W BLASKU MIŁOSIERDZIA
29/1085 – 28 czerwca 2026 r. A.
INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA

Niedziela, 28 czerwca 2026 r.
XIII NIEDZIELA ZWYKŁA (rok A)
Kolor szat liturgicznych: zielony


Komentarze do czytań Bractwa Słowa Bożego
Sara z Księgi Rodzaju, Anna z 1 Księgi Samuela, Elżbieta z Ewangelii Łukasza, bogata Szunemitka opisana w 2 Księdze Królewskiej… to tylko niektóre z biblijnych kobiet, które doświadczały trudu, smutku, niekiedy również poniżenia ze względu na swoją niepłodność. W kulturze, w której są zanurzone teksty obydwu Testamentów, brak potomstwa w małżeństwie był uważany za brak błogosławieństwa Boga.
Dzisiejsze czytanie podejmuje ten ważny dla Pisma Świętego wątek. Czy bogata kobieta z Szunem wie, że Elizeusz ma moc wyprosić dla niej u Boga dziecko, syna? Czy nakłanianie przez nią proroka do tego, by zatrzymał się w domu jej i jej męża, jest ludzką kalkulacją szans na posiadanie potomstwa?
Tekst biblijny nic o tym nie wspomina. Możemy zatem ze spokojem pozostawić podobne domysły na boku. Spójrzmy raczej na to, co Biblia nam mówi wprost – dobro się mnoży! Jeśli widzisz kogoś, kto nosi w sobie Boga, kto mocno wierzy i jest blisko Niego, to warto przygotować tej osobie „pokój na górze”, a pokój Boży wejdzie wraz z nią do naszego domu i – jeśli tylko tego będziemy chcieli – z nami pozostanie.
Komentarz do psalmu
Czy umiem się cieszyć? Liturgiczny fragment Psalmu 89 każe nam dzisiaj odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli w radości śpiewam o łaskach Pana, jeśli głoszę Jego wierność swoimi ustami, jeśli chodzę w blasku Bożej obecności… odpowiedź będzie pozytywna. Potrafię!
Radość, choćby najbardziej wewnętrzna i głęboka – musi znaleźć swoje ujście. Trzeba ją wyrazić. Prawdziwą radością trzeba się podzielić z drugim człowiekiem. Dlatego Psalm 89 jest pod każdym względem nastawiony na wspólnotę, a chodzenie w Bożej obecności nigdy nie będzie samotną wędrówką. „Błogosławiony lud, który umie się cieszyć!”.
Komentarz do drugiego czytania
Pogrzeb Chrystusa może nam umknąć. Częściej patrzymy na Jego mękę i krzyż, na Jego zmartwychwstanie i późniejsze chrystofanie niż na grób. Tymczasem już pierwsze teksty chrześcijaństwa podkreślały również pogrzeb Jezusa: „przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my postępowali w nowym życiu – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca” – pisze św. Paweł.
Skoro razem z Nim zanurzamy się w śmierci i wchodzimy do grobu, to zostawmy uczynki śmierci i ciemności w grobie. Wyjdźmy już bez grzechu, skoro dla niego umarliśmy.
Teraz już tylko jest życie – nowe i świadome życie w blasku zmartwychwstania. A jeśli wrócimy do grobu przez grzech, to nie wolno nam zapominać, że kamień został już odwalony, a drzwi są otwarte. Przed nimi czekają aniołowie w bieli i Jezus. Nie pomylmy Go z ogrodnikiem. Warto na powrót wyjść i wciąż wychodzić z grobu, jeśli znowu się tam znajdziemy.
Komentarz do Ewangelii
Dzisiejsza ewangelia jest o prawdzie. Veritas est adaequatio intellectus et rei – „prawda jest zgodnością intelektu i rzeczy” to klasyczna formuła definiująca prawdę.
Przyjąć proroka jako proroka. Przyjąć sprawiedliwego jako sprawiedliwego. Przyjąć Boga jako Boga.
