, nie chcąc zostawiać parafian, co stanowi kolejny wyraz jego siły charakteru oraz wręcz heroicznej postawy.

Tego właśnie dnia, późnym wieczorem, o. Wrodarczyk postanowił czuwać w kościele, modląc się i chroniąc tabernakulum przed profanacją ze strony UPA. Było bowiem głośno o niszczeniu i profanowaniu kościołów przez tę formację.

Niestety, do świątyni wtargnęła grupa żołdaków. Miała wówczas miejsce tragiczna i wymowna scena – w obronie księdza stanęły dwie, modlące się również w tym czasie w kościele, Polki. Były to 90-letnia Łucja Slurzyńska oraz 18-letnia Weronika Kozińska. Obie zostały zamordowane na oczach księdza w świątyni. Następnie banderowcy pojmali kapłana i uprowadzili go w kierunku ukraińskiej wsi Karpiłówka.

Z koroną cierniową na głowie

Relacje dot. okoliczności śmierci o. Ludwika Wrodarczyka różnią się pomiędzy sobą, mają jednak pewną cechę wspólną. We wszystkich nich mowa jest o wyjątkowym bestialstwie banderowców oraz miejscowej ludności ukraińskiej. Z całą pewnością bohaterski kapłan był przed śmiercią torturowany.

Według Bronisława Janika, sprzedawcy w miejscowym sklepie, który napisał później książkę o o. Wrodarczyku, duchowny został wywieziony przez banderowców na tak zwane uroczysko Pałki. Tam rozebrano go do naga i znęcano się nad nim m.in. poprzez kłucie igłami i bagnetami oraz przypiekanie rozpalonym żelazem.

W obliczu niewyobrażalnego fizycznego cierpienia młody ksiądz zachował jednak niezwykły hart ducha. Zdając sobie sprawę, że zbliża się śmierć, poprosił on oprawców o zezwolenie na odmówienie modlitwy, które otrzymał. Wydaje się, że nieugięta postawa męczennika rozwścieczyła katów, którzy postanowili zadać mu śmierć w wyjątkowo okrutny sposób.

W źródłach pojawia się przy tym kilka dotyczących jej wersji. Według pierwszej z nich o. Wrodarczyk był przecinany piłą przez grupę ukraińskich kobiet, a następnie dobity strzałami z karabinu. W innej opowieści pojawia się dodatkowo motyw korony z drutu kolczastego, którą ukraińskie kobiety włożyły księdzu na głowę, a także informacja, że został on przez nie ukrzyżowany. Według jeszcze innych źródeł, mordercy rozrąbali księdzu klatkę piersiową siekierą, a następnie wydobyli z niej serce. Ciało o. Ludwika Wrodarczyka zostało zakopane przez oprawców w lesie. Pomimo podejmowanych prób nigdy nie udało się go odnaleźć.

Ofiarność i zaangażowanie o. Wrodarczyka oraz okoliczności jego śmierci, a zwłaszcza okrutne tortury, przywodzą na myśl historię zamordowanego przez Kozaków św. Andrzeja Boboli, apostoła Polesia i patrona Polski. Można bez wahania stwierdzić, że o. Ludwik Wrodarczyk to Andrzej Bobola XX wieku. Wraz z jego przyszłą beatyfikacją los dziesiątek osób konsekrowanych zamordowanych przez banderowców zostanie, w końcu, po latach, wydobyty z cienia.

***

S. Lognina Wanda Trudzińska i o. Ludwik Wrodarczyk to dwie postaci-symbole męczeństwa duchowieństwa rzymskokatolickiego w trakcie wołyńskiego ludobójstwa. Kobieta i mężczyzna, siostra zakonna i ksiądz, oboje zaangażowani i pełni miłości do bliźniego, a jednocześnie mężni w obliczu śmierci.

Ich historie to przykład losu dziesiątek innych osób konsekrowanych, bestialsko mordowanych przez banderowców, nawet w kościołach, podczas sprawowania mszy świętych. Samego tylko 11 lipca 1943 r., a więc podczas Krwawej Niedzieli, banderowcy zaatakowali na Wołyniu setki kościołów. Przerwane morderstwami ofiary eucharystyczne do dziś pozostają niedokończone.

Ich szafarze ginęli z dwóch powodów: ich „winą” była polska narodowość oraz reprezentowanie Kościoła. Pielęgnowanie pamięci o nich oraz, w miarę możliwości, godny pochówek i oddanie hołdu to dziś obowiązek duchowy i moralny każdego, kto nie tylko czuje się Polakiem, lecz także człowiekiem wierzącym.

 

 

 

 

To perła Dalmacji. Na Korčuli historia spotyka się z lazurowym morzem

Lato to czas podróży, urlopów i odwiecznego pytania: gdzie wyjechać? Doskonale znamy ten dylemat, dlatego chcemy Wam pomóc. W każdy piątek wakacji zabierzemy Was do miejsc, które darzymy szczególnym sentymentem i do których zawsze chętnie wracamy, nawet jeśli nie są pozbawione wad. Podzielimy się sprawdzonymi wskazówkami, pokażemy ukryte perełki i podpowiemy, jak najlepiej odkryć to, co dany region ma do zaoferowania.

