W BLASKU MIŁOSIERDZIA
5/1062 – 18 stycznia 2026 r. C.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA
II NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)
18 stycznia 2026 r.
Brak świadomości, czym są korzenie żydowskie dla chrześcijaństwa,
tak samo jak brak relacji z dzisiejszą żywą wiarą Żydów,
utrwala funkcjonowanie fałszywego obrazu samego
Boga i człowieka w prowadzonej przez Niego z miłości historii zbawienia.
Czytania:
Pierwsze czytanie: Iz 49,3.5-6
Psalm: Ps 40
Drugie czytanie: 1 Kor 1,1-3
Ewangelia: J 1,29-34
Ewangelia:
Duch Święty spoczął na Jezusie
J 1, 29-34
✠ Słowa Ewangelii według Świętego Jana
Jan zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: „Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie”. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi».
Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jak gołębica i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym”.
Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».
Komentarz do czytań:
Ewangelia tej niedzieli bardzo przypomina tę z poprzedniej. Nawiązuje do tego samego wydarzenia – sceny chrztu Jezusa nad Jordanem. Tym razem jednak to nie opis sytuacji, ale świadectwo Jana o tym wydarzeniu. I jego interpretacja. Nie różniąca się oczywiście od tłumaczeń teologów: pojawił się Mesjasz, zbawienie już jest blisko. W pozostałych czytaniach wyraźniej podkreślono jedynie uniwersalizm przynoszonego przez Jezusa zbawienia.
Jezus przyszedł zgładzić grzech świata. Każdego człowieka.
Każdego człowieka? To znaczy także tego, który w Jezusa nie wierzy. Dla którego zbawicielem jest kto inny. Albo dla tego, kto Chrystusem wzgardził i własne zbawienie jest mu obojętne. Każdego. Bez wyjątku. Terrorysty wysadzającego się w imię obłędnej ideologii też. Dla chrześcijanina ci, którzy zdają się kroczyć drogą ku zatraceniu nie są wrogami. Są tymi, których trzeba przyprowadzić do Jezusa.
Bóg chce zbawienia wszystkich ludzi. Truizm, prawda? Ano. Ale jak to przełożyć na konkret... Bóg chce zbawienia kobiet walczących o prawo do zabijania nienarodzonych dzieci, chce zbawienia dla wszelkiej maści demoralizatorów, chce zbawienia dla... Brzmi inaczej, prawda? Nie, nie chodzi o to, by lekceważyć zło. Raczej o to, by grzesznika traktować jako kogoś, kto może jeszcze wkroczyć na drogę świętości. I w tym mu pomóc. Choćby tylko modlitwą...
Ciekawie powiedział Jan Chrzciciel: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. W liczbie pojedynczej. Chyba dlatego, żeby powiedzieć, że nie 8 grzechów, a 3 nie odpuści, ale żeby powiedzieć: każdy bez wyjątku grzech, wszystko co jest grzechem...
Jan Chrzciciel, który przygotowywał drogi dla Pana, sam też musiał długo przygotowywać się na spotkanie z Nim. Pościł, umartwiał się, by w końcu umieć rozpoznać w Jezusie Mesjasza, Baranka Bożego. Ta chwila stała się ukoronowaniem całego jego życia. I my podczas każdej Eucharystii słyszymy słowa Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Patrzymy na Hostię, wiedząc, że to Jezus. Obyśmy umieli sercem zobaczyć i rozpoznać w Nim naszego jedynego Pana i Zbawiciela.
Świętość to coś, co jest naszym dalekim i prawie niemożliwym do osiągnięcia celem? Nie. Już jesteśmy święci. Bo uświęceni przez Boga. Od chwili chrztu. Teraz mamy w tej świętości wzrastać...
Patron dnia:
Święta Małgorzata Węgierska, dziewica
urodziła się 27 stycznia 1242 r. Była ósmym dzieckiem króla Węgier Beli IV. W wieku około czterech lat powierzona została opiece mniszek. Gdy chciano ją później zwolnić ze zobowiązań, aby mogła wyjść za mąż, odmówiła. Kiedy miała 10 lat, przeniosła się do klasztoru dominikanek na wyspie Lepri na Dunaju. Pan Bóg wyróżnił ją darem kontemplacji, wizji i charyzmatem proroczym. Trwając w ascezie monastycznej i pełnieniu dzieł miłosierdzia, potrafiła połączyć ze sobą gorliwe starania o przywrócenie pokoju i niezwykłe męstwo w znoszeniu niesprawiedliwych podejrzeń z wielką miłością w stosunku do sióstr, dla których pragnęła spełniać najniższe posługi. Zmarła 18 stycznia 1270 roku w wieku 28 lat.

W dzisiejszym numerze:
- Oto Baranek Boży
- „Ja Go wcześniej nie znałem”
- Bóg ma plan
- Kard. Ryś: Judaizm pozostaje dla nas korzeniem
- Odpust zupełny w Roku Świętego Franciszka
- Papież stajennym? - św. Marceli I
- Kiedy nie robić znaku krzyża?
- Zawiało
- Czy kobieta jest człowiekiem?
- Medyk o sytuacji, której nie da się zapomnieć. "Wyciągnąłem igłę i wbiłem mu ją w klatkę piersiową"
- Nie ma już prawdziwych królów. Prof. Jacek Bartyzel kończy 70. Lat
- W weekend w tv i na VOD: Królestwo niebieskie
- Święci i błogosławieni w tygodniu

Oto Baranek Boży
Sposób myślenia Izraelitów składających ofiary przebłagalne był taki: jeśli ktoś przekroczył przepisy Tory, miał obowiązek złożenia korban chattat – ofiary przebłagalnej za swój grzech. Żertwą był baranek, jagnię, koźlę albo para gołębi zabitych (hebr. zevach) tuż obok ołtarza. Obserwowanie, jak ogień trawi porąbane kawałki mięsa zwierząt, zamieniając je w popiół i unoszący się w niebo duszący dym, stanowiło dla pokutnika ważną lekcję. Miał myśleć z lękiem i skruchą: To moje ciało powinno się teraz zatracać w ogniu. To ja, sprawca grzechu, powinienem złożyć swoje życie na ołtarzu Jahwe. I tylko dzięki wielkiemu miłosierdziu Boga ja – grzesznik – zasługuję na to, aby dalej żyć i odpokutować swoje przewinienia w inny sposób.
Zaskakuje i zarazem przeraża mnie w tej starożytnej praktyce ciężar złożony na barkach grzesznika, który – jak mówi Księga Kapłańska (4,1–2) – nawet wtedy, gdy popełnił grzech nieumyślnie (hebr. shegagah), był zobowiązany do złożenia ofiary w Świątyni. Jak wielki lęk musiał towarzyszyć tym, którzy, dziękując Stwórcy za życie, jednocześnie nieustannie musieli się Go obawiać, by nie naruszyć Jego świętości. Zastanawia mnie również niczym niezmącona pewność sumienia przypisana pokutującemu grzesznikowi. To przecież on, uznawszy jedynie swój chattat – grzech, przewinienie – i złożywszy odpowiednią ofiarę – mógł nie wybierać już nigdy więcej „rady występnych” i „drogi grzeszników”, ale „upodobanie w Prawie” i „drogę sprawiedliwych” (Ps 1).
W dzisiejszej Ewangelii ostatni prorok Starego Przymierza, wskazując na Jezusa, mówi otwarcie: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata”… „On jest Synem Bożym”.
Jan Chrzciciel chce powiedzieć umęczonym i przerażonym Żydom (a także i nam!), że już nigdy więcej nie będziemy musieli patrzeć w żertwy ofiar całopalnych. Już nie staniemy przed Bogiem w lęku, zasłaniając dłońmi twarz. To nie nasze uczynki pokutne zgładzą „grzech świata”. To Syn Boży – jeśli tylko pójdziemy za Nim w wierze jako Jego uczniowie i bracia – stanie się naszym wybawieniem. On – Korban Chajim – Ofiara (dla) Życia.
Paweł Zybura OP – „wdrodze.pl”

„Ja Go wcześniej nie znałem”
Jeśli słuchaliśmy uważnie dzisiejszej Ewangelii, to z pewnością zwróciło naszą uwagę dwukrotnie powtórzone przez św. Jana Chrzciciela zdanie: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Być może wzbudziło to naszą wątpliwość. Przecież Jan musiał znać Jezusa jako krewnego z Nazaretu, jako syna Józefa cieśli. Spotkali się już bardzo wcześnie, gdy ich matki były w stanie błogosławionym. W młodości zapewne widywali się dość często – znali się całkiem dobrze, rozmawiali ze sobą, może nawet byli przyjaciółmi. Jan znał więc Jezusa historycznego, znał Go po ludzku, ale nie znał jeszcze w pełni Jego boskiej tajemnicy.
Dlatego w momencie, gdy Jezus przychodzi nad Jordan, Jan stwierdza stanowczo: „Ja Go wcześniej nie znałem” (J 1,31.33). Także w naszym życiu zdarza się, że ktoś, kogo – jak nam się wydawało – znaliśmy dość dobrze, nagle ukazuje nam zupełnie inny aspekt swojej osobowości, który jest dla nas zaskakujący, i wyznajemy: „Nie znałem go takim”. Podobno małżeństwo jest najlepszym „okulistą”, który pozwala przejrzeć naszym oczom. Ileż razy słyszymy z ust żon o swoich mężach – lub odwrotnie – słowa: „Ja go wcześniej nie znałam”, „Nie znałem jej”. Często, gdy słyszymy świadectwa osób nawróconych, nawet ochrzczonych i tradycyjnie praktykujących, mówią one o swojej relacji z Chrystusem sprzed nawrócenia: „Ja Go wcześniej nie znałem”.