To ostatnie sprawia nam trudność. Jeśli mam przyjąć Boga jako Boga, to nie mogę kochać nikogo bardziej niż Jego. Nawet matki i ojca, nawet syna i córki. Nie mogę kochać swojego życia bardziej niż Boga – mam wziąć na siebie cierpienie i krzyż, mam stać się godny Chrystusa, oddając swoje życie. Oddając Jemu swoje życie. To jest szaleństwo chrześcijaństwa, które chce realnie przyjąć Boga jako Boga. Chrześcijaństwa, które nie godzi się na fałsz, a szuka – tak, wciąż szuka (!) – prawdy.
I tutaj już nie wystarczą nasze ludzkie słowa. Nasza teologia będzie zawsze nieprecyzyjna, jak nasze słowa. One są potrzebne, ale gdy Jezus powie: „kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” nagle widzimy Jezusa w jedności z Ojcem. Nasz Pan powie coś jeszcze: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. Czy jestem godzien Jezusa, by wnosić Go wszędzie, gdzie tylko stanie moja stopa?
dr Mateusz Krawczyk – „bractwoslowa.pl”

„Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”.
Czytając dzisiejszy fragment Ewangelii mówiący o miłości Chrystusa i miłości najbliższych, przypomniała mi się postać Brytyjczyka, który przyjechał do Polski, by uczyć Polaków języka angielskiego.
Wszystko zaczęło się w Londynie, gdy był w kawiarni i zobaczył młodą kobietę. Było to w latach 90. ubiegłego stulecia. Rozpoczęła się rozmowa i okazało się, że kobieta pochodzi z Polski. Trwała transformacja ustrojowa, a ona mówiła, że jej ojczyzna potrzebuje nauczycieli języka angielskiego. Sama nie mogła wrócić do kraju, ale namówiła go, by pojechał do Polski i uczył angielskiego. Był do tego przygotowany: ukończył studia w Cambridge i odbył praktyki. Był zawodowym nauczycielem języka angielskiego.
Pojechał więc do Polski. Jednym z jego pierwszych uczniów był ksiądz i tak zaczęła się jego przygoda z katolicyzmem. Był zachwycony wiarą, pogłębiał ją i szybko wzrastał duchowo. Jego rodzice byli anglikanami, niezbyt praktykującymi. Gdy dowiedzieli się, że został katolikiem, na dwa lata zerwali z nim kontakt. Ucząc języka angielskiego, sam nauczył się języka polskiego.
W 2000 roku pojechał z pielgrzymką na Światowe Dni Młodzieży do Rzymu. Jak sam mówił, szukał odpowiedzi na pytania, które pojawiły się w jego sercu. W drodze powrotnej został zapytany, czy znalazł odpowiedź. Odpowiedział, że tak. Chce zostać księdzem, ale – jak powiedział – nie w Polsce, bo „wy macie wystarczająco dużo księży”, lecz w swojej ojczyźnie. Dla jego rodziców był to kolejny szok. Nie chcieli zaakceptować jego decyzji. Został jednak księdzem. Poznanie Chrystusa i zachwycenie się Nim doprowadziło go do takich decyzji, mimo że jego najbliżsi patrzyli na to zupełnie inaczej. Gdyby zwyciężyło przywiązanie do najbliższych, prawdopodobnie nigdy nie odbyłby takiej drogi wiary.
Dzisiejszy fragment Ewangelii jest częścią mowy misyjnej, przygotowaniem uczniów do wyruszenia i głoszenia Dobrej Nowiny. Jezus podkreśla, że podstawą tego głoszenia ma być miłość do Niego, przewyższająca miłość do najbliższych. Pozostałe miłości powinny być jej podporządkowane. Chrystus nie chce niczego człowiekowi zabrać, ale pomaga budować właściwe relacje i umieścić je na odpowiednim miejscu. Nie zawsze nam się to podoba.