Chorwacka Korčula zachwyca powoli. Szumem fal odbijających się od kamiennych murów, zapachem sosen unoszącym się nad zatokami i spokojem klimatycznych uliczek, po których najlepiej spacerować bez planu. Ta położona w południowej Dalmacji wyspa od wieków pozostaje na styku kultur i historii, jednocześnie nie zatracając swojego autentycznego, śródziemnomorskiego charakteru. To miejsce dla tych, którzy podczas podróży chcą nie tylko zobaczyć piękne krajobrazy, ale przede wszystkim poczuć rytm życia wyznaczany przez morze, wiatr i słońce.

Tutaj zwalnia czas

Podróż na Korčulę zaczyna się jeszcze zanim postawi się stopę na wyspie. Rejs promem przez Adriatyk sprawia, że codzienność zostaje gdzieś za rufą. Już z oddali uwagę przyciąga średniowieczne stare miasto z charakterystycznymi kamiennymi murami i czerwonymi dachami. To widok, który od stuleci witał kupców, żeglarzy i podróżników przybywających do jednego z najważniejszych portów Dalmacji.

Choć Korčula leży niedaleko Dubrownika i Hvaru, należących do najpopularniejszych kierunków turystycznych w Chorwacji, od lat pozostaje nieco w ich cieniu. Paradoksalnie właśnie dzięki temu zachowała swój największy atut - spokój. Nie ma tu nieustannego pośpiechu ani tłumów wypełniających każdą uliczkę. Zamiast tego są kameralne zatoki, gaje oliwne i winnice schodzące ku morzu. Wszystko zdaje się zachęcać do tego, by zwolnić i na chwilę zapomnieć o zegarku.

Wyspa ma około 47 kilometrów długości, ale jej krajobraz zmienia się zaskakująco często. Wschodnią część tworzą historyczne miasta i ufortyfikowane porty, środek porastają gęste lasy sosnowe i dębowe, a zachód zachwyca zatokami oraz widokami na liczne, niewielkie wysepki rozsiane po Adriatyku. Podobno już starożytni Grecy nazwali wyspę Korkyra Melaina, czyli “Czarną Korfu” - od ciemnych lasów pokrywających niemal całe wzgórza.

Zieleń przeplata się tu z bielą wapiennych skał i intensywnym błękitem morza, tworząc krajobraz, który trudno pomylić z jakimkolwiek innym. Nawet w szczycie sezonu można znaleźć niewielką zatokę, usiąść w cieniu pachnących sosen i odnieść wrażenie, że to miejsce choć na chwilę należy tylko do nas.

Wyspa wielu opowieści

Na Korčuli historię czuje się na każdym kroku. Wystarczy przejść po kamiennych uliczkach, spojrzeć na mury obronne i port, do którego od wieków zawijały kupieckie statki. Wyspa była miejscem spotkania szlaków handlowych, kultur i ludzi, którzy zostawili tu trwały ślad.

Najpierw mieszkali tu Ilirowie, potem Grecy. Śladem ich obecności jest kamienna inskrypcja odkryta w Lumbardzie, jeden z najstarszych pisanych zabytków na terenie dzisiejszej Chorwacji. To pamiątka czasów, gdy Korčula była ważnym ośrodkiem greckiej kolonizacji i śródziemnomorskiego handlu.

Szczególny wpływ na wyspę mieli Wenecjanie. To z ich czasów pochodzą liczne pałace, fortyfikacje i budowle, które tworzą niepowtarzalny charakter miejsca. Korčula przez stulecia leżała na granicy wpływów i musiała bronić się przed najazdami osmańskimi, ale mimo burzliwej historii zachowała własną tożsamość.

Z wyspą wiąże się również legenda o Marco Polo. Mieszkańcy chętnie powtarzają, że to właśnie tutaj urodził się słynny podróżnik, a w starym mieście można zobaczyć dom przypisywany jego rodzinie. Historycy nie są zgodni co do miejsca jego narodzin, ale sama opowieść stała się częścią lokalnej tożsamości.

Warto się zgubić

Niektóre miejsca najlepiej poznaje się z mapą w dłoni. Korčula zdecydowanie do nich nie należy. Tutaj największą przyjemność sprawia porzucenie planu i pozwolenie, by prowadziły nas wąskie, kamienne uliczki wijące się między starymi budynkami. Za każdym rogiem czeka niewielki plac, ukryte przejście prowadzące ku morzu albo zaciszna kawiarnia, w której czas zdaje się płynąć wolniej.

Stare Miasto, otoczone potężnymi murami obronnymi, zachowało swój średniowieczny układ niemal w nienaruszonej formie, dzięki czemu jest jednym z najlepiej zachowanych tego typu miejsc nad Adriatykiem. Z lotu ptaka przypomina rybi szkielet. Główna ulica pełni rolę kręgosłupa, od którego odchodzą krótsze zaułki. Tak przemyślany plan miał chronić mieszkańców przed wiatrem i nadmiernym słońcem, a jednocześnie wpuszczać do miasta łagodną morską bryzę, przynoszącą ulgę podczas upalnych letnich dni. Nawet po kilkuset latach rozwiązanie to wciąż doskonale spełnia swoją funkcję.