Bardzo ważne jest zrozumieć, że istnieją dwa rodzaje poznania Jezusa. Z jednej strony – znajomość poprzez tradycję religijną i rodzinną. Jeśli pochodzimy z rodziny chrześcijańskiej, mówiono nam o Chrystusie od najwcześniejszego dzieciństwa. To bardzo dobrze – mieliśmy szczęście otrzymać takie wychowanie. Jednak w pewnym momencie uświadamiamy sobie, że jesteśmy chrześcijanami nie tylko dlatego, że wywodzimy się z takiej czy innej rodziny, lecz przede wszystkim dlatego, że Chrystus żyje, że On nas wybrał i że mamy z Nim osobistą, bezpośrednią więź. To On nas wzywa i to za Nim idziemy. Nie jesteśmy chrześcijanami jedynie po to, by dochować wierności rodzicom czy dziadkom. Szanujemy tradycje rodzinne, ale to nie one są główną racją wiary. Główną racją jest owa żywa więź z Tym, który jest Barankiem Bożym. Pragniemy bowiem stawać się uczniami Baranka.
Uznajmy i my: „Ja Go przedtem nie znałem” (J 1,31.33). Nie znałem Go – słyszałem o Jezusie, wiedziałem, kim był, znałem kilka epizodów z Ewangelii – ale nie wiedziałem, że jest żywy i że jest stale z nami.
Dzisiejsza Ewangelia jest doskonałą ilustracją oraz komentarzem do tegorocznego hasła roku duszpasterskiego Kościoła w Polsce: „Uczniowie – misjonarze”. Aby naprawdę poznać Jezusa, trzeba stać się Jego uczniem. Trzeba słuchać Bożego słowa, ponieważ właśnie ta postawa – bardziej niż jakakolwiek inna – najlepiej określa samą istotę chrześcijaństwa, czyli bycia uczniem Pana. Chrześcijanin to ktoś, kto słucha Boga, który mówi do niego na różne, bogate sposoby, zapraszając do dialogu miłości. Tylko wtedy, gdy jesteśmy uważnymi słuchaczami Słowa, które stało się Ciałem, możemy później to Słowo głosić całemu światu. Możemy stawać się słowem Pana wypowiedzianym do świata – możemy stawać się świadkami Chrystusa, misjonarzami.
Dla Jana Chrzciciela moment spotkania z Jezusem nad Jordanem był chwilą wewnętrznego oświecenia. Pod jego wpływem Jan wyznaje: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Aby Go naprawdę poznać, potrzeba wewnętrznego światła Ducha Świętego, które pozwala nam odkryć obecność Baranka Bożego.
Pamiętamy zapewne, że biblijna symbolika baranka pojawia się po raz pierwszy w historii Abrahama. W jego życiu – jak dobrze wiemy – był pewien bardzo ważny i trudny moment, chwila próby. Bóg zażądał całopalnej ofiary z Izaaka, tak bardzo oczekiwanego syna. Podczas drogi, gdy byli już blisko celu, Izaak zapytał: „Ojcze mój! (…) oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?”. Abraham odpowiedział wtedy: „Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój” (Rdz 22,7-8). Ostateczną odpowiedź przynosi dopiero Jan Chrzciciel, wskazując na Jezusa: „Oto Baranek Boży” (J 1,29; por. J 1,36). Prawdziwym Barankiem nie był Izaak – dlatego Abraham nie mógł wówczas w pełni odpowiedzieć na pytanie swojego dziecka. Wiemy, że w ostatniej chwili, gdy Abraham był posłuszny aż do końca, anioł powstrzymał jego rękę, a zamiast syna została złożona ofiara zastępcza. Prawdziwym Barankiem jest Jezus Chrystus.
Jan Chrzciciel stał się świadkiem. Świadek to ktoś, kto wskazuje. Jan jako pierwszy rozpoznał, kim jest Ten, który przyszedł. Jakie to wspaniałe, że Kościół zachował słowa Jana Chrzciciela w samym sercu tajemnicy Eucharystii! Kapłan ukazuje nam Hostię na chwilę przed Komunią i mówi: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29). Kościół pragnie, aby słowa Jana Chrzciciela były wciąż powtarzane, ponieważ przypominają nam, że otrzymujemy tę samą łaskę i że powinniśmy nią żyć. Każdy z nas ma – na miarę swego powołania – łaskę Jana Chrzciciela, pozwalającą nam przekraczać zewnętrzne znaki i odkrywać tajemnicę Baranka. Spójrz na Niego. On jest tutaj – żywy i prawdziwy. Twoim zadaniem jest nie tylko wyznać wiarę w Jego obecność, ale także samemu stać się drogowskazem: kimś, kto swoim życiem ukazuje Baranka.
Mamy być uczniami Chrystusa – mamy wskazywać dzisiejszemu światu Baranka, objawiać Jego obecność, której wielu ludzi już nie dostrzega, której świat już nie widzi, ponieważ tak łatwo zadowala się sam sobą. Rozumiejąc dziś głębiej tajemnicę Jana Chrzciciela, postanówmy, że także my będziemy świadkami Baranka – tak jak on.
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów obecnie przełożony domu zakonnego w Łomnicy-Zdrój oraz Przewodniczący Centrum
Apostolstwa i Duchowości Redemptorystów (CADR) – Łomnica-Zdrój
o. Piotr Andrukiewicz CSsR – „redemptor.pl”

Bóg ma plan
Bóg ma swój plan zbawienia człowieka i stopniowo go realizuje, ale nie bez naszego udziału w nim.
W zeszłym tygodniu obchodziliśmy uroczystość Chrztu Pańskiego, pamiątkę chrztu Pana Jezusa w Jordanie. Dzisiaj wracamy do tej samej sceny, ale czytania koncentrują się na sensie tego chrztu dla nas. W Ewangelii św. Jan Chrzciciel daje świadectwo: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata (J 1,29). Jego słowa nabierają pełnego sensu w kontekście czytania z Księgi Proroka Izajasza: Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Warto sobie uświadomić, że chrzest Pana Jezusa ukazał Jego wybranie przez Boga do tego dzieła i to wybranie było przewidziane i zapowiedziane, między innymi przez usta proroka Izajasza, a ponadto, co wydaje się bardzo ważne dla nas od strony praktycznej, oczekiwane przez wieki!
Bóg ma swój plan zbawienia człowieka i stopniowo go realizuje, ale nie bez naszego udziału w nim. Przede wszystkim nie daje nam zbawienia niezależnie od tego, czy go chcemy, czy też nie, ale odpowiada na pragnienie serca. Wpierw ukształtuje nasze serca tak, abyśmy dojrzeli do przyjęcia tego, co chce nam dać. Warto o tym pamiętać w naszych niecierpliwych czasach, kiedy wszystko chcemy dostać od razu, bez zwłoki, a nawet uważamy, że się nam to od razu należy. Abyśmy mogli prawdziwie otrzymać dar, i to dar od Boga (!), musimy być na to przygotowani, bo dar ten nas przerasta. I zobaczmy: nawet po tylu latach przygotowania Izraela – od czasów proroctwa z Iz 49 minęło ok. 500 lat! – Żydzi nie zrozumieli sensu przyjścia Pana Jezusa, choć Prorok wyraźnie mówił: To zbyt mało, iż jesteś Mi Sługą dla podźwignięcia pokoleń Jakuba i sprowadzenia ocalałych z Izraela! Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Czekali oni na innego mesjasza, takiego, który ich nie tylko wyzwoli od pogan, ale ponadto da władzę nad nimi. Później szczególnie św. Paweł doświadczy odrzucenia przez Żydów dobrej nowiny przeznaczonej także dla pogan. Dzisiaj także wielu katolikom trudno przyjąć, że Pan Jezus jest także światłością dla pogan, co znaczy, jest światłością dla wszystkich, którzy nie należą do naszego Kościoła!
Nie wystarczy zatem jedynie czekać, ale trzeba także umieć otworzyć się na nowość, na dar, który przerasta nasze wyobrażenia. Bóg, przychodząc, zawsze zaskakuje, bo przychodzi z łaską według swojej, a nie ludzkiej, miary.
Przyjrzyjmy się samemu proroctwu Izajasza. Tyś Sługą moim, Izraelu, w tobie się rozsławię (Iz 49,3). Wybrańcem, Sługą jest Izrael, czyli lud wybrany. Ale dalej Bóg zwraca się do konkretnej osoby, bo mówi, że ów Sługa ma podźwignąć pokolenia Jakuba i sprowadzić ocalałych z Izraela (Iz 49,6). Tutaj spotykamy się z dziwnym dla nas tak łatwym przechodzeniem w Starym Testamencie od podmiotu indywidualnego do zbiorowego, a czasem wręcz z ich utożsamieniem. Takie teksty spotykamy np. w psalmach. Wiele z nich odnosi się jednocześnie do jednostki i do narodu wybranego. I tutaj właśnie mamy taki przykład. Sługą jest Izrael jako lud wybrany i Mesjasz jako konkretna postać.
