3/1060 – 6 stycznia 2026 r. C.

Kto znajdzie Życie?
Pojawienie się Boga na ziemi budzi od początku przerażenie (jak u Heroda) i radość (jak u Mędrców). Wszystko zależy od nastawienia do świata, od systemu wartości. Kto chce dominować, będzie „alergicznie” reagować na obecność Boga. Kto natomiast szuka prawdy i dobra, ten ucieszy się każdym przejawem Bożej obecności.
Nam też Pan Jezus chce się objawić (jak Mędrcom). W tym celu „wysyła” do nas różne znaki swojej obecności. Jeśli je odczytamy, jak Mędrcy odczytali znaczenie gwiazdy, wówczas znajdziemy Go. Jeśli będziemy się Go bać, bo nie chcemy nic zmienić w swoim systemie wartości, wówczas Go nie znajdziemy, jak nie znalazł Herod.
„Kto straci swoje życie z Mego powodu, znajdzie je. A kto chce zachować swoje życie na tym świecie, ten je straci” – powiedział kiedyś Jezus.
o. Mieczysław Łusiak SJ – „Mateusz.pl”
Pełnia światła Bożego dla wszystkich
1. Parokrotnie w okresie Bożego Narodzenia była już mowa o Objawieniu Bożym, ale dopiero pod koniec tego okresu obchodzimy specjalną uroczystość poświęconą tylko temu faktowi w dziejach zbawienia. Nazywamy ją tradycyjnie świętem „Trzech Króli”, co jako nieścisłe nie odpowiada bogatszej treści obchodu. Dlatego grecka nazwa Epifania (= Objawienie), przejęta bez zmiany także do liturgii rzymskiej, jest jedynie właściwa. Nic dziwnego, że obchód ten w pewnym okresie dziejów liturgii był nawet wyższej klasy niż Boże Narodzenie, oceniane wówczas jako fakt ujawniony wobec małego tylko grona pasterzy betlejemskich i ich nielicznych słuchaczy. Przecież dopiero z czasem, i to stopniowo, miało nastąpić pełne Objawienie tak Izraelowi, jak światu pogańskiemu, że Mesjasz już nadszedł. Obchód dzisiejszy wraz z niedzielą następną ukazuje właśnie tę stopniową, bo za pomocą kolejnych kilku faktów ujawnianą, pełnię Objawienia.
2. Zaczynamy od zapowiedzi pełnego Objawienia. Trito-Izajaszowa wizja mesjańskiego szczęścia przyszłej Jerozolimy, stolicy dawnego Ludu Bożego, uwydatnia doniosłość darowanego jej światła, i to od samego Boga (chwała – to Jego wyłączny atrybut!). Najpierw światło to otrzyma sam Izrael, podczas gdy gęsty mrok spowija jeszcze ludy. Potem jednak przeważa akcent uniwersalistyczny, mocniej na różny sposób wyrażony. I tak w ślad za powracającymi wygnańcami izraelskimi, rozproszonymi po krajach, wszystkie narody pogańskie ciągną do Miasta Świętego jakby w procesji liturgicznej, by uczcić prawdziwego Boga. Przy tym niosą one w darze ofiarnym swoje niesłychane zasoby. Na ten widok radość rozpiera serca Ludu Bożego. Wprawdzie historyczny Izrael, jako w sobie zamknięty, nie doczekał realizacji tej wizji, ale doczekał jej nowy Lud Boży – Kościół. Do niego weszły i nadal wchodzą narody z zasobami ich kultur.
Tę nową objawioną rzeczywistość Ludu Bożego Nowego i wiecznego przymierza ilustruje drugie czytanie. Apostoł Narodów, św. Paweł, przypomina adresatom, chrześcijanom Azji Mniejszej, o niebywałej, jemu tylko danej łasce. Mianowicie jemu objawił Bóg zakrytą dotąd od szeregu pokoleń tajemnicę, że odtąd przez Ewangelię o zbawieniu w Chrystusie, głoszoną przez apostołów mocą Ducha Świętego, także wszystkie narody mogą dostąpić spełnienia obietnicy Bożej, przeznaczonej na czasy mesjańskie. Odnosi się ona do tego, iż także poganie, oczywiście jeśli w Niego uwierzą, należą jako pełnouprawnieni do nowego, już powszechnego Ludu Bożego. A co więcej – i to jest już nauka w Piśmie Świętym wyłącznie Pawłowa – ten Lud Boży jako całość jest w tajemniczy sposób jednym Ciałem Chrystusa. W tym zaś Ciele uczestniczą nawróceni poganie na równi z uprzywilejowanymi dotąd Izraelitami, a zatem są odtąd, jak i tamci, współdziedzicami Królestwa Bożego.
Spośród trzech faktów, objętych jedną nazwą tajemnicy Epifanii zamiast „Trzech Króli”, dzisiejsza Ewangelia opisuje historycznie pierwszy – hołd Mędrców ze Wschodu (ani „Króli”, bo nie są nimi w tekście „magowie”, ani „Trzech”, bo liczba została wysnuta tylko z ilości darów, a brak jej w tekście). Tych badaczy nieba sprowadza do Heroda Wielkiego przedziwne na nim zjawisko (nie tylko astronomiczne w rodzaju komety) – szczególny znak Bożego Objawienia. A Starożytny Wschód znał przepowiednie o Królu Żydowskim (Mesjaszu Izraela), inaugurującym nową szczęśliwą erę ludzkości. Magom zapewne znikła owa gwiazda, skoro po informacje udali się na dwór Heroda. Ten z kolei (Idumejczyk, nie Żyd!) przywołał kompetentnych przedstawicieli Żydów, by usłyszeć od nich proroctwo Micheasza o Betlejem Judzkim jako o miejscu narodzin Mesjasza. Tam zaś cudowna gwiazda wskazała Mędrcom dom (nie żłóbek!), gdzie było Dzieciątko wraz z Jego Matką. Złożyli więc Mu hołd wraz z darami.