Spacerując warto dobrze się rozglądać i chłonąć oszałamiający klimat miejsca. Kamienne fasady budynków noszą ślady kolejnych stuleci, okiennice otwierają się leniwie na wąskie uliczki, a z niewielkich balkonów zwisają donice pełne bugenwilli i pelargonii. Nad wszystkim góruje katedra św. Marka, jedna z najpiękniejszych świątyń Dalmacji, łącząca elementy gotyku,renesansu i baroku. Jej bogato zdobiona fasada skrywa liczne detale, które łatwo przeoczyć, jeśli przejdzie się obok zbyt szybko.

Warto na chwilę wspiąć się także na dzwonnicę. Z góry Korčula odsłania swoje najpiękniejsze oblicze, gęsto ułożone dachy z czerwonej dachówki, kamienne mury otulające stare miasto i port, do którego co jakiś czas przybijają promy oraz łodzie. Dalej rozciąga się niemal niekończąca tafla Adriatyku, usiana zielonymi wysepkami archipelagu Škoji. To jeden z tych widoków, które zostają w pamięci na długo po powrocie z wakacji.

Na wyspie najpiękniej jest późnym popołudniem. Gdy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, jasny wapień nabiera złotych odcieni, a kamienne uliczki wypełniają się miękkim światłem. To moment, w którym łatwo zrozumieć, dlaczego wielu podróżników planujących krótki przystanek na Korčuli zostaje tu znacznie dłużej. Bo tej wyspy nie odkrywa się w pośpiechu. Trzeba pozwolić jej opowiedzieć swoją historię we własnym tempie.

Na Korčuli granica między lądem a morzem niemal się zaciera. Zieleń schodzi tu aż do wody, a zatoki ukryte wśród sosen tworzą krajobraz, który zapiera dech. To jedna z najbardziej zielonych chorwackich wysp, pełna lasów, oliwek i winnic.

Wyspa, do której się wraca

Korčula nie zachwyca jednym spektakularnym widokiem. Zostaje w pamięci dzięki setkom drobnych obrazów, które z czasem układają się w całość: kamiennym uliczkom rozświetlonym porannym słońcem, zapachowi rozgrzanych sosen, kieliszkowi lokalnego wina wypitemu o zmierzchu czy szumowi fal odbijających się od murów starego miasta.

To wyspa, której nie odkrywa się w pośpiechu. Najlepiej smakuje wtedy, gdy pozwala się jej wyznaczyć własne tempo. Zatrzymać się na chwilę, spojrzeć na morze i po prostu chłonąć atmosferę miejsca. Być może właśnie dlatego wielu podróżnych wyjeżdża stąd z przekonaniem, że to nie było pożegnanie, lecz jedynie “do zobaczenia”.

Kinga Lada – „deon.pl”

 

 

 

Wiara online. Gdzie kończy się inspiracja, a zaczyna złudzenie?

Internet daje dostęp do modlitwy, rekolekcji i wspólnot z całego świata. Ale razem z wartościowymi treściami łatwo trafić na duchowe uproszczenia, fałszywe autorytety czy pokusę zastąpienia realnego Kościoła wygodną wersją online. Gdzie przebiega granica między pomocą a namiastką? Wirtualne parafie, katocelebryci i wspólnota błogosławionego Chata z GPT – czyli na co zwracać uwagę, karmiąc duchowość online. O tym rozmawiają Magda Urbańska i Agata Rusek w kolejnym odcinku serii „Katoliczka w sieci”.

Magda Urbańska: Agato, pamiętam czas, gdy moje dzieci były bardzo małe i często chorowały. Ogromnym wsparciem były dla mnie wtedy znajomości internetowe, bo pomogły mi przetrwać trudny czas... Nie dziwię się więc popularności takich przestrzeni internetowych jak Teobańkologia czy Urzekająca, bo one dają nam coś dobrego, konkretnego. Coś, czego nie daje nam w danym momencie świat realny albo w jakiś sposób daje, ale dziś nie mamy możliwości z tego korzystać...

Agata Rusek: Wspólnotę? [śmiech]

Magda Urbańska: Tak, [śmiech] jakiś rodzaj wspólnoty, ułomnej, owszem, ale bywa, że są różne sytuacje w życiu, gdy Internet staje się pewnego rodzaju furtką, jedyną aktualnie dostępną szansą, by spotkać się z drugim człowiekiem... Myślę np. o akcji „życie ze Słowem”, która od prawie dwóch lat łączy ludzi z różnych stron świata na codziennej modlitwie Słowem z dnia. To naprawdę daje jakieś poczucie wspólnoty, być może też motywację do pójścia głębiej w życiu duchowym. Ale jednocześnie trzeba powiedzieć jasno, że nie zastąpi pójścia na Mszę, spowiedzi czy rozmowy z osobą towarzyszącą nam duchowo. Moje doświadczenie krzyczy wyraźnie: nie zatrzymuj się na tym! Nic nie zastąpi ci rozmowy z drugim człowiekiem twarzą w twarz! Te internetowe szanse są ważne, ale inne. Zatrzymując się jednak na tym, co dostajemy w sieci, stajemy się ubożsi... Jak Ty to widzisz dzisiaj?

