WZGÓRZA

 

W BLASKU MIŁOSIERDZIA

 

24/770                   -         14 czerwca 2020 r. A.

INTERNETOWE WYDANIE TYGODNIKA „WZGÓRZA W BLASKU MIŁOSIERDZIA”

„Błogosławieni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”

 

2

 

XI niedziela zwykła A

14 czerwca 2020 r.A.

 

4

 

Zarówno wybranie Izraela spośród innych narodów, jak i powołanie dwunastu Apostołów, to przykłady Bożych darów, na które człowiek sam nigdy nie jest w stanie sobie zasłużyć.

To darmowe działanie Boga, wypływające z Jego nieskończonej miłości do człowieka, w pełni ukazuje Paweł Apostoł, mówiąc, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami.

Każdy z nas ma dziś szczególną okazję do podziękowania Bogu za otrzymaną łaskę wiary i za dar zbawienia.

 

3

 

Byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza... Może dziś dobry czas, by jasno odciąć się od metod używanych w tym świecie i stać się lepszym, świętym? Człowiekiem po myśli Chrystusa? Wtedy świadectwo człowieka jest czytelne. Gdy ma Jezusa na ustach, ale jego styl niewiele się różni od stylu ludzi nie znających Boga, jak pociągnąć do Boga? Czym? Pustymi słowami?

„Bliskie jest królestwo niebieskie” – nakazał głosić swoim uczniom Jezus. Dziś to królestwo jest jeszcze bliżej. Właściwie już jest. Wśród nas. Choć w pełni objawi się dopiero przy końcu czasów, nastało już dwa tysiące lat temu. My też, jak kiedyś Żydzi, stajemy przed wyborem: za albo przeciw niemu. Innego wyboru nie ma, bo obojętność też jest wyborem. To chyba główna myśl czytań XI niedzieli zwykłej roku A.

 

5

 

W dzisiejszym numerze:
- Hojność dowodem wierności.
- Otrzymaliście – dawajcie.
- To wchodzi w krew.
- Modlitwa za kapłanów.
- Rola kapłana w sakramencie pokuty.
- Wyimaginowana wspólnota.
- Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

 

 

6

 

Hojność dowodem wierności.

Wśród wielu historii rodzinnych są i takie, które bulwersują i oburzają. Słuchając niektórych przykładów, człowiek zastanawia się, co w rzeczywistości się liczy...

W jednej z podradomskich rodzin wielodzietnych odeszli do Pana rodzice. Najpierw umarła mama, a niedługo później ojciec. Pozostało pięcioro dorosłych dzieci – rodzeństwa, które za życia żyło w ogromnej zgodzie, ciesząc się wzajemnie swoimi sukcesami i zwycięstwami. Piekło zaczęło się po śmierci rodziców. Okazało się, że gdy doszło do dzielenia spadku, trójka z pięciorga dzieci była bardzo niezadowolona z podziału majątku, jaki uczynili rodzice. Pretensje dotyczyły dziesięciu tysięcy złotych przyznanych najmłodszemu synowi. Rozpoczęły się rozprawy sądowe, niekończące się odwoływania od decyzji. Najgorsze jednak było to, że zgodne dotychczas rodzeństwo stanęło naprzeciw siebie, szkalując się nawzajem. Wywlekano najgorsze rzeczy z dzieciństwa i młodości. Pisano donosy, chcąc uprzykrzyć życie. Dziesięć tysięcy złotych stało się przyczyną waśni i sporów w rodzinie, w której do niedawna panowała miłość i wzajemny szacunek. Wydawało się, że nienawiść będzie trwała do końca życia. Jednak pewne wydarzenie w Dzień Zaduszny odmieniło życie tej rodziny. Otóż na nagrobku rodziców ktoś zostawił krótkie zdanie z Ewangelii, z dzisiejszej Ewangelii! Było to niejako przesłanie: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 9). Niektórzy z rodziny uważali to za głos zza grobu; inni za znak, którego nie można zlekceważyć. Do dzisiaj nie wiadomo, jak kartka z cytatem pojawiła się na grobie, ale stała się ona przełomem. Dla całej rodziny było to przesłanie: pogódźcie się, trzeba w życiu koncentrować się na dawaniu, a nie na braniu. Wszystko wróciło do normy. Wycofano pozwy z sądu, a rodzice mogą gdzieś tam z góry cieszyć się pojednaniem rodzinnym.

W dzisiejszej Ewangelii rozbrzmiewa to samo wezwanie Chrystusa: nie obliczajcie, tylko dawajcie, pamiętając, że wszystko, co macie, pochodzi od Boga. Spróbujmy zastanowić się nad sposobami wprowadzenia tego przesłania w życie.

Pan Jezus udzielił swoim uczniom na przykład władzy nad duchami nieczystymi, a także umiejętności uzdrawiania. My takiej władzy nie posiadamy, ale otrzymaliśmy trzy dary, które powinniśmy przekazywać innym.

Najpierw jest dar wiary otrzymanej na chrzcie świętym. Święty Augustyn tak pięknie pisał o roli wiary w naszym życiu: „Niech twoje wyznanie wiary będzie dla ciebie jakby zwierciadłem. Przeglądaj się w nim, by zobaczyć, czy wierzysz w to, co wypowiadasz. I każdego dnia raduj się swoją wiarą”.