3. Myślą przewodnią układu trzech czytań uroczystości jest Boża uprzedzająca dobroć, jawiąca się w dawaniu ludziom światła Objawienia. Można to określić jako posuwającą się etapami dziejową Epifanię Boga, który jako prawdziwe światło ich zbawia. Z tego długiego procesu, który zaczyna się już w raju, dziś nam się odsłaniają tylko trzy fakty zachodzące w ciągu przeszło sześciu wieków, ale ściśle ze sobą powiązane w Bożym planie przez ideę mesjańską. Tworzą one znów jakby tryptyk. Jego centralnym obrazem jest hołd Mędrców, którzy za przewodem gwiazdy i słowa Bożego odnaleźli prawdziwe Światło na oświecenie pogan – Jezusa Chrystusa. Lewym skrzydłem jest entuzjastyczna zapowiedź tego przyszłego światła dana Izraelowi jako Ludowi Bożemu w Izajaszowej Księdze Pocieszenia. Prawe skrzydło – to radosne stwierdzenie Apostoła, że Lud Boży Nowego Przymierza już cieszy się tym światłem ukazującym mu wzniosłe jego powołanie.
4. Homilia może się posłużyć dwoma jakby wektorami o kierunkach ruchu odwrotnych, ale uzależnionych od siebie. Można z jednej strony ujawnić Bożą, stopniową Epifanię światła, a z drugiej – odpowiedź na nią ze strony ludzi, tak całego Ludu Bożego, jak jednostek. Kresem Bożego ruchu Epifanii jest ukazany Syn Boży, Jezus Chrystus, „Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego” – ostatnie Słowo Ojca do nas wypowiedziane, a zatem Jedyny Nauczyciel. Dwojaką reakcję na Jego przyjście ukazują nam kolejno: odstraszający przykład Heroda i z nim całej Jerozolimy, zalęknionych o swoją władzę doczesną, potem obraz pozytywny – procesji ludów w stronę Kościoła, wreszcie cenny, jednostkowy wzór szukania absolutnego Światła tak rozumem, jak w pouczeniu Pisma – Mędrcy. Ich potrójny dar miłującej i pokornej wiary w Chrystusa uczcił w Nim Boga (kadzidło), Króla (złoto) i Odkupiciela, który za nas cierpiał i umarł (mirra).
Augustyn Jankowski OSB – „wiara.pl”
Trzech Króli 2026 r.A. Czy trzeba iść do kościoła?
Co to za święto i skąd się wzięło? Jak oznaczyć drzwi: C+M+B czy K+M+B? Tradycje, zwyczaje
6 stycznia obchodzimy uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli potocznie święto Trzech Króli. Jakie zwyczaje wiążą się z tym świętem? Czy 6 stycznia trzeba iść do kościoła? Wyjaśniamy, czym jest ta uroczystość i jak powinno się ją obchodzić.
Święto Trzech Króli, a właściwie Objawienia Pańskiego lub Epifania, to chrześcijańska uroczystość obchodzona na cześć objawienia się Boga człowiekowi, obecności Boga w historii człowieka, a także uzdolnienie człowieka do rozumowego poznania Boga. To święto na pamiątkę pierwszego spotkania Jezusa Chrystusa z innymi ludźmi niż Maryja i Józef.
Uroczystość Objawienia Pańskiego - W kalendarzu liturgicznym święto to nazywa się uroczystością Objawienia Pańskiego, bowiem według tradycji znacznie starszej niż obchody Bożego Narodzenia, to właśnie 6 stycznia Jezus objawiony został przybyłym ze wschodu trzem mędrcom, nazywanym także trzema królami, a w ich osobach objawiony został całemu światu.
Spotykamy się także z nazwą uroczystość Epifanii, co pochodzi od greckiego słowa oznaczającego właśnie objawienie. Język grecki był bowiem jednym z pierwszych języków chrześcijańskiej liturgii, a wytworzone w nim nazwy religijne w wielu wypadkach używane są do dziś.
Święto Trzech Króli - początek roku liturgicznego
Od pierwszych wieków chrześcijaństwa uroczystość ta była obchodzona zarazem jako początek roku liturgicznego. W średniowieczu mędrcy otrzymali korony, a święto zyskało nazwę Trzech Króli, jednakże mędrcy, o których mowa w piśmie, byli prawdopodobnie astrologami, którzy na podstawie analizy układu gwiazd doszli do przekonania, że wkrótce nastąpi jakieś bardzo ważne wydarzenie, że narodzi się wielki władca. Wyruszyli więc w drogę by w tym wydarzeniu uczestniczyć, choć zapewne do końca nie zdawali sobie sprawy w czym biorą udział.
W symbolice chrześcijańskiej zapisała się tradycja, że jeden z mędrców był czarnoskóry, drugi młody, a trzeci stary. Miało to symbolizować szacunek okazywany nowo narodzonemu Jezusowi przez cały ówczesny świat.
W późniejszych wiekach zaczęły się pojawiać rozmaite artystyczne wariacje na temat owych trzech króli, których ukazywano jako buddyjskiego mnicha na słoniu, czy muzułmańskiego władcę w otoczeniu zbrojnych z islamskimi symbolami. Tymczasem Islam powstał 622 lata po narodzeniu Jezusa.
Herod i rzeź niewiniątek
Co dalej działo się z owymi trzema królami? Wiemy tylko tyle, ile podaje Ewangelia, a mianowicie, że po oddaniu hołdu Jezusowi i obdarowaniu go stosownymi prezentami, powrócili do swych domów. Oczywiście szerokim łukiem ominęli Jerozolimę, gdzie czekał na nich miejscowy król Herod, by dowiedzieć się od nich gdzie właściwie urodził się ów wielki król, którego zapowiedzieli mu mędrcy w drodze do Betlejem.
Jak chce tradycja Herod, który był postacią historyczną, obawiał się, że ów nowo narodzony przyszły wielki król, może za jakiś czas zrzucić go z tronu. Nie doczekawszy się więc powrotu mędrców, którzy domyślili się intencji przyświecających jego zainteresowaniem dla ich wyprawy, Herod zdecydował się podjąć stosowne kroki prewencyjne dla zabezpieczenia swojego stanowiska. Zarządził mianowicie słynną rzeź niewiniątek, którą Kościół Katolicki wspomina 28 grudnia tzw. świętem młodzianków.
Uwiarygodnienie misji Jezusa
Warto zadać sobie pytanie dlaczego uroczystość Trzech Króli była tak ważnym świętem dla pierwszych chrześcijan. Otóż w pierwszych wiekach chrześcijaństwa przywódcom tworzącego się Kościoła zależało na podkreśleniu nieco innych kwestii niż dziś.