Zobaczmy jednak, jak to zgadza się z realizującym się (po 500 latach i do dzisiaj!) zamysłem Boga. Jan Chrzciciel wskazał na Jezusa jako tego, którego Bóg posłał, by chrzcił Duchem Świętym. On jest światłością, która oświeca każdego, gdy na świat przychodzi (zob. J 1,9). On przynosi dobrą nowinę dla całego świata, jest tym ostatecznym Słowem Bożym do nas skierowanym. Ale jednocześnie Pan Jezus, jak to sam o sobie powiedział, został posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela (Mt 15,24). I rzeczywiście nie widzimy, by starał się nawracać pogan. Zatem zapowiedź z Księgi Proroka Izajasza pozostaje do wypełnienia. Nie wypełnia jej Chrystus jako konkretna osoba żyjąca 2000 lat temu w Palestynie! Czyżby zatem nie był owym zapowiedzianym Mesjaszem? Nie, jest nim, ale Jego dzieło musi się jeszcze dopełnić. I tutaj wspaniale realizuje się ów podwójny wymiar mesjasza: konkretnej osoby i ludu wybranego. Jedynym Mesjaszem jest Chrystus, ale Chrystus cały, nie tylko jako Jezus z Nazaretu żyjący przed 2000 laty, lecz i dzisiaj: Chrystus obecny w swoim Ciele, czyli w Kościele. Właśnie w tym wymiarze wypełnia się ta druga część proroctwa Izajasza: Ustanowię cię światłością dla pogan, aby moje zbawienie dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6).
Chrystus żyje i działa w swoim Kościele i przez Kościół, a to konkretnie znaczy: w nas i przez nas. Pozostawił to nam jako swój testament: aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, by świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał (...) Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował, tak jak Mnie umiłowałeś (J 17,21.23). Zbawienie, jakie zapowiada Izajasz, polega właśnie na owej jedności Boga z człowiekiem i ludzi pomiędzy sobą. I to się dokonuje poprzez Kościół, Mistyczne Ciało Chrystusa. Tutaj znowu odnajdujemy wspomnianą Bożą pedagogikę: Bóg nie chce nas zbawić bez naszego udziału.
Zobaczmy, co Jan mówi o Jezusie: Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego na Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym. Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym (J 1,33n). Wydaje się, że ta wypowiedź św. Jana Chrzciciela odsłania właściwy sens całej sceny: Oto Ten, który chrzci Duchem Świętym!, czyli zanurza w Duchu Świętym. Co to znaczy? Udziela Ducha, który jest duchem Boga. Kiedyś na początku Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia (Rdz 2,7). Oto Jezus jest Tym, który zanurza nas w Duchu, a tym samym daje nam udział w sobie, bo daje udział w tym samym Duchu! Zobaczmy, czym jest duch w żywym organizmie. Duch jest tym, co daje życie, co powoduje, że dana istota jest żywa, jest czynnikiem nadającym dynamizm życiowy, a tym samym oznacza to, czym dana istota jest w najgłębszym sensie. Co zatem znaczy chrzest w Duchu Świętym? Otóż to, że mamy udział w życiu, jakie jest w Chrystusie, otrzymaliśmy ten sam dynamizm życiowy, ale tym samym mamy to samo zadanie, jakie On otrzymał od Ojca. Przytoczona przed chwilą Jego modlitwa wyraźnie o tym mówi. To w naszych rękach obecnie spoczywa zadanie stawania się światłością dla pogan, aby zbawienie Boże dotarło aż do krańców ziemi (Iz 49,6). Pan Jezus wyraźnie nam mówi o tym w innym miejscu: Wy jesteście światłem świata (Mt 5,14).
Chrzest Pana Jezusa w Jordanie jest ważny dla nas, Pan Jezus go nie potrzebował dla siebie (!). Mówi nam, że On jest tym, który daje Ducha, a tym samym daje życie, ale i wzywa, abyśmy mieli udział w Jego życiu, byśmy żyli tak, jak On nam pokazał, abyśmy dalej pełnili Jego zadanie na świecie. Będąc uczniem Chrystusa, nie można się zamykać i żyć dla siebie. Oto otrzymawszy Ducha od Niego, w Jego Duchu mamy stawać się świadkami życia, jakie On przynosi. Otrzymawszy, mamy je dalej przekazywać. To wyraża św. Paweł we wstępnym pozdrowieniu w Liście do Koryntian, które odnosi się także do nas: którzy zostaliśmy uświęceni w Jezusie Chrystusie i powołani do świętości wespół ze wszystkimi (1 Kor 1,2).
Eucharystia, przed którą stajemy, jest pokarmem wzmacniającym nasze siły szczególnie przez komunię, jednak gdy na jej koniec kapłan mówi: „Idźcie w pokoju Chrystusa”, następuje rozesłanie z poleceniem niesienia tego pokoju w świat – dopełniania mesjańskiego posłannictwa Chrystusa.
Włodzimierz Zatorski OSB (ur. 1953) benedyktyn, fizyk, teolog, filozof.
Fragment książki „Rozważania liturgiczne” – „wiara.pl”

Kard. Ryś:
Judaizm pozostaje dla nas korzeniem
W czwartek w Kościele katolickim w Polsce obchodzony będzie XXIX Dzień Judaizmu.
Nie bez powodu papież Jan Paweł II nazwał żydów naszymi starszymi braćmi, a papież Benedykt XVI - naszymi ojcami w wierze. Dzień Judaizmu ma nam to przypominać - powiedział przewodniczący Komitetu KEP ds. Dialogu z Judaizmem kard. Grzegorz Ryś. Dodał, że dla Kościoła judaizm pozostaje korzeniem.
W czwartek w Kościele katolickim w Polsce obchodzony będzie XXIX Dzień Judaizmu, w tym roku pod hasłem "Twój lud będzie moim ludem, a twój Bóg - moim Bogiem". W centralnych obchodach, które rozpoczną się w Muzeum Żydów Mazowieckich w Płocku, uczestniczyć będą m.in. przewodniczący Komitetu Konferencji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Judaizmem kard. Grzegorz Ryś i naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
Kardynał Grzegorz Ryś powiedział, że celem obchodów jest przede wszystkim przypomnienie, czego Kościół katolicki naucza na temat relacji chrześcijan z żydami. Jego zdaniem wśród wielu wiernych wciąż nie ma właściwej recepcji nauczania Kościoła na ten temat.
- Mówimy, że jesteśmy katolikami, a głosimy poglądy, które są niekatolickie, więc tu jest potężna praca do wykonania - ocenił.
Poinformował, że Konferencja Episkopatu Polski przygotowuje list poświęcony wzajemnym relacjom chrześcijan i żydów, który zostanie odczytany w piątą niedzielę Wielkiego Postu. Zaznaczył, że w liście przedstawione zostanie nauczanie Kościoła na ten temat, począwszy od Soboru Watykańskiego II i Deklaracji o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich Nostra aetate.
Podkreślił, że obok wspomnianego listu Dzień Judaizmu jest jedną z inicjatyw, które mają pokazywać, że "judaizm pozostaje dla nas korzeniem".
- Nie bez powodu papież Jan Paweł II nazwał żydów naszymi starszymi braćmi, a papież Benedykt XVI - naszymi ojcami w wierze. Po to jest Dzień Judaizmu, żeby nam to przypominać. Być może nawet to za mało, że mamy jeden taki dzień na cały rok. Sądzę, że potrzebne są jeszcze inne inicjatywy, które by służyły ugruntowaniu nauczania Kościoła katolickiego na ten temat - stwierdził.
Zaznaczył, że to właśnie troska o właściwą formację wiernych w tym zakresie sprawiła, że wprowadzone zostały zmiany w księgach liturgicznych, z których jedną z ważniejszych jest zmiana w modlitwie za żydów odmawianej w liturgii w Wielki Piątek.
- Mamy nowe polskie tłumaczenie (tej modlitwy - PAP) dlatego, że Stolica Apostolska zrobiła dla nas wyjątek. Mimo tego, że nie ma jeszcze ostatecznego przekładu nowego Mszału, to ta modlitwa jest tak dramatycznie nieprawdziwa, że musiała być zmieniona niezależnie od tego, kiedy będzie nowy Mszał. W tej modlitwie zawarte było nauczanie - ośmielę się powiedzieć - jeśli nie heretyckie, to gorszące, mylne nauczanie na temat tego, kim jest Izrael - zastrzegł kard. Ryś.
Dodał, że edukacja na temat relacji chrześcijańsko-żydowskich powinna być obecna także na lekcjach religii w szkołach.
Główne obchody XXIX Dnia Judaizmu w Kościele katolickim w Polsce rozpocznie modlitwa w Muzeum Żydów Mazowieckich "za Żydów, obywateli Płocka, ofiary Szoah", którą wspólnie z kardRysiem odmówi rabin Michael Schudrich.
W płockiej katedrze odbędzie się następnie Nabożeństwo Słowa Bożego z udziałem kardynała Rysia i rabina Boaza Pasha. Wcześniej otwarta zostanie tam planszowa wystawa archiwaliów, w tym fotografii "Byli sąsiadami. Ludzkie wybory i zachowania w obliczu zagłady", przygotowana przez United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie.
W ramach obchodów w Muzeum Diecezjalnym w Płocku zaplanowano także wernisaż wystawy "Płockie Judaica", w tym ze zbiorów tamtejszego Muzeum Mazowieckiego oraz Towarzystwa Naukowego Płockiego. Otwarcie ekspozycji poprzedzi panel dyskusyjny "Pamięć i nadzieja w drodze do wiary", w którym uczestniczyć będą dr Katarzyna Kowalska ze zgromadzenia zakonnego Notre Dame de Sion, współprzewodnicząca Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, oraz prof. Jan Grosfeld i rabin Icchak Chaim Rapoport.
Częścią obchodów będzie również spacer ulicami Płocka, w tym ulicą Jerozolimską, poświęcony miejscom związanym z historią tamtejszych Żydów.