Dalej słyszymy słowa: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien”. Warto zwrócić uwagę, jak brzmiały te słowa dla współczesnych Jezusowi. Śmierć na krzyżu była śmiercią haniebną. Rzymianie stosowali tę karę zwłaszcza wobec buntowników występujących przeciwko imperium. Miała ona być przestrogą dla innych. Użyty tutaj semityzm mówi o towarzyszeniu Jezusowi w poniżeniu, naśladowaniu Go, przyjęciu krzyża tak jak On oraz utożsamieniu się z Nim w cierpieniu. Wziąć swój krzyż oznacza zgodzić się na to, że wierność Chrystusowi nie zawsze będzie łatwa i nie zawsze spotka się ze zrozumieniem innych. Wydaje się, że nieraz przyzwyczailiśmy się do tych słów, a przecież niosą one ze sobą bardzo poważne konsekwencje. Ta droga krzyża nie bardzo nas zachwyca.
Jezus nie mówi jednak tylko o trudnościach ucznia. Pokazuje także, że wspólnota wierzących ma się wzajemnie wspierać i przyjmować. Znaczna część dzisiejszej Ewangelii mówi o gościnności: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto przyjmuje proroka jako proroka, nagrodę proroka otrzyma. Kto przyjmuje sprawiedliwego jako sprawiedliwego, nagrodę sprawiedliwego otrzyma. Kto poda kubek świeżej wody do picia jednemu z tych najmniejszych dlatego, że jest uczniem, zaprawdę powiadam wam, nie utraci swojej nagrody”.
Kim jest ten ktoś, kogo Chrystus do nas posyła? Najłatwiej dostrzec w nim księdza, osobę konsekrowaną czy kogoś z grupy ewangelizacyjnej. Na pewno również takich ludzi. O podobnym wydarzeniu opowiada nam dzisiejsze pierwsze czytanie. Kobieta z Szunem, która ugościła proroka Elizeusza, została nagrodzona obietnicą narodzin syna – znakiem Bożego błogosławieństwa. Przyjęcie wysłanników Chrystusa niesie ze sobą obietnicę uczestnictwa w ich nagrodzie.
Wydaje się jednak, że ten fragment Ewangelii powinien zwrócić naszą uwagę także na to, czy mamy czas dla drugiego człowieka. Czy potrafimy zobaczyć innych jako dar, a nie jako kłopot. Spotkanie z drugim człowiekiem i gościnność mogą przynieść dobro zarówno temu, kto przyjmuje, jak i temu, kto przychodzi.
Pisząc tę homilię i – oczywiście – będąc bardzo zajętym oraz przekonanym, że nie mam czasu, otrzymałem wiadomość, że będę miał gości. Po ich odjeździe pojawili się następni. Dobrze, że pisałem właśnie tę homilię, bo być może zmarnowałbym okazję, by zostać tak obficie obdarowany przez te bardzo miłe i owocne spotkania. W tych spotkaniach dostrzegłem działanie Chrystusa i Jego obecność (Osobiście uważam, że goście byli to wysłannicy Chrystusa).
Może warto w tym tygodniu zapytać siebie: czy w moich decyzjach Chrystus rzeczywiście zajmuje pierwsze miejsce i czy potrafię rozpoznać Go w tych, których stawia na mojej drodze?
o. Krzysztof Szczygło CSsR
Misjonarz Warszawskiej Prowincji Redemptorystów obecnie Przełożony Wspólnoty oraz rektor kościoła i Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy – Mościska (Ukraina)

Śmiałość w miłości
Miłość Boża to poważna sprawa, ale może nas dziwić i złościć nieco narcystyczno-zazdrosny ton deklaracji Jezusa, gdy kładzie na szali nasze najbliższe relacje i każe wybierać. Na samą myśl o cierpieniu i okrutnie haniebnej śmierci może się w nas budzić słuszny lęk. To wszystko ma prawo się pojawiać. Spójrzmy na to jednak z innej strony. Jakże wielka to miłość, skoro sama to wszystko przyjęła, przeżyła i przetrwała. Jakże wielka to miłość, skoro ma prawo oczekiwać od nas większego oddania niż jakikolwiek dostępny i znany nam smak zaangażowania w drugiego. Jakże wielka to miłość, skoro zaprasza nas do wzajemności i tak bardzo ufa, że nie zabraknie nam śmiałości w miłości.