Dziś wysiłek nauczających nas religii skierowany jest na przekonanie wiernych, że życie Jezusa nie jest legendą. Tymczasem pierwsi chrześcijanie w ogóle nie mieli z tym problemu, żyli niemal współcześnie, a niektórzy z nich pamiętali apostołów. Nie musieli sobie udowadniać, że Jezus nie był postacią legendarną.
Dla nich - żyjących w świecie pełnym licznych kultów pogańskich - ważnym było uwiarygodnienie Jezusa jako Syna Bożego. Dowodem na jego wyjątkowość, miał być więc fakt, iż jego przyjście na świat było ważnym wydarzeniem dla wschodnich mędrców. Hołd przez nich złożony miał być swoistym uwiarygodnieniem jego misji i to właśnie starali się podkreślić twórcy uroczystości, która w kilka wieków później, w średniowieczu, przyjęła nazwę święta Trzech Króli.
Trzech Króli to jedno z pierwszych świąt, które ustanowił Kościół. W początkach chrześcijaństwa na wschodzie w ten dzień obchodzono nie tylko wspomnienie pokłonu Mędrców, Chrztu Pańskiego i przemiany wody w wino w Kanie Galilejskiej, ale także Boże Narodzenie.
W tym dniu tak świętym trzy cuda wysławiamy: dziś gwiazda przywiodła mędrców do żłóbka; dziś podczas godów woda stała się winem; dziś Chrystus dla naszego zbawienia przyjął od Jana chrzest w Jordanie.
W Kościele łacińskim święto zaczęło być obchodzone pod koniec IV w. jako święto niezależne od Bożego Narodzenia.
Następnie oddzielono od niego także święto Chrztu Pańskiego, które od tamtej pory przypada na niedzielę po 6 stycznia. Wspomnienie cudu w Kanie Galilejskiej wyznaczono z kolei na drugą niedzielę zwykłą w roku.
Objawienie Pańskie, według chrześcijan, ma być pokłonem złożonym Bogu Wcielonemu przez część świata pogan, ludzi z różnych warstw społecznych i narodów. Stąd późniejsze przedstawienie Mędrców (do dziś obecne w kulturze) jako trzech osób, z których jedna jest czarnoskóra, druga młoda, a trzecia stara.
Trzech Króli w kościele rzymskokatolickim jest świętem nakazanym. Oznacza to, że w tym dniu katolicy mają obowiązek wziąć udział w mszy świętej.
Trzech Króli - zwyczaje, obchody, oznaczenie drzwi. Co oznacza C†M†B?
Dawniej w dniu święta Trzech Króli święcono złoto, którym później dotykano szyi, a także kadzidło (żywicę z jałowca), służące do okadzania gospodarstwa. Zwyczaje te miały uchronić dom i jego mieszkańców przed chorobami i nieszczęściami.
Obecnie 6 stycznia zwyczajowo na drzwiach katolickich domów piszemy kredą C†M†B lub K†M†B z datą bieżącego roku. Obie formy są poprawne. Zwyczaj upowszechnił się w XVIII w. Litery te są skrótem od łacińskiego życzenia Christus Mansionem Benedicat (Niech Chrystus błogosławi temu domowi), a według św. Augustyna Christus Multorum Benefactor (Chrystus dobroczyńcą wielu).
Wielu uważa, że jest to skrót imion trzech Mędrców - Kacper, Melchior i Baltazar - przekazanych przez średniowieczną legendę. Znana jest także interpretacja skrótu jakie pierwszych liter łacińskich nazw wydarzeń świętowanych w Epifanię: Cogitum – Matrimonium – Baptisma (Poznanie – Wesele – Chrzest).
Trzech Króli - co to za święto?
Do tradycji święta Objawienia Pańskiego należy też przejście Orszaku Trzech Króli organizowane w wielu miastach Polski. Są to uliczne jasełka połączone ze wspólnym kolędowaniem. Orszaki organizowane są oddolnie przez mieszkańców przy wsparciu lokalnych biskupów i władz. W ubiegłych latach odbywały się m.in. w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Gdańsku, Bydgoszczy, Toruniu i Wrocławiu.
W tradycji prawosławnej święto Trzech Króli należy do 12 głównych świąt roku liturgicznego. Święto to łączy w sobie objawienie się Boga człowiekowi, Teofanię i pierwsze objawienie się Trójcy Świętej podczas Chrztu Pańskiego. Obchodzone jest 19 stycznia.
Luteranie, podobnie jak katolicy, obchodzą święto Trzech Króli 6 stycznia pod nazwą Epifanii.
6 stycznia wyznacza też początek karnawału, który trwa aż do wtorku przed środą popielcową.
6 stycznia to dzień wolny od pracy
Czy 6 stycznia jest dniem wolnym od pracy? 6 stycznia był dniem wolnym w czasach powojennych, aż do 1960 r., kiedy przepis ten został zniesiony ustawą Sejmu PRL. Prace nad przywróceniem dnia wolnego rozpoczęto na nowo w 2010 r., przy okazji nowelizacji Kodeksu Pracy. Od 2011 r. święto Trzech Króli znów jest dniem ustawowo wolnym od pracy.
Objawienie Pańskie – uroczystość
Obchodząc dzisiaj uroczystość Objawienia Pańskiego, chcemy spojrzeć na głównych bohaterów dzisiejszej Ewangelii. Są nimi król Herod oraz Mędrcy, którzy przybyli do Jerozolimy, aby odnaleźć nowonarodzonego Króla Żydowskiego. W tym celu wypytują o Niego i spotykają się z Herodem.