Agata Rusek: Myślę, że kluczem jest tu to sformułowanie „ułomna wspólnotowość”. Z jednej strony technologia pozwala nam na niebywałą skalę doświadczać i czuć się częścią wydarzeń, wspólnot, w których z różnych racji uczestniczyć nie możemy. Od razu przypomina mi się organizowany od lat w Boże Ciało w Rzeszowie koncert „Jednego serca, jednego ducha”. Co roku odpalamy go na żywo i kiedy ktoś ze sceny krzyczy: „Pozdrawiamy całą rodzinę jednego serca oglądającą właśnie transmisję we wszystkich zakątkach świata!!!”, to my czujemy, że to przekaz do nas. Czujemy, że jesteśmy w jakimś sensie wspólnotą z tą rzeszowską ekipą rozśpiewanych serc. I to jest ten wymiar wirtualnej wspólnotowości, która może być kapitalnym zalążkiem czegoś naprawdę budującego.

Coraz częściej możemy podglądać na żywo 'streamy' z pielgrzymek, z sanktuariów, z Lednicy, z uwielbień. Wszystko to buduje jakieś poczucie wspólnotowości, ale jednak zawsze „ułomne”. Bo to jest ta druga strona technologii – że ona jednak nie umożliwia pełnego uczestnictwa, a wręcz sprzyja temu, by wybierać tylko to, co człowiekowi najbardziej pasuje. Może to zabrzmi kontrowersyjnie, ale im dłużej czytam ewangelię, tym bardziej jestem przekonana, że pomysłem Pana Jezusa na wspólnotowość nigdy nie było kryterium wygody i komfortu. Myślę, że Jego zamysłem było właśnie to, że wspólnota ma nas w taki bardzo ludzki sposób uwierać i wytrącać ze strefy komfortu, bo w jakimś sensie to najprostszy sposób, by w praktyce nauczyć się kochać Jego Miłością, a nie własną. I w efekcie jak spojrzymy na współczesny Kościół, to nie ma w nim, po prostu nie ma, idealnych wspólnot.

Za to w internecie bardzo łatwo można ulec złudzeniu, że raz po raz odkrywamy takie wspólnoty, których działania są po prostu wzorcowe, a zgromadzeni w nich ludzie są szczęśliwi, spełnieni i jeżdżą na jednorożcach idealnej modlitwy [śmiech]. A że spotykam się z taką wirtualną wspólnotą tylko wtedy, kiedy chcę i jak chcę, widząc tylko wycinek jej rzeczywistego funkcjonowania, to potem właściwie bez żadnych konsekwencji i nadzoru duchowego można latami uprawiać internetowy churching. Bo przecież w wirtualnych parafiach bardzo długo można słuchać takich kazań, jakie się lubi, takiej muzyki, jaka się podoba, ba, można uczestniczyć w spotkaniach, kiedy tylko nam pasuje i zasadniczo nawet w pozycji, jaką uznamy za najbardziej komfortową dla siebie.

Magda Urbańska: Ktoś żartobliwie powiedział mi kiedyś, że stworzyłam wirtualną wspólnotę, która modli się Słowem albo świętuje spowiedź. Wiesz, co wtedy poczułam? To nie była radość, to było przerażenie! Zdałam sobie sprawę, że rzeczywiście wokół moich mediów społecznościowych zgromadziła się spora rzesza ludzi. Nie jestem odpowiedzialna za nich i za ich rozwój, a jednak poczułam pewien lęk wynikający z poczucia jakiejś odpowiedzialności. Czy to co robię, prowadzi innych do Boga? Czy daje im dobro? Czy nie prowadzę ich w jakieś krzaki? Ja, świecka żona i mama, nie–teolog, która często pisze np. o sakramentach. Wirtualna parafia powstała przy moich wpisach całkiem przypadkiem, nie była moim celem. Jednak ta wspólnota jest i choćby w akcji „życie ze Słowem” widzę, jak jest żywa. Z drugiej strony wyświetlają mi się treści innych twórców. Niekiedy są bardzo wartościowe, uwielbiam do nich wracać i się nimi nasycać. Np. wpisami Dobrej Wnuczki, znasz? [śmiech] Czasem – niestety nie tak rzadko – patrzę na niektóre profile z przerażeniem, bo pełne są nie tylko nieuporządkowanych emocji, ale i błędnej nauki, tworzenia pewnej bańki nieomylności – akurat w tym przypadku trafne są słowa, że czują się mądrzejsi od papieża... I rzesza ludzi, którzy idą za kolejnym kato–celebrytą, który jest katolicki tylko z nazwy...