Miłość Boża to poważna sprawa, bo to ostatecznie sprawa życia lub śmierci. Bóg zaprasza nas do życia, a jedyna pewna droga do tego życia, zwłaszcza w obliczu nieuchronnej śmierci, to, jak przypomina nam Święty Paweł, zjednoczenie z drogą Chrystusa. I nie chodzi tu nawet o konieczność bycia w emocjonalnej zażyłości z Jezusem lub osiągnięcie wyrafinowanego poziomu pobożności, choć każdemu należy tego życzyć. My już to mamy – całkowicie niezasłużenie otrzymany, niezgłębiony dar chrztu. On jest gwarantem, że nasze życie zostało zanurzone w Chrystusa i że trwając w Nim, żyć będziemy tu i po śmierci.
Miłość Boża to poważna sprawa, dlatego głoszenie jej jest tak ważne. Nie każdy jednak jest apostołem, nie każdy misjonarzem, nie każdy męczennikiem. Każdy jednak może mieć w tym swój udział, gdy zachowa uważność i gościnność wobec głoszenia, czyli otwartość na jakikolwiek rodzaj wsparcia dany temu głoszeniu. W ten prosty sposób można mieć swój udział w głoszeniu wszystkim, wszędzie i na wszystkie sposoby. A mieć udział w głoszeniu Słowa, to znaczy mieć udział w samym Słowie, które jest przecież niczym innym, jak tęsknotą naszego serca, Miłością Bożą.
Tomasz Mochoń OP – „wdrodze.pl”

Rządy Leona XIV nabierają kształtu przy okazji drugiego konsystorza
W dniach 26 i 27 czerwca papież Leon XIV zwołuje po raz drugi w swoim pontyfikacie pełne zgromadzenie kolegium kardynałów na nadzwyczajnym konsystorzu. To kluczowe spotkanie dla papieża, który traktuje je jako narzędzie zarządzania Kościołem, a zarazem budowania jedności.
W tym piątek wszyscy 241 członkowie Świętego Kolegium zostali zaproszeni przez Leona XIV do Watykanu, by wziąć udział w nadzwyczajnym konsystorzu. Zgodnie z prawem kanonicznym papież może zwołać takie zgromadzenie „gdy szczególne potrzeby Kościoła lub konieczność rozważenia spraw wielkiej wagi tego wymagają", aby kardynałowie „służyli mu pomocą". Zwołany konsystorz określa się mianem „nadzwyczajnego" w odróżnieniu od konsystorzów zwyczajnych – prywatnych lub publicznych – które dotyczą wyłącznie kardynałów przebywających w Rzymie. Konsystorz publiczny służy natomiast mianowaniu nowych kardynałów.
Jak sama nazwa wskazuje, konsystorz nadzwyczajny jest w teorii zjawiskiem wyjątkowym. Benedykt XVI nie zwołał ani jednego, dając pierwszeństwo konsystorzom zwyczajnym odbywającym się za zamkniętymi drzwiami (łącznie było ich pięć). Franciszek z kolei zebrał kardynałów na konsystorzach nadzwyczajnych tylko dwukrotnie: w 2014 roku w sprawie Synodu o rodzinie oraz w 2022 roku poświęconym reformie Kurii Rzymskiej. Ponieważ papież Franciszek nie stosował tajnych konsystorzy zwyczajnych jako narzędzia rządzenia, kardynałowie spoza Rzymu – po śmierci argentyńskiego pontyfika – wyrazili pragnienie, by zarządzanie Kościołem w większym stopniu uwzględniało wymiar kolegialny, a funkcja kardynalska nie sprowadzała się jedynie do roli wyborczej.
Właśnie w tym duchu Leon XIV, odpowiadając na postulat, który wyłonił się podczas konklawe, postanowił uczynić z konsystorza nadzwyczajnego jedno z kluczowych narzędzi swojego pontyfikatu. Nie zwoławszy dotychczas żadnego konsystorza zwyczajnego, szykuje się teraz do drugiego w tym roku konsystorza nadzwyczajnego – po tym ze stycznia, podczas którego ogłosił zamiar organizowania takich spotkań co roku, począwszy od 2027 roku.