Dzielenie się wiarą to udzielanie tego zwierciadła innym, to możliwość „przejrzenia się” kogoś we mnie. Oznacza to możliwość zobaczenia w moim życiu Boga, który wpływa na jakość życia, na wybory, na styl myślenia, mówienia i czynienia. Jest to po prostu wezwanie do takiej osobistej ewangelizacji osób, które spotykamy, aby ich „zarażać” ewangelicznym myśleniem. Można więc powiedzieć, że każdy z nas zobowiązany jest do przekazywania daru wiary, który otrzymaliśmy darmo na chrzcie świętym.

Mówiąc o dawaniu, nie można zapomnieć o innym ważnym darze, który związany jest z wiarą. Jest nim nadzieja, o której Cyprian Kamil Norwid pisał tak: „Nadzieja jest z prawdy, z niej doświadczenie i wytrwałość – ale i sąd jest z prawdy”. Tą prawdą jest fakt, że Chrystus zmartwychwstał i udziela każdemu łask do godnego życia. W chwilach trudnych świadomość opieki Bożej przynosi otuchę, pocieszenie. Dla człowieka wierzącego nie istnieje słowo „rozpacz”. Wlewając nadzieję w dusze innych, działamy podobnie jak apostołowie sprzed 2000 lat: uzdrawiamy innych ze smutków, zwątpień czy rozterek. Współczesnemu światu potrzeba ludzi nadziei, którzy czerpią swój optymizm życiowy z żywego kontaktu z Bogiem. Nie można o tym zapomnieć, bowiem ta nadzieja też nam jest dana niejako w depozyt.

Kiedy słyszymy w dzisiejszej Ewangelii o „wyposażeniu”, jakie otrzymali uczniowie, możemy im zazdrościć. Czy współczesny człowiek nie został jednak obdarowany sowicie, tak aby czynić podobnie jak apostołowie? Siłą i mocą uzdrawiającą każdego z nas jest miłość, którą Bóg nas obdarzył. Święty Augustyn dobitnie o tym pisał: „Wypełnieniem naszych czasów jest miłość. Oto cel, do którego zdążamy. Ze względu na niego biegniemy. Gdy go osiągniemy, znajdziemy, w nim pokój”. Gdyby nie zabrakło miłości w rodzinie, o której była mowa na początku, prawdopodobnie nie doszłoby do takich niesnasek i przykrości. Miłość jest darem, który każdy z nas otrzymuje ze względu na dziecięctwo Boże. Każdy jest zatem powołany do dawania tej miłości wszystkim napotkanym ludziom.

W dzisiejszej perykopie ewangelicznej Pan Jezus udzielił swoim uczniom władzy leczenia wszelkich chorób i słabości. Oni poszli i uzdrawiali, wypędzali złe duchy, oczyszczali trędowatych. My otrzymaliśmy wiarę, nadzieję i miłość. Dzięki tym darom możemy innych uzdrawiać, wskazywać lepszą perspektywę, wzmacniać. Będzie to możliwe jednak tylko wtedy, gdy weźmiemy sobie do serca słowa Chrystusa: „Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. Niech miłość Jezusa nas przynagla do dzielenia się z innymi tym, co otrzymaliśmy od Pana!                                                                          

ks. Janusz Mastalski

„Ekspres Homiletyczny”

 

 

7

 

Otrzymaliście – dawajcie.

Są takie chwile w życiu, gdy czuję się bezradny i porzucony. Rzeczywistość z jej problemami mnie przerasta i nie ma nikogo, kto potrafiłby mi pomóc. W takich sytuacjach ludzkie poklepywanie po ramieniu ze słowami: „Spoko, dasz radę”, sprawia, że narasta we mnie agresja. Chciałbym się wtedy po dziecięcemu schować przed całym światem, wtulić w dużego, silnego i ciepłego tatę, który obroniłby mnie przed kłopotami i moją własną frustracją. Uciekam do kaplicy, ale moja wiara jest, niestety, zbyt mała, by ON od razu wypędził ze mnie duchy złych myśli i bym doświadczył natychmiastowego poczucia bezpieczeństwa. (Ośmielam się do tego przyznać, bo sądzę, że nie jest to stan, który jest ci obcy). Potrzebuję wtedy czasu, siedzenia przed Najświętszym i wielokrotnego powtarzania sobie, że Pan jest dobry, że jest moim pasterzem, że mnie poniesie na skrzydłach orlich, bo jestem Jego szczególną własnością, że nie zostawi mnie samego, skoro był gotowy umrzeć za mnie, grzesznika. Pokój wraca bardzo powoli, myśli się prostują, wola się podnosi, a ja wychodzę z kaplicy, by znowu się mierzyć z rzeczywistością. Bywa, że jeden raz nie wystarczy, że przez kolejne dni wciąż na nowo żalę się przed Bogiem.

Czasami dostaję SMS z oddziału onkologicznego: „Jestem w szpitalu. Czekam na wyniki badań i ostateczną decyzję o tym, czy zostaję. Bardzo jestem słaba i obolała”. Albo dzwoni telefon i ktoś płacze, jak bardzo jest mu trudno i źle. Albo spotykam człowieka, który jest chory z bezsilności, uśmiercony swoją rozpaczą, zostawiony sam sobie – bo ludzie już nie wytrzymują jego biadolenia – opanowany przez duchy, które podszeptują mu absurdalne rozwiązania. Wtedy nie pozostaje nic innego, jak posłuchać Jezusa, który ponagla mnie słowami: „Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie”. I nie chodzi o żadne natychmiastowe cuda. Tylko o cierpliwe trwanie przy człowieku i zapewnianie, że wbrew wszystkiemu ON nie zapomniał o swoim dziecku, że wkrótce promyk nadziei przebije ciemne chmury.