Spotkanie szlachetnych Mędrców ze żądnym władzy i zakłamanym królem można określić jako zderzenie światła i ciemności. Ewangelia mówi: „Gdy to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima” (Mt 2,3). Słysząc pytanie o nowonarodzonego Króla Żydowskiego, Herod wpada w panikę. Słynął on nie tylko z okrucieństwa i nieobliczalności, ale przede wszystkim z chorobliwego – neurotycznego lęku o władzę. To lęk człowieka, który chce zachować swoje „małe królestwo” i nie dopuszcza Boga do centrum życia. Czyż miałby stracić swoją władzę? Co będzie z jego królestwem? Po naradzie z kapłanami i uczonymi w Piśmie wysyła Mędrców do Betlejem, a sam decyduje się jeszcze zostać w Jerozolimie i przygotowuje plan na wypadek, gdyby cała historia okazała się prawdą. Mędrcy mają mu o wszystkim donieść. Naradza się z nimi potajemnie, ponieważ nie chce dać poznać swoim dworzanom, że poważnie myśli o zagrożeniu utraty władzy i lęka się o swoją przyszłość
A jak jest z nami? Czy lękamy się o naszą przyszłość? Lęk jest obecny w życiu ludzi. Wystarczy choćby przyjrzeć się badaniom jednej z pracowni sondażowych, która zapytała Polaków, czego obawiają się w 2026 r. Okazuje się, że nasze myśli najczęściej zaprzątają problemy z dostępem do służby zdrowia, obawy o pogorszenie zdrowia własnego lub bliskich. Boimy się o bezpieczeństwo kraju, a także o utratę pracy lub źródła dochodu. Wkrada się w nasze życie niepewność.
Trzeba postawić pytanie o źródło naszych lęków. Może jest to zbytnia troska o przyszłość? Jednak wydaje się, że przede wszystkim jest to zbyt mała wiara w miłość Boga, który stał się dla nas człowiekiem. Przecież przyszedł On po to, aby otworzyć nasze oczy i umysły na szerszą perspektywę oraz umocnić nasze zalęknione serca wizją Królestwa Niebieskiego, w którym jedynym Królem jest Jezus Chrystus.
Zbyt często zapominamy o „nowym niebie i nowej ziemi”, którą przygotowuje nam Bóg, a zatrzymujemy się na doczesności, tak jakby poza śmiercią nic nie istniało. Mędrcy uczą nas wiary w drodze – wiary, która nie zna wygodnych odpowiedzi, lecz umie iść, pytać, szukać i ufać nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez ciemność pustyni.
Kim oni byli? Byli poganami, a więc – w przeciwieństwie do Izraelitów – nie byli wychowywani w oczekiwaniu na przyjście Mesjasza. Jednak byli obdarzeni duchowym światłem i wewnętrzną tęsknotą za Bogiem, która znalazła wyraz w wytrwałym poszukiwaniu Go. Ewangelia mówi: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać Mu pokłon” (Mt 2,2). Bóg posłużył się naturalnymi zdolnościami ich rozumu i pozwolił im rozpoznać znak, który doprowadził ich do Betlejem. Byli ludźmi poszukującymi czegoś więcej – prawdziwego światła, które było w stanie wskazać jaką drogą w życiu należy podążać. Byli również przekonani o tym, że w stworzeniu istnieją ślady Boga, które człowiek może i powinien odkrywać. Dlatego poszli za gwiazdą – cudownym znakiem z nieba. Byli astrologami, a więc byli również przekonani, że istnieje związek między zjawiskami na niebie, a losem poszczególnych ludzi i wydarzeniami na ziemi.
Ci mądrzy ludzie nie żałowali więc ani czasu, ani kosztów, ani trudów i wyruszyli ze swoim orszakiem ku Jerozolimie – bo odkryli, że w ziemi Judzkiej miał przyjść na świat nowy Król żydowski.I oto obraz, który jest sercem tej Ewangelii: „Weszli do domu, zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon” (Mt 2,11).
To nie tylko scena sprzed wieków – to także zaproszenie dla nas. Mędrcy nie zatrzymali się na wiedzy, na ciekawości, na rozumowych poszukiwaniach. Droga wiary doprowadziła ich do adoracji.
Każdy z nas nosi w sercu własną „drogę Mędrców”:
– drogę pytań,
– drogę kryzysów,
– drogę niepewności,
ale również drogę, na której Bóg zaprasza, aby paść na kolana przed Jego obecnością.
Dlatego potrzebujemy ich determinacji – aby odnaleźć Tego, który jest źródłem pokoju i prawdziwego życia, Jezusa Chrystusa.
Prośmy dzisiaj Boga abyśmy, jak Mędrcy ze Wschodu, byli w stanie poznać Pana. Poznać – nie znaczy tylko rozpoznać, ale też ruszyć w drogę, szukać nie poddawać się, wypytywać kolejnych osób, tak jak mędrcy wypytywali żydowskich uczonych, aż dojdziemy do celu, aż zobaczymy Go „twarzą w twarz”.
Konkretnie: w adoracji, w modlitwie serca, w sakramentach, w Eucharystii – tam, gdzie On naprawdę jest.
Niech nasze życie stanie się drogą, która prowadzi do Betlejem – do spotkania z Jezusem.
o. Witold Radowski CSsR
Misjonarz Prowincji Warszawskiej Redemptorystów – Poznań
Paradoks spotkania
W tej historii było ich trzech.
Wędrowcy potrzebujący gościny. Zmęczeni drogą, głodni, spieczeni żarem. Autor zapisze, że wędrowali w najgorętszej porze dnia, czyli w momencie najmniej odpowiednim. Gdy ich zobaczył, od razu zaprosił do siebie i zaoferował, co miał. Ale to goście, odchodząc, złożyli swój dar, który był odpowiedzią na pragnienie Abrahama: obiecali mu potomka. Może powinienem napisać „obiecał”, bo to przecież sam Bóg przyszedł do Abrahama, co pięknie przedstawia Rublow na swojej słynnej ikonie.
Bóg błądzi po pustkowiach, szuka człowieka, by go spotkać, by być przez niego zaproszonym, by z nim rozmawiać, by w końcu go obdarować. Podobnie się dzieje w historii czytanej w dzisiejszej Ewangelii. Paradoksalnie ona również opowiada o Bogu, który w poszukiwaniu człowieka wychodzi bardzo daleko, zatrzymując się „o krok od nicości, tak blisko naszych oczu”.
Znów Bóg nie jest „u siebie”, znów jest wędrowcem, znów jest głodny i potrzebuje człowieka, by się Nim zaopiekował. Kolejny raz ten potrzebujący, szukający Bóg okazuje się tym, który obdarowuje, bo chociaż mędrcy złożyli dary, to jednak Jezus jest dla nich odnalezionym skarbem, upragnionym celem, wyczekiwanym królem. Skarbem „dla nas”, bo przecież owi mędrcy reprezentują tam wszystkich.