Bogaty program
Leonowi XIV konsystorz służy do poznania poglądów i perspektyw kardynałów – zarówno tych z Rzymu, jak i przede wszystkim tych z całego świata – w sprawach zasadniczej wagi. W styczniu zaproponował im wybór dwóch spośród czterech tematów; kardynałowie ostatecznie zdecydowali się skupić na dwóch kluczowych zagadnieniach pontyfikatu Franciszka: synodalności (rozumianej jako partycypacyjny i inkluzywny wymiar Kościoła) oraz ewangelizacji. Oba tematy powracają podczas czerwcowego spotkania i zostaną pogłębione: pierwszy dotyczy sposobu, w jaki Kościół katolicki powinien głosić Ewangelię; drugi – wdrażania Synodu o przyszłości Kościoła, wielkiego przedsięwzięcia zapoczątkowanego przez Franciszka w celu otwarcia Kościoła na świat.
Zaplanowano jeszcze dwa dodatkowe bloki tematyczne. Pierwszy obejmie kwestie poruszone w encyklice Magnifica humanitas dotyczące katolickiej nauki społecznej, w szczególności rewizję pojęcia „wojny sprawiedliwej", wobec której encyklika wyraziła wątpliwości co do jego adekwatności we współczesnym kontekście. Drugi będzie poświęcony aktualnym podziałom w społeczeństwach, a także potrzebom tych, których głos Kościół zbyt rzadko bierze pod uwagę – punktem wyjścia ma tu być pojęcie „dobra wspólnego".
Podobnie jak w styczniu, dyskusje będą ściśle ograniczone czasowo, będą prowadzone w dużej mierze w małych grupach, a krótki czas zostanie zarezerwowany na swobodne wypowiedzi. Tak jak podczas poprzedniego spotkania, pierwszeństwo zabierania głosu będą mieli kardynałowie pełniący funkcje poza Rzymem, przed tymi z Kurii Rzymskiej lub na emeryturze.
Metoda Leona XIV
Z tego nowego stylu rządzenia wyłania się kilka wyraźnych tendencji. Przede wszystkim przekonanie, że wielkie tematy pontyfikatu – w tym te poruszone w encyklice – powinny być omawiane i dojrzewać we wspólnej refleksji z kardynałami w tej „kolegialnej" formule. Styl ten spotyka się z uznaniem: w styczniu wszyscy zagadnięci kardynałowie chwalili wyczucie papieża w słuchaniu innych. Leon XIV daje sobie i kardynałom długi czas na namysł nad ważnymi kwestiami, traktując ich głos jako wsparcie w podejmowaniu decyzji.
Dotyczy to zwłaszcza kardynałów działających poza Rzymem, gdyż papież świadomie dąży do tego, by za ich pośrednictwem docierał do niego głos chrześcijan z całego świata. Szczególną wagę przywiązuje do doświadczenia z pierwszej linii, faworyzując mniej znane głosy spoza kierownictwa Kurii. Dawny misjonarz w Peru szczególną uwagę poświęca regionom peryferyjnym, zwłaszcza tym najuboższym – zapowiedział bowiem wprowadzenie mechanizmu finansowej solidarności, który umożliwi wszystkim udział w konsystorium.
Rygorystyczne ograniczenie czasu wypowiedzi do trzech minut świadczy o dążeniu papieża do zwięzłości i skuteczności. W tym samym duchu wyraźnie promuje on pracę grupową, która pozwala wyłaniać ogólne tendencje. Zarówno w formie, jak i w treści, papież potwierdza, że poważnie traktuje kwestię synodalności – również w tych spotkaniach na najwyższym szczeblu. Nie chodzi mu jedynie o dotrzymanie harmonogramu odziedziczonego po Franciszku, który przewiduje etap wdrożeniowy do 2028 roku, kiedy odbędzie się wielkie zgromadzenie kościelne. Dla Leona XIV pewna forma synodalności może służyć jedności Kościoła. „Wychodząc, czuliśmy, że wszyscy jesteśmy spokojniejsi" – relacjonował jeden z kardynałów po styczniowym spotkaniu.