PAP

Odpust zupełny w Roku Świętego Franciszka
Penitencjaria Apostolska zgodnie z wolą Papieża Leona XIV wydała dekret o udzieleniu odpustu zupełnego w Roku Świętego Franciszka, tj. od 10 stycznia 2026 do 10 stycznia 2027 roku. Jest to związane z przypadającą w tym roku 800. rocznicą śmierci św. Franciszka. Odpust mogą uzyskać osoby, które spełnią określone warunki.
Aby każdy stawał się wzorem świętości
Jak informuje Penitencjaria Apostolska w komunikacie, Papież Leon XIV postanowił ogłosić okres od 10 stycznia 2026 do 10 stycznia 2027 Rokiem Świętego Franciszka. W tym bowiem roku przypada 800. rocznica śmierci Biedaczyny z Asyżu. Intencją Ojca Świętego jest, aby idąc za przykładem Świętego z Asyżu każdy wierny chrześcijanin stawał się sam wzorem świętości życia i nieustannym świadkiem pokoju.
"Dla pełniejszego osiągnięcia wyznaczonych celów Penitencjaria Apostolska, poprzez niniejszy Dekret wydany zgodnie z wolą Najwyższego Pasterza, z okazji Roku Świętego Franciszka udziela odpustu zupełnego na zwykłych warunkach (spowiedź sakramentalna, Komunia eucharystyczna i modlitwa według intencji Ojca Świętego), możliwego do ofiarowania także jako sufragium za dusze w czyśćcu" – czytamy w dekrecie Penitencjarii.
Warunki dla członków Rodzin Franciszkańskich
Odpust mogą uzyskać członkowie Rodzin Franciszkańskich Pierwszego, Drugiego i Trzeciego Zakonu, regularnego i świeckiego, a także członkowie instytutów życia konsekrowanego, stowarzyszeń życia apostolskiego oraz publicznych lub prywatnych stowarzyszeń wiernych, męskich i żeńskich, które zachowują Regułę św. Franciszka albo są inspirowane jego duchowością lub w jakiejkolwiek formie podtrzymują jego charyzmat.
Warunki dla pozostałych wiernych
Ponadto, jak informuje Penitencjaria Apostolska, odpust może uzyskać każdy wierny który, z sercem wolnym od przywiązania do grzechu, będzie uczestniczyć w Roku Świętego Franciszka, nawiedzając w formie pielgrzymki jakikolwiek kościół klasztorny franciszkański lub miejsce kultu w jakiejkolwiek części świata poświęcone św. Franciszkowi albo z nim w jakikolwiek sposób związane, i tam pobożnie weźmie udział w obrzędach jubileuszowych. Może to być również spędzony tam odpowiedni czas na pobożnej medytacji oraz zanoszeniu do Boga modlitwy, „aby - na wzór św. Franciszka - w sercach zrodziły się uczucia chrześcijańskiej miłości bliźniego oraz szczere pragnienia zgody i pokoju między narodami, kończąc modlitwą Ojcze nasz, Credo oraz wezwaniami do Najświętszej Maryi Panny, św. Franciszka z Asyżu, św. Klary i wszystkich Świętych Rodziny Franciszkańskiej."
Warunki dla osób chorych i w podeszłym wieku
Odpust w Roku Świętego Franciszka uzyskać mogą także osoby w podeszłym wieku, chorzy oraz ci, którzy się nimi opiekują, a także wszyscy, którzy z poważnej przyczyny nie mogą opuścić domu. Warunkiem jest oderwanie się od wszelkiego grzechu i postanowienie wypełnienia, gdy tylko będzie to możliwe, trzech zwyczajnych warunków odpustu - jeśli duchowo osoby te połączą się z obchodami jubileuszowymi Roku Świętego Franciszka, ofiarując Bogu Miłosiernemu swoje modlitwy, bóle i cierpienia życia.
Wezwanie do kapłanów
Penitencjaria Apostolska wezwała wszystkich kapłanów, zakonnych i diecezjalnych, posiadających odpowiednie uprawnienia, aby byli gotowi – z duchem gorliwym, hojnym i miłosiernym – do sprawowania sakramentu pojednania.
Nie zaprzepaścić postanowień Roku Świętego
Penitencjaria Apostolska wskazuje, że nasze czasy nie różnią się zbytnio od tych, w których żył Franciszek, i właśnie w tym świetle jego nauczanie jest dziś być może jeszcze bardziej aktualne i zrozumiałe. „Niech ten Rok Świętego Franciszka pobudzi nas wszystkich, każdego według jego możliwości, do naśladowania Biedaczyny z Asyżu, do kształtowania się na wzór Chrystusa oraz do tego, by nie zaprzepaścić postanowień dopiero co zakończonego Roku Świętego: niech nadzieja, która uczyniła nas pielgrzymami, przemieni się teraz w gorliwość i żarliwą, konkretną miłość" – czytamy w ogłoszonym dekrecie.
Wojciech Rogacin - VATICANNEWS.VA

Papież stajennym? - św. Marceli I
Za panowania cesarza Dioklecjana, a więc na przełomie III i IV wieku, dochodziło do wyjątkowo brutalnych prześladowań chrześcijan. Doszło nawet do tego, iż przez 3,5 roku żaden z dostojników nie mógł pełnić funkcji papieża.
Gdy nowym cesarzem został Maksencjusz, antykościelne nastroje zostały nieco stonowane i właśnie wtedy głową Kościoła został wybrany Marceli I.
Udało mu się zreorganizować rzymski Kościół – podzielił go na 25 tak zwanych tituli, czyli parafii, którymi zarządzać mieli prezbiterzy. Z „Liber pontificalis” dowiadujemy się także, iż Marceli wyznaczyć miał nowe miejsca pochówku chrześcijan. Ustalił także, że synody będą się mogły w przyszłości odbywać wyłącznie za pozwoleniem biskupa Rzymu.
Tych, którzy pod groźbami pozbawienia życia wypierali się swej chrześcijańskiej wiary, Marceli przyjmował na nowo do wspólnoty, jednak stawiał im jeden warunek: konieczność odpokutowania wcześniejszego zaparcia się wiary. Ale nie wszyscy godzili się na publiczne okazanie skruchy. Doszło nawet do tego, iż część niezadowolonych wiernych wypowiedziała posłuszeństwo papieżowi, a w Rzymie doszło do rozruchów, w których brali udział zwolennicy i przeciwnicy Marcelego I.
Cesarz Maksencjusz obarczył winą za zamieszki Marcelego i zesłał go w nieznane miejsce, z którego papież miał już nigdy nie powróć, choć warto dodać, że istnieje także legenda, zgodnie z którą, cesarz miał zamienić jeden z papieskich kościołów w stajnię dla koni, przy których, aż do śmierci „zdegradowany” Marceli I miał ponoć ciężko pracować...
Piotr Drzyzga- „wiara.pl”

Kiedy nie robić znaku krzyża?
Pomyślmy: skoro kapłan mówi: „Pobłogosław, Panie Boże, ten chleb”, „te jajka”, „to mięso”, to w tym momencie błogosławieństwo to dotyczy tych pokarmów, nie zaś ludzi. Żartobliwie możemy powiedzieć, że nikt z nas nie jest jajkiem, nie należy więc żegnać się, gdy są błogosławione jajka. To samo dotyczy pozostałych pokarmów.
W Wielką Sobotę, kiedy to błogosławione są pokarmy na stół wielkanocny, łatwo zaobserwować pewne zabawne zjawisko.
Otóż w trakcie tego obrzędu wielu wiernych odruchowo wykonuje znak krzyża, gdy kapłan kreśli znak krzyża nad pokarmami. Jest to błąd.
Pomyślmy: skoro kapłan mówi: „Pobłogosław, Panie Boże, ten chleb”, „te jajka”, „to mięso”, to w tym momencie błogosławieństwo to dotyczy tych pokarmów, nie zaś ludzi. Żartobliwie możemy powiedzieć, że nikt z nas nie jest jajkiem, nie należy więc żegnać się, gdy są błogosławione jajka. To samo dotyczy pozostałych pokarmów.
Przy błogosławieństwach obowiązuje ogólna zasada, wedle której robimy znak krzyża, gdy to my sami jesteśmy błogosławieni. Gdy zatem błogosławione są dzieci, to nie jest to moment, w którym dorośli powinni robić znak krzyża, gdy zaś błogosławione są kobiety w stanie błogosławionym, to nie powinni w tym momencie znaku krzyża robić mężczyźni.
Podobnych przykładów można podać oczywiście bardzo wiele: błogosławieństwo kredy i kadziła w Objawienie Pańskie (tzw. Trzech Króli), błogosławieństwo palm w Niedzielę Palmową, kwiatów i ziół w dniu Wniebowzięcia NMP, błogosławieństwo dewocjonaliów... – nie są to momenty, kiedy należy robić znak krzyża.
Dodajmy, że właściwe jest wykonanie znaku krzyża, gdy kapłan po takim błogosławieństwie dokonuje pokropienia wodą święconą, która, choć bezpośrednio związana jest z błogosławieństwem nas samych niedotyczącym, to jednak pada również na nas.
Powyższy tekst jest fragmentem książki "Wiara bez fejków".
ks. Piotr Piekart – „wiara.pl”

Zawiało
Ludzie dzielą się na odpowiedzialnych i oczekujących odpowiedzialności od wszystkich, tylko nie od siebie.