Paweł Kozacki OP - ur. 1965, prowincjał polskich dominikanów, duszpasterz, przez wiele lat redaktor naczelny miesięcznika "W drodze". Mieszka w Warszawie.

„drodze.pl”

 

 

 

8

 

To wchodzi w krew.

Desperacko ruszył w drogę, bo uwierzył, że słowa „módlcie się nieustannie” nie są jedynie pobożnym życzeniem. Maszerujący przez 14 lat wędrowiec ma dla pokolenia epoki smartfonów mnóstwo bezcennych porad.

Nazywał siebie „tułającym się z miejsca na miejsce bezdomnym pielgrzymem” (strannikiem), a cały jego majątek stanowiły „na plecach torba sucharów, za pazuchą święta Biblia”. Wyruszył z rodzinnej wsi, położonej w centralnej części Rosji około 350 km na południe od Moskwy, bo na serio przejął się słowami Jezusa: „dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze” (Łk 13,33). I uczynił to celem swojego życia.

Na półki sklepowe trafiło pierwsze pełne wydanie tłumaczonych na wiele języków „Opowieści pielgrzyma”. Książka Wydawnictwa M przedstawia w bardzo przystępny sposób praktykę modlitwy nieustannej, zwanej też wewnętrzną, Jezusową czy modlitwą serca.

Nieustannie się modlić? Czy to naprawdę możliwe? „Gdyby to było niemożliwe i nieprzeparcie trudne, to Bóg nie nakazałby tego wszystkim” – bez zbędnego owijania w bawełnę odpowiada opisany w książce pielgrzym. I dodaje: „Stoisz czy siedzisz, chodzisz czy leżysz, nieustannie mów: »Panie Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną!«. Wzywania imienia Bożego należy nauczyć się lepiej niż oddychania. Ta metoda nieustannej modlitwy jest dogodna, łatwa i dostępna dla każdego, jeśli ma choć odrobinę ludzkich uczuć”.

Twarz jak głaz

Ewangelia wspomina o tym, że Jezus „uczynił swoją twarz jak głaz”. Proroczo widział to, co spotka Go w Mieście Pokoju, wyznaczył sobie cel i „nie oglądał się wstecz”. Podobnie można określić rosyjskiego wędrowca, który wyznaczył sobie jasny cel i nie zmienił tematu.

Jego „Opowieści” nie zestarzały się. Co więcej, wydają się coraz bardziej aktualne i mogą konkretnie pomóc Kowalskiemu, który zmęczony zjeżdża windą po wielu godzinach pracy w korporacji i między jedenastym piętrem a parterem może szeptać: „Panie Jezu Chryste…”. To bezcenny poradnik dla pokolenia, które żyje szybko i umiera szybko, i nie chce przyjąć do wiadomości, że życie duchowe to długi dystans, a nie efektowny sprint. Wschodni mnisi zalecali, by Modlitwę Jezusową odmawiać na początek… kilka tysięcy razy dziennie. Tytułowy pielgrzym przeszedł szmat drogi. Jego wędrówka trwała aż 14 lat i – jak wynika z badań literaturoznawców – przypadła na lata 1845–1859. Wędrowiec przemierzył niemal całą Rosję, od Morza Czarnego do Morza Białego, od Ławry Poczajowskiej przy granicy z Austro-Węgrami aż po Irkuck.

Ta opowieść twardo stąpa po ziemi i nie przypomina gęstych od metafor mistycznych rozpraw. To konkretne do bólu „tu i teraz”. Przykład? Gdy pielgrzym trafił do zamożnego gospodarza, z przejęciem opowiadał: „Kazali mi usiąść na krześle, pan owijał mi nogi onucami, a pani zakładała buty. Najpierw nie chciałem na to pozwolić, ale kazali mi siedzieć, mówiąc: »Siedź i milcz, Chrystus mył nogi uczniom«. Nie mogłem nic na to poradzić i zacząłem płakać; a oni też się rozpłakali”.

Obecny!

Opisywana w książce Modlitwa Jezusowa to konkretne narzędzie trwania w Bożej obecności uświadamiające nam, że słowa: „W Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” nie są pobożną metaforą. To wzywanie „imienia ponad wszelkie imię” i jednocześnie małe wyznanie wiary. Samo zestawienie słów „Jezus” i „Chrystus” nie jest, jak przyjęło się nad Wisłą, imieniem i nazwiskiem, ale rodzajem Credo: Jezus jest Chrystusem, czyli Mesjaszem.

Katechizm podpowiada: „Wezwanie świętego imienia Jezus jest najprostszą drogą nieustannej modlitwy i jest możliwe w każdym czasie”. Zachwyca mnie stwierdzenie: „Tylko Jego imię zawiera Obecność, którą oznacza” (KKK 2666). Gdy wypowiadasz imię Jezusa, to znaczy, że „Słowo staje się ciałem”.

To lekcja szacunku dla pokolenia, które na jednym oddechu wykrzykuje bezmyślnie: „Jezusmaria!”, i telewizyjnych lektorów, którzy krzyk: „Jesus Christ!” tłumaczą jako formę wulgaryzmu (słyszałem na własne uszy!).