„Czuję potrzebę, by móc na was liczyć!" – powiedział papież do kardynałów. Pozostaje jednak jedna ważna niewiadoma: z jakimi kardynałami zamierza pracować w nadchodzących latach? By to ustalić, będzie musiał zwołać publiczne konsystorium zwyczajne. Zapytany o tę sprawę, papież nie wydał się traktować jej priorytetowo.
Camille Dalmas – „aleteia.pl”

W Kościele wykończy nas stanowość i lekceważenie kobiet
Jakie kategorie ludzi mamy w polskim Kościele? Księży, siostry zakonne, zakonników płci męskiej, świeckich i… kobiety. Ten nie dla wszystkich oczywisty, mentalny podział ma się świetnie i psuje nam relacje w Kościele jak mało co.
W Krakowie trwa synod diecezjalny. Słuchałam ostatnio wniosków z prac małych grup i jeden moment w dzieleniu się wnioskami niemal każdej z nich był dla mnie jak mała szpilka wbita w serce. Czemu? Bo jako pierwsza przedstawiana była struktura każdej grupy roboczej.
I tu kilka słów wyjaśnienia, żebyśmy dobrze się zrozumieli. Synod diecezjalny to precyzyjnie określona grupa osób z konkretnym celem, opisana w kodeksie prawa kanonicznego. Jest „zebraniem wybranych kapłanów oraz innych wiernych Kościoła partykularnego, którzy dla dobra całej wspólnoty diecezjalnej świadczą pomoc biskupowi diecezjalnemu”. Należą do niego z mocy prawa księża pełniący różne diecezjalne obowiązki (np. dziekani czy członkowie rady kapłańskiej). Prawo pozwala jednak biskupowi diecezjalnemu wezwać na synod innych wiernych według swojego uznania. W Krakowie kard. Ryś zadbał o to, by w składzie było dużo kobiet. I krakowski synod jest bardzo daleki od pomijania kobiet. Są ważne, mają głos. Ale sam fakt, że jest to mocno podkreślane, boleśnie wiele mówi o myśleniu w naszym Kościele.
Stąd właśnie te moje szpilki w sercu; bo przedstawienie grup zaczynało się zazwyczaj od słów „w naszej grupie było tylu księży, tyle sióstr zakonnych i tyle osób świeckich, a wśród nich taka liczba kobiet”. Z jednej strony to naturalne, bo oddaje różnorodność spojrzeń. Z drugiej – ani razu nie padło: „w naszej grupie było pięć osób świeckich, w tym dwóch świeckich mężczyzn i to było naszą wielką radością”. Ale w odniesieniu do kobiet właśnie takie zdanie się pojawiało.
I choć to oczywiste, że ze względu na okoliczności życiowe oraz czystą biologię inną perspektywę ma mężczyzna w funkcji księdza diecezjalnego, a inną kobieta w funkcji liderki wspólnoty (właśnie dlatego w życiu lubimy wiedzieć nie tylko to, co zostało powiedziane, ale także kto to powiedział), to jednak boli mnie to, dokąd doszliśmy jako Kościół, skoro jest w nas tak mocna potrzeba podkreślania obecności kobiet. A jeszcze bardziej boli mnie to, skąd taka postawa się bierze: a bierze się z księżocentrycznej perspektywy, w której kobiety są nadzwyczajnością.
Dużym problemem takiej perspektywy jest to, że naturalny podział między płciami przeradza się dość często w podział dyskredytujący kobiety. Gdy takie podejście się utrwali, łatwo wtedy wpaść w drugą skrajność: część księży, chcąc zrównoważyć tendencję do lekceważenia kobiet, niemal gloryfikuje naszą obecność i głos.