Prawdziwa zima. Wreszcie. Młodszych informuję: te kilka dni podmuchów śniegu nie jest czymś nienormalnym o tej porze roku. Nienormalnością były lata bez śniegu. Pamiętam zimowy wyjazd na narty sprzed kilku lat. Niektórzy z uczestników po raz pierwszy w życiu, w górach, widzieli prawdziwe zaspy śnieżne. Zatem to, co dzieje się za oknem jest najzwyczajniej w świecie powrotem do normalności. O ile udało się to aurze, problem mają ludzie. Napędzani histerycznymi filmami w mediach społecznościowych.
Przeglądając YouTube w oczekiwaniu na kolejna papieską intencję modlitewną trafiłem na rolkę, nakręconą przez tak zwanego prawdziwego patriotę. Lament nad odśnieżającym małe miasteczko ciągnikiem. Oczywiście z kontekstami politycznymi. Ciągnik mnie nie zdziwił. Jak Polska długa i szeroka z takowego sprzętu korzysta większość gmin. Klasyczna pługopiaskarka jest wydatkiem rzędu kilkuset tysięcy, a przydatna jest kilkanaście, kilkadziesiąt dni w roku. W pozostałe stoi w garażu i rdzewieje. Zatem wykorzystuje się wszelkiej maści sprzęt ciężki, by po lokalnych drogach dało się jeździć. Co zresztą też jest sztuką.
Patrz, mówię do siedzącego obok mnie parafianina, stolica jedzie. Po czym – pyta – ksiądz poznaje. Bo nasz, ciągnę, gdy droga wyjeżdżona jest tylko na jedno auto, widząc jadący z naprzeciwka samochód, zwalnia i próbuje wyskoczyć z koleiny, a ten rwie środkiem i za chwilę, nie mogąc wyskoczyć, wpadnie w panikę. I rzeczywiście, jakbym był prorokiem. Ledwie wyhamował, na jakimś cudem widocznej tablicy widzimy pierwsze litery WW…, biedak nie wie co dalej. Miał szczęście. Włączyłem reduktor i jakoś go bokiem minąłem.
Wracając do rolki… Pokusiłem się o komentarz. „Prawdziwy patriota nie kręci idiotycznych rolek, tylko chwyta łopatę i bierze się za odśnieżanie”.
Tu z dumą mogę powiedzieć, że mieszkam we wiosce prawdziwym patriotów. W niedzielny poranek, ledwiem dobrnął z łopatą do bramy i już widzę. Przemierza wioskę po chodniku mały traktorek i drogę do kościoła, potem na cmentarz przeciera. Żaden gminny. Chwilę później kilka osób chwyciło sprzęt i dojście od ulicy do kościoła też zostało przetarte.
Ale prawdziwe pospolite ruszenie było w poniedziałek. Wiadomo: dzień święty święcić. Zrobiło się w niedzielę to, co konieczne, reszta w tygodniu. Wracam w kolędy, a tu jakby śnieg nie padał. Droga powiatowa przez gminę oczyszczona, reszta przez lokalsów. Parkingi obydwa, dojścia do domów, obejście kościoła. Wioletta – pytam panią sołtys – widzę, zrobiłaś pospolite ruszenie. Ależ skąd! Sami się zorganizowali. Ja tylko naczelnikowi straży zasugerowałam, ale zachęcać specjalnie nie musiałam. Zresztą mówił proboszcz na niedzielnym kazaniu o życiu będącym naśladowaniem Chrystusa Sługi. No to posłużyli wsi i nie tylko. Po Bożemu.
Słuchając przypomniałem sobie powiedzenie mojej dawnej moderatorki z oazy: prawdziwa miłość ma imię, nazwisko i adres. I pomyślałem, że ta zwyczajna, wiejska mobilizacja do walki ze śniegiem to nic innego jak przełożenie Miłości i odpowiedzialności Wojtyły na język praktyki. Reszta jak w zajawce.
ks. Włodzimierz Lewandowski – „wiara.pl”

Czy kobieta jest człowiekiem?
Ja nie mam wątpliwości, ale...
Głośno ostatnio o absurdach dotyczących ogłoszeń o pracę. Mają być neutralne płciowo. Inaczej – do ukarania. I to finansowo bolesnego. „Cztery osoby pancerne i psiecko” – przerobił ktoś w tym duchu tytuł znanego filmu. Wojujące feministki się cieszą – kolejny sukces na drodze do równouprawnienia. Phi, dopóki mężczyźni, żyjący od kobiet średnio znacznie krócej, zmuszeni będą pracować pięć lat (!) dłużej niż kobiety, o żadnych równych prawach nie ma mowy. No ale tego owe panie jakoś widzieć nie chcą. Co nieciekawie świadczy zresztą o ich ogarnianiu rzeczywistości. Posłów, którzy za czymś takim głosowali też. Ważniejsze dla nich, żeby słowa oddawały różnice płci. Nie wiem po co. Jakoś sędziom czy kierowcom płci męskiej nie przeszkadza, że w mianowniku liczby pojedynczej są niby kobietami. Podobnie zresztą jak wszystkie „osoby”. Tak, „osoba stolarska” zamiast „stolarz” to w tej logice wskazanie, że chodzi o kobietę. Za to „człowiek”, ha, to zdecydowanie mężczyzna. I co owe panie na to? Już coś wymyśliły? Całe życie zżymałem się, kiedy ktoś żartował, że nie wiadomo, czy kobieta jest człowiekiem. Teraz, wychodzi na to, wojujące feministki owe męskie złośliwości pod adresem kobiet wspierają. Nie, nie dochodzimy w ten sposób do absurdu: my w tym absurdzie jesteśmy już wytaplani, wytarzani i skąpani. Głupiej już nie można.
Tak, wiem: język, którego człowiek (i człowieka) używa, kształtuje świadomość. I o przebudowę świadomości tu chodzi. Problem używanego przez ludzi języka, w znaczenie szerszej perspektywie poruszył niedawno w swoim przemówieniu do ambasadorów akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej papież Leon XIV. „Aby podjąć dialog – mówił – konieczne jest porozumienie co do używanych słów i pojęć. Odkrywanie na nowo znaczenia słów jest prawdopodobnie jednym z głównych wyzwań naszych czasów. Kiedy słowa tracą związek z rzeczywistością, a sama rzeczywistość staje się dyskusyjna i ostatecznie nieprzekazywalna, stajemy się jak dwie osoby – o których wspomina św. Augustyn – zmuszone do przebywania razem, nie znając języka drugiej osoby. Zauważa on – cytuję – że nawet zwierzęta nieme, choć odmiennego gatunku, łatwiej ze sobą towarzystwo zawrą, niż ci dwaj, co ludźmi są. Gdy bowiem nie można wzajemnie udzielić sobie swych myśli dla samej różności języków, nic nie pomoże nawet owo wielkie podobieństwo przyrodzone do towarzyskiego zbliżenia się ludzi; tak dalece, że milej człowiekowi z psem swoim obcować, niż z człowiekiem obcym”. I dalej: „W zawiłościach semantycznej niejednoznaczności język coraz częściej staje się bronią służącą do zwodzenia lub atakowania i obrażania oponentów. Na nowo potrzebujemy słów, żeby wyrażać jasno i klarownie jednoznaczne rzeczywistości. Tylko w ten sposób można wznowić autentyczny dialog bez nieporozumień”.
W dalszej części swego przemówienia Papież zwrócił uwagę na konsekwencje „gmerania” przy języku i nadawaniu słowom nowych znaczeń: ograniczenie wolności słowa. Mówił: „Należy również zwrócić uwagę na paradoks polegający na tym, że osłabienie języka często odbywa się w imię samej wolności słowa. Jednak przy bliższym przyjrzeniu się sytuacji okazuje się, że jest odwrotnie, ponieważ wolność słowa i wypowiedzi jest gwarantowana właśnie przez pewność języka i fakt, że każdy termin jest zakotwiczony w prawdzie. Bolesne jest obserwowanie, jak zwłaszcza na Zachodzie przestrzeń dla prawdziwej wolności słowa gwałtownie się kurczy. Jednocześnie rozwija się nowy język w stylu „orwellowskim”, który w dążeniu do coraz większej inkluzywności ostatecznie wyklucza tych, którzy nie podporządkowują się napędzającym go ideologiom”.
Wszystko? Nie. Działania takie powodują ograniczanie praw człowieka „począwszy od wolności sumienia” – wskazał Papież. I dalej wyjaśnił, jak ważne jest dla społeczeństw, by jednostka mogła „odmówić wykonania obowiązków prawnych lub zawodowych, które są sprzeczne z zasadami moralnymi, etycznymi lub religijnymi, głęboko zakorzenionymi w ich życiu osobistym”, czyli wyrazić tzw, sprzeciw sumienia. „Wolność ta – ciągnął dalej Papież – ustanawia równowagę między interesem zbiorowym a godnością jednostki. Podkreśla również, że prawdziwie wolne społeczeństwo nie narzuca jednolitości, ale chroni różnorodność sumień, zapobiegając tendencjom autorytarnym i promując dialog etyczny, który wzbogaca tkankę społeczną”.