Genezy modlitwy szukać należy w desperackim krzyku ślepca Bartymeusza: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” (to greckie Kyrie eleyson i starorosyjskie Gospodi pomiłuj). „To wystawianie czegoś na słońce, ponieważ oznacza trwanie przed obliczem Pana, który jest słońcem świata duchowego” – nauczał mnich Teofan Pustelnik, a Jan Klimak, opat klasztoru na Synaju, nie miał wątpliwości, że powtarzanie tej dewizy w rytm oddechu otworzy w końcu nasze serce na obecność samego Boga. „Uderz twego przeciwnika imieniem Jezusa; na ziemi w niebie nie uświadczysz bowiem równie potężnej broni” – pisał. „W tej modlitwie zawiera się cała Biblia. Wspomnienia przepaści grzechu przyzywa nieskończone miłosierdzie Boże” – dopowiadał Paul Evdokimov.

Często przywołuję opowieść znajomego paulina, górala z krwi i kości spod samiutkiej Gubałówki. Jadąc samochodem przez długi czas, kilometr za kilometrem szeptał: „Panie Jezu Chryste, synu Boga żywego…”. Gdy podjeżdżał na stację benzynową, jakiś facet bezczelnie wepchnął się swym autem pod dystrybutor. Krewki paulin otworzył okno samochodu i chcąc dosadnie wyrazić swe najgłębsze oburzenie, ryknął na cały regulator: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego…”. – Zrobiło mi się głupio i szybko odjechałem – opowiadał. – Jak widać, ta modlitwa naprawdę wchodzi w krew.

Bezimienny

Gdy przed laty dominikanie z Wydawnictwa „W drodze” wydawali „Opowieści pielgrzyma”, ukazały się one jako dzieło anonimowe. Dlaczego? Słoweński artysta o. Marko Rupnik, zapytany o jedną z najważniejszych cech artysty, bez zmrużenia oka odpowiada: „Pokora. Od XV wieku artysta zaczynał podpisywać swe dzieła. Postępujemy tak samo, bo nasza mentalność choruje. Pragniemy zajmować pierwsze miejsce”. Na Wschodzie twórcy ikon czy autorzy duchowych poradników nie podpisywali swych dzieł. Do dziś znajdziemy na półkach księgarń (np. monasteru w Supraślu) „bezimienne” książki. Przez lata „Opowieści pielgrzyma” uważano za anonimowe. Przełom nastąpił dopiero przed dekadą, gdy w moskiewskiej Bibliotece Narodowej znaleziono złożony z 15 części manuskrypt. Nie można było zaprzeczyć, że jego autorem był o. Arsenij Trojepelski, autor wielu duchowych dzieł, mający głębokie doświadczenie wzywania imienia Jezusa. „Opowieści” stanowiły integralną część kolekcji.

Ojciec Arsenij napisał je w klasztorze w Borowsku nieopodal Moskwy – wyjaśnia ks. prof. Józef Naumowicz, kierownik Katedry Historii Starożytnej na UKSW. – Nie przygotował jej do wydania, nie podpisał swoim nazwiskiem. Krążyła początkowo w odpisach, szczególnie pierwsza część, czyli pierwsze cztery opowieści, napisane w 1859 roku. We wprowadzeniu do książki o. Trojepelski zapewniał, że opisany pielgrzym rzeczywiście istniał, przedstawił nawet jego opis fizyczny („średniego wzrostu, temperament sangwinika”).

Gdy w 1821 roku północna Grecja wyswobodziła się spod tureckiej okupacji, kopia rękopisu dotarła aż na górę Athos (w tamtejszym klasztorze modliło się kilkuset rosyjskich mnichów). Po raz pierwszy książka ukazała się drukiem w Kazaniu w 1881 roku. Komuniści uznali dzieło za zakazane, ale po 1917 roku propagowała je rosyjska emigracja. Książka została wydana w 1930 roku w Paryżu i doczekała się przekładów na niemiecki, angielski oraz francuski.

Po prostu

Pielgrzym niesie Biblię. Drugą jego lekturą była Filokalia, czyli wybór najważniejszych pism ascetycznych od IV do XV wieku stworzony na świętej górze Athos. Wędrowiec znał ją w tłumaczeniu słowiańskim.

„Teraz tak chodzę i nieustannie odmawiam Modlitwę Jezusową, która jest mi droższa i słodsza od wszystkich rzeczy na świecie – opowiadał. – Nie czuję, że idę; czuję tylko, że się modlę. Kiedy łapie mnie silny chłód, zaczynam z większym natężeniem odmawiać modlitwę i cały się szybko zagrzewam. Jeśli zaczyna mnie ogarniać głód, częściej przyzywam imienia Jezusa Chrystusa i zapominam, że chciało mi się jeść. Kiedy choruję, przychodzi łamanie w plecach i nogach, zaczynam wczuwać się w modlitwę i już nie czuję bólu. Gdy ktoś mnie obrazi, od razu przypominam sobie, jak słodka jest Modlitwa Jezusowa; a wówczas zniewaga i gniew przechodzą i o wszystkim zapominam. Niczym się już nie martwię”.

To właśnie dzięki prostocie i przystępności książka rychło zyskała ogromną popularność i została zacytowana przez Dostojewskiego w „Braciach Karamazow”.