Agata Rusek: Osobiście uważam, że jeśli ktoś lubi się karmić treściami duchowymi, to trzeba, by miał świadomość, że zasada ograniczonego zaufania jest chyba jedną z najbardziej fundamentalnych i przydatnych w internecie i obowiązuje również w tym obszarze. Warto więc uczyć się weryfikować i rozpoznawać, czy dana treść jest wierna nauczaniu Kościoła, czy jest cytowana uczciwie, czy nie manipuluje lękiem i poczuciem winy, czy prowadzi do wolności i odpowiedzialności – bo to są dość proste kryteria rozpoznawania, czy coś jest dobre dla naszej duchowości, czy nie. Ale w tym cyklu już nie raz o tym mówiłyśmy, że łatwość zakłamywania i przeinaczania prawd wiary pozostaje ogromnym wyzwaniem współczesnego świata.

Magda Urbańska: No więc właśnie! Gdzie szukać prawdy? Ja bym powiedziała, że w Kościele, ale tym poza światem wirtualnym. Spowiedź, towarzyszenie duchowe, rekolekcje, katechezy dla dorosłych. Mamy wiele możliwości na wyciągnięcie ręki. Sama widzę jak wiele dobra, choćby w mojej Archidiecezji Gdańskiej, robi np. Szkoła Biblijna. Jednak szukając odpowiedzi na jakieś pytanie, nie sięgamy do nagrań z tej Szkoły, ale do czata GPT.

Agata Rusek: No tak, błogosławiony Chat z GPT, patron szukających odpowiedzi na pytania, których nie chcemy zadać proboszczowi... [śmiech].

Magda Urbańska: Czy mnie to przeraża? Nie, ale wciąż zaskakuje... Podobnie jak zaskakują mnie tłumy podążające za księdzem, który zaciągnął na siebie kościele kary, albo ci, którzy po pandemii nie wrócili do kościołów, ale oglądają Mszę w telewizji, bo im tak wygodniej i nie widzą w tym problemu... Niestety tych osób wcale nie jest tak mało. Dlaczego sięgamy po namiastkę, skoro w Kościele mamy pełnię? Z lenistwa? Czy może dlatego, że nie mamy dobrych doświadczeń „na żywo”?

Agata Rusek: Dobre pytanie! I na pewno nie ma na nie jednej dobrej odpowiedzi [śmiech]. Ale – tak poważnie – to warto skonfrontować się z nim we własnym sumieniu. Z jednej strony Kościół i liturgia zbudowane są na żywej relacji, na kontakcie osobowym, a dzisiejsza technologia bardzo nam na ten wymiar życia wpływa. To nie są żadne opinie, to przecież dobrze udowodnione fakty, że wszechobecność ekranów sprzyja naszym rozproszeniom, gorszemu dobrostanowi, trudnościom z budowaniem trwałych więzi. Warto więc przynajmniej spróbować zmierzyć się z pytaniem, dlaczego wolę Mszę online, skoro w Polsce wciąż mamy taką dostępność kapłanów i sprawowanych przez nich Eucharystii. Podobnie jest z coraz liczniejszą grupą ludzi szukających u owego – tu ironizuję, oczywiście – błogosławionego Chata z GPT odpowiedzi na wszystkie swoje pytania, także te duchowe. Czy chodzi tylko o to, że chat daje odpowiedzi w trybie natychmiastowym i bez oceniania? Że zawsze nam potakuje i mówi, jakie to błyskotliwe problemy z nim poruszamy albo jakim jesteśmy skarbem cywilizacji? Dlaczego tak trudno nam dziś – już nawet nie wyciągnąć z półki – ale chociaż odpalić stronę z Katechizmem Kościoła Katolickiego i tam poszukać odpowiedzi na wątpliwości? A może nie mamy wątpliwości, bo do tego, co wypluwa ‘ejaj’ podchodzimy zupełnie bezkrytycznie? Myślę, że to ogromne, ogromne pole do popisu w ramach ewangelizacji i katechizacji wspólnoty wiernych. Być może w tym kontekście warto by było, by mądrzejsze, teologiczne głowy, zastanowiły się, czy duchowość online to dziś nowa forma formacji, czy raczej tylko dodatek do życia wiary? I jeszcze świetnie by było, gdyby poinformowały lud Boży o wnioskach ze swojej refleksji niekoniecznie kolejnym fascynującym listem episkopatu...

Magda Urbańska: Kiedy jednak myślę o karmieniu duchowości online widzę dla samej siebie więcej szans niż zagrożeń. Jestem dziś na takim etapie życia i mojej duchowej drogi, że potrafię w zalewie różnych treści znaleźć te, które rzeczywiście mnie karmią i pozwalają wzrastać. Jeśli coś mi nie pasuje, nie gra – pytam o zdanie zaufanego kapłana. Mam tę podstawową bazę choćby we wsparciu mojego spowiednika albo wspólnoty małżeństw. Jakby mnie mocno przypiliło, do proboszcza też bym poszła [śmiech]. Internet jest tylko dodatkiem, choć bardzo pięknym i wartościowych... Jest czymś, co mam na co dzień, na wyciągnięcie ręki. Nie muszę się umawiać, zrywać z pracy, kombinować opieki nad dziećmi... I wcale nie traktuję tego jako zapychaczy, ale jako część mojej duchowej drogi. Nie całość, nie większość, ale spora część na pewno...