Jedno i drugie mnie po prostu wkurza, jak łódź bujająca się zbyt mocno na boki. Życie tak mi się układa, że mam bardzo wiele relacji z mężczyznami po święceniach. Jedni traktują kobiety jak głupie dziewki nadającą się do mycia podłogi. Inni traktują nas jak królowe i zachwycają się naszą obecnością i opiniami bez względu na ich sensowność. I jest jeszcze ta część księży, która po prostu ma z nami, kobietami, normalne relacje. Piękne to jest. Funkcjonujemy razem w Kościele jako osoby wykonujące zadania według swojego powołania, talentu, miejsca służenia. Jeśli dzielimy się na "stan" duchowny, świecki albo, khy, khy, świeckokobiecy, to wyłącznie zadaniowo. Jesteśmy sobą i robimy to, co jest do zrobienia, najlepiej jak umiemy, wspierając się nawzajem. Mam mnóstwo przykładów tego, że się tak da, często wbrew „tradycyjnym” przekonaniom. I to jest doświadczenie bardzo wielu osób.
Dlatego bardzo mi się marzy zmiana w relacjach wewnątrz Kościoła. Bo wiem z doświadczenia, że to jest możliwe - porzucenie tej mentalnej stanowości. Stanowość była po to, by prosto określić wagę czyjegoś zdania i jego wpływ na rzeczywistość. Może dawno temu, w społeczeństwie szlachecko-chłopskim miała sens. Ale w czasach, w których wyższa edukacja i samostanowienie są normą społeczną, już dawno przestała mieć. A mimo to przetrwała w Kościele w bardzo nieciekawej formie. I zbyt wiele już razy spotkałam się z sytuacją, w której, gdy okazuje się, że wiedza lub opinia pochodzi od świeckiej kobiety, następuje nagły spadek poważania.
Ten problem dotyczy nie tylko Kościoła, bo poza jego strukturami mężczyźni podobnie potrafią lekceważyć zdanie kobiet. Ale w Kościele na „wyższość męskości” jest często nakładana jeszcze jedna warstwa, czyli „wyższość kapłaństwa”. I wtedy robi się naprawdę nieznośnie, gdy jakiś facet ze swojego mentalnego podwójnego piedestału próbuje wejść w kontakt z płcią przeciwną i im dalej w las, tym większy robi się kabaret z gorzkim śmiechem w tle. Można mówić, że to problem formacji, pozycji albo hierarchii (rozumianej jako struktura). Ale tak nie jest. To przede wszystkim kwestia brania całej Ewangelii na serio. A największa robota jest do wykonania w sercu i głowie konkretnej osoby. I to jest naraz zła i dobra wiadomość. Bo może i teraz nie umiemy. Ale możemy się nauczyć bez czekania, aż ktoś wymyśli jakiś "program formacyjny" i zrobi wszystko za nas.

Święci piłkarze: przykłady wiary na boisku i poza nim
Czy wiesz, że istnieją święci, którzy są pasjonatami sportu, a zwłaszcza piłki nożnej? Poniżej opowiemy Ci, kim oni są i jak mogą Cię zmotywować podczas Mistrzostw Świata w 2026 roku
Dla wielu piłka nożna to znacznie więcej niż tylko sport: to przyjaźń, praca zespołowa, wysiłek i pasja. Mało kto jednak wie, że również niektórzy święci i przyszli święci lubili biegać za piłką. Od papieży po młodych świętych. Nie traktowali oni sportu jako hobby, lecz postrzegali go jako szkołę cnót, w której mogli nauczyć się dyscypliny, koleżeństwa i wytrwałości.
Ale dlaczego sport może zbliżyć nas do Boga?
Zanim zaczniemy mówić o świętych, warto przypomnieć, że Kościół pozytywnie ocenia sport, gdy przyczynia się on do wszechstronnego rozwoju człowieka. Ojciec Święty Leon XIV podczas swojej niedawnej podróży do Barcelony, w kościele św. Augustyna w dzielnicy Raval, powiedział:
„Piłka nożna pomaga nam również przypomnieć sobie coś bardzo ważnego: że życie nie jest wyścigiem, w którym biegnie się w samotności, lecz grą zespołową, w której trzeba nauczyć się biec razem”.