„Rzeczy Boskie są bardzo proste i bardzo łatwe. Ale zarazem trudne. Ze względu na prostotę” – przypominał o. Joachim Badeni OP, który doskonale znał tę metodę modlitwy. „Jedno zdanie powtarza się tysiące razy, aż wreszcie znika strona werbalna, słowa topnieją, zostaje tylko imię Jezus – opowiadał. – Tylko ono pozostaje i jest tak pełne światła, że prawie nie widzi się słowa, a samo światło, którym jest Chrystus. Wschód bardzo jasno widział piękno Boga, o czym się na Zachodzie nie mówiło albo mówiło bardzo rzadko, zbyt rzadko…”.

Od rozumu do serca

Podobno najdłuższą drogą, jaką trzeba przebyć, jest ta od rozumu do serca. Ustnie powtarzane wezwanie „Panie Jezu Chryste…” stawało się w życiu pielgrzyma coraz bardziej wewnętrzne. W końcu nie wymawiał już słów, ale kontemplował je w sercu. „Odczuwałem wtedy taką miłość ku Jezusowi Chrystusowi, iż wydawało mi się, że gdybym Go zobaczył, rzuciłbym się Mu do nóg i nie wypuściłbym ich z rąk, słodko całując je do łez” – opowiadał.

Czytałem jego opowieść po raz kolejny, a wskazówkami, które dotknęły mnie najmocniej, były fragmenty o trudnościach i przeszkodach, jakie napotykamy w modlitwie.

„Lekkość, ciepło i słodycz pokazują, że Bóg nagradza i pociesza za ten wysiłek ascetyczny, a ciężkość, ciemność czy oschłość oznaczają, że oczyszcza i umacnia duszę, i przez to pożyteczne cierpienie ją zbawia, przygotowując z pokorą do kosztowania przyszłych i pełnych łask rozkoszy” – podpowiada wędrowiec. Jak bezcenną wskazówką jest lapidarny zapis: „Wszystko jest miłe Bogu i wszystko zbawienne, cokolwiek by się działo w w czasie modlitwy”.

„wiara.pl”

 

 

 

9

 

Modlitwa za kapłanów.

Śmiertelnie chora kobieta leżała w łóżku w hospicjum i patrzyła w sufit. Pragnęła, żeby śmierć już przyszła, ale ta jakoś nie chciała nadejść. Zamiast niej pewnego dnia zobaczyła przystojnego, opalonego mężczyznę w średnim wieku. „Jestem Wojtek... Wojtek Nowak. Syn sąsiadów...”. Coś jakby zaczęło jej świtać w głowie.

Gość mówił dalej. „Chciałbym pani podziękować. To było czterdzieści lat temu. Jako mały chłopiec wspiąłem się na czereśnię. Siedziałem na drzewie i jadłem z apetytem owoce, gdy Pani się pojawiła i zapytała z uśmiechem: «Obce czereśnie lepiej smakują?». I zamiast na mnie nakrzyczeć, dała mi Pani wiaderko, żebym mógł narwać sobie jeszcze więcej”.

Zdziwiona kobieta nie pamiętała tego zupełnie. Niezrażony mężczyzna kontynuował swoją opowieść. „A potem wydarzyło się coś jeszcze. Dała mi Pani makulaturę. Były tam również czasopisma misyjne, które przeczytałem jednym tchem. Zafascynowany Afryką, odnalazłem powołanie i zostałem misjonarzem. Za wszystko teraz chcę podziękować”.

Kobieta westchnęła żałośnie. To było tak dawno, a dziś jest stara, chora i nieużyteczna. Wtedy misjonarz chwycił ją za dłoń i powiedział: „Wszyscy razem budujemy królestwo Boże. Każdy w swoim miejscu. Gdybyśmy my, misjonarze, nie mieli za sobą ludzi, którzy się modlą i cierpią – nic byśmy nie osiągnęli”. „Myśli Ksiądz, że ja tutaj, w moim łóżku, jeszcze mogę się jakoś przydać?” – zapytała cicho. „Nie jakoś, ale bardzo! Kto buduje, ten potrzebuje cementu. Kto pracuje dla królestwa Bożego, ten potrzebuje modlitwy i ofiar” – odpowiedział z żarliwością kapłan.

Wtedy starsza pani poczuła coś, co teolodzy nazywają charyzmą albo darem łaski, bo zrozumiała, jaki sens ma nadać swoim cierpieniom. W dłoniach, które mogły jeszcze pracować, leżąc na kołdrze, wyczuła paciorki misyjnego różańca. Każdy dziesiątek w innym kolorze, bo każdy oznacza inny kontynent.

Ksiądz jeszcze długo rozmawiał z nią o tym, że „żniwo wielkie, ale robotników mało”. Prosił, żeby modliła się do Pana żniw, aby do swojego żniwa posłał robotników.

Opowiadał jej o takich miejscach na świecie, gdzie docierają tylko misjonarze. Nie tylko ewangelizują, ale przede wszystkim pomagają ludziom w skrajnej nędzy i po prostu żyją z nimi, dzieląc ich niedostatek oraz problemy.

Tak jak napisał św. Marek: „Jezus (...) ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce niemające pasterza”. I swoich dwunastu uczniów rozesłał na cały świat.

W żadnym miejscu Ewangelii Pan Jezus nie powiedział, że nastąpił koniec żniwa. Bo nie ma okresu w historii, kiedy Ewangelia utraciłaby swoją moc albo kiedy grzesznicy nie mogliby być przyprowadzeni do Zbawiciela.