Papież przeszedł potem do omawiania kwestii wolności religijnej, coraz częściej, także na Zachodzie, ograniczanej w imię różnych nowych ideologii. Kapitalne jednak co powiedział podsumowując ten wątek. Przypomnijmy: wskazując najpierw na problem jaki zaczyna się, niby niewinnie, od nadawania słowom nowych znaczeń, przez ograniczanie wolności wypowiedzi i zakazywanie sprzeciwu sumienia. A kończący się... Pozwolę sobie zacytować raz jeszcze:
„Powyższe rozważania skłaniają mnie do przekonania, że w obecnej sytuacji mamy do czynienia ze swoistym „zwarciem” w zakresie praw człowieka. Prawo do wolności wypowiedzi, wolności sumienia, wolności religijnej, a nawet prawo do życia są ograniczane w imię innych tak zwanych nowych praw, w wyniku czego sama struktura praw człowieka traci swoją żywotność i stwarza przestrzeń dla przemocy i ucisku. Dzieje się tak, gdy każde prawo staje się autoreferencyjne, a zwłaszcza gdy traci kontakt z rzeczywistością, naturą i prawdą”.
I o to w zasadzie w tym przebudowywaniu języka chodzi: by w imię różnych „nowoczesnych” idei pozbawić człowieka jego przyrodzonych praw. Tak, to naprawdę nowy totalitaryzm. Brońmy się przed jego wpływem, także śmiechem. Bo jeśli mu ulegniemy nie znajdziemy już argumentu, by chronić nasze podstawowe wolności.
Andrzej Macura – „wiara.pl”

Medyk o sytuacji, której nie da się zapomnieć.
„Wyciągnąłem igłę i wbiłem mu ją w klatkę piersiową”
W zawodowym życiu medyków jest tyle interwencji, że ciężko spamiętać je wszystkie. Są jednak takie, które zostają w głowie do końca życia. Jeden z takich przypadków opisał Jan „Yanek” Świtała, najsłynniejszy polski ratownik medyczny, który zabiera czytelnika w środek cyklonu, czyli do swojej pracy. Publikujemy fragment książki „Pędzę do Ciebie na sygnale. Polska przez szybę karetki”.
W jednej z gazet pojawiło się zdjęcie zrobione przez fotoreportera w momencie, kiedy byłem na miejscu zdarzenia może trzy minuty. Tak krótko, a nigdy wcześniej przy jednym pacjencie nie wykonałem tylu inwazyjnych procedur. Zaintubowałem go. Wbiłem mu dwie igły w klatkę piersiową. Założyłem opaskę uciskową. Darłem się na nagrywanej linii, że mamy urazowe zatrzymanie krążenia, że potrzebuję na SOR-ze chirurga i krwi.
I wszystko zadziałało. My zadziałaliśmy. Szpital zadziałał. Na Sali reanimacyjnej chirurg otworzył pacjenta, jeden narząd po drugim. Po dziesięciu minutach powiedział: – Proszę państwa, kończymy. Tu jest za dużo rzeczy, które powinny krwawić, a nie krwawią. To był wypadek samochodowy.
Mężczyzna z nieznanej przyczyny wjechał czołowo w ciężarówkę. Auto wyglądało jak kulka folii. Gdy tam dojechaliśmy, on jeszcze żył – blady, charczący. Miał amputację urazową nogi. Nie mogliśmy założyć opaski, bo nie dało się do niego dojść. Strażacy wycięli go z wraku. Gdy go wyciągnęliśmy, zatrzymał się. Zatamowaliśmy krwotok, zaczęliśmy resuscytację. Mieliśmy dwie opcje dojazdu do szpitali – identyczny czas. Zadzwoniłem do dyspozytora, żeby wybrał szpital, w którym jest krew i chirurg.
Moja pierwsza odma
Wracaliśmy właśnie z laryngologii, kiedy przyszło zgłoszenie. Nic konkretnego, tylko że mężczyzna spadł ze schodów. Wezwanie w kodzie „jeden”, czyli bardzo pilne. Takie wezwania to rutyna; nigdy nie wiesz, czy chodzi o stłuczoną kostkę, czy pękniętą czaszkę.
Podjeżdżamy w trzyosobowym zespole pod blok. Wchodzimy. Drzwi otwiera kobieta z dwójką małych dzieci, jedno na rękach, drugie uczepione spódnicy. Nikt nie mówi po polsku. Ona krzyczy w dziwnej, niezrozumiałej mieszance ukraińskiego i rosyjskiego. Nie wiemy, co się dzieje, a ona krzyczy na nas, ile sił w płucach. W środku bałagan jak z najgorszych koszmarów: wąskie przejścia, dywan na dywanie, porozrzucane zabawki, jakieś kartony, pudełka z plastiku i co tylko dusza zapragnie.
W jednym pokoju leży na podłodze mężczyzna w pozycji na boku. Jakieś sześćdziesiąt lat. Kręci się, próbuje coś powiedzieć, ale kompletnie nie da się z nim porozumieć. Powtarzam w głowie: „spadł ze schodów, okej, trzeba go zbadać”. Dopadam do niego, zaczynam go rozbierać i wtedy to widzę. Po prawej stronie klatki piersiowej ma gigantyczną podskórną odmę. Pod palcami poczułem coś jak folia bąbelkowa. Trzeszcząca tkanka, powietrze uwięzione pod skórą. To sygnał, że mechanizm urazu musi być poważny. Facet może i był pijany, ale zaburzenia świadomości mogły być równie dobrze spowodowane niedotlenieniem.
Próbuję z nim nawiązać jakikolwiek kontakt, ale on się kręci, wierci, nie da się go zbadać. Mówię więc do chłopaków: – Panowie, mamy najpewniej odmę. Zrobimy wszystko książkowo. Zmierzymy parametry, damy leki przeciwbólowe i odbarczamy.
Wszyscy wiedzą, co jest grane, plan jest prosty. Chwytam leżącego za rękę, chcę go tylko lekko przesunąć, żeby zmierzyć ciśnienie. I wtedy to się dzieje. On nagle się wypręża i sinieje. Przestaje oddychać. W takiej sytuacji nie ma czasu na konsultacje ani rozważania. Jednym ruchem wyciągnąłem z kamizelki igłę do odbarczania odmy i wbiłem mu ją w klatkę piersiową. Dosłownie w sekundę. Usłyszałem syk powietrza. Jego parametry minimalnie zaczęły się poprawiać.
To była dobra decyzja. Idziemy dalej. Wbijam drugą igłę. Podajemy leki, żeby go uspokoić. Musimy pacjenta wyciszyć, żeby bezpiecznie go ewakuować, bo zaczął być niepokojąco pobudzony. Przedzieramy się przez ten cały koszmar: dywany, zabawki, kartony, pudełka. Ja obładowany plecakiem, defibrylatorem. Wybiegamy na zewnątrz. A wtedy ta kobieta, która krzyczała na wejściu, zaczyna mi wpychać w ręce swoje dziecko i próbuje wejść do karetki, wciąż mówiąc tym swoim niezrozumiałym językiem. Muszę jednocześnie trzymać pacjenta na płachcie ewakuacyjnej i powstrzymywać ją przed wpakowaniem się do ambulansu. Obłęd.
W końcu jedziemy przez miasto na sygnale. Na jednym ze skrzyżowań zatrzymujemy się w poprzek pasa ruchu, bo stan pacjenta znów się pogarsza. Oddech słabnie. Ciśnienie spada. Powietrze ponownie narasta w jamie opłucnej. Znów biorę igłę. I jeszcze jedną. I kolejną. W sumie chyba sześć – cztery z plecaka i dwie swoje, bo były pod ręką.
Odma opłucnowa powstaje wtedy, kiedy powietrze dostaje się do jamy opłucnej, czyli przestrzeni między płucem a ścianą klatki piersiowej. Wzrasta tam ciśnienie, które zaczyna uciskać na serce. A jeśli serce jest ściśnięte, nie może się kurczyć. Płuca też nie pracują, bo nie mają możliwości, by się rozszerzyć i przeprowadzać wymianę gazową. Dlatego człowiek dusi się w środku, nawet jeśli drogi oddechowe są drożne. Postępowanie jest proste – trzeba nakłuć klatkę długą igłą.
Igła ma około dwudziestu centymetrów długości. Tak, czasem trzeba ją wbić głęboko. Tak, to wygląda dramatycznie. Ale w rękach medyka jest to procedura bezpieczna. W miejscu, w którym pracuję, żartują ze mnie, że mam największe zużycie igieł do odbarczania odmy w całym zespole. To prawda, zużyłem ich bardzo dużo. Po prostu trafiam na takie przypadki. A może raczej takie przypadki trafiają na mnie.
MANDO Jan Świtała – „deon.pl”

Nie ma już prawdziwych królów.
Prof. Jacek Bartyzel kończy 70. Lat
Profesor Jacek Bartyzel, jeden z najwybitniejszych polskich intelektualistów katolickich kończy dziś 70. Konserwatysta, historyk idei, znawca teatru i doktryny politycznej. Działacz opozycji antykomunistycznej. Współzałożyciel Ruchu Młodej Polski. Internowany w stanie wojennym. Z okazji jubileuszu publikujemy fragmenty wywiadów jakie z profesorem przeprowadził nasz redaktor Tomasz Rowiński. To ekskluzywny wybór tekstów dla portalu Aleteia z przygotowywanej książki-rozmowy.
Nie ma już prawdziwych królów
Jest Pan monarchistą?
Jestem monarchistą tak samo, jak drzewo jest zielone. Znaczy to, że bycie monarchistą należy do istoty mojego jestestwa, a nie jest jakąkolwiek przypadłością wynikającą choćby z analizy rozumowej dotyczącej jakości form ustroju. Ściślej mówiąc, analizy takie oczywiście prowadzę, zwłaszcza kiedy muszę o monarchii wykładać lub pisać, ale są one wtórne wobec tego pierwotnego błysku świadomości, że jestem monarchistą i nikim innym nie mógłbym być.
Jak to należy rozumieć?