Właśnie dzięki tym wartościom wielu świętych odnalazło w piłce nożnej zajęcie, które pomogło im wzrastać w cnotach.
Święci związani z piłką nożną
Oto kilku świętych, którzy w piłce nożnej odnaleźli sposób na rozwój ludzki i duchowy; możemy o nich pamiętać w trakcie tegorocznych mistrzostw świata w piłce nożnej 2026.
1
Święty Carlo Acutis
Ten młody święty nie postrzegał Eucharystii jedynie jako swojej drogi do nieba. Poprzez sport realizował swoją duchowość, ponieważ bardzo lubił grać w piłkę nożną ze swoimi przyjaciółmi i choć jego matka zapewniła ze śmiechem, że nie był w tym zbyt dobry, to jednak dzięki temu sportowi udawało mu się nawiązywać więź z przyjaciółmi i przybliżać ich do wiary.
2
Święty Jan Bosko
Ten święty o radosnym usposobieniu promował uprawianie sportu wśród dzieci i młodzieży. Dlatego też szczególnie angażował się w mecze piłki nożnej. Do dziś działają salezjańskie drużyny piłkarskie. Ponadto mawiał, że plac pełen bawiącej się młodzieży stanowi okazję do kształtowania ich serc i przybliżania ich do Chrystusa.
3
Święty Jan Paweł III
Ojciec Święty bardzo lubił ten sport i zanim został mianowany kardynałem, był bramkarzem swojej drużyny piłkarskiej w Polsce, skąd pochodził, dlatego był wielkim pasjonatem sportu i zachęcał innych do uprawiania go. Sam postrzegał sport jako skuteczne narzędzie kształtowania osobowości poprzez cnoty ludzkie.
Aleteia
4
Błogosławiony Benedykt Daswa
Ten człowiek założył drużynę piłkarską, którą nazwał „Mbahe Rebeldes da la Libertad” (“Mbahe – Rebelianci na rzecz wolności”). Założył ją po raz drugi, ponieważ w pierwszej drużynie zawodnicy zaczęli wykazywać niezdrowe zachowania, takie jak uzależnienia i wierzenia w amulety.
Ten błogosławiony był dyrektorem szkoły, dlatego zachęcał uczniów do dyscypliny poprzez sport; w ten sposób stworzył nową drużynę, w której promowano wartości i przyjaźń.
5
Święty Luigi Orione
Chociaż ten święty nie uprawiał sportu zawodowo, był wielkim pasjonatem aktywności fizycznej i edukacji młodzieży. Zawsze powtarzał, że zabawa jest doskonałym sposobem na to, by trzymać młodzież z dala od złych wpływów ulicy, a tym samym wspierać pracę zespołową i promować integrację społeczną. Lubił patrzeć, jak na podwórkach bawią się rzesze młodzieży, kształtując swój charakter, a jednocześnie zbliżając się do Jezusa w autentyczny i aktywny sposób.
6
Święty Pier Giorgio Frassati
Ten młody święty był pasjonatem aktywności na świeżym powietrzu, od wędrówek po mecze piłki nożnej z przyjaciółmi. Znany jest ze swojego charakterystycznego powiedzenia „verso l’alto” (w górę).
W ten sposób z wielkim zapałem wznosił swoją duszę ku Bogu, a tym samym dodawał otuchy swoim przyjaciołom, którzy towarzyszyli mu w tych przygodach. To właśnie dzięki piłce nożnej umocnił więzi przyjaźni.
Jak widać, piłka nożna to nie tylko rozrywkowy sport, ale także środek, który nas wszystkich łączy i uczy, że jest to również sposób na wspólne ćwiczenie duszy.
Karen Hutch - Artykuł jest tłumaczeniem z hiszpańskiego wydania Aletei.

Święci i błogosławieni w tygodniu
|
• |
28 czerwca - św. Ireneusz, biskup i męczennik, doktor Kościoła |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
30 czerwca - święci Pierwsi Męczennicy Świętego Kościoła Rzymskiego |
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
|
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|
|
• |
|