Idą za gwiazdą, ale przecież to On ją stworzył. Nie rodzi się w pałacu, żeby nie być odrzuconym przez jakąś opcję polityczną. Nie przychodzi na świat w świątyni, by mogli Go odnaleźć również poganie. Nie w bogactwie, by mieli do Niego dostęp również ubodzy. Przychodzi bezbronny, żebyśmy mieli odwagę Go przyjąć.
Miał rację francuski jezuita Henri de Lubac, gdy pisał, że chrześcijaństwo jest religią paradoksów. Jeden z nich polega na tym, że całe życie będziemy poszukiwać Boga, a gdy w końcu Go spotkamy, zrozumiemy, że tak naprawdę On całe życie wychodził ku nam, powtarzając nieustannie wypowiedziane niegdyś w raju tęskne „Gdzie jesteś?”.
Łukasz Janik OP – „wdrodze.pl”
6 stycznia uroczystość Objawienia Pańskiego.
Relikwie Trzech Króli spoczywają w Kolonii
W ostatecznym kształcie katedra obejmuje powierzchnię 6480 metrów kwadratowych, a więc przeszło pół hektara i w środkowej części wznosi się na 43 metry, a wieże na ponad 150.
Jeśli wierzyć pobożnej legendzie relikwie Trzech Króli znalazła w Jerozolimie św. Helena. W Kolonii ze względu na nie zbudowano bezcenny relikwiarz, ale i katedrę. Do jej znaczących twórców należy też Opolanin - Ernst Friedrich Zwirner z Kotlarni.
Zwirner uczestniczył w ostatniej, XIX-wiecznej fazie prac, choć poświęcenia świątyni nie doczekał. Urodzony w 1802 w Kotlarni w rodzinie mistrza hutniczego uczył się w gimnazjum w Brzegu, szkole budowlanej we Wrocławiu, wreszcie w Królewskiej Akademii Budowlanej w Berlinie. Kierowania pracami przy ukończeniu katedry w Kolonii podjął się w sierpniu 1833 roku, zatem mając zaledwie 31 lat. Katedrze poświęcił niemal drugie tyle, zmarł w 1861.
Jego wielką zasługą jest, iż - choć przystąpił do prac po blisko 300 latach przerwy - kontynuował je zgodnie z wizją mistrzów XIII-wiecznego gotyku, opierając się pokusom przeróbek renesansowych, barokowych czy klasycystycznych. Potrafił harmonijnie połączyć w całość dawne części katedry z dobudowanymi po 300 latach. Pomogło mu znacznie odnalezienie na początku XIX wieku oryginalnych planów budowy świątyni w tym rysunku elewacji zachodniej wraz z wieżami. Kolejne plany znajdowano w 1814 i 1816 w Darmstadt i w Paryżu. Zwirner miał więc na czym pracować. Wykazał się też duchem ekumenicznym. Był ewangelikiem, ale nie przeszkodziło mu to oddać się w pełni budowie wielkiej katolickiej świątyni, która wówczas - choć niezbyt długo - była najwyższą budowlą na świecie. Kiedy miał za sobą ćwierć wieku tej roboty, mieszkańcy Kolonii wykrzykiwali na jego cześć: Nasz Zwirner! Nasza katedra! Świątynię uroczyście poświęcono w roku 1880 za panowania cesarza zjednoczonych Niemiec Wilhelma I.
Skąd relikwie Mędrców ze Wschodu w Kolonii? Jeśli wierzyć pobożnej legendzie, musiały one przebyć bardzo długą drogę. W Jerozolimie miała je znaleźć św. Helena (matka cesarza Konstantyna, ta sama, która odnalazła krzyż Pana Jezusa). Zostały one przewiezione do Konstantynopola, a następnie - w IX wieku - do Mediolanu. I tu - w Italii - rozpoczyna się ich kolońska historia.
W 1162 roku cesarz Fryderyk Barbarossa zdobył Mediolan, a wraz z miastem relikwie mędrców, którzy przybyli z dalekich krajów uczcić Dzieciątko. Cesarz podarował je swojemu sekretarzowi, arcybiskupowi Kolonii Rainaldowi von Dassel.
Podarunek był o tyle cenny, że w świecie średniowiecza posiadanie relikwii bardzo podnosiło prestiż miasta, które mogło się nimi pochwalić. Jak dla Krakowa impulsem rozwojowym stały się relikwie biskupa i męczennika Stanisława, tak Kolonię miejscem pielgrzymek z całej Europy uczyniły szczątki Trzech Króli. I to jednym z najważniejszych, które mogło konkurować nawet z Jerozolimą, Rzymem, Akwizgranem czy Santiago de Compostela. Prestiż i znaczenie - w charakterystycznym dla tamtych czasów sporze cesarzy z papieżami - zyskał także Barbarossa. Stało się zwyczajem, iż cesarze niemieccy po koronacji w Akwizgranie zazwyczaj pielgrzymowali także do Trzech Króli w Kolonii.
Cenne relikwie początkowo przechowywano w starej katedrze pamiętającej panowanie Karola Wielkiego (prace przy relikwiarzu w kształcie trzynawowej bazyliki - unikatowym dziele sztuki - trwały na przełomie XII i XIII stulecia trzydzieści lat; prowadził je Mikołaj z Verdun, a po jego śmierci uczniowie).
O budowie nowej gotyckiej świątyni zdecydował w 1248 abp Kolonii Konrad von Hochstaden. W tym samym roku poświęcono kamień węgielny i rozpoczęto prace od wyburzenia romańskiego korpusu katedry. Ostateczny kształt nowej budowli nadał Gerhard z Kolonii. Legenda opowiada, iż mistrzowi, kiedy dało się już zobaczyć jakiś zarys przyszłej katedry, miał się ukazać szatan i zagrozić, że jeśli Gerhard prac nie przerwie, fundamenty zostaną zalane wodą. Przerażony budowniczy na dźwięk bulgoczącej wody miał się rzucić z rusztowania.