Nie tylko odległe kontynenty cierpią na brak księży. Problem ten dotyka obecnie Europy Zachodniej. Pustoszeją klasztory Niemiec, Austrii czy Anglii.

W jednej z parafii w zachodnich Niemczech umarł ksiądz staruszek. Kuria biskupia nie przysyłała następcy, bo go nie miała. Takich osieroconych parafii na terenie Niemiec jest już więcej. Rada parafialna dała ogłoszenie do prasy i do Internetu. Napisali, że parafianie z wdzięcznością przyjmą także księdza emeryta, nawet ze słabym zdrowiem i zapewnią mu opiekę. Ogłoszenie jednak przez długie miesiące pozostało bez odzewu. Nie było wyjścia. Do kościoła dojeżdżał ksiądz z odległej o pięćdziesiąt kilometrów sąsiedniej parafii, by przynajmniej w niedzielę odprawić Mszę Świętą i służyć innymi sakramentami.

Również Polska w ostatnich latach doświadcza znacznego spadku powołań kapłańskich i zakonnych. Dla wielu młodych ludzi praca kapłana wydaje się coraz bardziej niewdzięczna, a życie zakonne – coraz mniej ciekawe. Jednocześnie ze wszystkich stron słychać głosy dopominające się o duszpasterzy i o duchowych przewodników.

Dzisiaj, Siostry i Bracia, pytam: Co robimy w naszych domach, w naszych rodzinach, aby nie zabrakło powołań kapłańskich i zakonnych? Przecież ludzie ci nie spadają z nieba, nie rodzą się w rajskich ogrodach, oni wychowują się w domach takich jak wasze. Czy chciałabyś, Siostro, czy chciałbyś, Bracie, aby twój syn został księdzem? Aby twoja córka wstąpiła do klasztoru? Już słyszę przeczące odpowiedzi większości! Dlaczego nie?! Przecież wychować syna księdza lub córkę zakonnicę to wielka zasługa u Pana Boga.

Po Soborze Watykańskim II, który trwał trzy lata i zakończył się w 1965 roku, wiele zadań przejęli świeccy. Wspomnę tu chociażby katechizację, przygotowanie dzieci i młodzieży do sakramentów, zanoszenie chorym Komunii Świętej, prowadzenie spraw gospodarczo-finansowych parafii. Ale wciąż są takie funkcje, w których kapłan jest niezastąpiony.

Muszę to powiedzieć!

My, kapłani, potrzebujemy waszej modlitwy i waszego wsparcia. Czasami jest z nami tak, jak z byle jakimi żniwiarzami. Co z tego, że znaleźli się „robotnicy na żniwo”, jeśli są leniwymi i złymi robotnikami? Żniwo nadal nie zostanie zebrane. Dlatego trzeba się za swojego kapłana modlić. Jeśli wasz ksiądz jest gorliwy, módlcie się, aby taki pozostał, jeśli zaś się zaniedbuje, módlcie się o jego nawrócenie.

Siostry i Bracia!

Uwierzcie mi, czasami ciężko być księdzem. Ciężko słuchać grzechów innych i mieć świadomość swoich. Ciężko mówić: „To jest Ciało Moje”, kiedy moje takie słabe, chociaż duch ochoczy. Ale jestem szczęśliwy, gdy odwiedzam chorych z sakramentem pojednania, Eucharystią, gdy udzielam namaszczenia. Szczęśliwy jestem, gdy czasami udaje mi się kogoś pocieszyć i wzbudzić w nim nadzieję.

Kochani! Pamiętajcie, że drogi życiowe są różne i różne są powołania. Wszystkie jednak skupiają się na jednym: aby żyć miłością! Kochać Boga i innych ludzi – to najważniejsze! Kochając, na pewno będziesz dobrym ojcem, dobrą matką, nauczycielem, lekarzem i dobrym księdzem.

Ksiądz Pogodny

„Ekspres Homiletyczny”

 

 

 

9

 

Rola kapłana w sakramencie pokuty.

     Aby spowiedź była ważna i owocna, powinienem pamiętać o roli kapłana w tym sakramencie. Wyznając swoje grzechy Bogu, sam już uznałem, że popełniłem zło. Spowiednik, postawiony w miejscu umiłowanego Mistrza, słucha, by upewnić się, czy żałuję, by poradzić mi, jak pokonywać moje grzechy, oraz by mi udzielić sakramentalnego rozgrzeszenia, które przynosi Boże przebaczenie i łaskę wytrwania w dobrych postanowieniach.

     Muszę pamiętać, że kapłan również cierpi z powodu pokus. On wie, jak trudno jest oprzeć się grzechowi. Nieustannie ma w pamięci nakaz Chrystusa: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni" (Mt 7,1). Kapłan chce pomóc mi bardziej pokochać Boga. Dlatego doradzi, jak unikać poważnych okazji do grzechu - ludzi, miejsc lub okoliczności, które mogłyby łatwo doprowadzić mnie do obrazy Boga. Powinienem więc bez wahania prosić go o pomoc.