Jestem przeciwieństwem Charlesa Maurrasa, który pisał, że nie ma une foi monarchique – wiary monarchistycznej, lecz jest monarchistą „naukowym”. Maurras do monarchizmu doszedł tak, jak inżynier budujący most, badający jakość i wytrzymałość materiałów. Ja mam tę wiarę, która jest dla mnie aktem takim samym, jak akt intuicyjnego wglądu rozpoznającego oczywistość istnienia Boga. Samo słowo „król”, a w kontekście Sacrum Imperium – Świętego Cesarstwa – również „cesarz”, ma dla mnie nadprzyrodzony blask, bardziej fascynujący, acz też nieco przerażający. Kiedy je słyszę lub wypowiadam, przenika mnie leciutki, a czasem nawet silniejszy, dreszcz, ma ono dla mnie barwę.
Jaka to jest barwa?
Słysząc je widzę kolory – przede wszystkim takie, jakie symbolizują monarchię: złoto, purpura, błękit – w kategoriach estetyki słowo to jest więc synestezją, barwnym słyszeniem. Czuję i myślę tak samo, jak Novalis, który w eseju Wiara i miłość, czyli Król i Królowa pisał że „król jest doskonałą zasadą rządzącą życiem państwa – zupełnie jak słońce w systemie planetarnym. Najpierw wokół tej zasady rodzi się najwyższe życie w państwie, atmosfera światła. Mniej lub bardziej ściemniona należy ona do każdego obywatela państwa. Dlatego też wypowiedzi obywatela w bliskości króla będą tak świetne i możliwie najbardziej poetyckie, czyli będą wyrazem najwyższego ożywienia”.
Co to znaczy być dziś monarchistą?
Poza tym, co znaczy zawsze – bycie wiernością prawowitości i opoce ładu – jest dziś przede wszystkim znakiem sprzeciwu. Sprzeciwu wobec nieporządku i perwersji duchowej, moralnej, politycznej, społecznej i kulturowej przenikającej współczesny świat, który jeszcze bardziej niż kiedykolwiek „we złem leży”.
W opozycji
W jakich okolicznościach został Pan internowany i jak wyglądał dla Pana ten czas?
Te okoliczności były dość oryginalne. W sobotę 12 grudnia pojechałem rano do Warszawy, aby odebrać z rąk Stefana Kisielewskiego przyznaną mi nagrodę Polskiej Fundacji Kulturalnej w Londynie w wysokości pięciuset dolarów, co wówczas było niemałą kwotą. Z Warszawy zamierzałem jechać do Gdańska, gdzie miało być posiedzenie Krajowej Komisji Porozumiewawczej „Solidarności”. Ale pociąg na Dworcu Centralnym był tak zatłoczony, że nie dałem rady do niego wsiąść, więc wróciłem do domu, do Łodzi. Wieczorem siedzieliśmy więc sobie w domu z żoną oraz z kolegą z biura prasowego Solidarności i rozmawialiśmy o sytuacji w kraju. Około jedenastej wypuściłem z domu psa – mieszkaliśmy na parterze – a po paru minutach usłyszałem jej szczekanie. Wyszedłem więc, otworzyłem drzwi do klatki schodowej, wpuściłem naszą suczkę, następnie mówiąc coś do żony, otworzyłem drzwi do mieszkania i chciałem je – nie patrząc za siebie – zamknąć, a tu czuję opór, ktoś je przytrzymuje, odwracam się i widzę, jak wchodzi ekipa: chyba dwóch bezpieczniaków po cywilu i dwóch mundurowych dla asysty. Mówią, że przyszli z nakazem internowania dla Małgorzaty Bartyzel, pokazują papier, ale zaraz jeden z nich dodaje: „A na Pana to my przecież czekamy w Gdańsku”. My przede wszystkim zastanawialiśmy się co oznacza to internowanie: słowo oczywiście znane, ale dotąd kojarzone przez nas jedynie z pozbawieniem wolności obywateli państwa, z którym się jest w stanie wojny. Oni zaś zabierają żonę, łaskawie mówią, żeby się ciepło ubrać, a mnie oznajmiają, że poczekają tu ze mną aż dostaną nowy nakaz internowania dla mnie. Trwało to dobre półtorej godziny, a dla mnie problemem do rozwiązania było, jak wyjąć z marynarki te nieszczęsne dolary i jakoś je w mieszkaniu ukryć. Pamiętajmy, że łatwo wówczas można było zostać oskarżonym o nielegalne posiadanie dewiz.
Udało się to Panu jakoś? To był przecież naprawdę poważny kapitał wtedy.
Na szczęście udało mi się to. Przy pomocy kolegi, który został i zajmował ubeków rozmową, a któremu później dałem klucze do mieszkania, żeby je zaniósł moim rodzicom. Kiedy już nakaz internowania przyjechał, zabrali mnie na Komendę Dzielnicową Milicji Obywatelskiej Lódź-Polesie, gdzie, jak się okazało, zbierali wszystkich internowanych i gdzie raz jeszcze spotkałem żonę i mogłem się z nią ponownie pożegnać. Tam wydarzył się dość niemiły incydent: zażądali ode mnie okularów, a przy mojej wysokiej krótkowzroczności bez nich niemal nic nie widziałem, więc odmówiłem. Wtedy esbek zerwał mi je z głowy, ja spontanicznie rzuciłem pod jego adresem „swołocz”, on wyrwał z kabury pistolet, wymierzył we mnie i syknął: „nie lubię tego języka”. Było to tak groteskowe, że mimo napięcia roześmiałem się i powiedziałem „patriota się znalazł”. On jeszcze chwilę we mnie mierzył, ale w końcu schował pistolet. Okulary oddali mi dopiero dwa dni później, w więzieniu w Sieradzu.
Sytuacja rzeczywiście nieco zabawna, ale z drugiej strony jednak nie do śmiechu…
Cóż, takie to były czasy. Gdzieś około drugiej w nocy wsadzili nas do suk. Kobiety zabrali osobno i zawieźli do aresztu w Sieradzu, a następnego dnia trafiły one do więzienia na Olszynce Grochowskiej w Warszawie. Po wyjeździe z miasta ktoś zauważył przez jakąś szparę, że jedziemy na zachód, czyli nie było najgorzej, bo nie „na białe niedźwiedzie”, do Rosji. Ale po jakimś czasie suka staje, każą nam wysiadać. Ciemno, głucho, las. Chyba Jacek Kwaśniewski, ekonomista z Uniwersytetu Łódzkiego, ojciec mecenasa Jerzego Kwaśniewskiego, prezesa Instytutu Ordo Iuris, mówi: „No, panowie, czas się pożegnać, bo chyba idziemy na rozwałkę”. Ale jednak nie, to było tylko takie przedstawienie, przewieźli nas w końcu do więzienia w Sieradzu. I tak to się zaczęło. Potem 6 stycznia zostaliśmy przewiezieni do Łowicza, gdzie dotarli także koledzy wcześniej przebywający w Łęczycy, a po likwidacji „internatu” w Łowiczu w sierpniu, tych, którzy nie zostali jeszcze wypuszczeni, przewieziono do Kwidzyna. Zostałem zwolniony jako jeden z ostatnich, 2 grudnia, choć ostatnie trzy miesiące spędziłem w różnych szpitalach. Żonę też zwolnili dopiero wówczas, kiedy wypuścili wszystkie kobiety, czyli 23 lipca.
U Szekspira
Jak rozumieć Szekspira wobec coraz bardziej uprawdopodabniającej się hipotezy o jego katolicyzmie, który musiał być zakamuflowany z powodu prześladowań protestanckich?
Badania kilku już pokoleń szekspirologów, a współcześnie przede wszystkim Hildegardy Hammerschmidt-Hummel oraz Ernsta A. J. Honigmanna, przynoszą coraz więcej argumentów na rzecz tezy o katolicyzmie Szekspira – oczywiście nigdzie nie zadeklarowanym, co w ówczesnej sytuacji czyniłoby go automatycznie winnym „zbrodni stanu”. Dla tezy o jego kryptokatolickim „rekuzanctwie” – od recuse, które to słowo oznacza odmowę uznania reformy i schizmy – istnieje wiele poszlak biograficznych, jak oficjalne oskarżenie ojca poety o „papistowskie praktyki”, świadectwo nieprzychylnych mu publicystów purytańskich, iż „umarł papistą” czy niechęć do niego zięcia – gorliwego purytanina. Przede wszystkim zaś trzeba wskazać na jego związek, jako nauczyciela domowego, z katolickim rodem Hoghtonów z Lancashire i więcej niż prawdopodobny pobyt w angielskim kolegium katolickim w Rzymie w 1585, 1587 oraz 1591 roku. Tam to w Księdze Pielgrzyma był rejestrowany jako Arthurus Stradfordus Wigorniensis, D. Shfordus Cestrensis i Gulielmus Clerkue Stradfordiensis, co nawiasem mówiąc rozświetla problem tak zwanych „straconych lat” w biografii dramaturga. Jedyne w całym jego dorobku nieprzychylne wypowiedzi o katolicyzmie – „papistach” i jezuitach, wraz z aluzją do spisku prochowego – padają z ust postaci odrażających.
To bardzo ciekawe. Z czyich ust padają te uwagi?