Agata Rusek: Tak, ja też uważam, że Internet, ma ogromny potencjał, by rozpalać serca, by pomagać przyciągać do Jezusa, by głosić o niesamowitej Miłości Boga wszem i wobec tak, by dobra nowina docierała aż na krańce świata. Ale nie mam też wątpliwości, że życie wiary wymaga rzeczywistego, do krwi i kości realnego miejsca, relacji i rytmu... Dlatego często powtarzam, że cała moja działalność publiczna w internecie ma sens tylko wtedy, jeżeli odbiorcy moich treści czują się zainspirowani albo choć odrobinę zaintrygowani, by iść rzeczywiście na Mszę, do spowiedzi, sięgnąć po Pismo Święte czy spróbować modlitwy. W przypadku rzeczy, którymi sama się karmię w internecie, ciągle bardzo użyteczne pozostaje dla mnie kryterium, czy ta treść, z którą przebywam online, to czy ona rzeczywiście przekłada się na konkret mojej codzienności – czy prowadzi do nawrócenia, pełniejszej miłości, posłuszeństwa czy pozostaje tylko zastrzykiem „duchowej dopaminy”. Wiesz, w stylu – po obejrzeniu mam w głowie: „Och, jakie fajne to kazanie, jaka świetna ta modlitwa”, a potem siadam za kierownicę i na pierwszym skrzyżowaniu bluzgam „tych idiotów za kierownicą” z góry na dół.

Magda Urbańska: Wiesz... Myślę, że to jest dużo głębszy problem niż wspólnotowość online. Przecież od zawsze było tak, że katolicy uczęszczający regularnie do kościoła obgadywali, kradli i krzywdzili. Nie wszyscy na dużą skalę i codziennie [śmiech]. Jednak wszyscy jesteśmy poranieni, grzeszni, coś nam się czasem bardzo mocno odkleja. Jednak to jest problem, który dzieje się od zawsze, choć rzeczywiście w życiu realnym jest łatwiej nad tym pracować. Dlaczego? Bo konfrontuję się z kimś twarzą w twarz. Nie z ekranem, ale z żywym człowiekiem. To żywe relacje nas ciosają i kształtują. I warto o nie dbać, choćby tylko z tego powodu...

Agato, żeby nasi Czytelnicy nie posnęli... Zapraszamy za tydzień, chciałybyśmy poruszyć wtedy temat tego, z czego spowiada się katoliczka w sieci.

Agata Rusek: Tak jest! Dotkniemy nowych (a może starych?) dylematów etyczno–moralnych, będziemy się zastanawiać np. nad problemami, które rodzi konflikt między prawdą ekranu a prawdą codzienności, gdzie zaczyna się kłamstwo, a gdzie jest to kwestia zachowania bezpieczeństwa w świecie wyzwań, o których nie mieliśmy pojęcia jeszcze dekadę temu.

Agata Rusek, Magda Urbańska – „deon.pl”

 

 

 

 

Co o twojej wierze mówi sposób, w jaki spędzasz wakacje?

Co o twojej wierze mówi sposób, w jaki spędzasz wakacje?

Nie miejmy do nikogo pretensji, gdy w ciągu roku będzie nam brakowało czasu na modlitwę. Jeżeli bowiem w czasie wakacji - kiedy tego czasu siłą rzeczy jest więcej - nie jesteśmy w stanie uporządkować dnia tak, by znaleźć kwadrans na rozmowę z Bogiem, tym bardziej nie zrobimy tego, gdy wszystko wróci do normalnego trybu.

Okres wakacyjny, który wybija nas z codziennej rutyny - niezależnie od tego, czy akurat odpoczywamy na plaży, podziwiamy piękno gór, czy po prostu pijemy kawę na balkonie - to dobra okazja, aby przyjrzeć się naszym relacjom. I chociaż podczas urlopu możemy, a nawet powinniśmy, zrewidować wszystkie relacje - z rodziną, przyjaciółmi, a nawet z samym sobą - jest jedna szczególna więź, od której zależą wszystkie pozostałe. To nasza relacja z Bogiem.

Typowy wakacyjny wieczór u każdego pewnie wygląda nieco inaczej. Jedni pakują walizki, inni ogarniają zaległe zobowiązania, na które w końcu przyszedł odpowiedni czas. Bez względu na to, ile spraw było do ogarnięcia, ile zadań czekało na odhaczenie, ile par skarpet spakowaliśmy do bagażu i ile rodzinnych pożarów ugasiliśmy w międzyczasie, w końcu pojawia się moment, w którym siadamy i… no właśnie.