     Aby w pełni wykorzystać tę szansę, penitent może się przedstawić - nie z imienia i nazwiska, ale jako ktoś, kto już wcześniej rozmawiał na temat konkretnego problemu. To pomoże księdzu odświeżyć pamięć i uniknąć powtarzania tych samych rad. Pomoże mu również potraktować sytuację stosownie do okoliczności. Przykładowo, istnieje duża różnica pomiędzy osobą, która okazyjnie traci cierpliwość, a osobą, której częste i gwałtowne wybuchy złości doprowadzają współmałżonka do poważnego myślenia o rozwodzie. Ten drugi penitent może potrzebować stałej pomocy przez długi czas.

     Jest ważne, by spowiednik otrzymał jak najdokładniejszy obraz stanu mojej duszy. Czasami niektórzy uważają, że coś zyskali oszukując księdza. Tymczasem w rzeczywistości ranią tylko sami siebie. Czy byliby równie z siebie zadowoleni, gdyby udało im się wprowadzić w błąd lekarza, tak by zdiagnozował poważny atak serca jako napięcie mięśniowe w klatce piersiowej? Dzieje się dokładnie tak samo, jeśli doprowadzę lekarza mojej duszy do przekonania, że popełniłem mniej poważny grzech niż ten, którego się w rzeczywistości dopuściłem; niszczę po prostu swoje zdrowie duchowe.

     Przy wyznawaniu grzechów powszednich, czasami ważniejsze jest określenie skali problemu niż usiłowanie podania dokładnej liczby popełnionych grzechów.

     Jeśli mam wątpliwości, czy dany grzech jest ciężki czy lekki, powinienem porozmawiać na ten temat z księdzem podczas spowiedzi.

    Jeśli od mojej ostatniej spowiedzi nie przypominam sobie żadnego grzechu, mogę oskarżać się ogólnie z grzechów przeszłości, na przykład: "Nie przypominam sobie popełnienia żadnego grzechu ciężkiego od mojej ostatniej spowiedzi, ale chcę przeprosić Boga za wszystkie grzechy mojego życia, szczególnie za kilkakrotne opuszczenie Mszy w dzień święty bez przyczyny".

Johm P. Maguire i William B. Faherty SJ

“Adonai”

 

 

 

10

 

Wyimaginowana wspólnota.

Im jesteśmy starsi tym bardziej idealizujemy przeszłość. Cudowne dzieciństwo, idylliczna młodość, wspaniali dziadkowie, spotykani na każdym niemalże kroku bohaterowie, pełne kościoły, poczucie wspólnoty na uroczystościach religijnych, zwłaszcza na spotkaniach z papieżem. Zatrzymajmy się przy ostatnich.

Opowiadał jeden z moich profesorów jak przed laty, na krakowskiej procesji Bożego Ciała, spotkało się dwóch pierwszy sekretarzy PZPR. Jeden ze Skawiny, drugi z Nowej Huty. Towarzysz też tu? – zdziwił się pierwszy. Tak, bo ja jestem wszędzie, gdzie są przeciw.

Wbrew pozorom nie była to opowieść o dwóch partyjnych towarzyszach. W kilku zdaniach lubelski socjolog zobrazował pewien istotny rys polskiej religijności. Jest ona bardzo często formą sprzeciwu. Nie od dziś. Szwedzi, Turcy, Tatarzy, zaborcy, okupanci, komuniści. Stąd przedmurze chrześcijaństwa, czarne procesje, patriotyczne szopki i groby, my i oni. Owszem, zgromadzeni wokół religijnego sztandaru, często mający poczucie bycia większością i religijną siłą, ale zawsze okopani. Zawsze w relacji do wroga. Często rzeczywistego, coraz częściej wyimaginowanego. Nie od dziś przecież mówi się o katolicyzmie oblężonej twierdzy.

Zwolennicy takiego przeżywania chrześcijaństwa oczywiście znajdą dlań biblijne uzasadnienie. Od „nie jesteście ze świata” zaczynając, poprzez „świat będzie was nienawidził” na nie dawaniu „psom tego, co święte” kończąc. Paradoks polega na tym, że wyrwane z kontekstu nijak mają się do Jezusowej wizji królestwa, a już w zupełnej stoją sprzeczności z tak lubianym przez świętego Pawła obrazem Kościoła, będącego Ciałem Chrystusa.

Ostatni nie został przywołany przypadkiem, bo podział na swoich i wrogów, kiedyś bardzo czytelny, coraz mocniej zaczyna niszczyć kościelną wspólnotę. Żeby to jeszcze chodziło o tajemnicę Trójcy Świętej czy wiarę w prawdziwą i rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Dramat polega na tym, że coraz bardziej i coraz częściej z kręgu tej Obecności wykluczamy dla zupełnie nie teologicznych powodów.

Przed laty brat John z Taize napisał książkę: „Inny, lecz nigdy obcy”, będącą zapisem jego katechez biblijnych, głoszonych na Wzgórzu młodym. Oczywiście chodzi w niej o tajemnicę Boga, objawiającego się w Jezusie Chrystusie. Ale tytuł książki można także odnieść do tworzących wspólnotę kościoła chrześcijan. Innym, pisanym już małą literą, jest mój brat w wierze. Święty Paweł tak definiuje tę inność: „jedno Ciało, choć składa się z wielu członków; a wszystkie członki, mimo iż są różne, stanowią jedno Ciało”. Przy czym Pawłowa różność nie polega na odmiennym kolorze oczu, wzroście czy barwie głosu. To różne dary i zadania. Także różnice charakteru i poglądów. W tej perspektywie inny nigdy nie będzie obcym. Bo fundamentem nie jest zgodność poglądów, ale chrzest.