Budowa posuwała się do przodu wolno. W 1320 roku ukończono prezbiterium. Około 1400 dobudowano dwa piętra wieży południowej. Wielkiej i drogiej inwestycji nie sprzyjały trawiące Niemcy wojny religijne. W 1560 prace definitywnie przerwano. Gotowy był wówczas gotycki chór, przestrzeń ołtarza i trzy piętra zachodniej fasady z wieżami. Części nawy głównej i poprzecznej zbudowane były jedynie do nasady sklepienia i prowizorycznie zadaszone. W XVI wieku mówiono, iż wcześniej nastąpi koniec świata niż katedra będzie gotowa.
Ta przepowiednia na szczęście się nie sprawdziła. W ostatecznym kształcie katedra obejmuje powierzchnię 6480 metrów kwadratowych, a więc przeszło pół hektara i w środkowej części wznosi się na 43 metry, a wieże na ponad 150.
Nie da się jednoznacznie rozstrzygnąć, czy relikwie, które katedra kryje, są prawdziwe. Walter Schulte, nieżyjący już dyrektor Muzeum Diecezjalnego w Kolonii przekonywał, że najważniejsze jest, iż są one dla ludzi ważne, a cenny relikwiarz i ukryte w nim doczesne szczątki stanowią dla wiernych wyzwanie, by wraz z Mędrcami udali się na poszukiwanie Boga.
Krzysztof Ogiolda – „deon.pl”
Nowy Rok bieży
Właściwie powinienem napisać: Nowy Rok za ścianą. Jest środa, godzina 21:30. Za oknem cisza.
Nietypowa jak na ten czas. Zazwyczaj rozbrzmiewała muzyka. W remizie, Zielonej Szkole, okolicznych salach i klubach. Tym razem cisza. Na terenie gminy nie ma żadnej imprezy noworocznej. Znak czasu? Zmęczenie tłumem? A może zamykamy się coraz bardziej w wąskim, rodzinnym, przyjacielskim gronie, męcząc się spotkaniami z nieznajomymi, nie za bardzo wiedząc co powiedzieć poza „szczęśliwego Nowego Roku”, wyczuwając banał, płytkość, nawet lęk przed spojrzeniem drugiemu człowiekowi w oczy.
Odkładam na bok lekturę wszelkiej maści podsumowań i spoglądam na wiszącą obok biurka podobiznę Franciszka. Ołówek. Spojrzenie lekko zamyślone, ze skrywanym dyskretnie uśmiechem. Dzieło jednego z moich wychowanków. Wspomnienie nie tyle drugiego dnia Oktawy Zmartwychwstania. Patrzący na mnie papież chyba do końca życia będzie przypominał mi słowa, jakie wypowiedział u początków swego pontyfikatu, podczas pielgrzymki do Meksyku. Byśmy nie dali się sparaliżować próbami udzielania starych odpowiedzi na nowe wyzwania. To jakoś idzie za mną przez te lata i przyprawia o nerwowe drgawki za każdym razem, gdy słyszę: zawsze tak było (o czym pisałem kilka tygodni przed świętami).
Choć nie tylko nerwowe drgawki. Poszukiwanie nowych odpowiedzi na nowe wyzwania nie jest łatwe. Często związane bywa z samotnością i niezrozumieniem. Szukający ostrzegany bywa jako dziwak, któremu tak naprawdę nie wiadomo o co chodzi. Zdarza się, dochodzi się do ściany, a odpowiedzi na pytanie brak. Czyż nie w ten sposób właśnie dziś wielu myśli o Kościele w Polsce?
Od Franciszka przechodzę do pewnego starego, ale żyjącego jeszcze mnicha. Przed kilku laty pisał: będąc bardzo młodym chciałem zmienić cały świat, później – po kolei – swoje miasto, wspólnotę, parafię, na końcu siebie samego. Dziś, gdy przekroczyłem lat siedemdziesiąt modle się, by świat nie zmienił mnie. Sześćdziesiąty siódmy rok życia to czas, gdy człowiek zbliża się do tej ostatniej granicy, za którą pozostaje modlitwa o ocalenie od wpływów świata. Dużo czy mało? Zależy dla kogo…
Dobry moment, by przywołać wiersz/testament/modlitwę jednego z wrocławskich wychowawców:
Moje miejsce
Już nie marzę, że się niebo otworzy, gdy umrę.
Już nie marzę o aniołach, które wyjdą mi na powitanie,
o tęczy stubarwnej, o zadziwiającym koncercie ptaków jakiego dotąd nikt nie słyszał.
Teraz gdy najmniejsze postanowienie poprawy okazało się dla mnie zbyt ciężkie, marzy mi się ostatnie miejsce.
W domu Pana.
W przedsionku nieba mógłbym rozwiązywać buty zaproszonym do Królestwa (AK).
Kto wie, być może marzenie o ostatnim miejscu w domu Pana jest prostą modlitwą, wyrażającą błaganie o ocalenie od wpływów świata.
Tę modlitwę dedykuję sobie i wszystkim, którym daleko do radykalnych postanowień, zaczynania wszystkiego od nowa, oczekiwania na przełom. Dla których dzisiejsza noc jest dalszym ciągiem historii, pisanej przez Tego, „który jest, który był i który przychodzi”. On jest gwarantem naszej przyszłości. Choć – przyznać trzeba – boskie gwarancje niekiedy nijak mają się do ludzkich. Dlatego warto na nich polegać.
Niech nam Pan błogosławi…
Ks. Jankowski -„wiara.pl”
Oddaj. Wyrzuć. Usuń. Wykasuj. Odpuść.
Zrezygnuj. I zacznij na nowo
3 stycznia. Kurz już opadł po Nowym Roku, ale to wciąż początek. Jeszcze się nie zestarzały noworoczne myśli o zmianach, chociaż tak kusi, żeby je odłożyć i zacząć dopiero siódmego, gdy skończy się świętowanie.