Jakże często bierzemy wtedy do ręki smartfon i zaczynamy skrolować media społecznościowe. Jedyna wolna chwila, którą moglibyśmy przeznaczyć na modlitwę, gdy wszystko już jest ogarnięte i nic się nie pali, upływa na bezmyślnym karmieniu się rolkami, które pojawiają się tylko po to, by po chwili bezpowrotnie zniknąć. Nie twierdzę, że czas spędzony ze smartfonem zawsze jest zły. Ale gdy kilka niewinnych minut zamienia się w godzinę lub dwie (głos sumienia na pewno podpowie nam, ile), może warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy media społecznościowe nie są dla nas ważniejsze od modlitwy. A przecież to podczas przebywania z Bogiem karmimy się prawdziwym życiem. Wtedy również - mimo że dzieje się to przy okazji - autentycznie odpoczywamy.

Ale skrolowanie mediów społecznościowych w czasie, który moglibyśmy przeznaczyć na spotkanie z Bogiem, to nie jedyna rzecz do zrewidowania podczas urlopu. Równie ważne jest to, jak podchodzimy do planowania wakacji, w tym naszego uczestniczenia w niedzielnej Mszy świętej.

Kto z nas, rezerwując hotel, zastanawia się, czy w pobliżu jest kościół, w którym będzie można przeżyć Eucharystię? Jeśli jesteś taką osobą, czapka z głowy. Serio. Ale za dobrze znam świat (i siebie sprzed lat), by nie wiedzieć, że w zestawieniu z wygodą i podróżniczymi super-doświadczeniami, które dziwnym trafem kumulują się właśnie w sobotni wieczór i niedzielę, Msza wypada blado. A wystarczyłoby tylko sprawdzić, czy przynajmniej da się w weekend być blisko kościoła, albo zapytać pracownika biura turystycznego, czy program wycieczki może uwzględniać niedzielną Mszę dla chętnych.

Następna kwestia to forma, w jakiej się modlimy. Jako dojrzali chrześcijanie, katolicy po latach formacji, powinniśmy dobrze wiedzieć, jak ma wyglądać nasza rozmowa z Bogiem. Ale bądźmy realistami. Większość z nas (również w tym wypadku biję się w pierś) nie tylko nie wie, jak się modlić, ale często nawet nie próbuje tego robić. Wakacyjny dzień pełen wrażeń jest przecież intensywny i rządzi się swoimi prawami. Nie mówię, że mamy na plaży codziennie odmawiać pompejankę albo - wędrując po górach - odprawiać drogę krzyżową (choć byłoby to piękne). Wystarczy wziąć do ręki smartfon, zamiast mediów społecznościowych otworzyć Pismo Święte, darmową aplikację dostępną na wszystkie platformy, przeczytać Ewangelię z dnia i zastanowić się, co Jezus chce nam dziś przez nią powiedzieć.

Poza tym istnieje naprawdę wiele sposobów głębokiej, szczerej i subtelnej modlitwy, które świetnie sprawdzą się na wakacjach. Od aktów strzelistych po zachwyt nad pięknem górskiego krajobrazu albo zachodu słońca, które nie tylko mogą wywołać przysłowiowy "opad szczęki", ale i stać się okazją do wyrażenia wdzięczności wobec Tego, który te cuda wymyślił. Natura, na łonie której podczas urlopu spędzamy nieco więcej czasu, choć nigdy nie stanie się kościołem, może budzić w nas wdzięczność i uważność na piękno - dar Stwórcy dla każdego z nas. Bóg bowiem "stworzył świat i wszystko na nim, On, który jest Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach zbudowanych ręką ludzką" (Dz 17,24), ale "cwałuje na obłokach" (Ps 68,5)!

I jeszcze jedna myśl. Nie miejmy do nikogo pretensji, gdy w ciągu roku będzie nam brakowało czasu na modlitwę. Jeżeli bowiem w czasie wakacji - kiedy tego czasu siłą rzeczy jest więcej - nie jesteśmy w stanie uporządkować dnia tak, by znaleźć kwadrans na rozmowę z Bogiem, tym bardziej nie zrobimy tego, gdy wszystko wróci do normalnego trybu.

Bóg nie wymaga od nas nie wiadomo jakich poświęceń. Wystarczy wspomniane 15 minut, podczas których weźmiemy do ręki Jego Słowo, przeczytamy je i będziemy absolutnie sobą. Żaden człowiek nie zadowoliłby się takim "ochłapem" z całego dnia. Ale Bóg w swojej nieskończonej wielkoduszności przyjmuje ten kwadrans. Dla człowieka to oczywiście punkt wyjścia, bo jeśli relację z Nim potraktuje serio, jego praca, spotkania, posiłki, zmartwienia i radości, a nawet oddychanie również staną się modlitwą. Warto zacząć ten proces w wakacje, bo codzienne pragnienie modlitwy będzie najlepszą pamiątką, jaką z nich przywieziemy.

Dziękuję, że przeczytałeś/przeczytałaś ten felieton do końca. Sięgnij po więcej moich artykułów, odwiedź mojego bloga lub kup książkę, którą napisałem.