Z poglądami jest jeszcze inny problem. Zauważył go niedawno jeden z polskich naukowców. Odkąd źródłem wiedzy przestały być książki i sale wykładowe, a człowiek wiedzę o świecie czerpie z mediów społecznościowych, w naszych dyskusjach jest coraz mniej wiedzy, coraz mniej argumentów racjonalnych, a coraz więcej poglądów, których bronimy na przysłowiowe noże. Im mniej pewni swoich poglądów, tym bardziej agresywni.

Przy czym bardzo chętnie śpiewający: „wszyscy jesteśmy braćmi, jesteśmy jedną rodziną… Abba, Ojcze”. Może to dobry punkt wyjścia do ponownego przemyślenia swojej religijności. Takiej, w której różnice nie będą wykluczone, ale – jak często powtarza papież Franciszek – pojednane. Gdzie nie zabraknie także miejsca na słabość.

Boże Ciało odsyła nas między innymi do Wieczernika. Miejsca ustanowienia Eucharystii. Warto zauważyć, że temu gestowi nie towarzyszą żadne warunki. Ciało za was wydane, Krew za was wylana. Na odpuszczenie grzechów. Ciało i Krew nie zostały dane doskonałym. Zostały dane grzesznikom. Ksiądz Józef Tischner mówił o dwóch typach religijności. Pierwszy wychodzi od uczynków i dochodzi do Eucharystii. Drugi od Eucharystii wychodzi, do życia Ewangelią prowadząc. Jego intuicję w inny sposób wyraził zmarły niedawno Alessandro Pronzato. Gdy usłyszał zarzut, że ktoś mający liczne słabości często przyjmuje Komunię świętą, odpowiedział: pomyślcie w ile jeszcze innych grzechów wpadłby, gdyby do Komunii świętej nie przystępował. Wbrew powszechnemu przekonaniu Eucharystia nie jest Pokarmem mocnych. Jest pokarmem słabych.

Stąd już tylko krok do nowej wizji wspólnoty. Skoncentrowanej nie na obcym, wrogu, przeciwniku, innym. Skoncentrowanej na Jezusie, który „nam w wierze przewodzi i ja wydoskonala”. Nie niwelując różnic. W swoim Ciele i Krwi dając nam moc, by je pojednać. A jeśli nie od razu nam się to uda, może na początek zaczniemy się do siebie uśmiechać.

ks. Włodzimierz Lewandowski

„wiara.pl”

 

Święci i błogosławieni w tygodniu.

 

14 czerwca - św. Metody Wyznawca, patriarcha
14 czerwca - bł. Gerard z Clairvaux, mnich
14 czerwca - Elizeusz, prorok
15 czerwca - bł. Jolenta, księżna, zakonnica
15 czerwca - św. Wit, męczennik
15 czerwca - św. Bernard z Menthon, zakonnik
15 czerwca - św. Maria Michalina od Najświętszego Sakramentu, dziewica
16 czerwca - św. Benon, biskup
16 czerwca - św. Lutgarda, dziewica
16 czerwca - bł. Florida Cevoli, dziewica
16 czerwca - św. Jan Franciszek Régis, prezbiter
17 czerwca - św. Brat Albert Chmielowski, zakonnik
17 czerwca - św. Alina z Forest, męczennica
17 czerwca - św. Grzegorz Barbarigo, biskup
18 czerwca - św. Elżbieta z Schönau, dziewica i zakonnica
18 czerwca - bł. Hosanna z Mantui, dziewica
19 czerwca - św. Romuald z Camaldoli, opat
19 czerwca - święci męczennicy Gerwazy i Protazy
19 czerwca - bł. Tomasz Woodhouse, męczennik
19 czerwca - św. Juliana Falconieri, dziewica
20 czerwca - bł. Benigna, dziewica i męczennica
20 czerwca - św. Wincenta Geroza, dziewica
20 czerwca - bł. Jan Gavan, prezbiter i męczennik
21 czerwca - św. Alojzy Gonzaga, zakonnik
21 czerwca - Najświętsza Maryja Panna Opolska
21 czerwca - Najświętsza Maryja Panna z Góry Iglicznej, Przyczyna naszej radości

21 czerwca - św. Rajmund z Barbastro, biskup

 

 

 

NIEDZIELNA EUCHARYSTIA – 6.30, 8.00, 9.30 – dla młodzieży, 11.00 – rodzinna, z dziećmi, 12.30, 16.00, 19.00,

poniedziałek - sobota – 7.00, 7.30, 18.00.

Kancelaria (tel. 126452342) czynna:

(oprócz I piątku i świąt): godz. 8-9 i 16-17.15 (oprócz sobót)

Redakcja „Wzgórza w Blasku Miłosierdzia”: Władysław Wyka - red. nacz.,

Wydaje: Parafialny Oddział Akcji Katolickiej nr 1 Archidiecezji Krakowskiej

- Parafia Miłosierdzia Bożego, os. Na Wzgórzach 1a,

Nr k. bank – 08 1240 2294 1111 0000 3723 9378, tel.; 0-12-645-23-42.

NASZE STRONY INTERNETOWE I ADRESY:

strona internetowa parafii:

www.wzgorza.diecezja.krakow.pl

oraz milosirdzia-parafia.pl - PO Akcji Katolickiej

adres parafii:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.,

strona internetowa gazetki:wzgorza-gazetka.pl

adres gazetki:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.