Kusi, żeby się znowu, jak co roku łudzić, że tyle jest w naszym zasięgu, że mamy cały rok (choć kto powiedział, że naprawdę mamy rok? Od śmierci dzieli nas nieustannie kilka sekund, kilka centymetrów, a pierwszy stycznia nie jest gwarancją dożycia do kolejnego nowego roku). Kusi, żeby snuć duże plany, żeby mówić sobie „w tym roku to już na pewno”. Nie od jutra, bo wiadomo, że jest tylko dziś, ale od konkretnej daty. Która potem okazuje się nierealna – więc jeszcze od następnej. A potem następuje zwykła seria: zaczynasz bać się i odkładać. Nie mieć siły i odkładać. Mieć czas na inne rzeczy – i przesuwać, aż zrobi się za późno, aż czasu zostanie za mało, aż skończy się kolejny rok.
W efekcie nasze życie zapchane jest niedokończonymi planami, rozpoczętymi w realizacji marzeniami, próbami zmiany podjętymi do połowy. Dobrą metaforą tego zjawiska jest dla mnie nieskończona książka. Pisałam dawno temu pewną książkę. Nie skończyłam jej. I istnieje sobie taka nieskończona. Są ludzie, którzy chcą, żebym ją skończyła. Ja nie wiem, czy chcę, ale czuję jakiś obowiązek, pisarską powinność, dług zaciągnięty u świata: zaczęłam pisać, powinnam skończyć. Pod taką metaforę można podłożyć wiele rzeczy: trzymanie w garażu drutów i papierów, żeby wreszcie zrobić wymarzony abażur do lampy w salonie. Wystające zza szafy sztalugi, pamiątka po próbie zmierzenia się z talentem plastycznym: może nie szło ci źle, ale nie tak dobrze, by zachęcało to do dalszych prób, albo okazało się mniej fajne, niż się spodziewałeś. A może to nie sztalugi, tylko gitara? I te stosy książek nieprzeczytanych, co to się powinno teraz znać, albo zapisane podkasty, których należałoby posłuchać, albo te ubrania, do których wciąż chcesz schudnąć (albo przytyć), choć tak naprawdę sentyment masz do siebie z tamtego czasu, a nie do tych konkretnych dżinsów, które można kupić w aktualnie pasującym na ciebie rozmiarze. Te newslettery, które są takie fajne, ale nie masz czasu ich czytać, a finalnie sprawiają, że dostawca maila alarmuje o braku miejsca na koncie.
Zanim znajdziesz sobie nowe miejsca zaangażowania, nowe nawyki do wyrobienia, nowe pomysły do spełnienia – odpuść sobie stare. Powiedz sobie na głos, że to już nie jest dla ciebie, już cię nie cieszy, nie musisz kończyć tego swetra na drutach zaczętego pięć lat temu z fantastycznej wełny z australijskich owiec od ciotki Matyldy – choćby już nigdy nie było drugiej szansy na tę wełnę. Pozwól sobie na poczucie straty: odrzucasz coś, jak karty w grze, żeby zrobić miejsce na nowe karty, bo wszystkie się nie mieszczą w ręce. Przypomnij sobie, że chcesz grać, a nie tkwić w miejscu z tym, co masz z poprzedniego rozdania z nadzieją, że się przyda, że gra wreszcie dopasuje się do tego, co masz w ręce.
Oddaj. Wyrzuć. Usuń. Wykasuj. Odpuść. Zrezygnuj.
Skasuj stare maile, odpuść połowicznie zrealizowane projekty, zrezygnuj z hobby, które cię nie cieszy, oddaj książki, których przez dwa lata nie udało cię przeczytać, daj córce sąsiadki tę australijską wełnę, niech zrobi z niej najbardziej wypasione rękawiczki na osiedlu. Odrzuć rzeczy, które nie są już ważne ani potrzebne, działania, które zabierają za dużo energii, relacje, które ci nie służą, a tylko ciągną w dół.
Wtedy możesz zacząć planować. Bez bagażu. Bez balastu spraw od lat nieskończonych, na których kończenie nie masz już ochoty poświęcać energii. Bez wyrzutów sumienia, poczucia winy, obawy, że nie spełnisz jakichś oczekiwań. Wtedy możesz zapytać siebie, czego w tym roku naprawdę chcesz i w jakim kierunku dobrze będzie iść. I iść tam – małymi krokami albo dużymi, jak potrzebujesz. A jeśli jeszcze zapytasz o wskazówki i opinię kogoś, Kto zna cię najlepiej, bo cię stworzył – ten rok może być najlepszym rokiem w twoim życiu. Takim, w którym radość wraca, dobrze się oddycha, a odgracone ze starych nawarstwień życie odzyskuje lekkość i sens.
Marta Łysek – „deon.pl”
Jak zacząć nowy rok i się nie pogubić. O planach, celach i tym, co naprawdę ma znaczenie
Początek roku działa na nas jak obietnica nowego życia. Czujemy presję, by wszystko poukładać od nowa, naprawić błędy, zmienić siebie, wreszcie "zacząć na serio". Powstają listy celów, plany na każdy miesiąc, ambitne założenia dotyczące pracy, relacji, zdrowia i rozwoju. Problem w tym, że im więcej chcemy zmienić naraz, tym szybciej się gubimy. A nowy rok, zamiast być początkiem, bardzo szybko zamienia się w źródło frustracji.
Nowy rok nie zaczyna życia od zera
Jednym z największych mitów, jakie towarzyszą przełomowi roku, jest przekonanie, że wraz z pierwszym stycznia zaczynamy "od czystej kartki". Psychologicznie to bardzo kuszące, ale też bardzo nieprawdziwe. W nowy rok wchodzimy z tym samym ciałem, tą samą historią, tymi samymi ranami, nawykami i ograniczeniami. Jeśli w grudniu byliśmy przemęczeni, w styczniu nie stajemy się nagle wypoczęci. Jeśli coś nie działało przez ostatnie miesiące, sama zmiana daty tego nie naprawi.
Nowy rok nie jest resetem. Jest kontynuacją. I właśnie to uświadomienie sobie bywa pierwszym krokiem do tego, by się nie pogubić.
Dlaczego robimy sobie za dużo planów
Początek roku uruchamia w nas mechanizm kompensacji. Chcemy nadrobić wszystko naraz: zmienić dietę, zacząć ćwiczyć, czytać więcej, pracować lepiej, być bardziej uważni w relacjach, zadbać o rozwój duchowy, zawodowy i emocjonalny. Każdy z tych celów jest sensowny. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy realizować je wszystkie jednocześnie.