Piotr Kosiarski – „deon.pl’

 

 

 

 

 

Święci i błogosławieni w tygodniu

 

12 lipca - św. Brunon Bonifacy z Kwerfurtu, biskup i męczennik

12 lipca - święci Maria Zelia i Ludwik Martin, małżonkowie

12 lipca - święci Jazon i Sozypater, biskupi i męczennicy

13 lipca - święci Andrzej Świerad i Benedykt, pustelnicy

13 lipca - św. Teresa od Jezusa de Los Andes, dziewica

13 lipca - św. Klelia Barbieri, dziewica

13 lipca - św. Sylas (Sylwan), biskup

13 lipca - św. Ewagriusz z Pontu

13 lipca - bł. Marian od Jezusa Euse Hoyos, prezbiter

13 lipca - bł. Marianna Biernacka, męczennica

13 lipca - Joel, prorok

13 lipca - Ezdrasz, pisarz

14 lipca - św. Kamil de Lellis, prezbiter i zakonnik

14 lipca - św. Henryk II, cesarz

14 lipca - bł. Jakub de Voragine, biskup

14 lipca - św. Franciszek Solano, prezbiter

14 lipca - święci męczennicy Jan Jones i Jan Wall, prezbiterzy

14 lipca - bł. Angelina Marsciano, zakonnica

15 lipca - św. Bonawentura, biskup i doktor Kościoła

15 lipca - św. Pompiliusz Maria Pirotti, prezbiter

15 lipca - św. Włodzimierz I Wielki, książę

15 lipca - bł. Antoni Beszta-Borowski, prezbiter i męczennik

16 lipca - NMP z góry Karmel - szkaplerz karmelitański

16 lipca - św. Maria Magdalena Postel, dziewica

16 lipca - święte dziewice i męczennice z Orange

16 lipca - św. Bartłomiej od Męczenników, biskup

17 lipca - św. Aleksy, wyznawca

17 lipca - błogosławione dziewice i męczennice Teresa od św. Augustyna i Towarzyszki

17 lipca - bł. Paweł Piotr Gojdič, biskup

17 lipca - św. Leon IV, papież

18 lipca - św. Szymon z Lipnicy, prezbiter

18 lipca - św. Arnulf, męczennik

18 lipca - św. Arnulf z Metzu, biskup

18 lipca - św. Arnold Wyznawca

18 lipca - św. Fryderyk z Utrechtu, biskup i męczennik

19 lipca - św. Makryna Młodsza

19 lipca - bł. Ludwika z Sabaudii, zakonnica

19 lipca - św. Symmach, papież

19 lipca - bł. Achilles Puchała, prezbiter i męczennik

19 lipca - bł. Herman Stępień, prezbiter i męczennik

 

 

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA W KOŚCIOŁACH W OKOLICY

Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach

niedziele i święta: 6.30, 8.00, 9.30, 11.00, 12.30 (oprócz VII i VIII), 16.00, 19.00,

dni powszednie – 7.00, 7.30, 18.00.

Parafia Matki Bożej Pocieszenia, ul. Bulwarowa 15a

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00, 18:00, 20:00

 dni powszednie: 7:00, 15:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Częstochowskiej, os. Szklane Domy 7,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 17:00 (oprócz VII i VIII),

19:00 (oprócz VII i VIII), 20:30

dni powszednie: 6:30, 8:00, 18:00

Parafia Matki Bożej Królowej Polski, Arka Pana, ul. Obrońców Krzyża 1

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 16:00, 17:30, 19:00,

dni powszednie: 6:00, 6:30, 7:00, 7:30, 8:00, 11:00, 18:00

Bazylika Krzyża św. - klasztor (pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława)

niedziele i święta: 06.30, 08.00, 09.30, 11.00, 12.30, 14.00 (oprócz VII i VIII)

dni powszednie: 06.30, 07.30, 08.30, 16.00 (w piątki), 18.00.

Parafia św. Bartłomieja Apostoła, Mogiła, ul. Klasztorna 11,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 11:00, 12:30, 14:00 (oprócz VII, VIII), 16:30, 18:00

dni powszednie: 6:00, 7:00 (oprócz VII i VIII), 7:30, 8:30, 18:00

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Teatralne,

niedziele i święta: 7:00, 8:30, 10:00, 11:30, 13:00 (oprócz VII i VIII), 18:00, 19:30

dni powszednie: 6:30 (oprócz VII i VIII), 7:00, 18:00

Parafia św. Stanisława Biskupa Męczennika, Kantorowice 122,

niedziele i święta: 9:00, 11:00, 18:00, dni powszednie: 8:00, 17:00, (18.00- lato)

Parafia Najświętszego Serca Pana Jezusa, os. Lubocza,

niedziele i święta: 8:00, 10:30, 17:00, dni powszednie: 7:00, 17:00

Parafia Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, Prusy,

niedziele i święta: 7:30, 9:30, 11:30,

dni powszednie: 18:00 (pon., śr., pt.), 6:30 (wt., czw., sob.)

Parafia św. Maksymiliana Marii Kolbego, Mistrzejowice,

niedziele i święta: 6:30, 8:00, 9:30, 10:30, 11:00, 13:00, 17:00, 19:00

dni powszednie: 6:30, 7:00, 7:30, 18:00

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.