Chodzi o arcyłotra Aarona mówiącego pogardliwie o „sztuczkach papistowskich” (Tytus Andronikus, V, 1) i pijanego Odźwiernego w Makbecie. A i te są kontrowane ostrożnymi stwierdzeniami, iż „rzeczy te – to znaczy doniesienia o spisku – mają się dziwnie” (III, 6). Postaci zakonników są u Szekspira zawsze pozytywne, a klasztory przedstawiane jako miejsca dobroczynne. Wymowne są też istotne przemilczenia, na czele z brakiem najmniejszej wzmianki – a zatem i pochwały – o dokonaniu schizmy Kościoła Anglii w Henryku VIII. W wypadku pisarza protestanckiego byłoby to wręcz obligatoryjne, a w każdym razie naturalne. Nieustannie natomiast pojawiają się u Szekspira uporczywe stwierdzenia o „podłych czasach”, w których przyszło żyć bohaterom współczesnym i przeciwstawianie ich „dawnym, dobrym czasom”, kiedy „zbożny dzwon nas do kościoła wzywał” (Jak wam się podoba, II, 7).
A te nowe czasy jakie są według Szekspira?
Wypełnia je donosicielstwo, prowokacje, wygnania, konfiskaty, ściganie niewinnych, zdwajanie straży, zwłaszcza w nadmorskich portach, co odpowiadało realiom elżbietańskiej Anglii, gdzie tajne służby Walsinghama bezustannie tropiły przybywających potajemnie księży katolickich. Opis Delf w Zimowej opowieści, z których nadchodzi świadectwo o niewinności Hermiony przypomina papieski Rzym – ulubionym porównaniem pamflecistów protestanckich było ironiczne nazywanie papiestwa „wyrocznią delficką” – a posłańcy zachwycają się wspaniałością odprawianych tam obrzędów. Podobnie czcigodny król Poliksenes jest – jak papież – tym, który „wielu gości”. Nawet w błahej, farsowej Komedii omyłek wspomina się, że miejscem egzekucji w, pogańskim przecież, Efezie jest „posępna dolina” za klasztorem, czyli tak, jak to było naprawdę w ówczesnym Londynie, a ściślej w położonym w pobliżu stolicy (a dziś modnej i eleganckiej dzielnicy) Shoreditch, gdzie wykonywano wyroki śmierci na wykrytych i skazanych katolikach, a przede wszystkim księżach.
Poza kryptonimizowaniem osób i miejsc coś jeszcze wskazuje na katolicyzm Szekspira?
Jak dowodził angielski jezuita w wydanej po polsku, pod nieco mylącym tytułem – Czy Szekspir był katolikiem? – książce Paul Millward, cała struktura dramatyczna i fabuła, niektórych przynajmniej dramatów stradfordczyka, daje się zinterpretować alegorycznie i symbolicznie, jako spór katolicyzmu z protestantyzmem. Można tu wymienić takie tytuły jak Miarka za miarkę, Kupiec wenecki czy Zimowa opowieść. W tych dramatach ścierają się na przykład zasady miłosierdzia z bezdusznym rygoryzmem określanym mianem „skrupulatności”. Mianem „skrupulatnego” określa siebie „świętoszkowaty” Angelo, podobnie jak to czynili purytanie. Według Millwarda ściera się także integralność Tradycji (depositum fidei) z koncepcją sola scriptura, nawrócenie i pokuta, prowadzące do odzyskania utraconej łaski – symboliczne imię odnalezionej po szesnastu latach pokuty córki króla Leontesa, Perdita – z tezą sola gratia i sola fide.
Czy to rozstrzyga sprawę katolicyzmu Szekspira?
W świetle istniejącej bazy źródłowej nie da się jednoznacznie przesądzić, czy Szekspir był rzymskim katolikiem, ale z całą pewnością jego dzieło świadczy, że wyznawał typowo katolickie, a odrzucone przez protestantów, zasady dogmatyczne, jak wiarę w siedem sakramentów, w łaskę uczynkową, w czuwanie nad człowiekiem Opatrzności. Akcentował też wartość spowiedzi indywidualnej i pielgrzymowania do sanktuariów, kult świętych, a zwłaszcza Matki Bożej. Również wiarę w istnienie czyśćca, gdzie na przykład przebywa Duch Ojca Hamleta.
Tomasz Rowiński – „aleteia.pl”

W weekend w tv i na VOD: Królestwo niebieskie
Po spektakularnym sukcesie „Gladiatora” kwestią czasu było kiedy Ridley Scott nakręci kolejny taki film.
{youtube} KartNo8EDWY{youtube}
Taki, czyli historyczny, kostiumowy, epicki. Zabierający widzów w pełną heroicznych czynów podróż w czasie.
Przyszło nam czekać całych pięć lat. Wcześniej mogąc popatrzeć sobie na niezbyt udane „Troję” Wolfganga Petersena, czy „Aleksandra” Oliviera Stone’a. Wielkie budżety, wielki powrót kina sandałowego i… wielkie rozczarowania. Żaden z tych filmów nie powtórzył wyników nakręconego w 2000 roku „Gladiatora”. Nie stał się fenomenem. Obrazem kultowym.
„Królestwo niebieskie” także nim nie jest. A szkoda. Bo potencjał był spory, czego dowodem dłuższa, niemal o godzinę, wersja reżyserska tego filmu. Ale jej w kinach, w 2005 roku, widzowie nie mieli okazji zobaczyć. Tymczasem zapatrzony w Davida Leana (twórcę m.in. „Lawrence’a z Arabii”), Ridley Scott na kinie epickim zna się jak mało kto w Hollywood. I jeśli tylko dać mu wolną ręką, potrafi na ekranie wyczarowywać istne cuda.
Producenci zdecydowali jednak inaczej. Do kin wpuścili wersję mocno okrojoną i poszatkowaną, więc nic dziwnego, że widzowie nie zawsze byli w stanie się połapać o co tak naprawdę chodzi w tej krucjacie i kto tu jest kim w tej Ziemi Świętej.
Tymczasem w obsadzie m.in. Jeremy Irons jako Rajmund III "Tyberiasz" z Trypolisu, Eva Green w roli Sybilli Jerozolimskiej, Edward Norton (Baldwin IV Trędowaty), Liam Neeson wcielający się w rycerza Godfreya, Ghassan Massoud (Saladyn!) oraz nasz główny bohater, czyli Balian z Ibelinu grany przez Orlando Blooma. Aktora może i nieposiadającego „gladiatorskiej” charyzmy Russela Crowe’a, ale też nie tak kiepskiego, jak się go często postrzega. Obarcza winą za porażkę „Królestwa niebieskiego”, jakoby nie udźwignął ciężaru roli.
Wspomniana już wersja reżyserska filmu świadczy o czymś innym. Choć oczywiście i w trakcie jej oglądania można mieć pewne zastrzeżenia (niektórym krytykom przeszkadzał np. „antychrześcijański charakter” filmu).
Osobiście nie mam takiego, antychrześcijańskiego wrażenia, ale też, nie ukrywam, dałem się ponieść tej opowieści. Natomiast przed laty, na łamach „Gościa Niedzielnego”, ciekawie do sprawy odniósł się Marek Jurek, proponując widzom lekturę „Krzyżowców” Zofii Kossak-Szczuckiej.
Zestawienie tych dwóch opowieści dobrze pokazuje drogę, którą przeszła kultura Zachodu w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat...
- pisał Jurek w felietonie „Puklerz pokoju”.
Więc po seansie sięgnijmy też po książkę. Sam film zaś obejrzeć będzie można w niedzielę 18 stycznia o godz. 19:30 w HBO 2. On-line dostępny jest m.in. w HBO Max, Disney+, czy Apple TV.
Piotr Drzyzga- „wiara.pl”

Święci i błogosławieni w tygodniu
- 18 stycznia - św. Małgorzata Węgierska, dziewica
- 18 stycznia - bł. Regina Protmann, dziewica
- 19 stycznia - św. Józef Sebastian Pelczar, biskup
- 19 stycznia - św. Henryk z Uppsali, biskup i męczennik
- 19 stycznia - św. Mariusz, męczennik
- 19 stycznia - błogosławieni Jakub Sales, Wilhelm Saltemouche i inni, męczennicy jezuiccy
- 19 stycznia - św. Makary Wielki, opat
- 19 stycznia - św. Kanut Leward, król i męczennik
- 20 stycznia - św. Fabian, papież i męczennik
- 20 stycznia - św. Sebastian, męczennik
- 20 stycznia - św. Eustachia Calafato, dziewica
- 20 stycznia - bł. Euzebiusz z Ostrzyhomia, prezbiter
- 20 stycznia - bł. Angelo (Anioł) Paoli, prezbiter
- 21 stycznia - św. Agnieszka, dziewica i męczennica
- 22 stycznia - św. Wincenty, diakon i męczennik
- 22 stycznia - św. Wincenty Pallotti, prezbiter
- 22 stycznia - bł. Laura Vicuña, dziewica
- 22 stycznia - bł. Wilhelm Józef Chaminade, prezbiter
- 23 stycznia - błogosławieni Wincenty Lewoniuk i Towarzysze, męczennicy z Pratulina
- 23 stycznia - bł. Henryk Suzo, prezbiter
- 23 stycznia - bł. Mikołaj Gross, męczennik
- 23 stycznia - św. Ildefons, biskup
- 24 stycznia - św. Franciszek Salezy, biskup i doktor Kościoła
- 24 stycznia - bł. Paula Gambara Costa, tercjarka
- 25 stycznia - Nawrócenie św. Pawła, Apostoła
- 26 stycznia - święci biskupi Tymoteusz i Tytus
- 26 stycznia - święci Robert, Alberyk i Stefan, opaci
- 26 stycznia - św. Paula, wdowa
- 27 stycznia - bł. Jerzy Matulewicz, biskup
- 27 stycznia - św. Henryk de Ossó y Cervelló, prezbiter