Psychologia jasno pokazuje, że nadmiar celów nie zwiększa motywacji, lecz ją paraliżuje. Mózg nie odróżnia "ambitnego planu" od "zagrożenia przeciążeniem". Kiedy lista postanowień jest zbyt długa, pojawia się napięcie, a potem rezygnacja. Nie dlatego, że jesteśmy słabi, lecz dlatego, że system, który sobie narzuciliśmy, jest nierealny.
Cele czy założenia? Różnica, która ratuje początek roku
Jednym z najczęstszych błędów jest mylenie celów z założeniami. Cele są konkretne i mierzalne. Założenia są kierunkiem. Nowy rok znacznie lepiej zacząć od tych drugich.
Założenie brzmi: "chcę żyć uważniej", "chcę mniej się niszczyć", "chcę dbać o siebie". To nie jest plan do odhaczenia, lecz punkt odniesienia. Dzięki niemu łatwiej podejmować codzienne decyzje, bez presji natychmiastowych efektów. Cele mogą się zmieniać. Założenia porządkują życie.
Paradoksalnie to właśnie założenia, a nie lista ambitnych celów, dają większą szansę na realną zmianę.
Zdrowie nie zaczyna się od siłowni
Na początku roku zdrowie bardzo często redukujemy do diety i aktywności fizycznej. Tymczasem zdrowie psychiczne i fizyczne to system naczyń połączonych. Jeśli jesteśmy chronicznie przemęczeni, niewyspani i w ciągłym napięciu, żaden plan treningowy nie zadziała długofalowo.
Zadbanie o zdrowie warto zacząć od rzeczy podstawowych: snu, regularnych posiłków, ograniczenia nadmiaru bodźców, realnych przerw w ciągu dnia. Dopiero potem pojawia się przestrzeń na kolejne kroki. Nie chodzi o perfekcję, ale o stabilność. Organizm potrzebuje przewidywalności bardziej niż intensywnych zrywów.
Nowy rok to dobry moment, by zapytać siebie nie: "jak schudnąć?", lecz: "co mnie najbardziej wyniszcza i co mogę z tym zrobić?".
Relacje też potrzebują planu – ale innego
Rzadko wpisujemy relacje na listę noworocznych postanowień, choć to one w największym stopniu decydują o jakości życia. Tymczasem relacje nie poprawiają się same. Nie naprawiają ich też ogólne hasła o "byciu lepszym człowiekiem".
W nowym roku warto zadać sobie bardzo konkretne pytania: z kim chcę mieć więcej kontaktu, a z kim potrzebuję zdrowszych granic? Które relacje mnie karmią, a które wyczerpują? Czasem największym aktem dbania o siebie nie jest "naprawianie wszystkiego", ale zgoda na dystans.
To także element zdrowia, o którym rzadko się mówi.
Dlaczego gubimy się już w lutym
Większość noworocznych planów nie upada dlatego, że były złe, lecz dlatego, że nie uwzględniały realnego życia. Chorób, gorszych dni, kryzysów, spadków energii. Tworzymy plany dla idealnej wersji siebie, a potem próbujemy realizować je w rzeczywistości, która ideałem nie jest.
Psychologicznie znacznie skuteczniejsze jest myślenie w kategoriach minimum, a nie maksimum. Zamiast pytać: "ile mogę zrobić?", warto zapytać: "co jest absolutnym minimum, które mogę utrzymać nawet w trudnym tygodniu?". To minimum buduje ciągłość, a ciągłość jest ważniejsza niż perfekcja.
Nie każdy rok musi być "produktywny"
Jednym z najbardziej destrukcyjnych przekonań, jakie wnosimy w nowy rok, jest konieczność nieustannego rozwoju. W kulturze celów, statystyk i porównań łatwo uwierzyć, że każdy kolejny rok powinien być lepszy, bardziej intensywny i pełen sukcesów. Tymczasem psychika, podobnie jak ciało, ma swoje cykle. Są okresy wzrostu, ale są też okresy regeneracji, wyciszenia i porządkowania strat. Rok, w którym uczymy się odpoczywać, stawiać granice albo odpuszczać to, co nas niszczy, nie jest rokiem straconym. Jest rokiem koniecznym. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbujemy zmusić siebie do produktywności w momencie, gdy najbardziej potrzebujemy odbudowy.
Nowy rok jako proces, nie projekt
Jednym z najbardziej uwalniających sposobów myślenia o nowym roku jest potraktowanie go nie jako projektu do zrealizowania, ale jako procesu. Proces zakłada zmiany tempa, korekty, momenty cofania się i uczenia na błędach. Projekt zakłada termin i efekt. Życie rzadko działa jak projekt.
Jeśli coś nie wyjdzie w styczniu, to nie znaczy, że "rok jest stracony". Jeśli wypadniemy z rytmu w marcu, nie oznacza to porażki. Nowy rok nie jest testem z konsekwencji, lecz przestrzenią do uczenia się siebie.
Małe decyzje mają większą moc niż wielkie deklaracje
Zmiana rzadko zaczyna się od przełomowych postanowień. Znacznie częściej rodzi się z drobnych, powtarzalnych decyzji, które na pierwszy rzut oka wydają się nieistotne. To, czy dziś pójdziemy spać pół godziny wcześniej. Czy zjemy regularny posiłek. Czy zrobimy przerwę zamiast kolejnej godziny przed ekranem. Czy pozwolimy sobie na dzień bez ambicji. Nowy rok nie potrzebuje wielkich haseł. Potrzebuje uważności na codzienność. Bo to właśnie codzienność, a nie noworoczne deklaracje, w dłuższej perspektywie decyduje o tym, czy się gubimy, czy stopniowo odnajdujemy.
Od czego naprawdę warto zacząć
Jeśli wszystko wydaje się zbyt skomplikowane, warto zacząć od jednego pytania: co w moim życiu najbardziej domaga się uwagi tu i teraz? Nie za pół roku. Nie "kiedyś". Teraz.
Czasem odpowiedzią będzie zdrowie. Czasem relacja. Czasem odpoczynek. A czasem zgoda na to, że ten rok nie będzie spektakularny, ale wystarczająco dobry.
Nowy rok nie musi być przełomem. Wystarczy, że będzie bardziej świadomy niż poprzedni. To naprawdę dużo.
Julia Hap – „deon.pl”